1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak żyć ekologicznie i nie zwariować?

Jak żyć ekologicznie i nie zwariować?

Ludzkość, by przeżyć, musi dobra materialne, ale też wygodne 
życie sprowadzić  na drugi plan. (Ilustracja: Arobal)
Ludzkość, by przeżyć, musi dobra materialne, ale też wygodne życie sprowadzić na drugi plan. (Ilustracja: Arobal)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Weganie, bezodpadkowcy, obrońcy zwierząt i drzew, minimaliści. Kto jest bardziej eko, kto mniej? Które zakazy i nakazy są ważne? Dlaczego jedne reguły wykluczają drugie? Pewne wydaje się to, że coraz trudniej dziś prowadzić zdrowy tryb życia i dbać o środowisko, zachowując przy tym zdrowe zmysły i pewność, że akurat to, co robimy, jest sensowne i dobre dla świata.

Na popularnym forum na temat ekologii internauci podzielili się na wrogie obozy. Dla jednych liczy się tylko dieta roślinna. Inni chcą jeść mięso, ale tylko ze sprawdzonych źródeł. Osobną grupę stanowią miłośnicy dziczyzny. Tych już kompletnie nikt nie lubi, bo przecież dziczyzna to myśliwi, a coraz więcej zwolenników zyskują ruchy antyłowieckie. Są tacy, którzy myślą wyłącznie o odpadkach, chcieliby, jak pionierka ruchu zero waste (zero śmieci) Bea Johnson, produkować jeden słoik odpadków rocznie. W Polsce nikomu się to jeszcze nie udało, ale dla tysięcy rodaków to dopiero początek przygody. Liczną grupę stanowią przeciwnicy transportu: nie jeżdżą samochodami, autobusami, nie latają. Jedyny środek przemieszczania się, jaki dopuszczają, to rower. Czasem pociąg, ale tylko w uzasadnionych przypadkach. 

Są też minimaliści, w mieszkaniach nie mają już szaf ani meblościanek, wszystko zastąpiły im kartony i zdobycze ze śmietników. Zabawki dla dzieci z pudełek i grochu robią sami. Takie zosie samosie. Na szczęście nie brakuje też ludzi, dla których najważniejsze są zwierzęta. – Takich jak ja – zauważa Marta Woźniak, przedsiębiorczyni z Krakowa, matka trójki chłopców, partnerka Piotra, właściciela firmy z branży obuwniczej. W ubiegłym roku Marta protestowała przeciwko hodowlom norek. Pojechała też do Puszczy Białowieskiej w obronie drzew. Ale nie uważa się za wojowniczkę. Zdarza jej się stawać w obronie ludzi. Na przykład niedawno na jednym z forów poświęconych zero waste trafiła na nagonkę na Alę, która kupiła bilet w promocji i spędziła tydzień na Filipinach. Zdruzgotana przedstawiała Manilę jako koszmar na Ziemi, gdzie nie ma wysypisk, bo samo miasto jest wysypiskiem. „Manila to nasz wyrzut sumienia, góry zużytego plastiku, folii, metalowych gratów, a między tym wszystkim tysiące szczurów” – pisała Ala. Za to do Ali pisano, żeby szybko wyniosła się z forum, bo nikt tu nie chce ludzi, którzy lubią „rajanery”. Nie od dziś wiadomo, że maszyny w powietrzu to truciciele, sektor lotniczy jest odpowiedzialny za pięć procent globalnego ocieplenia. „Po co w ogóle jechałaś na te Filipiny? – dogryzali Alicji forumowicze. – Nie wystarczą ci Tatry, Mazury, Kotlina Kłodzka?”

– Nawet wegetarianie, bo piją mleko, jedzą sery i jajka, mają przechlapane. Okazuje się, że tylko weganie znaleźli dziś patent na uratowanie planety – zauważa Marta z przekąsem. 

Weganie to rzeczywiście najbardziej rosnąca w siłę gwardia wśród polskich ekologów. Dość powiedzieć, że w Warszawie jest już więcej wegańskich knajpek niż w Berlinie. 

