1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kurs na marzenia Joanny Pajkowskiej - Polki, która opłynęła świat

Kurs na marzenia Joanny Pajkowskiej - Polki, która opłynęła świat

Rejs dookoła świata rozpoczął się i zakończył w Plymouth. (Fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej)
Rejs dookoła świata rozpoczął się i zakończył w Plymouth. (Fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej)
Energiczna, ogorzała od słońca. Śmieje się jak dziewczynka. Mówi głośno, jakby przekrzykiwała szum fal. Joanna Pajkowska, pierwsza Polka, która samotnie opłynęła świat bez zawijania do portów.

Czy Ziemia jest okrągła, czy płaska? Okrągła. Jak się wejdzie na czubek masztu, to widać, że morze się zakrzywia na horyzoncie.

Po co wchodziłaś na czubek masztu? Urwała się jedna z lin, musiałam ją wprowadzić do środka masztu.

Kurs na Atlantyk

W 2017 roku kapitan Joanna Pajkowska wspomina z mężem Alkiem Nebelskim swoje zwycięstwo w dwuosobowych regatach przez Atlantyk Twostar (płynęła z niemieckim żeglarzem Uwe Röttgeringiem na 12-metrowym jachcie „Fanfan!”). Może teraz sobie popłyną z Alkiem i przyjaciółmi na Kanary. A może… – Wiesz co, Uwe daje mi „Fanfana!” na rok, to może bym popłynęła dookoła bez zachodzenia… – nieśmiało, niby pytającym tonem mówi Joanna. Ale Alek widzi, że Asia podjęła decyzję. Próbowała już w 2008 roku, ale wtedy miała mniejszą łódkę i przez silny sztorm musiała schronić się w porcie – w Port Elizabeth w RPA. Czy teraz się uda? 23 września 2018 odbija z Plymouth na południe, w stronę Przylądka Dobrej Nadziei.

Co jadłaś w drodze? Ludzie pytają, jak się śpi i co się je. Dziś mamy liofilizowane jedzenie, takie, jakie alpiniści biorą w góry. Łatwo to przygotować, tylko zalewa się gorącą wodą, postoi 15 minut i są makaron, ziemniaki albo ryż z mięskiem. Jak płynęłam dziesięć lat temu, to były raczej takie papki dla niemowląt. A teraz wygląda i nawet smakuje. Gotuje się normalną potrawę, mrozi, a potem odwirowuje wodę.

A wodę skąd miałaś? Zapas trzeba wziąć ze sobą i odpowiednio nim gospodarować. Ja miałam 550 litrów i z 80 mi zostało. Tylko do picia, jedzenia. I pozwalałam sobie na luksus mycia zębów tą wodą, jedną trzecią kubeczka brałam. A mycie w wodzie morskiej, ale nie myłam się zbyt często. Jak jest zimno na oceanie i jestem ubrana w dziesięć warstw, to kąpiel jest ostatnią rzeczą, o jakiej myślę.

A spanie? Istnieje jakieś ryzyko spotkania z innym statkiem, a każdy statek byłby większy. Ale systemy je widzą. Spałam po 45 minut, maksimum godzinę, patrzyłam, czy nic złego się nie dzieje, poprawiałam żagle, sprawdzałam autopilota i znów szłam spać. Budzika nie nastawiałam, bo ja budzika nie cierpię. Jak mam wstać np. o drugiej, obojętne czy na morzu, czy w domu, to wstaję.

Coś ci się śniło? Mnóstwo snów, wszystkie związane z żeglarstwem. Na przykład, że wpływam w zatoczkę, powinno być przejście, a go nie ma. Taka ślepa uliczka na wodzie. Cały czas nasłuchiwałam, czy się jakieś nowe dźwięki pojawiają. Miałam też generator wiatrowy, słyszałam od razu, jak wiatr się nasilał. A im bardziej wieje, tym bardziej trzeba redukować żagle, żeby nic się nie połamało.

Pierwszy duży sztorm? Przy Afryce Południowej, tam, gdzie północny prąd Agulhas na Oceanie Indyjskim spotyka się z silnym południowym wiatrem. Fale robią się krótkie i wysokie, na dziesięć, 12 metrów, prawie na wysokość masztu. W dołku fali nic nie widać dookoła. Nie można żeglować w poprzek fali, bo zaraz się łódka przewróci. Trzeba jechać w dół fali, ale to też jest niebezpieczne, bo jeśli się poruszasz za szybko, można się wbić w morze, co grozi wywrotką, złamaniem masztu. W ekstremalnych sytuacjach trzeba wyrzucać liny, żeby zwalniać.

Mogłaś zginąć? Na pewno jest zagrożenie życia, jak człowiekiem rzuci. Łódka może też zatonąć. Dlatego trzeba przestrzegać zasad. Po pierwsze, nie wkładać masztu do wody. Po drugie, nie wpuszczać wody do środka łódki, wszystko pozamykać. Bo jak ileś ton wody wpłynie do wnętrza, to łódka musi zatonąć. Przy samotnym rejsie powinno się cały czas chodzić w uprzęży i karabinkami być przypiętym do łódki. Robiłam to, jak uznałam, że jest naprawdę niebezpiecznie, np. przy Hornie. Tam też były wielkie, strome fale i przestał mi działać autopilot. Duża fala walnęła w bok jachtu i go uszkodziła. Huk. Jak z tyłu idzie wielka fala, to ja nie muszę patrzeć, bo wszystko słyszę. Efekty dźwiękowe lepsze niż w kinie. Siedziałam więc przy sterze 16 godzin, zalewana przez fale, zimno było. Miałam jeszcze awaryjny system – samoster wiatrowy – ale żeby go zainstalować, musiałam poczekać, aż się pogoda poprawi, sztorm się uspokoi. A potem udało się zresetować autopilota i wrócił do życia.

