1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kreatywność bez konserwantów

Kreatywność bez konserwantów

Surowym kształtem, oszczędnością barw i bogactwem tekstur skłonił do powrotu na pierwotne tory architektury niejeden umysł. Zachwycał w Szwajcarii czy Liechtensteinie, by w końcu trafić do Polski. Konsekwencja twórcza i minimalizm sprawiły, że to właśnie jego propozycja wygrała z ponad setką innych w konkursie na projekt budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Christian Kerez jest szwajcarskim architektem o kosmopolitycznym umyśle. Pula zrealizowanych przez niego projektów nie jest duża, jednak każdy z nich zyskał międzynarodowy rozgłos. Jego nazwisko wymienia się obok Nishizawy czy Sejimy, reprezentantów nowej fali w architekturze. Miarą sukcesu Kereza jest monograficzne wydanie biblii architektury – czasopisma „El Croquis” – poświęcone właśnie jemu. Unikanie gadżeciarstwa i konsekwencja w holistycznej wizji projektu pozwalają mu z miejsca pozornie przytłaczającego stworzyć przestrzeń ustronną, przepełniającą poczuciem wolności. Kerez redukuje niepotrzebne elementy rzeczywistości, stawia na prostotę, wydobywa piękno z rzeczy najprostszych i akcentuje ich użyteczność.

Świet(l)ne gry i zabawy

Przestrzeń z minimum przedmiotów – to istota twórczości Kereza. Zamiast pstrokacizny, przytłaczających tekstur i kiczu – biel, kamień, surowe materiały i innowacyjne rozwiązania konstrukcyjne. Treść płynie z wnętrza. Redukcja pozwala wydobyć prawdziwy charakter miejsca, które Kerez chce pokazać – i do tego architekt konsekwentnie dąży. Doświadczenie zdobyte wcześniej, gdy dorabiał, fotografując budowle dla architektów, zaowocowało doskonałym wyczuciem światła. Teraz jest ono jednym z jego największych atutów. Jak sam przyznaje, żeby w pełni wyczuć konstrukcję, tworzy duże makiety i poddaje je działaniu sztucznego światła, a potem wynosi na zewnątrz, by sprawdzić, jak projekt zachowa się w naturalnym oświetleniu.

W domu z betonu i... szkła

W swojej karierze zawodowej Kerez zajmował się projektowaniem zarówno budynków mieszkalnych, jak i kompleksów szkolnych. Z jego pracowni wyszedł także projekt Muzeum Sztuki w Vaduz. Najnowsze osiągnięcie Szwajcara to ośrodek edukacyjny z salą gimnastyczną w dzielnicy Leutschenbach w Zurychu, modelowy przykład wizji Kereza. Tworząc ten projekt, połączył ze sobą cztery charakterystyczne dla siebie elementy: umiar, kontrolowaną zachowawczość, beton i szkło. Całość przypomina sterylny kompleks laboratoryjny, zamknięty w przeszklonej bryle. Trafnym i oszczędnym rozwiązaniem okazało się to, że szkoła, zamiast rozlewać się po okolicy, wzmocniona stalowymi podporami pnie się w górę. Lekcje w tak awangardowym budynku odbywać się będą w salach odgrodzonych matowym szkłem, a gimnastyka – w całkowicie przeszklonej kondygnacji wieńczącej budynek.

Co z tą Warszawą?

Mimo wielu głosów sprzeciwu, zarzucających Kerezowi skrajną prostotę trącącą nijakością i brak pomysłu na budowlę, do której nie trzeba wchodzić, by się nią zachwycać (jak ma to miejsce np. w muzeum w Bilbao), to właśnie według jego wizji zostanie zbudowane Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kerez, chcąc uniknąć starcia tytanów i niepotrzebnego chaosu architektonicznego, nie tworzył konkurencji dla Pałacu Kultury i Nauki, a podjął się próby reinterpretacji tej przestrzeni. To niekontrastująca z otoczeniem propozycja zrozumienia przeszłości na nowo. U podstaw motywacji Kereza leży zamiłowanie nie tyle do obiektów objętych historycznym kultem, ile do miejsc niezauważalnych, codziennych, jak istniejący od zawsze mały sklep za rogiem. Kerez skonstruował swój projekt tak, by nie zakłócić tych drobnych symboli wpisanych w klimat Warszawy. Przygotował dla miasta projekt na miarę przyszłości, daleki od ekstrawagancji, bez efekciarskiego naśladownictwa trendów, dzięki czemu budynek jest uniwersalny – nie ma ryzyka, że za kilkadziesiąt lat będzie postrzegany jako realizacja niekontrolowanego kiczu. Projektując warszawskie muzeum, Kerez pozostał wierny bieli, przestrzenności i umiarkowaniu. Oprócz siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej w budynku będą dwie sceny Teatru Rozmaitości, księgarnie, sale audytoryjne, biblioteka, centrum edukacyjne oraz dwie restauracje i kawiarnia. Tak żywy, prospołeczny wymiar projektu jest odpowiedzią na potrzeby odbiorcy, który przestaje być bierny, a staje się czynnym użytkownikiem sztuki. W najbliższych latach będziemy mieli szansę się przekonać, co wyrośnie na ponad 30 000 mkw. i na ile sprawdzi się zamysł Kereza co do funkcjonalności tego miejsca.