– Dziś po prostu nie wypada nie być eko – zauważa Marta. Od dawna interesowała się ekologią, ale, jak sama przyznaje, przez wiele lat dość egoistycznie liczyła się dla niej wyłącznie certyfikowana żywność, ta z zielonym listkiem. – Podobnie jak wielu moich znajomych zaczęłam myśleć o nowym jadłospisie w momencie, gdy na świecie pojawiły się dzieci – przyznaje. To dla pierworodnego Jakuba zaczęła odwiedzać targi z ekologiczną marchewką, zapisała się też do kooperatywy spożywczej, dzięki której miała dostęp do żywności prosto od rolnika. Co wieczór blendowała dla całej rodziny jabłka ze starych odmian z wyhodowanymi na oknie kiełkami i jarmużem. Dzieci nosiła w chuście. Po drugim porodzie kupiła tetrowe pieluchy, prała je w mydle, a z czasem w myjących orzechach. Wyzbyła się kosmetyków na rzecz naturalnych olejów. Chemicznych środków czystości – na rzecz sody i octu. Stała się wierną czytelniczką blogów poświęconych codziennej ekologii. Szczególnie przypadł jej do gustu blog pani, która po wyprowadzce z miasta pozbyła się telefonu, suszarki do włosów i radia. – Piotr zgadzał się na wiele, zaprotestował dopiero wtedy, gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy na pewno powinniśmy używać lodówki i żelazka, bo przyczyniają się do ocieplenia klimatu, a w końcu zmieniają się w elektrośmieci – przyznaje Marta. 

Albo wtedy, gdy oświadczyła, że powinni natychmiast zmienić profil firmy, że nie chce już produkować skórzanych butów, bo stoi za nimi cierpienie zwierząt. „To z czego mam je robić? Z plastiku? Ze starych opon? A skąd mam wiedzieć, że tego świństwa nie wyrabiają wyzyskiwane chińskie dzieci?”, denerwował się Piotr. – Trudno dostrzec ten moment, kiedy coś, co naprawdę jest ważne dla ciebie, dla twoich bliskich, dla świata, nagle staje się  obsesją, wpędza cię w ślepy zaułek – zauważa Marta.

Przyznaje, że najgorsi są neofici, ci, którzy jeszcze rok temu rozbijali się czterokołowcami po bezdrożach, ale zmieniła się moda, więc teraz jeżdżą wszędzie na hulajnogach. Ci, którzy pławili się dotąd w spa, a teraz susiają pod prysznicem, by zaoszczędzić na wodzie. 

– Neofici są najgorsi. Sam, kiedy wiele lat temu przeszedłem na wegetarianizm, byłem dla otoczenia nieznośny, nie przyjmowałem do wiadomości, że można mieć odmienny punkt widzenia na odmianę świata niż ja – potwierdza Jacek Bożek, szef Klubu „Gaja”, jeden z najsłynniejszych polskich ekologów, wegetarianin. – Niedawno po warsztatach, na których omawiano sposoby hodowli zwierząt bez okrucieństwa, napisała do mnie oburzona młoda kobieta, której zdaniem tylko wegetarianie mogą na lepsze zmienić naszą ginącą planetę. Odpisałem jej, że znam wiele miejsc, gdzie z założenia ludzie nie jedzą mięsa, a mordują innych z równym okrucieństwem jak mięsożerni – dodaje ekolog. 

Ważne, by nasze ekologiczne wybory nie wynikały z kaprysów, tylko z przemyśleń i ze zdrowego rozsądku. (Ilustracja: Arobal) Ważne, by nasze ekologiczne wybory nie wynikały z kaprysów, tylko z przemyśleń i ze zdrowego rozsądku. (Ilustracja: Arobal)

Zaznacza jednak, że ruchy, takie jak coraz popularniejszy zero waste czy minimalizm, których celem jest ograniczanie odpadów, ale też konsumpcji – nawet jeśli czasem ich postulaty brzmią groteskowo – są ważne. Wręcz dziś nieodzowne. Mamy inny świat niż 20 lat temu i musimy przyspieszyć. Wielu ludzi – zazwyczaj mądrych i uczonych, tych, którzy mówią, że świat, jaki znamy, się skończy, jeśli radykalnie nie zmienimy swojego myślenia na ekologiczne – ma rację. To ostatnia chwila, by przeformułować nasze podejście do zmian klimatycznych w najdrobniejszych nawet szczegółach. Naprawdę stać nas na wyrzeczenie się toreb foliówek, zamianę kąpieli w wannie na szybki prysznic, na postawienie na umywalce miedniczki, z której woda po myciu rąk i zębów posłuży do spłukania później toalety. To nie wymaga dużo czasu.