Przemoczona, zmęczona? Po co się płynie tyle czasu? Rzeczywiście problem, że to tyle trwa. Kolega mówi: „Piłkarz wychodzi na 90 minut, a ty płynęłaś 216 dni. To ultramaraton rozciągnięty w czasie”. To wyzwanie. Zaczęłam od tego, że chciałam samotnie przepłynąć Atlantyk w regatach. Kiedy to mi się udało, chciałam popłynąć dookoła świata, ale nie jako turystka, tylko bez zawijania do portów. To było dla mnie wyzwanie. Oglądanie palm jest bardzo piękne, z mężem płynęliśmy razem, turystycznie, od wyspy do wyspy. Ale na samotnym rejsie taka turystyka mnie nie pociągała. Sama nie rozumiem, dlaczego lubię być zalewana przez fale przez siedem miesięcy. Ale lubię, tak jak inni lubią chodzić po górach. Też nie wiadomo po co.

Kurs na Anglię

Joanna urodziła się 61 lat temu w Warszawie, jej rodzice pracowali na Politechnice Warszawskiej – tata inżynier elektronik, mama, matematyczka, współtworzyła pierwsze polskie komputery. Nie są żeglarzami, ale należą do klubu jachtowego na uczelni i jeżdżą całą rodziną nad Zalew Zegrzyński. Joanna ma zdjęcia: pięcioletnia dziewczynka siedzi na łódce w watowanym kapoku. Potem jej życie kręci się wokół sportu. Trenuje pływanie. Mając dziesięć lat, zdobywa nawet mistrzostwo Warszawy. Później jest narciarstwo – w Warszawskim Klubie Narciarskim pod skocznią na Mokotowie. Poznaje grupę kajakarzy, jedzie z nimi na Mazury i tam zaczyna żeglować. Na morze wypływa dopiero w studenckim Yacht Klubie, w SGPiS (obecnie SGH – Szkoła Główna Handlowa), na jachcie „Konstanty Maciejewicz”. Można na nim popracować, a potem wypłynąć w rejs na Bałtyk.

Z pierwszego rejsu pamięta trzy rzeczy: że jest zimno, że fale zalewają pokład i że jest super. Robi uprawnienia żeglarskie i poznaje grupę ludzi, którzy sami budują jachty. Płynie z nimi na Atlantyk. Z jednym chłopakiem tworzą parę – na sześć lat. Kiedy kończy studia – przedłużane ciągłymi urlopami dziekańskimi z powodu rejsów – związek też się kończy. Postanawia, że pojedzie zarobić jakieś pieniądze na początek. I w 1988 roku jedzie na dwa miesiące do Anglii. Robi się z tego 12 lat.

Miałaś tam jakąś przystań? Jak wracaliśmy ze znajomymi z Atlantyku, to zatrzymywaliśmy się w Plymouth, w południowej Anglii. Tam poznałam Angielkę Annę, miała męża Polaka. Dała mi adres i telefon – że jakbym chciała u nich dorobić, to jestem mile widziana. Napisałam do niej, kiedy się rozstałam z narzeczonym. Odpisała: „Przyjeżdżaj, będziesz moją adoptowaną córką”. Nieoczekiwanie dostałam stempel w paszporcie na sześć miesięcy. Trafiłam na wieś, pracowałam przy owcach, jeździłam traktorem. Pokazali mi, jak się zmienia biegi, gdzie gaz, gdzie hamulec, i pojechałam. Trzeba było z pola ładować kostki siana na przyczepę, a ja byłam silna, bo dużo sportów trenowałam. Z ojcem biegaliśmy na Mokotowie, ukończyłam nawet kilka półmaratonów w około dwie godziny. Do dziś biegam, chyba że jestem na łódce. To jest minus pływania – przerwa w życiorysie sportowym. Ręce pracują, ale czuję, że w nogach muszę odbudować mięśnie.

Czym jeszcze zajmowałaś się w Anglii? Raz Anna mówi: „Wiesz co, wymienimy kafelki w łazience, pomożesz mi”. Okazało się, że umiem je przyciąć, położyć, a że nie jest idealnie równo, to mi nie przeszkadzało, Annie też nie. Tapety kładłyśmy: „Tu mieszamy, tu smarujemy, tu dociskamy”. I wytapetowałyśmy pokój. Kupili z mężem jacht w Gibraltarze i Anna mówi: „Polećmy na Gibraltar, popracujemy przy tej łódce”. Pojechałam do Londynu przedłużyć wizę i znów dostałam stempel na sześć miesięcy. Do Polski nie miałam po co wracać, a że w Anglii mi się sympatycznie mieszkało, postanowiłam… wyjść fikcyjnie za mąż.