Artykuł ukazał się w magazynie „Dekoratorium” (nr 3/2011)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Stowarzyszenie Traffic Design - murale i szyldy w Gdyni i innych miastach

Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Zamiast narzekać na wygląd przesyconych nieestetycznymi reklamami i pastelowymi elewacjami polskich miast, wzięli się do pracy. Neonami, malowanymi szyldami, metaloplastyką i muralami odmieniają oblicza naszych ulic i osiedli.

 

Głównym celem Stowarzyszenia „Traffic Design” było połączenie sztuki zamkniętej w pracowniach artystów z estetyzacją przestrzeni miejskiej. Właśnie mija dziesięć lat od momentu stworzenia przez nich pierwszych artystycznych murali na trasie Szybkiej Kolei Miejskiej w Trójmieście i można powiedzieć, że dopięli swego. Dziś przykłady ich prac znaleźć można nie tylko w Gdyni czy Gdańsku, lecz także w Warszawie, Elblągu, Wrocławiu, Gostyniu czy prowansalskim Saint-Étienne.

Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Ze sztuką na ulice

Traffic Design powstało w 2011 roku. Skupiło wokół siebie ludzi z różnym wykształceniem, ale przede wszystkim o spójnym spojrzeniu na sztukę i design oraz na to, jak można je wykorzystywać w przestrzeni publicznej. Jak przyznaje Monika Domańska, jedna z założycielek grupy, sama idea zrodziła się znacznie wcześniej.

Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Z Jackiem Wielebskim i Michałem Lechem, członkami zarządu, znamy się od 2000 roku. Jeszcze jako uczniowie interesowaliśmy się sztuką uliczną, bliższą ludziom niż ta dostępna w galeriach. Na czas studiów rozjechaliśmy się w różne strony świata. Gdy spotkaliśmy się ponownie w industrialnej przestrzeni gdyńskiego Dalmoru [najstarszego przedsiębiorstwa połowowego w Polsce – przyp. red.], okazało się, że mamy podobną wizję. Chcieliśmy, aby talenty artystów mogły wybrzmieć w przestrzeni miejskiej, aby ze swoimi pracami wyszli do zwykłych odbiorców. Ale chodziło też o poczucie sprawczości: woleliśmy działać niż narzekać – tłumaczy.

Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Wraz z Natalią Kaczor założyli więc w Gdyni multidyscyplinarny zespół, który zaczął upiększać swoje bliskie sąsiedztwo. A z upływem lat – ulice innych miast.

Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic ) Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )

Zmieniać zastane

Początkowo działalność Traffic Designu obejmowała głównie murale. – W latach 2011-2014 w ramach Festiwalu Sztuki Miejskiej [od 2018 roku działa jako Biennale Dizajnu i Sztuki Miejskiej – przyp. red.] ozdabialiśmy trójmiejskie budynki rysunkami artystów najpierw lokalnych, potem krajowych i zagranicznych. Przekonaliśmy się wtedy, że krok po kroku naprawdę możemy zmieniać przestrzeń wokół siebie – mówi Monika. Energii dodał im pozytywny odbiór mieszkańców.

Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Postanowili działać z większym rozmachem, ale też z rozsądkiem. – Stwierdziliśmy, że jesteśmy już wystarczająco przebodźcowani nadmiarem reklam i innych komunikatów wizualnych: znaków drogowych, szyldów. Lepiej więc zmieniać elementy już zastane, a nie dokładać kolejne. Wszystko zostało już zaprojektowane, tylko często pod kątem wyłącznie funkcji. A przecież wiele przedmiotów może być zarówno użytecznych, jak i estetycznych – dodaje. Inspiracji szukali w polskiej szkole projektowania neonów i szyldów.

Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Tak rozpoczął się trwający do dziś projekt Re:design, w ramach którego przekształcane są takie niepozorne elementy miejskiej przestrzeni, jak: kratki wentylacyjne i ściekowe, płoty, kraty czy numeracje domów. Artystyczną metamorfozę przeszło też ponad 50 szyldów zakładów rzemieślniczych. Wielu z nich, jak lodziarni Kwaśniak z Gdyni czy szewcowi z gdańskiej Żabianki, zmiana i związany z nią rozgłos medialny pozwoliły na utrzymanie się na rynku.

Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Białe bloki są piękne

Inny projekt stowarzyszenia – Białe Bloki – przywraca estetykę budynkom mieszkalnym z wielkiej płyty. Zamiast pastelowych kolorów, tak popularnych na osiedlach w całej Polsce, projektanci wprowadzają na elewacje klasyczną biel. – PRL-owskie osiedla często wyglądają jak wielokolorowe konfetti – zauważa Monika. Bo nawet jeśli konkretne budynki powstały w podobnym okresie i stanowiły spójną zabudowę, to po termomodernizacji, czyli ich ociepleniu, są malowane na nowo i zazwyczaj każdy na inny kolor. Miało być wesoło, a jest chaotycznie.

Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Wierzymy, że dobry przykład, jak nasze Białe Bloki, ma szansę wywołać efekt kuli śniegowej. Już teraz wiemy, że kolejne dwa budynki przy ulicy Lelewela w Gdyni będą w przyszłości korzystać z naszego projektu – cieszy się Monika.

Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Nasze działania demokratyzują design. Wprowadzając do przestrzeni miejskiej wartościowe dzieła, upiększamy ją, ale też sprawiamy, że mieszkańcy o każdej porze mogą oglądać, fotografować czy kontemplować sztukę -  mówi Monika, I dodaje - Chcemy, aby design i wysoka wartość projektowa były łatwo dostępne i sprawiały, że wymagania ludzi co do wyglądu naszych ulic będą rosnąć. W końcu przestrzeń, w której żyjemy, wpływa na jakość naszego życia – na nasze samopoczucie, kreatywność czy to, jak radzimy sobie z emocjami. Oraz – co też ważne – na kształtowanie się naszego poczucia estetyki.

  1. Styl Życia

Zaproś wiosnę do domu - 7 prostych inspiracji

(Fot. Zara Home)
(Fot. Zara Home)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Nie czekaj na zielone trawniki i wysokie temperatury - rozkoszuj się każdym dniem wiosny, odkrywaj ją powoli. Doceniaj każdy listek wychodzący z twardej gałązki, każdy kolorowy kwiatek i promień słońca. Zadbaj o swoje otoczenie. Wiosna to nowa energia i czas na zmiany.

  1. Styl Życia

Sztuka ludowa to każda historia opowiedziana przez dziadków

Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Zachowanie pamięci o sztuce ludowej i odkrywanie jej na nowo to zadania, które od blisko 70 lat stawia przed sobą rodzinna galeria Domu Sztuki Ludowej. Rozmowa z etnografką Magdą Bojarowską.

Dom Sztuki Ludowej nie jest zwykłym sklepem, ale miejscem, w którym staracie się kultywować ludowe rzemiosło i przybliżać tradycyjnej wytwory sztuki regionalnej, o których często wiemy bardzo niewiele. Malarka Maja Berezowska uznała, że Dom Sztuki Ludowej jest najpiękniejszym sklepem na warszawskiej Starówce, a do grona stałych klientów należały znane aktorki Mira Zimińska, Kalina Jędrusik i Jadwiga Smosarska. W roku 1969 gościem był francuski bard Charles Aznavour. Jaka jest historia waszego rodzinnego sklepu? Dom Sztuki Ludowej istnieje od 68 lat i powstał w tym samym czasie, w którym zaczęła odradzać się warszawska Starówka. Nadal mieści się w tej samej kamienicy, którą odbudowano  i przekazano pod pokazowy sklep Cepelii. Z naszego balkonu Bierut 22 lipca 1953 roku otwierał zrekonstruowaną Starówkę. Cepelia w tamtym czasie bardzo prężnie się rozwijała, współpracowała ze świetnymi projektantami ludowymi, a jej spółdzielnie były rozsiane po całym kraju. Dom Sztuki Ludowej został zaprojektowany w taki sposób, aby w jego wnętrzach jak najlepiej prezentowały się wyroby ludowe, a także mogły odbywać się różnego rodzaju wystawy i wydarzenia. Do tej pory są u nas używane dębowe meble (od roku wpisane na listę zabytków ruchomych), ręcznie kute żyrandole i ekspozytory. Mój tata, ukończył etnografię,  po studiach pracował w Związku Cepelii, często zasiadał w jury różnych konkursów etnograficznych, a w 1978 roku został kierownikiem Domu Sztuki Ludowej. W czasie transformacji, gdy Cepelia zaczęła zamykać wiele swoich salonów, wielu kierownikom proponowano przejęcie sklepów, czyli odkupienie towaru i wyposażenia. Na taki krok zdecydował się mój tata, i od 1991 roku sklep jest w rękach naszej rodziny. Dom sztuki Ludowej nigdy nie stracił na jakości, a niestety cepeliowskie sklepy często nie były prowadzone już na tak wysokim poziomie jak wcześniej. Aż trudno uwierzyć, że w październiku zeszłego roku fundacja Cepelia sprzedała swój majątek, zamknęła lokale i po wielu latach przestała istnieć. To smutne, ponieważ miała bardzo wysoką renomę i była rozpoznawalna na całym świecie, a stała się, jak mawiają niektórzy, taką „marką utraconą”. Nie potrafiono wykorzystać jej ogromnego potencjału, a po transformacji sama Cepelia nie umiała dostosować się do nowych czasów.