Kłopot w tym, że to, co dla jednych jest ekologiczne, dla innych często już nie. Ostatnio pewien niemiecki uczony doszedł do wniosku, że hodowla kurczaków ekologicznych jest trzykrotnie mniej ekologiczna niż tych żyjących w klatkach. Bo ekokurczaki dłużej żyją, a przez to dłużej produkują gazy cieplarniane. Może i profesor ma rację, tylko jak do tego ma się dobrostan zwierząt, fakt, że w klatkach żyją zaledwie przez 40 dni, ale w cierpieniu? 

– Z żywnością, z jej wyborem pozornie sprawa wygląda najprościej – mówi doktor Wojciech Goszczyński, socjolog kultury z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Wszyscy przecież chcemy jeść zdrowo, stąd coraz większa popularność bazarów ekologicznych, od niedawna produkty „eko” i „bio” zawitały do najpopularniejszych supermarketów. 

W badaniach nad tym, czego Polacy się obawiają w jedzeniu, najczęściej wychodzi nam strach przed groźną, podstępną chemią.

Według raportu NIK przeciętny Polak zjada rocznie ponad dwa kilogramy dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju E. Co więcej, w Polsce brakuje właściwego nadzoru nad stosowaniem w żywności konserwantów, przeciwutleniaczy, emulgatorów czy wzmacniaczy smaku.

Ale, co ciekawe, przeprowadzono badania, z których wynika, że zaledwie kilka procent z nas odróżnia unijne certyfikaty ekologiczne od innych. 

– Co świadczy o tym, że wiedza o sposobie produkcji i możliwości rozpoznania zdrowej żywności wciąż jest na słabym poziomie, że ekologami stają się przede wszystkich wykształceni ludzie z miast, tak zwani nowi mieszczanie. Dla nich żywność ekologiczna, podobnie jak ekologiczny styl życia są często wyznacznikami statusu – wyjaśnia doktor Wojciech Goszczyński.  

Według niego wcale nie jest proste być na co dzień eko. – Żywność z certyfikatem bio czy fair trade jest droższa od zwykłej. Wielu ludzi zwyczajnie na nią nie stać. Tak jak nie stać ich na designerskie torby wielokrotnego użytku uszyte z bannerów – dodaje socjolog.

Do podobnych wniosków doszedł też zespół badawczy pod przewodnictwem doktor Anny Hełki z Uniwersytetu SWPS. Choć, jak wynika z badań, osoby najbogatsze wydają się mieć mniej proekologiczne postawy, są jednak w stanie przeznaczyć więcej środków na produkty eko niż ci ubożsi. 

– Ten większy wydatek może wynikać z chęci pokazania się jako osoba proekologiczna. Stanowi inwestycję nie tyle w dobro planety, ile we własny pozytywny wizerunek – uważa doktor Hełka.

Według doktora Wojciecha Goszczyńskiego jest jeszcze jedna silna motywacja, która ludzi zamożniejszych prowadzi w stronę ekologii. Strach. – Przed tym, w jak skomplikowanym świecie żyjemy, w którym nie ma jasnych reguł gry, w którym nikomu i niczemu już nie można ufać. Ekologia to próba odzyskania kontroli nad swoim ciałem, nad otoczeniem, w którym żyjemy. Wielu ludzi chowa się w swoich ekobańkach, bo tak jest bezpieczniej. Tylko jak czuć się bezpiecznie, gdy słyszymy, że bez zmian systemowych nie da się na dłuższą metę utrzymać warunków, w których żyjemy? – mówi doktor Goszczyński. 

– Jesteśmy w punkcie krytycznym, doprowadziliśmy świat do ekologicznej ruiny. Tylko całkowita zmiana mentalności może nas uratować – ostrzega profesor Piotr Skubała, biolog i ekolog z Uniwersytetu Śląskiego. 