Jak?! Anna miała dom kryty strzechą, oni dbają o utrzymanie takich domów. Są fachowcy, którzy naprawiają dachy i dostają za to od państwa pieniądze. Przychodził taki jeden, ja mu pomagałam. Raz go zagadnęłam o fikcyjny ślub: „Chciałabym tu zostać, zarabiać i legalnie płacić podatki”. To go ubawiło, bo nikt nie lubi płacić podatków. I mówi: „Dobrze, czemu nie”. Zapytał, jakiego dnia, ja na to, że mam 24 maja imieniny, to on, że dobrze. W przerwie lunchowej podjechaliśmy do urzędu gminnego w roboczych ubraniach, pani z urzędu była jako świadek i podpisaliśmy małżeństwo. Romantycznie nie było, ale nie o to chodziło, tylko żebym mogła zostać.

I zostałaś. Kupiłam stare mini za 200 funtów, mogłam dojeżdżać do miasta. Zapisałam się na aerobik, dwa, trzy razy w tygodniu jeździłam do centrum sportowego. Tam poznałam faceta, który miał firmę sprzedającą motorówki. Na początku je szorowałam, byłam jedyną kobietą, sami faceci tam pracowali. Ale tam byłam już legalnie zatrudniona. Szybko mnie wysłał na kursy do Suzuki, więc dziś silnik rozbiorę i złożę, nie tylko zaburtowy. A potem do college’u wieczorowego. Też byłam jedyną kobietą, reszta to faceci ze stoczni. Mówili, że nie dam rady, a okazało się, że byłam najlepsza w klasie. 

Dlaczego wróciłaś? Byłam z kimś, kto zmarł, to smutna historia. I przyjechałam na wakacje do Polski. Spotkałam Alka – znaliśmy się sprzed lat z klubu żeglarskiego. On już mieszkał 13 lat w Australii, był dziennikarzem, szefem polskiej rozgłośni radiowej. Też przyjechał do Polski tylko na wakacje. Ale… zostaliśmy razem.

Joanna Pajkowska spełniła swoje marzenie o samotnym rejsie dookoła świata. Ekspedycja trwała 216 dni (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro) Joanna Pajkowska spełniła swoje marzenie o samotnym rejsie dookoła świata. Ekspedycja trwała 216 dni (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro)

Kurs na Albatrosy

Alek wspomina ostatni, majowy, etap wyprawy Joanny. Po zakończeniu rejsu w Plymouth razem wracają „Fanfanem!” na Bałtyk. Joanna coś robi przy maszcie, on na sterze i słyszy, że Joanna coś mówi. „Słucham?” – pyta. „A nie, to nie do ciebie!” – odpowiada. A Alek się dziwi, bo przecież tu nikogo więcej nie ma. Na spotkaniu mówi głośno, słychać ją na pół kawiarni. Kiedy jej to uświadomić, zawstydza się: – Naprawdę? Przepraszam. Na morzu przez siedem miesięcy nie mówiłam do nikogo.

Nie mówiłaś przez siedem miesięcy? Czasem mówiłam do siebie. „Holender, z tej chmury przywieje czy nie przywieje”. „Nie wiem”. „Ale może przywieje”.

Ile kosztowała ta wyprawa? W sumie musiałam wyłożyć na to jakieś 40 tys. zł. Zresztą co to są koszty wyprawy? Jeść też bym musiała. To liofilizowane jedzenie jest trochę droższe, porcja 30 – zł, ale gdybym chodziła do knajpy, to tyle bym płaciła. Zresztą nie kupiłam tego na cały rejs, miałam też zupki w saszetkach za trzy złote. W domu bym więcej płaciła. Jadłabym więcej warzyw. I winogrona, które uwielbiam. Tego wszystkiego nie miałam, ale też na to nie wydawałam. Miałam suszone morele, rodzynki, tyle.

Czego ci najbardziej brakowało? O tym w ogóle nie myślałam. To byłoby negatywne, utrudniałoby wyzwanie. Po co myśleć o tym, czego nie mogę mieć? A mam za to morze dookoła, delfiny skaczą mi przed dziobem albo foki płyną za rufą. Nie wiem, dlaczego płynęły, chyba takie ciekawskie były. Z boku na bok się kołyszą skrętnym ruchem i te śmieszne łyse głowy. Albatrosy, przepiękne. Szybują tuż nad wodą, nie ruszają skrzydłami. Miałam takie oceaniczne safari. Latające ryby, jakieś ptaki. Na południowym Pacyfiku tuż przed dziobem wyskoczył mi wieloryb. Wyleciał pionowo do góry, a potem się zwalił i ja nad nim przepłynęłam. Błyskawicznie. Gdyby chwilę później wyskoczył, mógłby mi się zwalić na pokład. Zatkało mnie z wrażenia.

Miałaś dostęp do Internetu? Mogłam wysyłać i odbierać mejle przez satelitę. Ale pisałam tylko dlatego, że obiecałam, żeby się rodzina i znajomi nie martwili. Jak jestem tam, to nie czuję potrzeby kontaktu ze światem normalnym. Miałam też urządzenie do trackingu, które samo wysyłało moją aktualną pozycję na morzu. Koło Brazylii się popsuło, to sama wysyłałam swoją pozycję. Miałam Kindle’a z 350 książkami, 75 przeczytałam. Rozwiązywałam sudoku, które bardzo lubię, przygotowywałam posiłki, planowałam, co dalej – jest co robić.

