1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Rzeczy wiecznie młode

Rzeczy wiecznie młode

Beata Bochińska, kolekcjonerka i znawczyni designu (Fot. Celestyna Król)
Beata Bochińska, kolekcjonerka i znawczyni designu (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
90 procent ludzi na świecie jedyny kontakt ze sztuką ma poprzez przedmioty codziennego użytku. Jakaż to siła rażenia! dlatego zaczęłam się zawodowo zajmować wzornictwem przemysłowym - mówi kolekcjonerka Beata Bochińska

1800 wazonów, filiżanek, dzbanków, pater, kilimów, krzeseł, foteli… Tyle właśnie przedmiotów liczy pani kolekcja. 1863 obiekty. To zresztą szybko przerasta pojemność szaf, garażu, poddasza i w ogóle mieszkania. Dlatego w domu trzymam tylko pojedyncze okazy, zmieniam je zależnie od pory roku i nastroju, reszta jest skatalogowana, zabezpieczona i schowana w magazynie. Żeby coś znaleźć, używam specjalnej aplikacji. Ale co dla mnie najważniejsze, ja, mąż i dzieci żyjemy wśród kolekcji, na co dzień używamy tych przedmiotów. No, może poza unikatami, które mam tylko w pojedynczym egzemplarzu. O, proszę, w tej szufladzie są filiżanki z Tułowic i Pruszkowa, kubki z Mirostowic. W kolejnej szafce talerze z Włocławka, a sushi jemy na szklanych talerzach z prasowanego szkła w formie ryby projektu Jana Sylwestra Drosta z Huty Szkła Gospodarczego „Ząbkowice”. Wyglądają jak zaprojektowane wczoraj, a pochodzą z 1972 roku.

Jak pani rodzinie żyje się z tą kolekcją? Moja pasja okazała się zaraźliwa [śmiech], mąż zaczął kolekcjonować plakaty, sprzęt grający i zabawki związane z eksploracją kosmosu. Mam czwórkę dzieci, dwójka jest już dorosła, Jakub jest naukowcem astrofizykiem i astronomem, Ignacy rozwija agencję socialmediową, inwestuje w start-upy i śmiga na kite’ach. Nadal mieszka z nami Zośka, 16-latka pasjonująca się sztukami wizualnymi, nowymi technologiami i zmianami klimatycznymi, oraz mały Kazik, który ma dziesięć lat i kocha zwierzęta. Widzę po nich, jakie znaczenie ma dorastanie wśród sztuki i designu. Gdy żyjesz z dobrze zaprojektowanymi przedmiotami, to łatwo potem rozróżnić, czy coś jest dobrze „skrojone”, czy nie. I każdy z tych przedmiotów daje pretekst, by nauczyć dzieci kawałka świata, tego, jak lepiej go zorganizować, jak mądrzej żyć. Kryją się w nas pokłady emocji, wrażliwości, ciekawości – jeżeli się je rozbudzi, to życie staje się bardzo ciekawe. A przedmioty mogą być pretekstem, sposobem na uwrażliwienie.

To wyjątkowa sytuacja, coraz częściej przebywamy wśród pastelozy, bylejakości i seryjnie produkowanych rzeczy. Człowiek ma dziś dostęp do takiej liczby przedmiotów, do jakiej nie miały wcześniej całe pokolenia! Przedmioty są demokratyczne i tanie, bo cyfrowo produkowane, „wypluwane” w ilościach niewyobrażalnych. Żeby nie zginąć w zalewie rzeczy, musimy sami się ograniczyć i stworzyć własną scenografię życia codziennego. Bo to od nas zależy, w jakim gramy filmie. Jeżeli nie będziemy mieli pomysłu, nie będziemy umieli dokonać własnego wyboru, to spece od marketingu i działań podprogowych będą nam co 15 minut wciskali coś innego, a my skończymy wiecznie niezaspokojeni i cały czas będziemy czuli, że coś nam umyka, że mogliśmy wybrać lepiej. Moja rodzina żyje wśród kolekcji przedmiotów świetnie zaprojektowanych, które – co więcej – można wciąż jeszcze kupić za grosze. Czasem mam ochotę krzyczeć: „Ludzie, czemu nie widzicie, że macie kupę szczęścia, że mieszkacie w kraju, w którym były dziesiątki świetnych projektantów w tak wielu branżach! Te skarby są jeszcze w domach waszych rodziców, na działkach, strychach – wystarczy kilka dobrych przedmiotów, by życie codzienne stało się lepsze i piękniejsze”. Dziś modne jest bycie eko, a te przedmioty, które mają po 50, 60 lat, są nie tylko wciąż piękne, ale także ekologiczne, bo zostały zaprojektowane tak, żeby służyć jak najdłużej. Wiele z nich wykonano ręcznie i z naturalnych surowców.

Kultowa meblościanka proj. Rajmunda Hałasa; Wazony ręcznie malowane szkliwione, projektant Jan Sowiński, Wit Płażewski (Fot. Celestyna Król) Kultowa meblościanka proj. Rajmunda Hałasa; Wazony ręcznie malowane szkliwione, projektant Jan Sowiński, Wit Płażewski (Fot. Celestyna Król)

Od czego zacząć przygodę z designem i z kolekcjonowaniem? Najważniejsze to nauczyć się patrzenia – to wielka umiejętność i świetne narzędzie. Wtedy gdy pójdziemy do zwykłego sklepu – z ciuchami chociażby – nie damy sobie wcisnąć kitu. Więc na początek: oglądać, oglądać, oglądać – książki, katalogi, dawną prasę, albumy. Teraz szybko dajemy lajki, ale zanim ocenisz – lubię, nie lubię – opisz, przyjrzyj się, porównaj z innym przedmiotem. O, tu na przykład stoją dwa wazony projektu prof. Zbigniewa Horbowego. Są wykonane z tego samego szkła barwionego w masie, tą samą techniką, mają rubinowy kolor. Jeden z nich jest monumentalnym, wysokim kielichem, pucharem. A drugi jest kulą, którą przenika walec – ma ciekawą geometrię. Charakteryzuje je brak zdobień, odważny kolor, którego nie da się nie zauważyć w mieszkaniu i który, co więcej, konkuruje z bukietem. Jednak w założeniu projektanta te wazony miały być ozdobą nawet i bez kwiatów. Wcześniej projektowano wazony na kwiaty, a nie wazony mające pełnić same w sobie funkcję dekoracyjną. Ważniejsza była forma – cóż to za zmiana w myśleniu!

 

Może to stąd ta moda na Horbowego, którego projekty cieszą się coraz większą popularnością. Dobry projekt jest wiecznie młody, trwa przez lata i od niego zaczyna się rozwój różnych linii stylistycznych u innych zdolnych projektantów. Jeżeli projekt jest słabszy, to nie pomoże mu znane nazwisko. Dostrzeżemy to, gdy nauczymy się patrzeć. Bo gdy już umiemy widzieć, porównywać, wartościować, to zaczynamy świadomie wybierać. Co znaczy, że nie będziemy kupować wszystkiego, co jest projektu Horbowego, bo nawet on miał słabsze prace, ale wybrane obiekty, bo chcemy mieć wyselekcjonowaną kolekcję, a nie zbieraninę starych przedmiotów.

Zatem od czego zacząć tworzenie kolekcji? Od tego, co ci się podoba. Jak lubisz szkło – kup wazon. Lubisz meble – kup fotel. Lubisz pić kawę – kup sobie trzy superfajne filiżanki. Zacznij od tego, co ci najbliższe. To musi być prawdziwe i twoje. A potem wymyśl sobie ideę, temat i wokół nich buduj kolekcję. 

Design z czasów PRL-u wyraźnie podoba się wielu osobom, wystarczy spojrzeć na portale z designem czy aukcje w Desie. Wielu ciągle uważa te rzeczy za źle urodzone, z czym absolutnie się nie zgadzam. Młode pokolenie nie widzi tej komunistycznej naleciałości, tylko ich świetny projekt, czyli design. Są zachwyceni tym, że te przedmioty są takie analogowe i pochodzą ze świata, który pozwalał na życiowy balans.  

I dlatego to, co dziadkowie i rodzice wyrzucają na śmietnik, młodzi ze śmietnika wyciągają i stawiają na centralnym miejscu w domu. Moja kolekcja zaczęła się od tego, że zbierałam rzeczy po rodzinie i wystawione przed śmietnikami, bo nie mogłam pozwolić, żeby zostały zniszczone. W Finlandii czy Szwecji wszyscy znaliby nazwiska tych „śmietnikowych” projektantów na pamięć. Tymczasem to nasze wyrzucanie to pokłosie historii i masy kompleksów związanych z byciem gorszą, mniej rozwiniętą częścią świata. Teraz do głosu dochodzi pokolenie urodzone w czasach wolności, mające dostęp do tego samego co młodzi gdziekolwiek w Europie – nie mają kompleksów, nie różnią się od Holendrów czy Portugalczyków. Na przedmioty patrzą tak samo, więc te polskie nie są dla nich gorsze, nie oceniają ich historii, tylko design czy urodę, i widzą, że te rzeczy są świetnie zaprojektowane. A jak coś jest dobre, to chcą to mieć. Doceniają je również dlatego, że na co dzień są otoczeni standardowymi produktami masowo projektowanymi w trzech wzorach na krzyż. A tu masa wzorów, form, deseni, motywów i każdy ciekawy. 

Skąd taki dobry design w PRL-u? To był ciekawy okres. Mieliśmy projektantów tkanin, szkła, mebli, porcelany, na ogół byli to przedwojenni artyści, wykształceni rzeźbiarze i malarze. Po 1945 roku do zrujnowanej Warszawy zaczynają wracać z obozów czy wygnania mieszkańcy – a wśród nich i artyści. Oczywiste jest, że nikt nie kupi od nich obrazów i rzeźby, bo ludzie nie mają nawet butów. Zastanawiając się, jak im pomóc, artystka i późniejsza profesor Wanda Telakowska buduje Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Przed wojną jeździła po świecie, była w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, dostawała nagrody na wystawach światowych i we Francji zobaczyła, jak projektantów angażuje się do produkcji przemysłowej. Zainspirowana tym rozwiązaniem w 1950 roku stworzyła instytut. Powstały zespoły wzorcujące, młodzi projektanci po studiach jechali do fabryk, projekty dopiero po akceptacji instytutu mogły trafić do produkcji – specjalne komisje, w których zasiadali profesorowie, oceniały, czy produkt jest dobrze zaprojektowany, czy nie. Sama Telakowska to niesamowita postać – była wyrocznią, stworzyła ogólnokrajowy system obejmujący masę branż i jeszcze upowszechniała to wzornictwo poprzez wystawy, publikacje w „Ty i Ja” czy w „Przekroju”. Gdy po latach zostałam szefową instytutu, musiałam zmierzyć się z jej legendą.