Co to oznacza? Że faktycznie tylko minimalizm, skromność, szacunek do przyrody, która nam jeszcze została, są w stanie opóźnić katastrofę. Bo że zatrzymać zupełnie – w to profesor wątpi.

Może więc właśnie weganie mają sto procent racji? W ubiegłym roku badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego opublikowali analizę, z której wynika, że z mięsa pozyskujemy zaledwie 18 proc. spożywanych na co dzień kalorii, tymczasem pod jego produkcję zużywa się 80 proc. wszystkich dostępnych na świecie gruntów rolniczych. Przemysłowe hodowle poza tym emitują potężne ilości gazów cieplarnianych, w tym trującego metanu. Zwierzęta hodowane przez człowieka to aż 86 proc. wszystkich istniejących obecnie na naszej planecie zwierząt lądowych. 

Dzikich zwierząt już prawie nie ma. Zdaniem profesora Skubały prędzej czy później (raczej prędzej) musimy zacząć przyjmować do wiadomości, że ludzkość, by przeżyć, musi dobra materialne, ale też wygodne życie sprowadzić na drugi plan, ważniejsza niż stan posiadania stanie się znajomość języków obcych, rozumienie sztuki czy słuchanie śpiewu ptaków – wylicza naukowiec. 

Tylko jak to zrobić, by nie popaść w skrajne maniactwo? Bo na forach ekologicznych nie brakuje nawoływań, by miejskie domy z ogrodami zamieniać już teraz na domki w lesie, z wychodkiem na zewnątrz.

– Szukać naprawdę skutecznych rozwiązań – doradza doktor Goszczyński. Czyli zamiast uciekać bez komórki do lasu, zasadzić coś zielonego w ogródku działkowym. Zamiast zastanawiać się nad zupą z obierków po ziemniakach i papryce (na forach zerowaste’owych hit sezonu), podzielić się dobrą kaszą bez mięsa lub z minimalną jego ilością z innymi – jadłodzielnie podobnie jak sklepy charytatywne funkcjonują już w wielu polskich miastach. Tak jak akcje wymiany książek i ubrań.

A co na to wszystko ekolodzy, którzy ekologami byli, zanim w Polsce na dobre zagościł ruch zero waste?

Każda proekologiczna decyzja ma znaczenie - nawet jeśli wynika z mody. W masie nawet drobne gesty mogą być skuteczne. (Ilustracja: Arobal) Każda proekologiczna decyzja ma znaczenie - nawet jeśli wynika z mody. W masie nawet drobne gesty mogą być skuteczne. (Ilustracja: Arobal)

Zdaniem Cecylii Malik, artystki i aktywistki z Krakowa, najważniejsze, by w ekologii odnaleźć coś swojego, prawdziwego. Jej pasją na początku były drzewa. Wychowała się w bliskim kontakcie z naturą, rodzice od dzieciństwa uczyli ją rozpoznać drzewa, uczyli nazw rzek i gór, każda lipa i kasztanowiec w jej okolicy miały swoje imię. Pierwszą akcją artystyczno-ekologiczną Malik był projekt „365 drzew”. Przez rok każdego dnia wchodziła na inne drzewo po to, by pokazać, jak drzewa są istotne. Później przepłynęła wszystkie zaniedbane rzeczki Krakowa, takie jak Dłubnia czy Wilga. W maleńkiej, skleconej ręcznie łódce przedzierała się przez stosy pralek i wanien, dzięki czemu krakowianie dowiedzieli się, jak ich rzeki są zaśmiecone. Ze skrzydłami na ramionach walczyła w asyście tysięcy mieszkańców miasta o krakowską Chorwację w mieście – Zakrzówek. I wywalczyła, bo wbrew wcześniejszym planom jezioro wśród skał nie będzie otoczone blokami. Jakiś czas temu Cecylia wraz z innymi aktywistkami, w ramach akcji  „Matki Polki na wyrębie”, pojawiła się u papieża Franciszka, by przekazać mu raport o niszczeniu przyrody w Polsce. Podczas audiencji generalnej papież, co się nie zdarza, raport wziął do ręki i zabrał ze sobą.