Medytacja? Kontakt z Bogiem? Nie, ja nie medytuję. A w Boga nie wierzę. Staram się, żeby łódka jak najszybciej płynęła. Nie to, żeby mi się spieszyło, ale taka namiastka regat – płynąć tak szybko, jak się da.

A wbijanie gwoździ i wszystkie „męskie” prace na łodzi? Ja dużo lepiej wbiję gwóźdź niż mój mąż, który ma bardziej artystyczną duszę. Ja jestem bardziej techniczna. Nie wydaje się to już dziś nietypowe. Jak pływałam w załodze, nikt mi nie powiedział: „Ty zrób obiad, a my będziemy stawiać żagle”. Zawsze mnie traktowano jak pełnoprawnego członka załogi. Ale też ja nigdy nie wymagałam specjalnego traktowania. Nie mówiłam: „Wyznaczajcie mi wachty w dzień, bo jestem kobietą”. Na łodzi się wszyscy wymieniają, każdy po kolei sprząta, gotuje, steruje. Jak płynę sama, to jestem zdana na siebie. Jak musiałam na Oceanie Indyjskim zdjąć główny żagiel – grot, który waży z 25–30 kilo – żeby go pozszywać, a drugi założyć, to było ciężko. Ciągnęłam, wymyślałam jakieś dźwignie, żeby nadrobić brak siły fizycznej. I nie uszkodzić pleców. To najważniejsze na takim rejsie. Nawet głupie skaleczenie w słonej wodzie się nie goi. Wszystkie śruby dokręcałam w rękawiczkach. Dopiero dwa, trzy dni przed końcem się skaleczyłam. Okleiłam rękę taśmą izolacyjną od prądu i dopłynęłam do Plymouth. 

Kończyłaś szczęśliwa? Nie, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony: „Hurra, już koniec!”. A z drugiej – smutno: „Holender, to się kończy”. Siedem miesięcy na łódce, można się do niej przywiązać.

Ile kroków miała łódka wzdłuż? Nie wiem. Pokład miał 12 na 3,5 metra, ale nie chodziłam po łódce jak więzień po celi. Na morzu za bardzo buja na takie spacery. Cały czas trzeba się czegoś trzymać. I cały czas jest coś do zrobienia. Zresztą wychodziłam popływać koło łódki albo oczyścić dno z porostów od spodu. Oczywiście, przypięta.

Alek przynosi Asi do łóżka poranną filiżankę mięty (najpierw jest mięta, potem kawa). Asia coś czyta albo rozwiązuje sudoku. – Piekielnie trudne, bo ona robi tylko te piekielnie trudne. Innych wyzwań niż piekielnie trudne Asia w ogóle nie podejmuje – wyjaśnia.

Asia żyje z żeglowania. Przez rok pracuje na Cyprze jako kapitan jachtu, przyprowadza łódki z Polski do Anglii. To dobre pieniądze. Ale tak naprawdę żyje marzeniami.

– Ja nie wyrosłam z marzeń. Jeszcze w Polsce w latach 80. usłyszałam o samotnych regatach przez Atlantyk. Po 15 latach udało mi się pożyczyć łódkę i wystartować. Jak się realizuje marzenia, to jest takie fajne uczucie, że się potem wymyśla następne marzenie.

Co teraz? Na Księżyc nie popłyniesz. W międzyczasie weszłam na Kilimandżaro. A co dalej, nie wiem, jestem jeszcze trochę głową na morzu. Marzenia mogą być różne. Po poprzednim rejsie dookoła świata opowiadałam o swoich marzeniach w telewizji i w szatni mnie zaczepia pani, że też miała z mężem marzenie. I jak dzieci podrosły, stwierdzili, że trzeba je w końcu zrealizować. I pojechali… do Zakopanego. Przez 15 minut opowiadała, jak było fantastycznie, chociaż męża trochę biodro bolało, trudno było mu wysiąść z samochodu.

A jak po siedmiu miesiącach stanęłaś na lądzie, to… Wyszłam na pomost i najpierw nic. A potem poczułam: ten pomost się rusza. I teraz chodzę jak marynarz, na szerokich nogach.

Joanna Pajkowska, ur. w 1958 r., żeglarka, kapitan jachtowy. Jako pierwsza Polka opłynęła świat bez zawijania do portów. Rejs trwał 216 dni i 16 godzin, zakończył się 28 kwietnia. Laureatka wielu żeglarskich nagród. W 2019 roku nasz magazyn uhonorował ją Kryształowym Zwierciadłem. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Dobrze jest mieć swój osobisty mały raj, dający radość i swobodę nie tylko nam, ale i roślinom. Jak stworzyć takie miejsce na własnej działce, a przy okazji zanadto się nie napracować – radzi Agnieszka Hubeny-Żukowska, projektantka ogrodów z długim stażem i międzynarodowymi nagrodami na koncie, a przede wszystkim czuła ogrodniczka, rozmawiająca z roślinami i trzmielami, kochająca nawet „wstrętne chwasty”.