Gdy trzy lata temu wydała pani książkę „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”, sama stała się pani wyrocznią od designu czasów PRL-u. Książka ma już trzeci czy czwarty dodruk, jestem stale zapraszana na spotkania i codziennie na Facebooku odzywają się do mnie ludzie z prośbą o identyfikację wazonu czy filiżanki po babci. 

Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70.; Wazon, patera na nóżkach, talerz ozdobny - lata '56/'63 i 70. (Fot. Celestyna Król) Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70.; Wazon, patera na nóżkach, talerz ozdobny - lata '56/'63 i 70. (Fot. Celestyna Król)

Skąd u pani taka wiedza? Gdy studiowałam w Instytucie Historii Sztuki, wzornictwo przemysłowe było tam nieobecne. Trudno się dziwić, bo za komuny prawo autorskie nie było przestrzegane, nie do końca było wiadomo, co jest dziełem, a co kopią. Mimo to uparłam się, że napiszę pracę magisterską ze wzornictwa przemysłowego. Profesorowie się zgodzili, a ja zrobiłam jeszcze wystawę w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego i przygotowałam program telewizyjny. To był 1994 rok, tuż po przewrocie. Moja praca miała tytuł „Szklana partyzantka”. 

Szklana partyzantka? Przypadkiem poznałam projektanta wzornictwa przemysłowego Wiesława Krysiaka, wiele lat ode mnie starszego artystę. Woził mnie od huty szkła do huty szkła, gdzie zobaczyłam, jak wygląda proces projektowania i produkowania krótkich serii w hali fabrycznej. To się działo po cichu, po godzinach, często twórcy realizowali projekty za własne pieniądze. I wtedy właśnie przeżyłam coś na kształt olśnienia, zdałam sobie sprawę, że praktycznie każda rzecz, która nas otacza, jest zaprojektowana. Dotarło do mnie, że 90 procent ludzi na świecie albo i więcej jedyny kontakt ze sztuką ma poprzez przedmioty codziennego użytku. Jakaż to siła rażenia! I tak zaczęłam się zajmować wzornictwem przemysłowym. Wystawę zrobiłam jako młoda dziewczyna – potem pojechałam z nią do Meksyku i do USA na kongres artystów szkła. Dostaliśmy stoisko pomiędzy wielkimi Seguso i Venini. Oni byli zszokowani, jak zobaczyli polskie szkło zza żelaznej kurtyny. Nikt nie miał świadomości, co się w zamkniętym na cztery spusty PRL-u działo, jaka była jakość i skala produkcji tych projektów. 

Dlaczego właśnie szkło stało się polską specjalnością? Polska po wojnie straciła ziemie wschodnie, ale zyskała zachodnie, a wraz z nimi nowoczesne fabryki, w tym huty z technologami i surowcami, co pozwoliło nam szybko uruchomić produkcję. Zauważyłam, że po upadku systemu brakuje projektantów, bo niemal wszyscy odeszli do branży reklamowej. Zaczęłam zbierać najzdolniejszych młodych designerów i oferować fabrykom projekty – nagle nowe wzory były potrzebne, ponieważ wchodziliśmy na prawdziwe rynki. W hucie Irena na przykład zastałam hałdę stłuczki kobaltowej, w której były utopione miliony, więc zaproponowałam prezesowi, że opracujemy sposób, jak ją wykorzystać. Nocami i dniami wymyślaliśmy projekty, aż hałda zamieniła się w zysk giełdowej spółki. Powstała z niej między innymi misa cesarska z kryształu z kobaltowym dnem. Założyłam pierwszą w Polsce agencję, która pośredniczyła pomiędzy projektantami wzornictwa a fabrykami, obsługiwaliśmy firmy meblarskie, porcelanowe, tkaninowe. Staraliśmy się na nowo zaprojektować rzeczywistość. Dzisiaj wiele z tych niewielkich wówczas firm to europejskie tuzy.

Przedsiębiorczości chyba nie uczą na wydziale historii sztuki? Wyniosłam ją z domu. Mój ojciec był inżynierem, pracował w Eltrze, gdzie projektował radioodbiorniki, potem był dyrektorem w Telfie, fabryce produkującej centrale telefoniczne i telefony, więc znam go jako dyrektora zarządzającego produkcją. Jako dzieciak sporo czasu spędzałam w fabryce, widziałam, jak wyglądają biura projektów, jak się robi prototypy. Całą tę wiedzę wchłonęłam, nie zdając sobie z tego sprawy.

Co jeszcze dał pani dom rodzinny? Słabość do wazonów i kwiatów odziedziczyłam po babci, która miała piękny ogród, całe dzieciństwo patrzyłam, jak układa bukiety. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez kwiatów. Nawet na wakacjach kupuję bukiety do hotelu! W moim rodzinnym domu niezwykle ważna była estetyka. Rodzice mieli dobrze zaprojektowane meble, w domu babci była masa przedwojennych przedmiotów. Mama szyła ubrania u krawcowej. Wiosną zamawiała u niej dla siebie i dla nas: płaszcz, kostium, spodnium, trzy sukienki. Tkaniny dobierało się pod buty, o które w PRL-u było trudno. Na zakończenie w szkole podstawowej poszłam w szytej z koła sukience z morskiej tafty, która wzbudziła sensację. Zawsze, otwierając drzwi do szafy matki czy ciotek, czułam się jak w teatrze. Tyle kolorów, faktur, wzorów. No i dużo podróżowałam po Polsce z rodzicami. Oglądaliśmy wszystko, co było do obejrzenia – łącznie z ruinami i walącymi się pałacami. Ale chyba najważniejsze było to, że w domu wszystko musiało być jakieś – przemyślane, wybrane. Mało było przypadku dookoła mnie. 

Bez którego z tych ponad 1800 przedmiotów w kolekcji nie wyobraża sobie pani codzienności? Nie mogłabym żyć w moim nowocześnie zaprojektowanym domu bez meblościanek profesora Rajmunda Hałasa. W salonie mam tę najbardziej kultową, czerwono-zieloną, a błękitną w sypialni, Hałas jest moim ulubionym projektantem mebli. No i przeczy temu, że świat PRL-u był szary. Dziś nie ma mebli tak kolorowych jak te jego, produkowane w Bydgoskich Fabrykach Mebli w latach 60. Są starsze ode mnie, a dla mnie wiecznie młode.

Beata Bochińska ukończyła historię sztuki, szefowała Instytutowi Wzornictwa Przemysłowego (2006–2012). Kuratorka wystaw, promotorka, kolekcjonerka i znawczymi designu, autorka książki „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”. Zajmuje się prognozowaniem trendów. 

Przedmioty z lat 50. i 60. są nie tylko piękne, ale i ekologiczne. Wykonane ręcznie, z naturalnych materiałów. 

1. Wazony ręcznie malowane, szkliwione, projekt Jan Sowiński (1958), Wit Płażewski (1961), Wit Płażewski (lata 60.), Fabryka Fajansu „Włocławek”. 2. Tace szklane „Ryby” (1972), szkło prasowane, projekt Jan Sylwester Drost, Huta Szkła „Ząbkowice”. 3. Wazon, patera na nóżkach, talerz ozdobny – lata ’56/’63 i 70., Elżbieta Piwek-Białoborska, Wit Płażewski, Fabryka Fajansu „Włocławek”. 4. Wazony optyczne, lata 70., szkło prasowane, projekt Jan Sylwester Drost, Huta Szkła „Ząbkowice”. 5. Fotele sosnowe, produkcja Czechosłowacja, lata 70., dywan wełniany, ręcznie tkany, lata 70., warsztaty zakopiańskie. 6. Kultowa meblościanka projektu Rajmunda Hałasa (1962), Bydgoskie Fabryki Mebli.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sztuka ludowa to każda historia opowiedziana przez dziadków

Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Zachowanie pamięci o sztuce ludowej i odkrywanie jej na nowo to zadania, które od blisko 70 lat stawia przed sobą rodzinna galeria Domu Sztuki Ludowej. Rozmowa z etnografką Magdą Bojarowską.

Dom Sztuki Ludowej nie jest zwykłym sklepem, ale miejscem, w którym staracie się kultywować ludowe rzemiosło i przybliżać tradycyjnej wytwory sztuki regionalnej, o których często wiemy bardzo niewiele. Malarka Maja Berezowska uznała, że Dom Sztuki Ludowej jest najpiękniejszym sklepem na warszawskiej Starówce, a do grona stałych klientów należały znane aktorki Mira Zimińska, Kalina Jędrusik i Jadwiga Smosarska. W roku 1969 gościem był francuski bard Charles Aznavour. Jaka jest historia waszego rodzinnego sklepu? Dom Sztuki Ludowej istnieje od 68 lat i powstał w tym samym czasie, w którym zaczęła odradzać się warszawska Starówka. Nadal mieści się w tej samej kamienicy, którą odbudowano  i przekazano pod pokazowy sklep Cepelii. Z naszego balkonu Bierut 22 lipca 1953 roku otwierał zrekonstruowaną Starówkę. Cepelia w tamtym czasie bardzo prężnie się rozwijała, współpracowała ze świetnymi projektantami ludowymi, a jej spółdzielnie były rozsiane po całym kraju. Dom Sztuki Ludowej został zaprojektowany w taki sposób, aby w jego wnętrzach jak najlepiej prezentowały się wyroby ludowe, a także mogły odbywać się różnego rodzaju wystawy i wydarzenia. Do tej pory są u nas używane dębowe meble (od roku wpisane na listę zabytków ruchomych), ręcznie kute żyrandole i ekspozytory. Mój tata, ukończył etnografię,  po studiach pracował w Związku Cepelii, często zasiadał w jury różnych konkursów etnograficznych, a w 1978 roku został kierownikiem Domu Sztuki Ludowej. W czasie transformacji, gdy Cepelia zaczęła zamykać wiele swoich salonów, wielu kierownikom proponowano przejęcie sklepów, czyli odkupienie towaru i wyposażenia. Na taki krok zdecydował się mój tata, i od 1991 roku sklep jest w rękach naszej rodziny. Dom sztuki Ludowej nigdy nie stracił na jakości, a niestety cepeliowskie sklepy często nie były prowadzone już na tak wysokim poziomie jak wcześniej. Aż trudno uwierzyć, że w październiku zeszłego roku fundacja Cepelia sprzedała swój majątek, zamknęła lokale i po wielu latach przestała istnieć. To smutne, ponieważ miała bardzo wysoką renomę i była rozpoznawalna na całym świecie, a stała się, jak mawiają niektórzy, taką „marką utraconą”. Nie potrafiono wykorzystać jej ogromnego potencjału, a po transformacji sama Cepelia nie umiała dostosować się do nowych czasów.