Cepelia zrobiła mnóstwo dobrego dla ludowego rzemiosła, wspierała lokalnych twórców i starała się ocalić od zapomnienia regionalne wytwory. Z drugiej strony w latach 60. i 70. młodzi ludzie, jak na przykład moi rodzice, którzy przeprowadzali się ze wsi do miast, nie chcieli dekorować swoich mieszkań słomianymi pająkami, wycinankami czy kilimami, dla nich to nie było atrakcyjne, ponieważ  kojarzyło się z domami dziadków czy rodziców. A jak to wygląda dzisiaj z twojej perspektywy? Obserwujesz zmianę w podejściu to regionalnego rękodzieła? Wiele osób z młodego pokolenia zaczyna szukać ludowych „skarbów” w domach rodziców czy dziadków. To są ci sami ludzie, którzy jeszcze dziesięć lat wyrzuciliby te rzeczy na śmietnik i ja to rozumiem. Wyobrażam sobie, że był bunt na Włocławek, który był w każdym domu i potem powrót do tego Włocławka. Tak samo mogło być z naszymi rodzicami, a taki „bunt” przeciwko wyrobom ludowym nadal istnieje w wielu miejscach. Na przykład tkanina dwuosnowowa dzięki pani Izumi Fujita jest bardzo ceniona w Japonii i zaczyna być na nowo odkrywana przez stylistów, a na jarmarku np. w Białymstoku, gdzie panie sprzedają takie tkaniny, przychodzą ludzie i komentują na głos, że to niebywałe, że to jest takie drogie, bo u nich w domu to się po tym chodziło. Miejscowi często tego nie doceniają, ale pojawia się coraz więcej bardziej świadomych ludzi, którzy zaczynają widzieć potencjał w sztuce ludowej.

Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart) Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart)

Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart) Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart)

Czy po zachłyśnięciu się zachodnimi trendami, a później skandynawskim minimalizmem zaczynamy ponownie doceniać sztukę regionalną, lokalną i ludową? Akurat skandynawski styl zrobił wiele dobrego. W jasnym i minimalistycznym wnętrzu taki kilim czy tkanina dwuosnowowa prezentują się bardzo nowocześnie. Skandynawowie w ogóle bardzo doceniają rękodzieło i uważam, że przepięknie włączają ludowe elementy do swojego codziennego życia. Nie wiem, czy ktoś jeszcze poza Skandynawami potrafi tak świetnie prezentować ludowe elementy strojów np. swetry i łączyć je z nowoczesną modą. Oni z tego na co dzień korzystają, te elementy folkowe są obecne w ich życiu i w ich wnętrzach, a jednocześnie są ikonami rozpoznawalnego, skandynawskiego stylu. To jest inspiracja, z której warto czerpać. Docenianie rękodzieła i tradycyjnych wyrobów jest w jednym z wiodących  trendów, tak samo jak związana z nim idea slow.

A kto dziś odwiedza Dom Sztuki Ludowej? Kim dziś są wasi klienci? To młodzi, którzy nie mają złych skojarzeń z „cepeliadą”? Jest sporo młodych osób, które zaczynają wprowadzać elementy sztuki ludowej do swoich domów i często trafiają do nas dzięki Instagramowi. Ale w obecnym czasie, kiedy epidemia uniemożliwiła przyjazd turystów do Polski, gdyby nie nasi stali klienci, to nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się utrzymać. To są osoby, które kolekcjonują sztukę ludową i wracają do nas, bo  po prostu lubią nas i nasz sklep. My też bardzo często sprowadzamy wiele rzeczy specjalnie dla nich. Ostatnio pokazałam na Instagramie zdjęcie rzeźby, Matki Boskiej szafkowej wykonanej przez Bolesława Parasiona i ona w ogóle nie była wystawiona w sklepie. Jeden z naszych stałych klientów uwielbia tego twórcę i wiedzieliśmy, że będzie od razu tą rzeźbą zainteresowany, dlatego jak tylko ją otrzymaliśmy zadzwoniliśmy do niego. W normalnych realiach odwiedzają nas oczywiście turyści, a wielu z nich wraca do naszego sklepu np. po dwudziestu latach, co jest bardzo wzruszające.

Czego klienci szukają w waszym sklepie i co kupują najczęściej? Można wskazać jakieś konkretne wyroby, które cieszą się największą popularnością? Przede wszystkim prawdziwego rękodzieła ludowego, wysokiej jakości produktów tradycyjnie wykonanych. Niektórzy przychodzą po rzeczy które od lat kupują - te same kapcie wykonane ręcznie z sukna wełnianego, te same pasiaki, te same narzuty na łóżko - wiedzą, że u nas je znajdą. Preferencje, co zabawne, też często zależą od narodowości. Japończycy zawsze bardzo lubili serwetki kurpiowskie, które mają taki geometryczny haft, a także porcelanę opolską i ceramikę z Bolesławca. Francuzi chętnie kupowali malowane skrzynki krakowskie i drewniane koniki, Skandynawowie lubią kilimy. Największym powodzeniem cieszą się zawsze pisanki i wycinanki, które po prostu są bardzo atrakcyjne, a te drugie jeszcze można łatwo przewieźć. Nie brakuje również osób, które kolekcjonują rzeźby, czy malarstwo ludowe.