Jej motto to ogród funkcjonalny, będący wytchnieniem, a nie miejscem pracy. Jeśli rośliny będą się w nim dobrze czuły, my z pewnością też. Agnieszka wie, co mówi, gdyż wraz z mężem Rafałem tchnęła życie w prawie trzysta ogrodowych przestrzeni w kraju i za granicą. Wcześniej wiele lat spędzili w ogrodach na Wyspach i uczyli się od najlepszych, m. in. guru angielskich ogrodników Johna Brookesa, mistrza naturalistycznych nasadzeń Pieta Oudolfa czy u ogrodnika samego Winstona Churchila. Teraz prowadzą własną Pracownię Sztuki Ogrodowej, tworząc ogrody będące mieszanką miłości do roślin, angielskiej precyzji, nowojorskiej nowoczesności i tak modnej ostatnio swobody łąk kwietnych. Przede wszystkim jednak pielęgnują swój osobisty raj na działce w Blizinach na Kaszubach, gdzie przenieśli się z Gdańska.

Czy wszędzie można stworzyć swój własny mały raj?
Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na mój ogród, położony w kaszubskim trójkącie bermudzkim (śmiech). Zdarza się, że w ciągu roku różnica temperatur wynosi tu 72ºC: w zimie - 36º, latem + 36º. Stałym mieszkańcem, oprócz nas, psów i kotów, jest porywisty wiatr. Smagane nim rośliny mają „grubą skórę”. Do tego trudna kaszubska ziemia… A zresztą ogród na nowojorskim Bronksie też zakładałam w ekstremalnych warunkach, w dniu zamachu na wieże World Trade Center. Konieczna była ewakuacja, ale ogród pozostał i do dzisiaj jest w dobrej kondycji.

O ewakuacji z Blizin jednak nie myślisz? Mieszkasz tu już od 10 lat.
Przecież z raju się nie ucieka! Mój ogród jest dowodem na to, że krainę marzeń można stworzyć wszędzie. I pocieszeniem dla milionów właścicieli działek, przekopujących grządki i Internet w poszukiwaniu recept na zielony sukces, toczących nierówną walkę z mrozem i perzem, który rozrasta się szybciej niż irys, czy jeżówka. Ogród to obraz 10D, działający na wszystkie zmysły, pełen barw, kształtów, zapachów, dźwięków… Nie można zaplanować go w sekundę, rządzą nim bowiem pory roku, kaprysy aury, trendy.

No właśnie, porozmawiajmy o zielonych trendach. Jakie obowiązują w tym roku?
O tym, co jest modne, wyrokują słynni kreatorzy ogrodów (np. Chris Beardshaw, Cleve West, Juliet Sargeant), zjeżdżający rokrocznie na wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show w Londynie. Prezentowane tam pokazowe ogrody są podziwiane przez miliony i… rodzinę królewską. Ten rok upływa pod hasłem ekologii, swobody i wygody. Równo przystrzyżony trawnik otoczony iglakami jest passé. Zastąpiła go malownicza łąka kwietna.
Hitem są swobodne kształty, malownicze kępy roślin, potargane trawy i falujące łąki, kontrastujące z mocnymi sylwetkami drzew i krzewów. Ogrody są naturalne i często… jadalne, kuszą sałatą, pietruszką, rzodkiewką. Nawet Michelle Obama zamieniła część trawnika przy Białym Domu w warzywnik. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma też książę Karol.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Ponoć ogrodowy świat oszalał na punkcie równowagi biologicznej. O co tu chodzi?
Chodzi o stworzenie tzw. zrównoważonego ogrodu, który sam o siebie zadba. Jest pełen różnorodnych roślin dobranych tak, żeby dobrze się czuły i by cały czas coś kwitło. Sadzimy je gęsto, piętrowo – wówczas ograniczą wzrost chwastów i ochronią grunt przed wysychaniem. Taki ogród tętni życiem, gdyż jest pełen roślin miododajnych, nie zgrabionych jesienią liści, nie ściętych przed zimą suchych pędów bylin, w których zimują owady i drobne ssaki.
Tymczasem nasze sterylne ogrody z regularnie koszonym trawnikiem nie są dobrym miejscem do życia dla pożytecznych żyjątek. A jak one znikną, pojawią się szkodniki, wraz z nimi chemiczne preparaty. Nie róbmy więc jesiennych porządków – poczekajmy wiosny! I pamiętajmy, że aksamitki posadzone obok róży odstraszą mszyce, a ozdobne czosnki – nornice.
W ogrodzie, w którym ustali się równowaga biologiczna, zużywamy mniej chemii, wody i… sił. Pracę w zasadzie można ograniczyć do wiosennego usuwania suchych pędów i cięcia krzewów. Warto mieć w ogrodzie taki eko-balans.