Cepelia zrobiła mnóstwo dobrego dla ludowego rzemiosła, wspierała lokalnych twórców i starała się ocalić od zapomnienia regionalne wytwory. Z drugiej strony w latach 60. i 70. młodzi ludzie, jak na przykład moi rodzice, którzy przeprowadzali się ze wsi do miast, nie chcieli dekorować swoich mieszkań słomianymi pająkami, wycinankami czy kilimami, dla nich to nie było atrakcyjne, ponieważ  kojarzyło się z domami dziadków czy rodziców. A jak to wygląda dzisiaj z twojej perspektywy? Obserwujesz zmianę w podejściu to regionalnego rękodzieła? Wiele osób z młodego pokolenia zaczyna szukać ludowych „skarbów” w domach rodziców czy dziadków. To są ci sami ludzie, którzy jeszcze dziesięć lat wyrzuciliby te rzeczy na śmietnik i ja to rozumiem. Wyobrażam sobie, że był bunt na Włocławek, który był w każdym domu i potem powrót do tego Włocławka. Tak samo mogło być z naszymi rodzicami, a taki „bunt” przeciwko wyrobom ludowym nadal istnieje w wielu miejscach. Na przykład tkanina dwuosnowowa dzięki pani Izumi Fujita jest bardzo ceniona w Japonii i zaczyna być na nowo odkrywana przez stylistów, a na jarmarku np. w Białymstoku, gdzie panie sprzedają takie tkaniny, przychodzą ludzie i komentują na głos, że to niebywałe, że to jest takie drogie, bo u nich w domu to się po tym chodziło. Miejscowi często tego nie doceniają, ale pojawia się coraz więcej bardziej świadomych ludzi, którzy zaczynają widzieć potencjał w sztuce ludowej.

Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart) Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart)

Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart) Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart)

Czy po zachłyśnięciu się zachodnimi trendami, a później skandynawskim minimalizmem zaczynamy ponownie doceniać sztukę regionalną, lokalną i ludową? Akurat skandynawski styl zrobił wiele dobrego. W jasnym i minimalistycznym wnętrzu taki kilim czy tkanina dwuosnowowa prezentują się bardzo nowocześnie. Skandynawowie w ogóle bardzo doceniają rękodzieło i uważam, że przepięknie włączają ludowe elementy do swojego codziennego życia. Nie wiem, czy ktoś jeszcze poza Skandynawami potrafi tak świetnie prezentować ludowe elementy strojów np. swetry i łączyć je z nowoczesną modą. Oni z tego na co dzień korzystają, te elementy folkowe są obecne w ich życiu i w ich wnętrzach, a jednocześnie są ikonami rozpoznawalnego, skandynawskiego stylu. To jest inspiracja, z której warto czerpać. Docenianie rękodzieła i tradycyjnych wyrobów jest w jednym z wiodących  trendów, tak samo jak związana z nim idea slow.

A kto dziś odwiedza Dom Sztuki Ludowej? Kim dziś są wasi klienci? To młodzi, którzy nie mają złych skojarzeń z „cepeliadą”? Jest sporo młodych osób, które zaczynają wprowadzać elementy sztuki ludowej do swoich domów i często trafiają do nas dzięki Instagramowi. Ale w obecnym czasie, kiedy epidemia uniemożliwiła przyjazd turystów do Polski, gdyby nie nasi stali klienci, to nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się utrzymać. To są osoby, które kolekcjonują sztukę ludową i wracają do nas, bo  po prostu lubią nas i nasz sklep. My też bardzo często sprowadzamy wiele rzeczy specjalnie dla nich. Ostatnio pokazałam na Instagramie zdjęcie rzeźby, Matki Boskiej szafkowej wykonanej przez Bolesława Parasiona i ona w ogóle nie była wystawiona w sklepie. Jeden z naszych stałych klientów uwielbia tego twórcę i wiedzieliśmy, że będzie od razu tą rzeźbą zainteresowany, dlatego jak tylko ją otrzymaliśmy zadzwoniliśmy do niego. W normalnych realiach odwiedzają nas oczywiście turyści, a wielu z nich wraca do naszego sklepu np. po dwudziestu latach, co jest bardzo wzruszające.

Czego klienci szukają w waszym sklepie i co kupują najczęściej? Można wskazać jakieś konkretne wyroby, które cieszą się największą popularnością? Przede wszystkim prawdziwego rękodzieła ludowego, wysokiej jakości produktów tradycyjnie wykonanych. Niektórzy przychodzą po rzeczy które od lat kupują - te same kapcie wykonane ręcznie z sukna wełnianego, te same pasiaki, te same narzuty na łóżko - wiedzą, że u nas je znajdą. Preferencje, co zabawne, też często zależą od narodowości. Japończycy zawsze bardzo lubili serwetki kurpiowskie, które mają taki geometryczny haft, a także porcelanę opolską i ceramikę z Bolesławca. Francuzi chętnie kupowali malowane skrzynki krakowskie i drewniane koniki, Skandynawowie lubią kilimy. Największym powodzeniem cieszą się zawsze pisanki i wycinanki, które po prostu są bardzo atrakcyjne, a te drugie jeszcze można łatwo przewieźć. Nie brakuje również osób, które kolekcjonują rzeźby, czy malarstwo ludowe.

Kim są twórcy, których rękodzieło prezentujecie w Domu Sztuki Ludowej? Czym się kierujecie przy wyborze konkretnych wyrobów? Odwiedzacie regionalne targi? Jak to wygląda? Bywa, że jeździmy na jarmarki, ale szukamy też artystów w sieci. Mnóstwo osób się do nas zgłasza. Robimy dużą selekcję, ponieważ zależy nam nie tylko na utrzymanie najwyższego poziomu artystyczno-etnograficznego, ale oddzieleniu tzw. rzemiosła artystycznego od rzeczy ludowej bądź naiwnej. Nie wprowadzamy do naszej oferty np. kryształów czy witraży, które choć są przepiękne, nie będą pasować do spójnego charakteru naszego sklepu. Chcemy sprzedawać rzeczy, które stoją na najwyższym poziomie oraz ludowe, które powstają w oparciu o tradycyjne metody. Baza naszych artystów to nasz najcenniejszy kapitał. Zdarza się, że współpracujemy z kolejnymi pokoleniami, tata potrafił 40 lat temu kupować rzeźby od ojca, a teraz wstawia do nas swoje prace jego syn. To chyba dobrze świadczy o naszych relacjach z twórcami.

A gdybyś miała wskazać swoich ulubionych twórców? Cenię rzeźby Romana Śledzia, wybitnego artysty, którego dzieła nie są może łatwe w odbiorze, ale niezwykle piękne i poruszające. Bardzo lubię twórczość nieżyjącego już niestety Antoniego Barana. Uwielbiam tkaninę dwuosnowową i sposób, w jaki przedstawia historie, postacie i zwierzęta. Bardzo lubię grafiki ludowe, ale także rzeczy wyplatane z wikliny i rogożyny, czy szyte ze słomy – są bardzo współczesne i obecnie też doceniane przez projektantów. Lubię rzeczy wyszywane – przede wszystkim hafty makowskie, czyli subtelne haftowane białą nicią na białym lnie ornamenty, ale także delikatnie haftowane tiulowe bieżniki i serwety żywieckie, które przypominają stare suknie i welony ślubne.

Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart) Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart)

Kilimy potrafią kosztować kilka tysięcy złotych, tiulowe ręcznie haftowane chusty kilkaset złotych. Jak ludzie reagują na ceny? Nie wszyscy sobie mogą na niektóre rzeczy pozwolić, mnie też nie stać na wiele z nich i to jest całkowicie normalne. Jednak to nie znaczy, że te rzeczy są drogie - one są warte swojej ceny. Warto pamiętać, że ich wykonanie wymaga często ogromnego nakładu pracy, na przykład tkanina dwuosnowowa, o której wspominałam, bardzo często robiona jest od początku do końca ręcznie. Niektóre panie samodzielnie przędą i farbują wełnę, a samo tkanie dywanu na krosnach jest niebywale pracochłonną i trudną techniką, dlatego takie rzeczy nie mogą kosztować mało. Jeśli ktoś komentuje na głos cenę np. łowickiej ażurowej wycinanki, która powstaje w tradycyjny sposób, a u nas kosztuje od 15 do 40 zł i uważa, że jest za droga, to wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom trzeba uświadomić w jaki sposób powstają te rzeczy. W czasach PRL-u Cepelia przyzwyczaiła ludzi do bardzo niskich cen ludowych produktów, które wynikały z tego, że sami twórcy bardzo nisko wyceniali swoje wyroby, ponieważ nie traktowali ich w kategoriach sztuki. Zresztą do tej pory niektórzy twórcy uważają, że tak być powinno i mają taki sam cennik dla indywidualnych klientów i sklepów. Twórcy nie wliczają w cenę produktów swoich umiejętności ćwiczonych latami, doświadczenia i czasu pracy. Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy przeliczyli na godziny pracę wielu artystów, to okazałoby się, że pracują za mniej niż 4 zł za godzinę. Zanim skomentujemy ceny ludowych wyrobów, zastanówmy się ile czasu i pracy sami musielibyśmy poświęcić na ich wykonanie i jaką zapłatę chcielibyśmy otrzymać.