Kim są twórcy, których rękodzieło prezentujecie w Domu Sztuki Ludowej? Czym się kierujecie przy wyborze konkretnych wyrobów? Odwiedzacie regionalne targi? Jak to wygląda? Bywa, że jeździmy na jarmarki, ale szukamy też artystów w sieci. Mnóstwo osób się do nas zgłasza. Robimy dużą selekcję, ponieważ zależy nam nie tylko na utrzymanie najwyższego poziomu artystyczno-etnograficznego, ale oddzieleniu tzw. rzemiosła artystycznego od rzeczy ludowej bądź naiwnej. Nie wprowadzamy do naszej oferty np. kryształów czy witraży, które choć są przepiękne, nie będą pasować do spójnego charakteru naszego sklepu. Chcemy sprzedawać rzeczy, które stoją na najwyższym poziomie oraz ludowe, które powstają w oparciu o tradycyjne metody. Baza naszych artystów to nasz najcenniejszy kapitał. Zdarza się, że współpracujemy z kolejnymi pokoleniami, tata potrafił 40 lat temu kupować rzeźby od ojca, a teraz wstawia do nas swoje prace jego syn. To chyba dobrze świadczy o naszych relacjach z twórcami.

A gdybyś miała wskazać swoich ulubionych twórców? Cenię rzeźby Romana Śledzia, wybitnego artysty, którego dzieła nie są może łatwe w odbiorze, ale niezwykle piękne i poruszające. Bardzo lubię twórczość nieżyjącego już niestety Antoniego Barana. Uwielbiam tkaninę dwuosnowową i sposób, w jaki przedstawia historie, postacie i zwierzęta. Bardzo lubię grafiki ludowe, ale także rzeczy wyplatane z wikliny i rogożyny, czy szyte ze słomy – są bardzo współczesne i obecnie też doceniane przez projektantów. Lubię rzeczy wyszywane – przede wszystkim hafty makowskie, czyli subtelne haftowane białą nicią na białym lnie ornamenty, ale także delikatnie haftowane tiulowe bieżniki i serwety żywieckie, które przypominają stare suknie i welony ślubne.

Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart) Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart)

Kilimy potrafią kosztować kilka tysięcy złotych, tiulowe ręcznie haftowane chusty kilkaset złotych. Jak ludzie reagują na ceny? Nie wszyscy sobie mogą na niektóre rzeczy pozwolić, mnie też nie stać na wiele z nich i to jest całkowicie normalne. Jednak to nie znaczy, że te rzeczy są drogie - one są warte swojej ceny. Warto pamiętać, że ich wykonanie wymaga często ogromnego nakładu pracy, na przykład tkanina dwuosnowowa, o której wspominałam, bardzo często robiona jest od początku do końca ręcznie. Niektóre panie samodzielnie przędą i farbują wełnę, a samo tkanie dywanu na krosnach jest niebywale pracochłonną i trudną techniką, dlatego takie rzeczy nie mogą kosztować mało. Jeśli ktoś komentuje na głos cenę np. łowickiej ażurowej wycinanki, która powstaje w tradycyjny sposób, a u nas kosztuje od 15 do 40 zł i uważa, że jest za droga, to wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom trzeba uświadomić w jaki sposób powstają te rzeczy. W czasach PRL-u Cepelia przyzwyczaiła ludzi do bardzo niskich cen ludowych produktów, które wynikały z tego, że sami twórcy bardzo nisko wyceniali swoje wyroby, ponieważ nie traktowali ich w kategoriach sztuki. Zresztą do tej pory niektórzy twórcy uważają, że tak być powinno i mają taki sam cennik dla indywidualnych klientów i sklepów. Twórcy nie wliczają w cenę produktów swoich umiejętności ćwiczonych latami, doświadczenia i czasu pracy. Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy przeliczyli na godziny pracę wielu artystów, to okazałoby się, że pracują za mniej niż 4 zł za godzinę. Zanim skomentujemy ceny ludowych wyrobów, zastanówmy się ile czasu i pracy sami musielibyśmy poświęcić na ich wykonanie i jaką zapłatę chcielibyśmy otrzymać.