– Jasne, że nie zawsze jesteśmy pewni, czy robimy dobrze – uważa artystka. – Można się załamać, kręcić w kółko, zadając sobie pytanie: co mam robić? Ratować konie z rzeźni? Protestować przeciwko hodowcom futer? Czasem wystarczy po prostu futer nie nosić, za to ubierać się w kolorowe ciuchy z second-handów. Bywa jednak, że trzeba głośno mówić o tym, co dzieje się obok nas – że ktoś na przykład bezmyślnie wycina, jak teraz w Krakowie, 300-letni dąb. Dla mnie jedno wycięte bez sensu drzewo ma wymiar globalny. Są za to rzeczy, które mają z mojej perspektywy mniejsze znaczenie. Mam siostry za granicą, więc czasem lecę samolotem. Ale po mieście poruszam się rowerem. Czasem zastanawiam się, czy słusznie, zważywszy na smog w śmiertelnych dawkach – dodaje Cecylia.

– Małe wybory są fajne. Ważne, żeby były konsekwentne, nie wynikały z kaprysów, tylko z przemyśleń i zdrowego rozsądku. Jak masz w domu torbę niebiodegradowalną, ale będziesz ją nosiła codziennie i będzie ci służyła przez lata, dokonujesz wyboru. Nie musisz szyć toreb z prześcieradeł, bo nie są ci potrzebne. A może na jakimś forum znajdziesz samotną matkę, która piękne rzeczy szyje za grosze. To też ekologia – dopowiada Kasia Pilitowska, właścicielka krakowskiej Hummusii Amamamusi. Od niedawna prowadzi z córką Zosią bar śniadaniowy Ranny Ptaszek, uważany za ekologiczny. – Świat naprawdę się zmienia, stereotypy się starzeją. Kiedy ponad 20 lat temu zostałam wegetarianką, ludzie wokół mnie mówili, że przez brak mięsa stanę się w końcu jakimś głuptaskiem. A ja właśnie napisałam z córką książkę. O jajku – mówi Kasia.

Sama wybiera tylko te najsmaczniejsze, z ekologicznego chowu. Dla swojego zdrowia, ale także dla zdrowia kur. Smucą ją ludzie, którzy jedzą jajka ekologiczne przy gościach, ale do ciast dodają już trójki, z chowu klatkowego, bo przecież „nie czuć w smaku”. 

Pilitowska nie ukrywa, że sama ma dylematy (choć akurat w kwestii jajek żadnych), na przykład łapie się na tym, że podaje jedzenie na biodegradowalnych miseczkach z liści palmowych. A przecież, myśli sobie potem, te liście musiały przebyć tysiące kilometrów, by stać się eko. Ale nie ma dylematów, gdzie ma kupić oliwki, te ekologiczne z supermarketu, czy te przywiezione przez fascynata greckiej kuchni, pana Krzysia. – Ekologiczne nie musi znaczyć z certyfikatem, bo za prawdziwą ekologią stoją ludzie i ich małe biznesy, chcę, żeby przetrwali. To ludzie w końcu decydują, czy w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda.

Cecylia Malik (razem z kolektywem Siostry Rzeki) ma w planach spływ latem Wisłą, który będzie protestem przeciwko rządowym projektom utworzenia nowej zapory w Siarzewie, koło Ciechocinka, przeciw niszczeniu rzeki i otaczających ją obszarów Natura 2000. – To ma być spływ polskich matek z dzieciakami, spływ kobiet. Pokażemy, że ekologia ma wymiar społeczny, kobiecy. Będziemy się wymieniać na kolejnych odcinkach. To będzie sztafeta normalnych babek, które nie muszą siebie nazywać ekolożkami, chcą za to spędzać wakacje w Polsce, do tego potrzebne są im: czyste powietrze, dzika rzeka, drzewa i ptaki. Mamy, broniąc przyrody, walczą przecież o przyszłość swoich dzieci – wyjaśnia Cecylia Malik. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Krok w Dobrą Stronę. Marka CCC wprowadziła szereg proekologicznych działań

Daria Biedrzycka, Nat Budzyńska. (Fot. materiały prasowe)
Daria Biedrzycka, Nat Budzyńska. (Fot. materiały prasowe)
Marce CCC proekologiczne działania nie są obce już od dawna. Tym razem premierze najnowszej kolekcji "Go For Nature" na sezon wiosna-lato 2021 towarzyszyły akcje pod hasłem #LetsCareWithCCC: panele dyskusyjne o ochronie środowiska, powstanie muralu w Warszawie i filmiki o ekologicznym życiu.