Jesteś absolwentką etnografii, to u was tradycja rodzinna, ponieważ oprócz twojego taty także brat jest z wykształcenia etnografem. Mój tata ukończył etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy te studia wyglądały trochę inaczej, na roku było zaledwie jedenaście osób,  studenci wyjeżdżali na obozy etnograficzne, a część zajęć była często wspólna ze studentami z archeologii i antropologii fizycznej. Było w tym znacznie więcej czystej etnografii. Kiedy ja studiowałem, to zajęcia skupiały się na bardziej współczesnych tematach – na antropologii kulturowej, antropologii codzienności, problemach etnicznych itd., a takiej etnografii, takich smaczków Kolbergowskich, o których staram się pisać na Instagramie, było niewiele. Wróciłam do tych ciekawostek po latach, nie tylko dla własnej przyjemności, ale właśnie dla takich smaczków, które są urocze i nadal obecne w naszej kulturze. Często nam się wydaje, że są to jakieś stare, zamierzchłe zabobony, ale wystarczy przejść się po parku, żeby zobaczyć, ile jest czerwonych wstążeczek na wózkach.

„Chciałabym, żeby ludzie zaczęli odkopywać domowe historie, babcine opowieści i wspomnienia z dzieciństwa” – napisałaś w jednym z postów na Instagramie. W waszej rodzinie rozmawiało się o takich właśnie etnograficznych „smaczkach”? Na pierwszym roku studiów miałam zadanie, żeby przeprowadzić wywiad z dziadkami. Do wyboru było kilka tematów, jeden dotyczył pożywienia i tego, jak wyglądały w ich dzieciństwie posiłki. Pamiętam, że poszłam wtedy do babci i dziadka z dyktafonem, jeszcze takim kasetowym, i zaczęłam ich o to pytać. I okazało się, że to są takie rzeczy, o których przy żadnej innej okazji mogłabym nie usłyszeć. Dziadkowie opowiadali o tym, co się u nich jadało przy okazji świąt, ale o takich codziennych posiłkach raczej się nie rozmawiało. Moja babcia, kiedy była mała żyła skromnie, mieszkała niedaleko Powązek, opowiedziała mi np. o tym, jak ludzie sprzedawali śledzie z koszyka zawieszonego na plecach, chodząc od domu do domu i to były takie rzeczy, których dziś już się nie uświadczy. I to jest właśnie taka etnografia, do której zachęcam i którą możemy robić na co dzień. Żeby pytać dziadków czy rodziców właśnie o takie mikrohistorie. Ja później zaczęłam bardzo zwracać uwagę na takie opowieści. Pamiętajmy, że przecież to, co działo się w naszym dzieciństwie, dla naszych dzieci, też już jest zupełnie innym światem - nasze gry w pikuty, zabawy na trzepaku, sekrety pod szkiełkiem.

Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart) Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart)

Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart) Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart)

Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart) Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart)

Na Instagramie starasz się pokazywać sztukę ludową w bardziej nowoczesny i atrakcyjny sposób, ale również przekazywać sporą dawkę wiedzy o dawnych rytuałach, ludowych obrzędach i tradycjach. Temu służył również cykl krótkich filmów, które nazwałaś Etnolekcjami. Czy od początku miałaś takie założenie, że chcesz nie tylko prezentować produkty, które macie w sklepie, ale też edukować ludzi? Najbardziej lubię obserwować profile, które dają mi jakąś wiedzę. Gdy pokazuje produkty ze sklepu, staram się opowiadać o ich symbolice, o twórcach, o technice, regionie, z którego pochodzą -  całym tym etnograficznym kontekście. Do Etnolekcji mam nadzieję jeszcze wracać, bo mam wrażenie, że brakuje wciąż takich opracowań. Po jednej z takich lekcji poświęconej demonom ludowym dostałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy pisali, że im też babcia opowiadała o zmorze, u kogoś siedział domowik, a znajomego w dzieciństwie straszono topielcem. Temu właśnie mają służyć te moje pogadanki - aby ludzie zaczęli drążyć, pytać i dociekać. Wcześniej, zanim założyłam konto na Instagramie, zdarzało mi się prowadzić zajęcia etnograficzne w szkołach, pracowałam też jako animatorka na różnych wyjazdach dla dzieci, prowadziłam warsztaty. Zawsze lubiłam dzielić się tą etnograficzną wiedzą. Sprawia mi frajdę wyszukiwanie zabawnych historii i ciekawostek, dzięki nim staram się zainteresować ludzi tradycyjną kulturą i etnografią.

Dawna sztuka ludowa tworzyła artystyczny pejzaż wsi. Związana była ze starymi wierzeniami, które na przestrzeni wieków splotły się nierozerwalnie z chrześcijańskimi naukami. Sztuka ludowa osadzona w tradycji konkretnego regionu jest nie tylko efektem zbiorowych doświadczeń, ale także nośnikiem niezwykłych umiejętności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Od 68 lat w Domu Sztuki Ludowej, galerii mieszczącej się przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, można podziwiać i kupować wyroby rękodzielnicze – rzeźbę i malarstwo ludowe, krakowskie szopki, tkaniny i regionalne stroje, wyroby z wikliny i skóry, drewniane skrzynki i regionalne lalki, regionalne zabawki, wycinanki, pisanki, słomiane pająki, ceramikę z Bolesławca, porcelanę z Opola i fajans z Włocławka, drzeworyty i linoryty oraz przedmioty inspirowane sztuką ludową.

  1. Styl Życia

Tatuuj, dziewczyno! Gdy tatuażysta jest kobietą

Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Pierwsze prace kilkuletnia Magdalena ukrywała pod tapczanem. Kamila na dobre chwyciła za pędzle po kilku życiowych zakrętach. Daria, zamiast na kolejny trening, poszła do szkoły plastycznej. Chociaż ich artystyczne życiorysy miały różny początek, dziś robią to samo – tworzą podskórne dzieła sztuki. A ich „tworzywem” są ciała innych kobiet.

Jeszcze kilka dekad temu zarówno tatuowanie, jak i zdobienie rysunkami swojego ciała było domeną mężczyzn, w tym głównie rzemieślników i robotników. Z początkiem XXI wieku w branży tatuatorskiej do głosu zaczęli dochodzić artyści. Płótna i pędzle, kartki i ołówki czy tablety graficzne porzucili na rzecz skóry i maszynki z igłą, a w studiach tatuażu coraz częściej pojawiają się tatuatorki. Kompozycje zyskały na estetyce i, wzbogacone o kolor, stały się bardziej przystępne dla coraz liczniejszej grupy nowych klientów – kobiet. Mateusz Łagowski, założyciel platformy do rezerwacji sesji tatuażu online INKsearch.co, podaje, że w 2020 roku w Polsce aż 700 na 1000 umawianych za pośrednictwem serwisu sesji było rezerwowanych i wykonywanych przez kobiety. Stanowiły one 68 proc. z 500 tysięcy użytkowników strony. Szczególną popularnością cieszą się rysunki przedstawiające motywy flory i fauny. Tworzą je między innymi artystki, takie jak: Magdalena Bujak, Kamila Abramczyk czy Daria Bidzińska.

Rytuał wzmacniania

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic, była jedną z pierwszych tatuatorek w Polsce tworzących barwne wzory botaniczne. Dziś co roku dekoruje swoimi pracami ciała około 600 osób – niemal wyłącznie kobiet. Pierwszy raz własną skórę, za zgodą mamy, ozdobiła tatuażem w wieku 14 lat. Po sześciu latach i ukończeniu liceum sztuk plastycznych sama zaczęła tatuować – amatorsko, w warunkach domowych i wyłącznie znajomych.

– Zawsze wiedziałam, że standardowe kartki są niewystarczające dla mojej sztuki. W wieku kilku lat marzyłam, aby malować po ścianach, ale ukrywałam swoje dzieła w niedostępnych dla dorosłych miejscach, w tym na tkaninie obiciowej pod tapczanem. Jako nastolatka złapałam bakcyla malowania na wielkich formatach. Tworzenie na tak nietypowym materiale, jakim jest ludzka skóra, było więc dla mnie niesamowicie pociągające – wyjaśnia.

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Po ponad roku porzuciła jednak amatorskie tatuowanie, bo ze względu na brak nauczyciela nie widziała postępów. Na szczęście siedem lat temu została ponownie odkryta dla tej branży. – Pomagałam przy konwentach tatuażu jako projektantka graficzna. Tam poznałam Tomka Majchrzyka, właściciela studia Rock’n’Ink z Krakowa, który widząc moje prace, zapytał, czy nie chciałabym zająć się na poważnie tą dziedziną sztuki – wspomina.

'Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak) "Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Popularność zapewniły jej nietypowe, mocno malarskie i kolorowe wzory wyglądające, jakby były stworzone pędzlem, a nie igłą.

– Wtedy w Polsce niewiele osób tatuowało w ten sposób. Otworzyło to kobietom w różnym wieku oczy i umysły, pokazując, że tatuaże mogą być delikatną i barwną ozdobą ciała. Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi. Jej styl mocno ewoluował, ale nadal jest bardzo kobiecy. Od maźnięć pędzla i dużych formatów, przez malarskie, ale niewielkie wzory botaniczne, doszła do dużych kompozycji roślinnych, wzorowanych na rycinach z zielników.

Tatuaże Tatuaże

Początki Magda wspomina jako życie w rozjazdach. – Przez półtora roku dzieliłam czas między Katowice, gdzie w tygodniu mieszkałam i pracowałam w korporacji, a Kraków, w którym w weekendy uczyłam się tatuować – wyjaśnia. W 2015 roku, gdy już nabrała doświadczenia, otworzyła w Katowicach studio Ink Miners Tattoo. – Zaczynałam z Martyną Popiel, Bianką Szlachtą i Michaliną Rutkowską. Razem stworzyłyśmy pierwsze stricte kobiece miejsce w tej branży – opowiada. W 2020 roku postanowiła, że potrzebuje radykalnych zmian. Ink Miners przestało istnieć. Wspólnie z Martyną Popiel i Kasią Oskarbską powołały do życia kolektyw Babie Lato Tattoo. – Czas wiosennego lockdownu wykorzystałyśmy na własnoręczne wyremontowanie nowego studia. Zmieniłyśmy też sposób prowadzenia firmy. Teraz wszystkie jesteśmy szefowymi i po równo dzielimy się i odpowiedzialnością, i profitami – opowiada. Zapytana o coraz bardziej zauważalną obecność kobiet w świecie tatuażu, mówi z zapałem: – W branży jest obecnie mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn, a do tego odbiór naszej pracy zmienił się na plus, co bardzo mnie cieszy. W tylu innych zawodach kobiety są niedoceniane, dlatego niech chociaż w tej dziedzinie będzie równościowo i feministycznie.