Jesteś absolwentką etnografii, to u was tradycja rodzinna, ponieważ oprócz twojego taty także brat jest z wykształcenia etnografem. Mój tata ukończył etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy te studia wyglądały trochę inaczej, na roku było zaledwie jedenaście osób,  studenci wyjeżdżali na obozy etnograficzne, a część zajęć była często wspólna ze studentami z archeologii i antropologii fizycznej. Było w tym znacznie więcej czystej etnografii. Kiedy ja studiowałem, to zajęcia skupiały się na bardziej współczesnych tematach – na antropologii kulturowej, antropologii codzienności, problemach etnicznych itd., a takiej etnografii, takich smaczków Kolbergowskich, o których staram się pisać na Instagramie, było niewiele. Wróciłam do tych ciekawostek po latach, nie tylko dla własnej przyjemności, ale właśnie dla takich smaczków, które są urocze i nadal obecne w naszej kulturze. Często nam się wydaje, że są to jakieś stare, zamierzchłe zabobony, ale wystarczy przejść się po parku, żeby zobaczyć, ile jest czerwonych wstążeczek na wózkach.

„Chciałabym, żeby ludzie zaczęli odkopywać domowe historie, babcine opowieści i wspomnienia z dzieciństwa” – napisałaś w jednym z postów na Instagramie. W waszej rodzinie rozmawiało się o takich właśnie etnograficznych „smaczkach”? Na pierwszym roku studiów miałam zadanie, żeby przeprowadzić wywiad z dziadkami. Do wyboru było kilka tematów, jeden dotyczył pożywienia i tego, jak wyglądały w ich dzieciństwie posiłki. Pamiętam, że poszłam wtedy do babci i dziadka z dyktafonem, jeszcze takim kasetowym, i zaczęłam ich o to pytać. I okazało się, że to są takie rzeczy, o których przy żadnej innej okazji mogłabym nie usłyszeć. Dziadkowie opowiadali o tym, co się u nich jadało przy okazji świąt, ale o takich codziennych posiłkach raczej się nie rozmawiało. Moja babcia, kiedy była mała żyła skromnie, mieszkała niedaleko Powązek, opowiedziała mi np. o tym, jak ludzie sprzedawali śledzie z koszyka zawieszonego na plecach, chodząc od domu do domu i to były takie rzeczy, których dziś już się nie uświadczy. I to jest właśnie taka etnografia, do której zachęcam i którą możemy robić na co dzień. Żeby pytać dziadków czy rodziców właśnie o takie mikrohistorie. Ja później zaczęłam bardzo zwracać uwagę na takie opowieści. Pamiętajmy, że przecież to, co działo się w naszym dzieciństwie, dla naszych dzieci, też już jest zupełnie innym światem - nasze gry w pikuty, zabawy na trzepaku, sekrety pod szkiełkiem.

Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart) Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart)

Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart) Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart)

Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart) Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart)

Na Instagramie starasz się pokazywać sztukę ludową w bardziej nowoczesny i atrakcyjny sposób, ale również przekazywać sporą dawkę wiedzy o dawnych rytuałach, ludowych obrzędach i tradycjach. Temu służył również cykl krótkich filmów, które nazwałaś Etnolekcjami. Czy od początku miałaś takie założenie, że chcesz nie tylko prezentować produkty, które macie w sklepie, ale też edukować ludzi? Najbardziej lubię obserwować profile, które dają mi jakąś wiedzę. Gdy pokazuje produkty ze sklepu, staram się opowiadać o ich symbolice, o twórcach, o technice, regionie, z którego pochodzą -  całym tym etnograficznym kontekście. Do Etnolekcji mam nadzieję jeszcze wracać, bo mam wrażenie, że brakuje wciąż takich opracowań. Po jednej z takich lekcji poświęconej demonom ludowym dostałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy pisali, że im też babcia opowiadała o zmorze, u kogoś siedział domowik, a znajomego w dzieciństwie straszono topielcem. Temu właśnie mają służyć te moje pogadanki - aby ludzie zaczęli drążyć, pytać i dociekać. Wcześniej, zanim założyłam konto na Instagramie, zdarzało mi się prowadzić zajęcia etnograficzne w szkołach, pracowałam też jako animatorka na różnych wyjazdach dla dzieci, prowadziłam warsztaty. Zawsze lubiłam dzielić się tą etnograficzną wiedzą. Sprawia mi frajdę wyszukiwanie zabawnych historii i ciekawostek, dzięki nim staram się zainteresować ludzi tradycyjną kulturą i etnografią.

Dawna sztuka ludowa tworzyła artystyczny pejzaż wsi. Związana była ze starymi wierzeniami, które na przestrzeni wieków splotły się nierozerwalnie z chrześcijańskimi naukami. Sztuka ludowa osadzona w tradycji konkretnego regionu jest nie tylko efektem zbiorowych doświadczeń, ale także nośnikiem niezwykłych umiejętności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Od 68 lat w Domu Sztuki Ludowej, galerii mieszczącej się przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, można podziwiać i kupować wyroby rękodzielnicze – rzeźbę i malarstwo ludowe, krakowskie szopki, tkaniny i regionalne stroje, wyroby z wikliny i skóry, drewniane skrzynki i regionalne lalki, regionalne zabawki, wycinanki, pisanki, słomiane pająki, ceramikę z Bolesławca, porcelanę z Opola i fajans z Włocławka, drzeworyty i linoryty oraz przedmioty inspirowane sztuką ludową.