Działania CCC to bez wątpienia krok w dobrą, ekologiczną stronę. Firma od dawna wdraża proekologiczne działania. Wszyscy dostawcy przestrzegają kodeksu postępowania zgodnego z prawami człowieka, poszanowaniem środowiska naturalnego i zakazem wykorzystania szkodliwych substancji. 90 proc. odpadów z produkcji poddawanych jest recyklingowi. Zamiast plastikowych toreb używane są papierowe i ekologiczne opakowania, a w tegorocznej akcji „Daj swoim butom drugie życie” zebrano 10 ton obuwia. Najnowsza kolekcja „Go For Nature” oraz towarzyszące jej premierze akcje specjalne promowane były pod hasłem #Let’sCareWithCCC.

Kolekcja Go For Nature w sprzedaży pojawiła się w sezonie wiosna-lato 2021. Powstała z wykorzystaniem materiałów z recyklingu oraz z dbałością o optymalizację zużycia energii i wody. Zostały oznaczone trzema etykietami: Leather Working Group (wytwórcy dochowują najwyższej staranności w całym procesie produkcji), Water Based Pu oraz Recycled Plastic Bottles. Niektóre modele sneakersów Sprandi w 50 proc. wykonano z butelek PET poddanych recyklingowi.

Kuba Kulesza. (Fot. materiały prasowe)Kuba Kulesza. (Fot. materiały prasowe)

Marta Siniło. (Fot. materiały prasowe)Marta Siniło. (Fot. materiały prasowe)

Natalia Kusiak. (Fot. materiały prasowe)Natalia Kusiak. (Fot. materiały prasowe)

Premierze towarzyszyły akcje wspierające. W mediach społecznościowych CCC pojawiły się filmiki z udziałem influencerów. Dominika Rejestruje nagrała wideo z przepisem na ekologiczne środki czystości. Rozkoszny podał przepis zero waste na zielony koktajl z bananem, a następnie curry ze skórkami z banana pozostałe z koktajlu oraz risotto ze szparagami na bulionie z końcówek szparagów. Krzysiek Rzyman, Natalia Kusiak i Jagna Niedzielska podzielili się sposobami na ekologiczne działania na co dzień, a Kuba Kulesza pokazał, jak segreguje śmieci.

W inicjatywie Sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie uczestniczyli, m.in. joginka Karolina Erdmann, modelka Gosia Guzowska, stylistka Daria Biedrzycka i model Mariusz Jakubowski.

Inicjatywa sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)Inicjatywa sprzątanie lasu nad Wisłą w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)

W centrum Warszawy powstał też mural stworzony przez Beatę „Barrakuz” Śliwińską z wykorzystaniem farb fotokatalitycznych, które oczyszczają powietrze. Obok umieszczono recyklomat na butelki PET – wrzucenie butelki uaktywnia iluminację LED. Po recyklingu z butelek powstają, m.in. długopisy, zabawki, namioty, czy meble ogrodowe, a także poliester do produkcji czapek, szalików i toreb z linii Go For Nature CCC.

Działania zwieńczył panel dyskusyjny o zrównoważonym rozwoju z udziałem Jagny Niedzielskiej (#bezresztek), Krzyśka Rzymana, zajmującego się ideą less waste, i aktywistki klimatycznej Arety Szpury.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Styl Życia

Ekomisja Bartka Jędrzejaka

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Zanim pojawiły się zdjęcia satelitarne, którymi dziś posługują się synoptycy, aurę prognozowano na podstawie obserwacji przyrody – wyjaśnia prezenter pogody Bartek Jędrzejak. To stąd wzięły się ludowe powiedzenia: „w marcu jak w garncu” czy „kwiecień plecień”.