W ciągu pięciu tysięcy lat historii tatuaży przypisywano im różne funkcje: religijne, symboliczne, medyczne, dekoracyjne. Co tatuaże dają dziś jej klientkom? – Siłę! I to niezależnie od tego, czy przychodzi do mnie 18-latka, czy kobieta po sześćdziesiątce. Trzeba zmierzyć się z bólem, ale przejście tego rytuału wzmacnia. Większość kobiet, które mnie odwiedzają, chce coś zmienić w swoim życiu – wykonanie tatuażu jest dla nich momentem przełomowym. Co ciekawe, większość z nich robi u mnie swoją pierwszą dziarę. Jestem z tego dumna, bo w mojej pracy poruszają mnie najbardziej ludzie i ich historie – zapewnia.

A w sercu ciągle punk

Patrząc dziś na Kamilę Abramczyk, właścicielkę studia tatuażu Abrakadabra Ink w Bielsku-Białej, trudno uwierzyć, jak krętą drogą dochodziła do celu. Zanim opanowała sztukę zdobienia ludzkiej skóry, skończyła technikum hotelarskie, a nie wymarzoną szkołę plastyczną, przez dziesięć lat zmagała się z nałogami, przeżyła wypadek samochodowy, po którym przeszła skutecznie odwyk i terapię, a także została mamą. – W starym mieszkaniu znalazłam farby i pędzle z czasów szkoły średniej. Postanowiłam namalować obraz i tak mnie to wciągnęło, że powstało ich aż… 30. Jednocześnie zajęłam się fotografią – opowiada. – Z pieniędzy za pierwsze sprzedane prace kupiłam amatorski sprzęt do tatuowania i po kilkunastu dziarach wykonanych w domowych warunkach odezwał się do mnie Kuba Malarz, menedżer ze studia Git Tattoo z Bielska-Białej. Widział moje prace w Internecie i chciał, abym dołączyła do ich zespołu. Myślałam, że to żart – śmieje się Kamila. Z dostępem do profesjonalnego sprzętu i wspierającymi nauczycielami przy boku szybko nabrała wprawy. – Zaczynałam od metody dotwork [wzory tworzone z użyciem kropek, a nie kresek – przyp. red.] i mrocznych wzorów, ale z czasem przekonałam się, że bardziej przemawiają do mnie elementy kolorowej akwareli w połączeniu z ciemnymi konturami – wyjaśnia.

– Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak) – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

W 2017 roku otworzyła własne ministudio. – Po odejściu z Git Tattoo stanęłam przed dylematem – szukać pracy u innych tatuatorów czy otworzyć własny biznes? Ze względów sentymentalnych nie chciałam „zdradzać” starego studia na rzecz innego działającego w mieście, dlatego gdy zobaczyłam na osiedlu lokal do wynajęcia po salonie fryzjerskim, wymyśliłam Abrakadabra Ink. Z czasem klientów zaczęło przybywać, zespół się powiększył i trzeba było się przenieść – wspomina. Dziś Kamila, z pomocą siostry, prowadzi studio w klimatycznym mieszkaniu na poddaszu zabytkowej kamienicy tuż przy bielskiej Starówce. Klientki zapisują się na kilka miesięcy przed terminem sesji i przyjeżdżają z całej Polski. – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli. Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach. Cały czas się rozwijam, obserwuję, jak pracują inni tatuatorzy, ulepszam swoją technikę i styl – tłumaczy.

Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki) Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki)

Oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają, jak podkreśla Kamila, również funkcję terapeutyczną – zwłaszcza w przypadku zakrywania nimi blizn po operacjach, przemocy czy oparzeniach. Dają poczucie kontroli nad własnym ciałem i jego „odzyskania” poprzez świadome modyfikacje. – Jedna dziewczyna jako dwulatka uległa poparzeniu. Rozległe i twarde blizny pokrywały jej ramię i połowę pleców, dlatego chciała zakryć je pięknym wzorem botanicznym. Inna po operacji rekonstrukcji piersi miała długą bliznę na klatce piersiowej. Stresowałam się przed tymi sesjami, ponieważ nie wiedziałam, czy uda mi się wbić tusz pod skórę na bliznach. Ale udało się. Było dużo wzruszeń i łez szczęścia – opowiada.

Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Tatuaże mogą być też sentymentalną pamiątką po kimś bliskim. – Zdarza się, że przychodzą do mnie matka i córka, siostry czy koleżanki i tatuują sobie identyczny wzór jako pamiątkę po ważnej dla nich relacji – mówi Kamila. Kto najczęściej wybiera jej wzory? – Odkąd jestem w branży, są to niemal wyłącznie kobiety. Wytatuowałam może z dziesięciu mężczyzn – mówi ze śmiechem. Jakich wzorów nigdy nie wykona? – Kiedyś chodziłam w glanach i z irokezem na głowie, teraz mam łagodniejszy wygląd i jestem mamą dwójki dzieci, ale światopoglądowo zostałam punkiem. Nie tatuuję więc, mimo zapytań, motywów czy haseł faszystowskich, a także religijnych – wyjaśnia.

Z Klimtem na ramieniu

Realistyczne portrety olejne Darii Bidzińskiej, podejmujące problematykę wyobcowania i wykluczenia, zdobyły wyróżnienia między innymi podczas Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2019, Grand Prix Fundacji im. Franciszki Eibisch, a także konkursu Studencki Obraz Roku w 2018 roku.

Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak) Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Do tatuażu pchnęła mnie ciekawość nowego narzędzia i podłoża. Wbrew pozorom igłami i tuszem można stworzyć wiele śladów i tekstur, dzięki czemu łatwo przekłada się realistyczny obraz na skórę – wyjaśnia.

Dziś to malowaniem zajmuje się po godzinach... Pierwsze tatuaże, podobnie jak w przypadku niemal wszystkich w branży, wykonała osobom ze swojego otoczenia w warunkach domowych.

– Razem z koleżanką z ASP ćwiczyłyśmy na własnych ciałach, ale pierwszy tatuaż zrobiłam samej sobie. Potem zaczęłam tatuować znajomych, a krąg zainteresowanych się powiększał. Półtora roku temu zaczęłam pracę w studio Zmierzloki Tattoo w Katowicach – mówi. Przez ten krótki czas zdążyła poprawić technikę i wykształcić niepodrabialny styl.

(Fot. Instagram artystki) (Fot. Instagram artystki)

– Dążę do realizmu. Są to najczęściej kobiece portrety uzupełnione o motywy florystyczne. Często odwołuję się do sztuki klasycznej, zwłaszcza rzeźby starożytnej, ale też do secesji. Inspirują mnie prace Botticellego, Rossettiego, Muchy i Klimta – wylicza. Wśród osób, które rezerwują u niej sesje, także przeważają kobiety. – One przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – tłumaczy.

Jej zdaniem to dowód na to, że powszechny odbiór tatuaży przeszedł ogromną metamorfozę. – Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy – dodaje.

Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Fakt, że jest obecnie coraz więcej tatuatorek w branży, wiąże z nieograniczonym dostępem do edukacji dla kobiet. – To widać także w innych kreatywnych zawodach czy na uczelniach artystycznych. Edukacja daje możliwość rozwoju wewnętrznej autonomii i samoświadomości. Nic dziwnego, że coraz więcej kobiet stawia na samorealizację przed założeniem rodziny – mówi z przekonaniem. Właśnie w ten sposób, w kobiecych, niewielkich, prywatnych studiach, tworzy się dziś historia tatuażu. Ale także ta osobista, zapisywana na skórze. 

  1. Styl Życia

Polska ceramika - przegląd najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców

Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 37 Zdjęć
Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Trzask Ceramics

Za nazwą Trzask stoi Marta Kachniarz, która od trzech lat prowadzi pracownię ceramiczną w Warszawie i własnoręcznie projektuje, wykonuje i ozdabia uroczymi malowidłami wszystkie ceramiczne cuda. Tworzy głównie przedmioty użytkowe, zastawę oraz biżuterię. Styl Trzasku charakteryzuje przede wszystkim ogromna swoboda - znajdziemy tam zarówno miseczki z motywem lastryko, proste w formie wazony na kwiaty w pastelowych odcieniach, jak i charakterystyczne talerze z malunkiem lampartów, wylegujących się w rajskim ogrodzie. I oczywiście uśmiechnięte kubki brzuszki, które skradły moje serce!

MUAStudios

Bezkres błękitnego oceanu, wzburzone fale, przyjemnie gorący piasek, pastelowe zachody słońca - a to wszystko zamknięte na ceramicznych paterach. I choć brzmi to niemal nierealnie, dokładnie takie produkty czekają na nas w MUAStudios. Tę warszawską pracownię ceramiczną tworzy Kati Romanowska, Czarny (Łukasz Przygodziński) i ich pies, Łajdak. Inspiracje czerpią z podróży i natury, a każdy przedmiot, który tworzą, jest absolutnie wyjątkowy. Niedługo, obok przepięknych pater, misek i talerzy, swoją premierę będzie miała kolekcja kubków i wazonów.

ENDE Ceramics

ENDE to studio założone przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego – projektantów i absolwentów ceramiki na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Ich projekty to przedmioty codziennego użytku (głównie przepiękne kubki i filiżanki), które łączą w sobie funkcjonalność, oryginalną estetyczną formę i wysokiej jakości materiały. Z roku na rok produkty ENDE cieszą się coraz większym zainteresowaniem nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Obecnie sprzedawane są w Europie, Stanach Zjednoczonych, Azji, na bliskim wschodzie oraz Australii i Nowej Zelandii.