  1. Styl Życia

Tatuuj, dziewczyno! Gdy tatuażysta jest kobietą

Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Pierwsze prace kilkuletnia Magdalena ukrywała pod tapczanem. Kamila na dobre chwyciła za pędzle po kilku życiowych zakrętach. Daria, zamiast na kolejny trening, poszła do szkoły plastycznej. Chociaż ich artystyczne życiorysy miały różny początek, dziś robią to samo – tworzą podskórne dzieła sztuki. A ich „tworzywem” są ciała innych kobiet.

Jeszcze kilka dekad temu zarówno tatuowanie, jak i zdobienie rysunkami swojego ciała było domeną mężczyzn, w tym głównie rzemieślników i robotników. Z początkiem XXI wieku w branży tatuatorskiej do głosu zaczęli dochodzić artyści. Płótna i pędzle, kartki i ołówki czy tablety graficzne porzucili na rzecz skóry i maszynki z igłą, a w studiach tatuażu coraz częściej pojawiają się tatuatorki. Kompozycje zyskały na estetyce i, wzbogacone o kolor, stały się bardziej przystępne dla coraz liczniejszej grupy nowych klientów – kobiet. Mateusz Łagowski, założyciel platformy do rezerwacji sesji tatuażu online INKsearch.co, podaje, że w 2020 roku w Polsce aż 700 na 1000 umawianych za pośrednictwem serwisu sesji było rezerwowanych i wykonywanych przez kobiety. Stanowiły one 68 proc. z 500 tysięcy użytkowników strony. Szczególną popularnością cieszą się rysunki przedstawiające motywy flory i fauny. Tworzą je między innymi artystki, takie jak: Magdalena Bujak, Kamila Abramczyk czy Daria Bidzińska.

Rytuał wzmacniania

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic, była jedną z pierwszych tatuatorek w Polsce tworzących barwne wzory botaniczne. Dziś co roku dekoruje swoimi pracami ciała około 600 osób – niemal wyłącznie kobiet. Pierwszy raz własną skórę, za zgodą mamy, ozdobiła tatuażem w wieku 14 lat. Po sześciu latach i ukończeniu liceum sztuk plastycznych sama zaczęła tatuować – amatorsko, w warunkach domowych i wyłącznie znajomych.

– Zawsze wiedziałam, że standardowe kartki są niewystarczające dla mojej sztuki. W wieku kilku lat marzyłam, aby malować po ścianach, ale ukrywałam swoje dzieła w niedostępnych dla dorosłych miejscach, w tym na tkaninie obiciowej pod tapczanem. Jako nastolatka złapałam bakcyla malowania na wielkich formatach. Tworzenie na tak nietypowym materiale, jakim jest ludzka skóra, było więc dla mnie niesamowicie pociągające – wyjaśnia.

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Po ponad roku porzuciła jednak amatorskie tatuowanie, bo ze względu na brak nauczyciela nie widziała postępów. Na szczęście siedem lat temu została ponownie odkryta dla tej branży. – Pomagałam przy konwentach tatuażu jako projektantka graficzna. Tam poznałam Tomka Majchrzyka, właściciela studia Rock’n’Ink z Krakowa, który widząc moje prace, zapytał, czy nie chciałabym zająć się na poważnie tą dziedziną sztuki – wspomina.

'Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak) "Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Popularność zapewniły jej nietypowe, mocno malarskie i kolorowe wzory wyglądające, jakby były stworzone pędzlem, a nie igłą.

– Wtedy w Polsce niewiele osób tatuowało w ten sposób. Otworzyło to kobietom w różnym wieku oczy i umysły, pokazując, że tatuaże mogą być delikatną i barwną ozdobą ciała. Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi. Jej styl mocno ewoluował, ale nadal jest bardzo kobiecy. Od maźnięć pędzla i dużych formatów, przez malarskie, ale niewielkie wzory botaniczne, doszła do dużych kompozycji roślinnych, wzorowanych na rycinach z zielników.

Tatuaże Tatuaże

Początki Magda wspomina jako życie w rozjazdach. – Przez półtora roku dzieliłam czas między Katowice, gdzie w tygodniu mieszkałam i pracowałam w korporacji, a Kraków, w którym w weekendy uczyłam się tatuować – wyjaśnia. W 2015 roku, gdy już nabrała doświadczenia, otworzyła w Katowicach studio Ink Miners Tattoo. – Zaczynałam z Martyną Popiel, Bianką Szlachtą i Michaliną Rutkowską. Razem stworzyłyśmy pierwsze stricte kobiece miejsce w tej branży – opowiada. W 2020 roku postanowiła, że potrzebuje radykalnych zmian. Ink Miners przestało istnieć. Wspólnie z Martyną Popiel i Kasią Oskarbską powołały do życia kolektyw Babie Lato Tattoo. – Czas wiosennego lockdownu wykorzystałyśmy na własnoręczne wyremontowanie nowego studia. Zmieniłyśmy też sposób prowadzenia firmy. Teraz wszystkie jesteśmy szefowymi i po równo dzielimy się i odpowiedzialnością, i profitami – opowiada. Zapytana o coraz bardziej zauważalną obecność kobiet w świecie tatuażu, mówi z zapałem: – W branży jest obecnie mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn, a do tego odbiór naszej pracy zmienił się na plus, co bardzo mnie cieszy. W tylu innych zawodach kobiety są niedoceniane, dlatego niech chociaż w tej dziedzinie będzie równościowo i feministycznie.