Zauważyłem, że dzieci w mojej rodzinie wraz z wiekiem zadają coraz bardziej skomplikowane pytania o pogodę i nie zadowalają ich informacje typu, że słońce jest żołte i mocno świeci... Chcą raczej wiedzieć, czy naprawdę może kiedyś zgasnąć. Pomyślałem więc o napisaniu książki edukacyjnej i kiedy opowiedziałem o tym Marcinowi Koziołowi, który od dawna pisze dla dzieci i ma na koncie lekturę dla szkół podstawowych, postanowiliśmy napisać ją razem. Zależało nam na wyborze zwierzęcia, które jest w Polsce aktywne przez cały rok. A że mam w domu abstrakcyjny obraz ptaka, którego nazywam puchaczem, wybór padł na niego.

Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, 'Pogoda dla puchaczy'. (Fot. materiały prasowe)Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, "Pogoda dla puchaczy". (Fot. materiały prasowe)

W rytm natury

Zwracając uwagę na przyrodę, zawsze można ocenić stan pór roku, wystarczy rozejrzeć się wokół. Kiedy na przykład zobaczymy bociany, pierwsze kwiaty, budzące się ze snu pszczoły – to znaczy, że nadeszła wiosna. Regularne obserwacje pogody prowadzi się od początku XVIII wieku i kiedy nie było sputników oblatujących ziemię ani zdjęć satelitarnych, z których dziś korzystają synoptycy, pogodę prognozowano właśnie na podstawie zachowania przyrody.

Ciepło, coraz cieplej

Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego przejściowego, dość blisko zimnej Skandynawii, ale i niedaleko basenu Morza Środziemnego, a nawet (bo dzieli nas tylko Gibraltar) – północnej Afryki. Fronty powietrza z obu stron często ścierają się nad Europą Środkową, dlatego trudniej u nas prognozować pogodę. Jednak w skali globalnej klimat się ociepla. Tegoroczny luty przejdzie do historii klimatologii, bo pod koniec miesiąca w Makowie Podhalańskim zanotowano 21,7 °C !

Inteligencja natury

Około 70 proc. miejsca na kuli ziemskiej zajmują morza i oceany, które wydzielają ogromną ilość dwutlenku węgla, podobnie wulkany. W porównaniu z tym to, co produkuje organizm ludzki, jest minimalne. To zanieczyszczenie naturalne, z którym przyroda nauczyła się sobie radzić, wystarczy zostawić ją w spokoju. Nawet po tak poważnym skażeniu promieniotwórczym, do jakiego doszło 35 lat temu po wybuchu elektrowni w Czarnobylu, w okolicy wyrosły drzewa, powróciły zwierzęta. Problem leży w tym, że jako ludzie dodajemy niebezpieczne zanieczyszczenie w postaci materiałów, które bardzo długo się rozkładają. Dlatego bardzo zwracam uwagę na segregowanie śmieci i na recykling. Nie wyobrażam sobie, że można zostawić śmieci w lesie czy na plaży i kiedy idę na spacer, zwykle noszę ze sobą torbę, do której zbieram wyrzucone butelki, puszki, papiery... To nie wymaga wielkiego wysiłku, a w dobie pandemii, gdy często nosimy jednorazowe rękawiczki, tym bardziej warto to robić. Narzekamy na maseczki, lockdown, ale być może powinniśmy się przyzwyczajać do tego. Co kilka milionów lat Ziemia się oczyszcza przez zlodowacenie, a dziś wraz z topnieniem lodowców nie tylko podwyższa się poziom wód, ale jak – przestrzagają naukowcy – rośnie również ryzyko rozprzestrzenienia się tego, co zostało kiedyś w lodzie zamrożone: bakterii, wirusów, organizmów czy związków, których nie znamy i nie wiemy, jak mogą na nas wpłynąć.

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”.

  1. Styl Życia

Pachnące porządki – naturalne środki do czyszczenia

Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Jedną buteleczką olejku aromatycznego posprzątać dom? Chociaż nie, cała buteleczka to za wiele, bo olejki – oczywiście te czyste, naturalne – są niezwykle wydajne.

Używanie naturalnych olejków eterycznych w domowych porządkach to fajna rzecz, zaraziłam się tym w Stanach – mówi Edyta Tecław, założycielka marki ViaAroma. – Dodaję olejku do płynu do podłóg, żeby pachniało. Ale nie tylko o zapach chodzi. Latem przylatują komary, meszki, przychodzą mrówki. Olejek goździkowy świetnie je odstrasza.