Krafla

Wazon na kwiaty z dziurkami, obok którego (gwarantuję!) nikt nie przejdzie obojętnie, to flagowy produkt marki Krafla. Oprócz tego marka oferuje oryginalne doniczki z systemem nawadniania, które wpasują się do niemal każdego typu wnętrz. Wszystko w stonowanych, pastelowych kolorach. Krafla oferuje dekoracje i akcesoria do domu, tworzone przez Paulinę Pająk, z wykształcenia prawniczkę, i Katarzynę Zarębę, absolwentkę Design Academy Eindhoven. Dziewczyny prywatnie przyjaźnią się od wielu lat, w pracy natomiast wzajemnie się inspirują i uzupełniają. Ich marka przypadnie do gustu wszystkim, którzy chcą podkreślić urodę swoich zielonych roślin.

Misiura

Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Za marką Misiura stoi Agnieszka Prucia, która porzuciła niesatysfakcjonującą pracę i korporacyjny zgiełk na rzecz tworzenia ceramicznych cudów. Tworzy przede wszystkim talerze, w których zatapia słowa - wspierające, doceniające, dodające skrzydeł. Jak sama pisze: "Moja pracownia to miejsce, w którym pasja i marzenia nabierają realnych kształtów​. Wypełniona słowami, które zapisuję w glinie, by nie tracić z oczu cudów codzienności, by praktykować radość z małych rzeczy i by szukać równowagi w przyrodzie. Piszę w glinie, bo wierzę, że dobre słowa budują życie". 

Wesky Studio

Minimalizm w najlepszym stylu. Wesky Studio to piękne w swojej prostocie formy, naturalne kolory oraz wzory inspirowane naturą. Znajdziemy tam przedmioty codziennego użytku - kubki, talerze, czarki, miski i wazony - wszystko w iście designerskim stylu. Za Wesky Studio stoi Artur Wesołowski. Jego pracownia powstała "z radości do toczenia na kole i zachwytu nad procesem, w którym bryła gliny w ciągu kilku minut staje się zaczynem naczynia obdarzonego regularnością i harmonią".

Projekt Ładniej

Wspaniale nieidealna, inspirowana naturą i pięknem otaczającej nas przyrody - taka właśnie jest ceramika Projektu Ładniej. Tworzy ją Alicja Podhajska-Godyń, z wykształcenia socjolożka i projektantka wnętrz. Cały proces produkcji odbywa się w małej pracowni w Katowicach. To tam powstają piękne talerze o nieregularnych kształtach, patery w kolorach ziemi, pastelowe kubki i miseczki na przeróżne drobiazgi oraz wiele innych produktów z gliny, które umilają przebywanie w domu i upiększają przestrzeń. Ceramika Projektu Ładniej jest formowana ręcznie, odlewana z form gipsowych, a następnie ręcznie malowana, dzięki czemu staje się unikatowa i niepowtarzalna.

 

  1. Styl Życia

Bunt wobec powtarzalności

Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Aleksandra Kaliszan z Aleksandrii koło Kalisza… Brzmi bajkowo. I słusznie. W mieszkaniu Oli we wrocławskiej kamienicy też jest jak w bajce. Kolorowo, energetycznie, magicznie. – Kiedy przekraczam jego próg, wszystko, co złe, zostaje na zewnątrz. To moja oaza, mój własny mikrokosmos – mówi.

Kamienice lubiłam od zawsze. Kiedy gdzieś wyjeżdżałam, pierwszym punktem zwiedzania był spacer po dzielnicach kamienicznych, odnajdywałam przedwojenne kafelki i robiłam im zdjęcia. Dziś zajmuję się organizowaniem podróży służbowych w firmie programistycznej, ale przez lata pracowałam w Luft­hansie, w obsłudze klienta, dużo latałam po świecie. Kiedy przyszedł czas, żeby gdzieś osiąść na stałe, wybrałam Wrocław, spodobał mi się ze względu na niesamowity klimat.

Wiedziałam, że tam, gdzie kiedyś zamieszkam, muszą być duże okna, ma być wysoko i przestronnie. I życie tak się cudownie potoczyło, że dwa lata temu znalazłam to mieszkanie. W kamienicy z 1904 roku, w dzielnicy Nadodrze, na drugim piętrze. Szukałam go pół roku, powoli tracąc nadzieję. Mieszkania w kamienicy, zwłaszcza we Wrocławiu, to zwykle rudery, są w strasznym stanie i wymagają generalnego remontu, a jak się już trafia coś ciekawego, to ma astronomiczną cenę i przeważnie mieści się w wyremontowanej, bezosobowej, prywatnej kamienicy.

Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król) Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król)

Tymczasem moja kamienica ma charakter. Stoi blisko Odry, tuż pod oknem są wały spacerowe, jest spokojnie i cicho – tak jak lubię.

Ludzie mówią, że pierwsze mieszkanie jest eksperymentem, wprawką, dopiero potem kupuje się kolejne, w którym się już wie, co i gdzie ma stać. Ja mam zamiar tu zostać i nigdy się nie wyprowadzać, ale postanowiłam, że moje mieszkanie będzie moim kreatywnym placem zabaw. Zwłaszcza teraz, podczas lockdownu, kiedy stale w nim siedzę – ciągle mam ochotę coś zmieniać.

Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król) Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król)

Moimi sprzymierzeńcami są targi staroci, sklepiki vintage, ale też OLX, Allegro czy zakładka Marketplace na Facebooku. Wolę korzystać z czegoś, co już zostało stworzone, w imię idei recyklingu i less waste. Wszystkie meble – oprócz kanapy i szafki pod telewizor – są z drugiej ręki. Odnawialiśmy je w domu moich rodziców na wsi, a trafiły do mnie od bliskich i znajomych albo od ludzi sprzedających je w Internecie. Starałyśmy się z mamą je oszlifować i odnowić na tyle, na ile potrafimy. Pewnie mogłyby wyglądać lepiej, ale mnie się podobają takie, jakie są. Poza tym lubię robić coś sama.

Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król) Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król)

Tapeta w nyży

Odkąd pamiętam, pociągały mnie kolory, szukałam ich podczas każdej podróży, długo prowadziłam bloga chasingcolors.pl. W różnych miejscach na świecie szukałam street artu lub kolorowych detali. Nawet idąc zwykłą ulicą, od razu dostrzegam kolorowe rozwiązania, małe detale. To samo robię w domu. Chciałam wprowadzić tu dużo kolorów, ale staram się jednocześnie, by nie były zbyt męczące. Kiedy koleżanka doradziła mi, żeby zrobić granatową ścianę w sypialni, pomyślałam: „Dlaczego by nie pociągnąć tego na drzwi?”, a że z mieszalnika można stworzyć teraz każdy odcień, udało mi się zgrać je idealnie. I teraz na moim koncie na Instagramie (@ola_sweethome) ściana zbiera mnóstwo pozytywnych komentarzy.

Korytarz malowałam latem, chciałam dać tam ciemniejszy kolor, szczególnie na suficie, który jest wysoki i dobrze byłoby go przybliżyć optycznie. Wybór padł na szmaragdowy. W urządzaniu wnętrz kieruję się psychologią kolorów, mam na ten temat wiele książek. Lubię niebieski, zielony, pomarańczowy i różowy, a najbardziej – połączenie niebieskiego z pomarańczem.

Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król) Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król)

Tapety stanowią u mnie efektowny dodatek lub tło. Tę w ptaszki do sypialni znalazłam w małym sklepiku na Allegro. Z kolei w kuchni mam tapetę z motywem haftu opolskiego, kupiłam ją w sklepie Folkstar, który skupia się na promowaniu kultury polskiej z każdego regionu.

Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król) Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król)

Kuchnia jest zrobiona w starej nyży dla służby, czyli małym pomieszczeniu bez okien, w którym mieściło się kiedyś tylko łóżko. W miejscu, gdzie mogłoby się znaleźć okno, są teraz tapeta i stoliczek, przy którym jem śniadanie.

Co mówi stolik?

Co musi mieć mebel lub bibelot, żeby znalazł się w moim domu? Musi do mnie mówić. Czyli po prostu być inny, niepowtarzalny, wyjątkowy. Ważne są oryginalna forma i kształt. Liczy się też jego historia. Gdy odbieram od kogoś mebel, zawsze pytam, gdzie wcześniej był, u kogo, jak długo. Lubię wyjątkowe rzeczy, które przypadkiem zgrywają się z resztą. W ten sposób chyba buntuję się przeciwko powtarzalności różnych wzorów czy rozwiązań we wnętrzach. Ja wolę kombinować. Niektóre rzeczy sprzedaję i znajduję w ich miejsce nowe, lubię się wymieniać i kupować okazyjnie.

I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król) I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król)

Mój styl to połączenie secesji, motywów roślinnych, wywijasów i art déco, najbliżej mi zatem do eklektyzmu i stylu modern bohemian. Pociągają mnie obłe i okrągłe formy, komfortowe dla oka. Ale lubię też cepeliadę i folkowe motywy. Mam wiele dodatków i naczyń od babci, które były modne, kiedy kupowała je do domu, i wciąż są.

Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król) Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król)

Lockdown pomógł mi spojrzeć na nowo na to, czego potrzebuję w życiu. Kiedy człowiek jest w codziennym pędzie i do domu wraca tylko po to, by się przespać i odpocząć, funkcjonalność wnętrza się zaciera. Dopiero teraz ustawiłam meble tak, jak mi to odpowiada. Wróciłam do starych pasji, zaczęłam znów malować. Zrozumiałam, że nie mogłabym żyć w totalnie minimalistycznym biało-beżowo-ziemistym wnętrzu i z pustymi ścianami. Najlepiej się czuję z bogatymi galeriami na ścianach (ramki pomaga mi wybierać zaprzyjaźniona wrocławska marka @oprawiamy_w_ramy), w otoczeniu, które coś do mnie mówi.

  1. Styl Życia

Folk Fashion Show - odkrywanie skarbów w domach dziadków

(Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show)
(Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
„Projekt zwraca uwagę na ogromną wartość i dziedzictwo kryjące się w dawnych tkaninach ludowych” - tłumaczy Joanna Seliga, pomysłodawczyni i koordynatorka sesji fotograficznej i pokazu mody „Folk Fashion Show, czyli wielka draka wokół wełniaka”. „Mamy nadzieję, że dzięki tej prezentacji młodzi na nowo odkryją „skarby” kryjące się w domach ich dziadków”. 