Ogrody są pełne jeżówek, floksów, paproci i bylin, ale także naturalnie rozsiewających się kwiatów sezonowych.
Modny ogród to mozaika roślin o różnych kształtach i barwach. Teraz na przykład mieni się kwiatami roślin cebulowych – tulipany, hiacynty, czosnki dają magiczny efekt wiosną. Wystarczy wyjrzeć przez okno, sadzę ich w ogrodzie tysiące! Wszystko to swobodnie się rozrasta, wzajemnie przenika, kwitnie, pachnie. Modne są też kwiaty sezonowe, często pięknie się rozsiewające: łubiny, niezapominajki, malwy... . Niesłusznie kojarzymy je jedynie z „babcinymi ogródkami”.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Łany bylin kołyszą się i szumią niczym morze. Nie przez przypadek trend zainicjowany przez słynnego projektanta Pieta Oudolfa nazywa się holenderską falą.
Koncepcja ta niczym fala zalewa ogrodowy świat – od dwóch dekad święci triumfy w Europie (zwłaszcza w Anglii, Holandii, Niemczech) i w USA. Do nas praktycznie jeszcze nie dotarła, co najwyżej musnęła prywatne ogrody projektantów i zieleń miejską. Jej znakiem firmowym są bylinowe łąki kwietne, aranżowane wokół drzew i krzewów wynurzających się z morza roślin. Ogrody takie mają wyglądać naturalnie, ale nie kopiują natury – są dokładnie zaplanowane, a rośliny tworzą piękne obrazy. Projektujemy je tak, by żyły własnym życiem, były przyjazne dla wszystkich stworzeń i wymagały jak najmniejszej ingerencji z naszej strony. Dopuszczalne jest lekkie zachwaszczenie, akceptowane są samosiejki.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Z czego według Ciebie wynika popularność bylin? Może w tych niepewnych czasach mamy dosyć jednorazowości, a wraz z nią kwiatów sezonowych?
To również efekt mody na łąki kwietne, które w angielskim wydaniu – w przeciwieństwie do tych pojawiających się już w Polsce – składają się z bylin. Sadząc je trzeba pamiętać, że pożyją dłużej niż "kolor roku", którym właśnie okrzyknięto barwę… szarą. Wbrew pozorom to ona, wraz z odcieniami brązów, dominuje na bylinowych łąkach – wszystkie jej odcienie znajdziemy w liściach i pędach roślin. Barwne kwiaty są tylko dodatkiem. Na topie jest też biel, a wraz z nią białe ogrody.

W tej dziedzinie wyprzedziłaś modę i już dwa lata temu założyłaś w Blizinach biały ogród?
On w zasadzie nie jest biały, w naturze trudno o śnieżną biel. Mieni się odcieniami bieli, różu, limonki i światłocieniami na płatkach złocieni, szałwii, bratków, na srebrzystych lub pstrych liściach funkii, firletek czy brunner. Białe ogrody wcale nie są nowością. Pierwszy powstał w latach 30. XX w. przy zamku Sissinghurst w Wielkiej Brytanii. Biel ma wiele zalet: rozjaśnia cieniste zakątki, w upały daje wrażenie chłodu. Optycznie powiększa, a wieczorami odbija światło księżyca. Białe kwiaty świecą wtedy jak latarenki. Ale wcale nie jest moją ulubioną barwą, lubię wszystkie kolory. Tuż obok zakładam właśnie ogród czerwony, a łąka bylinowa nieopodal aż kipi kolorami. Unikam jednak sztucznych, ostrych barw, może dlatego nie uprawiam dalii. Nie lubię też udziwnionych odmian – wolę na przykład tradycyjne pojedyncze jeżówki od tych pełnych, pierzastych, które nie dają owadom tyle pyłku.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Dobrze wiedzieć, co w światowej trawie piszczy. Może jednak lepiej przyjrzeć się życiu za płotem?
I zaprosić do ogrodu lokalne rośliny, często traktowane jak chwasty, np. osty, kępę pokrzyw, dziką marchew, w której wychowują się gąsienice pazia królowej i innych pięknych motyli. Te rośliny często same się do nas wpraszają. Do mnie na przykład przywędrowały śliczne firletki o drobnych fioletowych kwiatkach, rosnące dalej na naturalnej łące. Wędrują po ogrodzie, kwitną tu i tam i jest ich coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Zmienia się pojęcie chwastu, za które do niedawna uważane były nawet lilaki, kaliny, jaśminowce czy klony jesionolistne. Dzisiaj powróciły do łask, nie są już wycinane jak niepotrzebne „śmieciuchy”.

Jakie drzewa i krzewy królują na ogrodowych wybiegach?
Graby, klony, cisy i bukszpany, przycinane w geometryczne kształty oraz drzewa o ładnej korze, na przykład brzoza pożyteczna ‘Doorenbos’, z śnieżno białym pniem. Ukochane przez Polaków tuje na światowych wybiegach nie występują (śmiech). Chociaż nie mam nic przeciwko tym krzewom. To piękne rośliny, ale nieumiejętnie przez nas stosowane. Nie sadźmy ich w karnych szeregach. I nie wierzmy w to, że są niepotrzebne, czy nawet trujące. Gniazdują w nich ptaki, zimują owady, mogą tworzyć piękną strukturę ogrodu.