Inne pomysły na naturalne środki czyszczące

  • do dezynfekcji blatu kuchennego: zwilżyć wodą ściereczkę, dodać dwie, trzy krople ulubionego olejku (np. z cytryny), i wytrzeć półki i blaty. Pięknie pachnie i skutecznie dezynfekuje. Olejek jest naturalny, więc nawet jeśli wniknie w nacięcia deski i wejdzie w kontakt z jedzeniem, nic się nie stanie.
  • do czyszczenia umywalek czy kranów też używam olejków: soda, ocet, kwasek cytrynowy plus olejek i wszystko schodzi idealnie.
  • do mycia szyb: ocet, woda, olejek eteryczny. Efekt jest świetny – dodaje Edyta Tecław.
  • do prania (olejek lawendowy lub herbaciany) – to dodatkowa dezynfekcja.

A jeśli masz nawilżacz powietrza, dolej do wody kilka kropli olejku – usunie nieprzyjemne zapachy gotowania i oczyści atmosferę.

  1. Moda i uroda

 „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna.” 

(Fot. materiały prasowe Levi's)
(Fot. materiały prasowe Levi's)
Nie uratujemy planety kupując tę czy inną - bardziej ekologiczną - parę dżinsów, ale wybierając świadomie, możemy szkodzić mniej. Marka Levi’s zachęca: kupuj lepiej, noś dłużej, przekazuj, naprawiaj. A w ramach swoich proekologicznych działań zaprasza do współpracy głos, którego nie można pomylić z żadnym innym.

Nie ma planety B - hasło, które na dobre weszło do słownika osób, którym nie jest obojętny los Ziemi, stało się punktem wyjścia do scenariusza dwuminutowego filmu utrzymanego w konwencji dokumentu przyrodniczego, którego narratorką jest Krystyna Czubówna - polska dziennikarka, prezenterka programów informacyjnych oraz kultowa lektorka filmów przyrodniczych i audycji radiowych.

Fot. Roman Kotowicz/ForumFot. Roman Kotowicz/Forum

Wideo „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna” pokazuje jakie działania podejmuje marka Levi’s w ramach tzw. zrównoważonej produkcji. Marka nieustannie wprowadza nieszablonowe rozwiązania dotyczące zmniejszenia negatywnego wpływu branży na klimat, inwestuje w materiały i technologie takie jak Cottonized Hemp i Organic Cotton, korzysta z technologii, w których zużywa się mniej wody, pracuje nad tym, aby zredukować zużycie zasobów naturalnych i sprawić, aby przemysł odzieżowy stał się bardziej przyjazny dla naszej planety.

Czy wiesz, że… średni cykl życia ubrania to jedynie 3 lata.

Czy wiesz, że… pranie ubrań, odpowiada za 23 proc. śladu wodnego w całym cyklu życia produktu?

Czy wiesz, że… globalnie, ⅓ mikroplastiku w środowisku naturalnym pochodzi z prania materiałów syntetycznych.

Czy wiesz, że… globalnie, mniej niż 1proc. ubrań jest poddawanych recyklingowi.

Czy wiesz, że... jeśli założysz ubranie tylko 5 razy zamiast 50, jego ślad węglowy związany z produkcją wzrośnie o 400%?

12 maja, w największych polskich miastach - Warszawie, Krakowie, Katowicach i Trójmieście ruszyła kampania plakatowa mająca na celu zwrócenie uwagi na problem nieświadomej konsumpcji odzieży oraz naszych przyzwyczajeń, jak również uświadomienie i zaciekawienie tematem wpływu branży odzieżowej na środowisko naturalne. Plakaty zostały wydrukowane na ekologicznym papierze pochodzącym w 100% z makulatury, zaś klej użyty do ich naklejenia, nie zawiera szkodliwych dla zdrowia i środowiska naturalnego związków chemicznych. 10 plakatów zawierających hasła i infografiki dedykowanych całej akcji zaprojektowała Martyna Wędzicka-Obuchowicz, jedna z czołowych polskich graficzek.