Na pierwszej fotografii ks. proboszcz Tomasz Bojanowski z dumą prezentuje współczesny strój z Lubochni noszony na modłę opoczyńską. Na kolejnej młoda kobieta ma na sobie przepiękny wełniak na fioletowym dnie obszyty aksamitkami, bawełniany kaftan wiśniowego koloru, lnianą koszulę na stójce, a na głowie kwiecistą chustę z frędzlami. Jest boso, trzymane w dłoniach trzewiki oszczędza w drodze do kościoła. Gdyby z fotografii wygumkować kolor, ciężko byłoby odróżnić je od zdjęć, które wykonywano przeszło sto lat temu i domyślić się, że zostały zrobione w 2020 roku. Fotografowi Tomaszowi Jóźwikowi zależało na odtworzeniu atmosfery dawnych fotografii, które odzwierciedlały zmysł estetyczny lubocheńskich włościan.

Niezwykła sesja zdjęciowa jest częścią projektu „Folk Fashion Show, czyli wielka draka wokół wełniaka” zrealizowanego przez Stowarzyszenie „Step by Step” i współfinansowanego ze środków gminnych oraz wojewódzkich. Pomysłodawczyni i koordynatorka projektu Joanna Seliga chciała pokazać bogactwo niezwykłego stroju lubocheńskiego, ale także zachęcić artystów, twórców i rękodzielników do inspirowania się modą ludową.

Ks. Proboszcz Tomasz Bojanowski, wielki propagator lubocheńskich strojów ludowych, ubrany jest we współczesny strój noszony w Lubochni według opoczyńskiej mody. Ma na sobie niebieską kamizelę oraz czarne portki wpuszczone w skórzane buty z cholewami. Portki przepasane są pomarańczowym pasem „siotkowym”. Koszula uszyta jest z białego płótna i ozdobiona kolorowym haftem krzyżykowym na mankietach, kołnierzyku i „gorsie”. Głowę zdobi wełniano-skórzana czapka z kaszkietem. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show) Ks. Proboszcz Tomasz Bojanowski, wielki propagator lubocheńskich strojów ludowych, ubrany jest we współczesny strój noszony w Lubochni według opoczyńskiej mody. Ma na sobie niebieską kamizelę oraz czarne portki wpuszczone w skórzane buty z cholewami. Portki przepasane są pomarańczowym pasem „siotkowym”. Koszula uszyta jest z białego płótna i ozdobiona kolorowym haftem krzyżykowym na mankietach, kołnierzyku i „gorsie”. Głowę zdobi wełniano-skórzana czapka z kaszkietem. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show)

Wiktoria Kubryn ubrana jest w lnianą koszulę na stójce obszytą szydełkową, nicianą koronką. Ma na sobie wełniak na fiołkowym dnie, obszyty rzędowo aksamitkami oraz zapaskę na fioletowym dnie, wykończoną „siotkum” z półokrągłymi rozetami oraz bawełniany kaftan wiśniowego koloru, zdobiony haftem koralikowym, szczypankami i plisowaną baskinką, a na głowie cielistą chustkę z frędzlami o kwiatowym motywie. Dziewczyna trzyma w ręku wełnianą chustę na plecy o motywie bogato zdobionej girlandy oraz buty – trzewiki oszczędzając je w drodze do kościoła. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show) Wiktoria Kubryn ubrana jest w lnianą koszulę na stójce obszytą szydełkową, nicianą koronką. Ma na sobie wełniak na fiołkowym dnie, obszyty rzędowo aksamitkami oraz zapaskę na fioletowym dnie, wykończoną „siotkum” z półokrągłymi rozetami oraz bawełniany kaftan wiśniowego koloru, zdobiony haftem koralikowym, szczypankami i plisowaną baskinką, a na głowie cielistą chustkę z frędzlami o kwiatowym motywie. Dziewczyna trzyma w ręku wełnianą chustę na plecy o motywie bogato zdobionej girlandy oraz buty – trzewiki oszczędzając je w drodze do kościoła. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show)

Wiktoria Głowacka prezentuje kieckę na ciemnozielonym dnie ozdobioną aksamitkami, wszytą w stanik, którego jednobarwna tkanina tkana jest na wiejskich krosnach. Wyszyty jest rzędowo koralikami i ozdobiony zakładkami i paskiem podkreślającym talię. Ma na sobie lnianą koszulę wyszywaną haftem płaskim w motywy roślinne, w pasie przepasana jest zapaską o modzie łowickiej i symetrycznym raporcie tkaniny, ozdobioną pasmanterią i „siotkum” wykonaną na szydełku. Głowę zdobi płócienna, wyszywana drobnymi kwiatuszkami chustka wykończona frędzlami. Dziewczyna trzyma na ręku wełnianą chustę „jesionkę”. Adrian Selig ubrany jest w lnianą koszulę, z długimi rękawami wszytymi w mankiety oraz kamizelkę z wełnianej tkaniny robionej na krosnach ludowych. Ma na sobie spodnie bryczesy z samodziałowej tkaniny, wpuszczone w buty z cholewami. Strój przepasany jest wełnianym pasem „siotkowym”. Na głowie skórzano-wełniany kaszkiet. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show) Wiktoria Głowacka prezentuje kieckę na ciemnozielonym dnie ozdobioną aksamitkami, wszytą w stanik, którego jednobarwna tkanina tkana jest na wiejskich krosnach. Wyszyty jest rzędowo koralikami i ozdobiony zakładkami i paskiem podkreślającym talię. Ma na sobie lnianą koszulę wyszywaną haftem płaskim w motywy roślinne, w pasie przepasana jest zapaską o modzie łowickiej i symetrycznym raporcie tkaniny, ozdobioną pasmanterią i „siotkum” wykonaną na szydełku. Głowę zdobi płócienna, wyszywana drobnymi kwiatuszkami chustka wykończona frędzlami. Dziewczyna trzyma na ręku wełnianą chustę „jesionkę”. Adrian Selig ubrany jest w lnianą koszulę, z długimi rękawami wszytymi w mankiety oraz kamizelkę z wełnianej tkaniny robionej na krosnach ludowych. Ma na sobie spodnie bryczesy z samodziałowej tkaniny, wpuszczone w buty z cholewami. Strój przepasany jest wełnianym pasem „siotkowym”. Na głowie skórzano-wełniany kaszkiet. (Fot. Tomasz Jóźwik/ materiały prasowe Folk Fashion Show)

Wełniak, aksamitny gorsecik i zapaska ozdobiona cekinami

W Lubochi, niewielkiej miejscowości położonej niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego w województwie łódzkim, przywiązanie do tradycji jest niezwykle silne. Andrzej Kobalczyk, autor cyklu „Historie odnalezione” przytacza słowa korespondenta „Gazety świątecznej” z 1904 roku, który z uznaniem wypowiadał się o ludowych strojach, w których chadzali mieszkańcy Lubochni. "Gospodarze zakładali na niedzielę i święta białe sukmany ze sznurami i taśmami, a gospodynie – pąsowe wełniaki własnej roboty. Letnim ubiorem parobków były kapoty wiejskiego wyrobu". Lubocheński wełniak, który jest jednym z najważniejszych elementów kobiecego stroju i jednocześnie częścią dziedzictwa kulturowego tego regionu to spódnica (kiecka) uszyta z wełnianego samodziału z przyszytym do niej stanikiem, wykonanym z wełny w kolorowe pasy lub aksamitnej tkaniny. W latach 50. gorsety zdobiono koralikami, cekinami, paciorkami i siateczką o roślinnych motywach. Do kiecek noszono zapaski ozdobione aksamitkami, cekinami i pasmanterią. Koszule szyto z białej tkaniny bawełnianej lub lnianej, rękawy zdobiono haftem płaskim, a mankiety i kołnierzyki obszyciami z tzw. siateczki albo koronką wykonaną na szydełku. Strój dopełniała wełniana chusta z frędzlami tzw. szalinówka, sznurowane trzewiki ze skóry, sznury korali lub szklane kolorowe paciorki.

„Projekt zwraca uwagę na ogromną wartość i dziedzictwo kryjące się w dawnych tkaninach ludowych. Poznawanie kolejnych etapów powstawania tkanin najlepiej uświadamia ogrom pracy, wiedzy i doświadczenia niezbędny, aby powstał wełniak, koszula czy gorset” - opowiada pomysłodawczyni projektu Joanna Seliga.

Kiecki, zapaski, koszule przed laty tkane i ozdabiane przez nasze babcie, dziś niestety coraz częściej traktowane są  jako niepotrzebne nikomu i niemodne szmatki. Zapominamy ile wysiłku, a przede wszystkim serca poprzednie pokolenia musiały włożyć w każdy fragment tkaniny, które teraz w najlepszym wypadku zalegają na dnach szafek czy kufrów”.

[caption id="attachment_250958" align="aligncenter" width="600-->

Kinga Kowalik/Jarosław Kluzek/Lena Kowalik/Hanna Kowalik. Kinga prezentuje się w wełniaku na biskupim dnie wszytym w stanik. Kiecka przykryta jest zapaską o asymetrycznym raporcie tkaniny nawiązującym do wzornictwa łowickiego oraz ozdobiona pasami bawełnianej pasmanterii. Pąsowy kaftan, wykonany jest z samodziałowej tkaniny wełnianej ozdobiony „strojami” z czarnej aksamitki. Szyję zdobi szydełkowa „siotka”. Nakrycie głowy kobiety stanowi „szalinowa” chustka z frędzlami o motywie roślinnym. Do stroju założono skórzane trzewiki. Jarosław ubrany jest w sportowe spodnie bryczesy z wełnianego sukna produkcji fabrycznej. Spodnie mają wiązania na łydkach i rozszerzają się ku górze. Wpuszczone są w skórzane buty z cholewami, zwane oficerkami. Koszula ze stójką, którą ma na sobie mężczyzna uszyta została z bawełnianej tkaniny. Nakrywa ją „spencerek” z sukna fabrycznego, obszyty aksamitką. Zapinany jest na guziki i ozdobnie wszyte sznury zwane „potrzebami”. Na głowę założono czapkę maciejówkę. Lena i Hania prezentują się w wełniczkach o wąskich prążkach w raporcie tkaniny, które posiadają wyodrębnione czarne dna oraz obszyte są czarnymi aksamitkami. Fartuszki, które przykrywają przody wełniaków uszyte są z cienkiego białego batystu i ozdobione haftem płaskim i walansjenką. Dziewczynki prezentują bawełniane kaftany z falbankami. Starszej, niebieski kaftan ozdobiony jest koralikowymi ślimacznicami, zaś młodszej buraczkowy, czarną aksamitką i wzorem zwanym „wodami”. Na kaftany wyłożone są kołnierzyki lnianych koszul z „siotkami” oraz „śkloki” czyli szklane korale. Głowy zdobią chustki „szalinówki” z frędzlami. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)[/caption]