Polski ogrodnik często sam tworzy swój ogród. Takim Zosiom Samosiom udzielasz porad na antenie Radio Gdańsk. Czy zdradzisz, jak założyć ogród bez pomocy projektanta?
Najpierw trzeba przyjrzeć się działce i ocenić, co i gdzie będziemy robić: tu boisko, tam plaża, tu garden party, tam poranna kawa. Oceńmy warunki świetlne, włączmy do kompozycji drzewa. Nie można ich wycinać! A jeśli drzew na działce nie ma, to je posadźmy, będą nam dawać cień i schronienie ptakom. Nie tłumaczmy, że działka jest dla nich za mała. Jest tyle odmian małych drzew lub dużych krzewów. Preferuję te o naturalnych pokrojach np. jabłonie rajskie, jarzębiny, derenie jadalne, świdośliwy.
Tam, gdzie to konieczne, połóżmy nawierzchnie, najlepiej przepuszczające wodę, by deszczówka mogła wsiąkać z ziemię. Trawnik też się przydaje, zwłaszcza w okolicy domu. Ograniczmy go jednak do minimum i nadajmy mu w miarę prosty kształt – łatwiej będzie manewrować kosiarką. Pamiętajmy też o elementach małej architektury: murkach, schodach, ekranach, u nas niesłusznie traktowanych po macoszemu. I posadźmy rośliny. Początkującym ogrodnikom radzę wybrać te łatwe w uprawie, np. jeżówki, rozchodniki, funkie, liliowce, floksy, a z krzewów m.in. tawuły, hortensje bukietowe, forsycje. Eksperymentujmy – rośliny czasami pięknie rosną tam, gdzie – zgodnie z informacjami producentów – nie powinny. U mnie na przykład kochające słońce jeżówki ślicznie kwitną w półcieniu, pod brzozami. Domowe i ogrodowe wnętrza powinny się przenikać. Stosujmy w nich więc podobne materiały, barwy i faktury. Jeśli posadzkę w domowym salonie wykończyliśmy deskami, połóżmy podobne na tarasie, najlepiej ułożone w tym samym kierunku. Ustawmy meble i donice stylem nawiązujące do domowych sprzętów. Dodajmy miękkie poduchy, pled, latarenki, kilka bibelotów… I gotowe!

Łatwo powiedzieć, wykonać trudniej. Zwłaszcza, gdy ogród jest zacieniony, o złych proporcjach czy w rozmiarze przysłowiowej chustki do nosa?
Cień łatwo oszukać sadząc rośliny o jasnych, srebrzystych czy pstrych liściach, np. brunery, funkie, miodunki i stosując odbijające światło materiały, np. polerowaną stal, szkło, pleksi. Rośliny o jasnych liściach i kwiatach dają wrażenie lekkości i optycznie powiększają przestrzeń. Jeśli ogród jest długi i wąski poprawimy jego proporcje, prowadząc ścieżkę zygzakiem (prosta, niknąca w oddali optycznie go wydłuża), montując lustra na dłuższych bokach – pozornie poszerzą przestrzeń. W miniogrodach sprawdzą się przejrzyste i ażurowe elementy, na przykład ścianki i meble, nie przytłaczające przestrzeni. Można też zainstalować lustra, w których będą się odbijać fragmenty aranżacji, dając złudzenie większego ogrodu.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

A detale? One też są ważne…
Są jak przysłowiowa wisienka na torcie. W wolnych chwilach sama je tworzę z Rafałem, właściwie wszystkie elementy małej architektury i rzeźby w ogrodzie to nasze dzieło. Ukończyłam kurs wikliniarski i ceramiczny, ozdabiam więc ogród własnym rękodziełem - wiklinowymi kulami, ozdobami z gliny. Mąż pomaga w cięższych pracach i montażu ozdób w ogrodzie. W zeszłym roku skończyliśmy ceramicznego anioła ze skrzydłami ze stali kortenowskiej. Nazywamy go duszą białego ogrodu. Właśnie został zakwalifikowany do LICC 2020 (Londyńskiego Międzynarodowego Konkursu Twórczego) w kategorii Sztuka.

Słyszałam, że rozmawiasz z roślinami. O czym można z nimi pogawędzić?
Trochę ze mnie nawiedzona ogrodniczka (śmiech). Często rozmawiam z roślinami, chwalę je, że są takie piękne i dzielne. To element zielonej terapii – wszystkim polecam! Dyskutuję też z owadami. Zdarza mi się na przykład przenosić trzmiela na kwiat z pyłkiem. Wtedy proszę go, żeby mnie nie dziabnął – to działa!

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Od czasu do czasu warto też pogawędzić z sąsiadem?
Dlatego pozostawmy w ogrodzeniu czy w żywopłocie prześwit lub małe okienko – do pogawędek z sąsiadem, z widokiem na okolicę. Pamiętajmy też, że żywopłot to nie mur obronny, może być kolorowy i kwitnący. Jest wiele liściastych krzewów nadających się na żywopłoty: graby, ligustry, forsycje, pęcherznice.