[caption id="attachment_250956" align="aligncenter" width="600-->

Dawid Walas ubrany jest w strój robiony z wełniano-lnianej tkaniny wykonanej na krosnach: sportowe spodnie bryczesy wpuszczone w skórzane buty z cholewami oraz wydłużaną marynarkę z klamkami. Ma na sobie również koszulę uszytą z lnianej tkaniny, o „przyramkowym” kroju, ze stójką i naszytym napierśnikiem z płótna. Na koszulę założono kamizelkę z żółtej, wełnianej tkaniny ozdobionej iglicą. Jest rozcinana i obszyta aksamitką. Głowę zdobi czapka maciejówka. Daniel Walas prezentuje się w sportowych spodniach bryczesach z lniano-wełnianej kraciastej tkaniny wykonanej na krosnach, które wpuszczone są w skórzane buty z cholewami. W pasie zawinięto siatkowy pas, robiony z wełny na specjalnym krosienku. Koszula, którą ma na sobie chłopak szyta jest z lnianej tkaniny, o „przyramkowym” kroju, ze stójką. Na nią założona jest samodziałowa, wełniana, krótka marynarka z kieszeniami, zapinana na guziki. Głowę zdobi kaszkiet. Kawaler ma także kawalerską chusteczkę, którą otrzymał od panny na święta wielkanocne. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)[/caption]

[caption id="attachment_250966" align="aligncenter" width="600-->

Małgorzata Tyce/ Róża Tyce-Sowik/ Wiktor Sowik. Małgorzata prezentuje się w długim wełniaku na orzechowym dnie, zmarszczonym i wszytym w stanik. Przepasana jest czarnym atłasowym fartuchem. Ma na sobie ceglany kaftan z tkaniny fabrycznej, ozdobiony haftem koralikowym w motywy roślinne. Na szyi zawieszony jest pełny różaniec, zakupiony w kręgu częstochowskim. Głowę modelki zdobi pełny czepiec z bandażami, uszyty z tiulu i haftowany ręcznie przez babkę „cepcorkę”. Czepiec przykrywa bordowa chustka z frędzlami o bogatym kwiatowym motywie. Róża ubrana jest w wełniak na czarnym dnie, ozdobiony atłasowymi wstążkami, które zaczęto stosować pod koniec lat 30-tych XX w. Przepasana jest zapaską na bordowym dnie z ozdobną szydełkową „siotkum”, z ornamentem kwiatowym. Do stroju założono tzw. górkę, czyli lnianą koszulę, z wyszytymi hafem płaskim na mankietach i przyramkach kwiatowymi bukietami. Strój dopełniają skórzane trzewiki i cielista chustka „szalinówka” z frędzlami. Kobieta trzyma dziecko, ubrane w wełnianą „katunkę” i czapeczkę z „kocotkami” zawinięte w kilimek na zielonym dnie, wykończony koronką z „kocotami”. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)[/caption]

Zofia Kut ma na sobie wełniak - ciemnozieloną układankę z tkaniny samodziałowej, obszyty aksamitkami i wszyty w granatowy stanik z aksamitu, zapinany na guziki, płócienną koszulę z tzw. „rzucanym” wzorem, czyli haftowanymi bukiecikami na całych rękawach i „przyramkach”, ozdobioną marszczoną „siotkum” przy kołnierzyku. Przepasana jest zapaską na zieloniutkim dnie, obszytą bogato pasmanterią. Głowę zdobi kremowa chustka o motywie „dużego kwiatu”. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show) Zofia Kut ma na sobie wełniak - ciemnozieloną układankę z tkaniny samodziałowej, obszyty aksamitkami i wszyty w granatowy stanik z aksamitu, zapinany na guziki, płócienną koszulę z tzw. „rzucanym” wzorem, czyli haftowanymi bukiecikami na całych rękawach i „przyramkach”, ozdobioną marszczoną „siotkum” przy kołnierzyku. Przepasana jest zapaską na zieloniutkim dnie, obszytą bogato pasmanterią. Głowę zdobi kremowa chustka o motywie „dużego kwiatu”. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)

Lubocheński strój ludowy to nie tylko element scenicznego kostiumu

Na szczęście dla wielu mieszkańców gminy Lubochnia, którzy wcielili się w rolę modeli, strój ludowy nie jest tylko elementem scenicznym. Wielkimi popularyzatorami lubocheńskiego stroju są ks. Tomasz Bojanowski czy Małgorzata Tyce (na fotografii pozuje w długim wełniaku na orzechowym dnie, ceglanym kaftanie, przepasana jest czarnym atłasowym fartuchem), opiekunka dziecięcego zespołu „Mali Lubochnianie” promującego folklor ziemi rawskiej. W gminie nie brakuje także kobiet, które potrafią uszyć wełniak, wyhaftować gorset czy koszulę, ale także odnowić stary strój. “Również nasze prababki i pradziadowie lubili wyglądać ładnie. Cenili modne kroje, dobre surowce i gustowne zdobienia. Przywiązywali wagę do barw, z których każda miała swoje znaczenie, a wyjście do kościoła było okazją, aby wyglądać elegancko” - wyjaśnia Joanna Seliga. Za dobór zaprezentowanych na pokazie strojów odpowiadał etnograf Michał Adam Pająk, który przygotował również etnograficzny komentarz przybliżający źródła, inspiracje, symbolikę stroju i okres, z którego pochodziły.

Do udziału w sesji fotograficznej oraz do niezwykłego pokazu zaproszono członków formacji „Step by Step” oraz laureatów konkursu „Strój ludowy w mojej rodzinie”, których zadaniem było wykonanie i przesłanie do organizatorów zdjęcia, na którym zaprezentowano tradycyjne lubocheńskie stroje. Ze względu na COVID-19 pokaz został nagrany, a relację udostępniono na YouTube i fanpage'u Stowarzyszenia. Pomysłodawczyni i koordynatorka pokazu Joanna Seliga, etnograf Michał Adam Pająk, reżyserka pokazu Ewelina Grzelak, fotograf Tomasz Jóźwik oraz Kuba Wolak, który zajął się opracowaniem muzycznym pokazu to nie tylko mieszkańcy Gminy Lubochnia, ale przede wszystkim pasjonaci, których celem, tak jak i samego projektu, jest upowszechnienie wiedzy o stroju lubocheńskim - elemencie lokalnego, materialnego dziedzictwa kulturowego.

[caption id="attachment_250954" align="aligncenter" width="600-->

Jadwiga Pająk/ Maria Mucha/ Rozalia Mucha. Jadwiga prezentuje wełniak na niebieskim dnie, który zdobią aksamitki i „siutarz” oraz bogato przeszywany pasmanterią i cekinami fartuch do pasa na orzechowym dnie z „siotkum”. Do stroju założono modny sweter z potrzebami, wykonany na drutach z owczej wełny. Na kołnierz swetra wyłożony jest kołnierzyk koszuli z „siotkum”. Dopełnieniem stroju są „śkloki” czyli szklane korale, czerwona chustka „szalinówka” z frędzlami o kwiatowym motywie oraz czarne skórzane trzewiki. Dziewczynki prezentują się w strojach z przełomu lat 20-tych i 30-tych XX w. i ubrane są zgodnie ze swoim wiekiem. Młodsza ma na sobie wełnianą, samodziałową „katunkę” z zakładkami, które odkładano wraz ze wzrostem dziecka. Dziecko chodziło w „katunce” od pierwszego do 4 roku życia. Główkę małej modelki zdobi wełniana czapeczka „z kocotkami”. Ma ze sobą „mamkę”, czyli dawny smoczek. Starsza dziewczynka ubrana jest w wełniaczek ze stanikiem na zielonym dnie i zapaseczkę o asymetrycznym, niewyróżnionym dnie, ozdobione aksamitką i pasmanterią. Koszulka, którą ma na sobie została uszyta z bawełnianego płótna o „przyramkowym” kroju z mankietami, wyszyta haftem płaskim w pasowym układzie roślinnym ze szczypankami. Głowę zdobi kremowa chustka „szalinówka” z frędzlami. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)[/caption]

Jolanta Kagankiewicz prezentuje lniany strój letni noszony na przełomie XIX i XX wieku. Ubrana jest w koszulę o przyramkowym kroju, haftowaną na „przyramkach” i mankietach haftem przeszywanym, w przeważającym czarnym kolorze; „sorc”, czyli spódnicę w pas z tkaniny lniano-bawełnianej tkanej w tzw. „koziełki”, „zapołową” zapaskę do pasa obszytą „korunką” wykonaną w czerwono-czarne „koziełki” oraz gorset z tackami, rozcinany i sznurowany atłasową wstążką. Strój zdobią korale z „kościokiem”, czyli medalikiem z jasnogórskim wizerunkiem, płócienna chustka z frędzlami, wyszywana haftem płaskim oraz czarne, skórzane trzewiki. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show) Jolanta Kagankiewicz prezentuje lniany strój letni noszony na przełomie XIX i XX wieku. Ubrana jest w koszulę o przyramkowym kroju, haftowaną na „przyramkach” i mankietach haftem przeszywanym, w przeważającym czarnym kolorze; „sorc”, czyli spódnicę w pas z tkaniny lniano-bawełnianej tkanej w tzw. „koziełki”, „zapołową” zapaskę do pasa obszytą „korunką” wykonaną w czerwono-czarne „koziełki” oraz gorset z tackami, rozcinany i sznurowany atłasową wstążką. Strój zdobią korale z „kościokiem”, czyli medalikiem z jasnogórskim wizerunkiem, płócienna chustka z frędzlami, wyszywana haftem płaskim oraz czarne, skórzane trzewiki. (Fot. Tomasz Jóźwik/materiały prasowe Folk Fashion Show)