Twój zrównoważony ogród radzi sobie sam. Czasami jednak musisz wkroczyć z sekatorem czy szpadlem?
Oczywiście, i niektóre prace bardzo lubię. Chyba najbardziej przycinanie – zwłaszcza formowanie „chmurek” z ligustru. Zawsze mam w kieszeni lub w torebce osobisty, własnoręcznie naostrzony sekator. Najbardziej nie lubię pielenia. Na szczęście rzadko to robię – usuwam tylko skrzypy i perz, dla nich jestem bezwzględna! Odchwaszczanie kłóci się z moim światopoglądem, nie uznaję pojęcia chwastu. Wystarczy spojrzeć na dziką marchew – kiedy zakwita na biało, jest piękna! Nigdy nie wyrzucam samosiejek, przesadzam je albo daję w prezencie.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Pięknie to brzmi, pora więc trochę ponarzekać. Zakładając i pielęgnując ogrody popełniamy wiele grzechów...
W naszych ogrodach wciąż króluje schemat – trawnik pośrodku, rabaty na obrzeżach. Marnuje się tyle miejsca! Na trawniku sadzimy pojedyncze rośliny, które nie czują się najlepiej w trawie i utrudniają koszenie. Kochamy iglaki, bo nie śmiecą. Dzięki nim ogród jest ładny zimą, ale poza tym tchnie nudą. Boimy się innych roślin, bo stale się zmieniają, zanikają i przekwitają. Trudniej więc tworzyć z nich kompozycje. Nie rozumiem też mody na różaneczniki, które lubią zaciszne miejsca w półcieniu. Na nowych osiedlach pozbawionych drzew często czują się po prostu źle.
Polacy panicznie boją się chwastów! Żeby nie rosły, często powierzchnie kwietników wykładają włókniną lub czarną matą. A przecież wystarczy sadzić rośliny gęściej – nie tylko utrudnią wzrost chwastom i je zamaskują, ale będą też lepiej wyglądać. Mata jest również barierą dla dżdżownic i tlenu, bez którego giną w glebie wszystkie organizmy. W takiej ziemi nic potem nie wyrośnie.
Wysypujemy, zwłaszcza małe ogrody, kamieniami i żwirem. Powstaje kamienna pustynia. Posadzone na niej pojedyncze rośliny męczą się w upały pod warstwą rozgrzanych kamieni, na których dodatkowo osiada pył. A to koszmar dla alergików. W takim ogrodzie nie znajdzie pokarmu ani kryjówki żaden ptak czy owad.
Zamęczamy rośliny nadopiekuńczością, stale je dokarmiamy, podlewamy. I hodujemy wychuchane „dzieciaczki”, nie radzące sobie w ogrodowym życiu. One muszą się hartować, walczyć o pokarm, wodę, światło. Wtedy są silniejsze, niższe, bardziej zwarte i odporne.

Jednym słowem chuchamy i dmuchamy na nasz mały raj, a potem narzekamy na brak czasu i ból kręgosłupa?
No właśnie. Czas zmienić podejście do ogrodu. Powinien być on źródłem radości i miejscem do relaksu, a nie ciężkiej pracy. Nie obciążajmy się niepotrzebnymi czynnościami! Ja tak robię i każde wyjście do ogrodu jest dla mnie przyjemnością.

  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.

  1. Styl Życia

Medytacja pisana

Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Notes i długopis to narzędzie do porannego ćwiczenia, które oczyszcza, przynosi spokój i pobudza kreatywność. Zofia Wichłacz praktykuje je od roku i twierdzi, że działa.

Staram się zawsze – zarówno gdy jestem w domu, jak i gdy podróżuję – mieć przy sobie, a właściwie przy łóżku, notatnik i długopis. To taki niezbędnik, potrzebny do wykonania ćwiczenia, które nazywa się „poranne strony”. Zaczerpnęłam je z książki Julii Cameron „Droga artysty”, nawiasem mówiąc, byłej żony Martina Scorsesego. Tytuł jest nieco zwodniczy, nie należy się nim sugerować, bo książka jest adresowana nie tylko do artystów, ale do każdego, kto chce obudzić w sobie kreatywność.

„Poranne strony” to jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie proponuje autorka. Polega ono na tym, żeby tuż po przebudzeniu, zanim wstanie się z łóżka, sięgnąć po notatnik i długopis i spisać myśli, jakie przychodzą nam do głowy. To może być opis snu, widoku za oknem, swoich lęków, obaw, stanu, przeżyć, pomysłów. Mamy za zadanie zapisać trzy kartki, bez zastanowienia, przemyślenia, bez cyzelowania myśli, kontroli, oceniania. Piszemy to, co nam w duszy gra, co dyktuje długopis. To ma być trochę taka medytacja pisana, oczyszczenie umysłu. Autorka uważa, że wyrzucenie z siebie strumienia myśli zaraz po przebudzeniu czyści nas z wewnętrznego krytyka, który w ciągu dnia nas się czepia i ocenia. Dlaczego rano? Bo jeszcze nie sięgnęliśmy po telefon, jeszcze nie zainfekowaliśmy się złymi informacjami. Rano lepiej puszcza się kontrolę, podłącza się do prawdziwego „ja”. No i dobrze jest robić to właśnie wtedy, żeby mieć lepszy dzień.
Zapisanie trzech kartek zajmuje od 15 minut do pół godziny. Robię to mniej więcej od roku. Bardzo zależy mi na regularności, choć wiadomo, że nie zawsze się udaje. Ale staram się wracać do tej praktyki i od niej zaczynać każdy dzień. Widzę, że procentuje. Daje spokój, uwalnia głowę, a poza tym… dyscyplinuje.

Właściwie nie przywiązuję wagi do notesu, może być w linię, kratkę, z czystymi kartkami. Najważniejsze jest pisanie. Piszę szybko i tak niewyraźnie, że potem trudno mi przeczytać samą siebie. Nie robię więc tego. Także dlatego, że autorka przestrzega, żeby – zwłaszcza na początku przygody z ćwiczeniem – nie wracać do swoich zapisków, nie analizować. Po zapisaniu notesu pozbywam się go, tak jak wielu rzeczy. Nie jestem typem zbieraczki, lubię porządkować przestrzeń, więc notesów też nie zbieram. Tym bardziej że nie ma w nim żadnych literackich rozprawek, a jest tylko potok słów. Do przemyślanego pisania mam zupełnie inny notes.