W ciągu pięciu tysięcy lat historii tatuaży przypisywano im różne funkcje: religijne, symboliczne, medyczne, dekoracyjne. Co tatuaże dają dziś jej klientkom? – Siłę! I to niezależnie od tego, czy przychodzi do mnie 18-latka, czy kobieta po sześćdziesiątce. Trzeba zmierzyć się z bólem, ale przejście tego rytuału wzmacnia. Większość kobiet, które mnie odwiedzają, chce coś zmienić w swoim życiu – wykonanie tatuażu jest dla nich momentem przełomowym. Co ciekawe, większość z nich robi u mnie swoją pierwszą dziarę. Jestem z tego dumna, bo w mojej pracy poruszają mnie najbardziej ludzie i ich historie – zapewnia.

A w sercu ciągle punk

Patrząc dziś na Kamilę Abramczyk, właścicielkę studia tatuażu Abrakadabra Ink w Bielsku-Białej, trudno uwierzyć, jak krętą drogą dochodziła do celu. Zanim opanowała sztukę zdobienia ludzkiej skóry, skończyła technikum hotelarskie, a nie wymarzoną szkołę plastyczną, przez dziesięć lat zmagała się z nałogami, przeżyła wypadek samochodowy, po którym przeszła skutecznie odwyk i terapię, a także została mamą. – W starym mieszkaniu znalazłam farby i pędzle z czasów szkoły średniej. Postanowiłam namalować obraz i tak mnie to wciągnęło, że powstało ich aż… 30. Jednocześnie zajęłam się fotografią – opowiada. – Z pieniędzy za pierwsze sprzedane prace kupiłam amatorski sprzęt do tatuowania i po kilkunastu dziarach wykonanych w domowych warunkach odezwał się do mnie Kuba Malarz, menedżer ze studia Git Tattoo z Bielska-Białej. Widział moje prace w Internecie i chciał, abym dołączyła do ich zespołu. Myślałam, że to żart – śmieje się Kamila. Z dostępem do profesjonalnego sprzętu i wspierającymi nauczycielami przy boku szybko nabrała wprawy. – Zaczynałam od metody dotwork [wzory tworzone z użyciem kropek, a nie kresek – przyp. red.] i mrocznych wzorów, ale z czasem przekonałam się, że bardziej przemawiają do mnie elementy kolorowej akwareli w połączeniu z ciemnymi konturami – wyjaśnia.

– Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak) – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

W 2017 roku otworzyła własne ministudio. – Po odejściu z Git Tattoo stanęłam przed dylematem – szukać pracy u innych tatuatorów czy otworzyć własny biznes? Ze względów sentymentalnych nie chciałam „zdradzać” starego studia na rzecz innego działającego w mieście, dlatego gdy zobaczyłam na osiedlu lokal do wynajęcia po salonie fryzjerskim, wymyśliłam Abrakadabra Ink. Z czasem klientów zaczęło przybywać, zespół się powiększył i trzeba było się przenieść – wspomina. Dziś Kamila, z pomocą siostry, prowadzi studio w klimatycznym mieszkaniu na poddaszu zabytkowej kamienicy tuż przy bielskiej Starówce. Klientki zapisują się na kilka miesięcy przed terminem sesji i przyjeżdżają z całej Polski. – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli. Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach. Cały czas się rozwijam, obserwuję, jak pracują inni tatuatorzy, ulepszam swoją technikę i styl – tłumaczy.

Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki) Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki)

Oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają, jak podkreśla Kamila, również funkcję terapeutyczną – zwłaszcza w przypadku zakrywania nimi blizn po operacjach, przemocy czy oparzeniach. Dają poczucie kontroli nad własnym ciałem i jego „odzyskania” poprzez świadome modyfikacje. – Jedna dziewczyna jako dwulatka uległa poparzeniu. Rozległe i twarde blizny pokrywały jej ramię i połowę pleców, dlatego chciała zakryć je pięknym wzorem botanicznym. Inna po operacji rekonstrukcji piersi miała długą bliznę na klatce piersiowej. Stresowałam się przed tymi sesjami, ponieważ nie wiedziałam, czy uda mi się wbić tusz pod skórę na bliznach. Ale udało się. Było dużo wzruszeń i łez szczęścia – opowiada.

Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Tatuaże mogą być też sentymentalną pamiątką po kimś bliskim. – Zdarza się, że przychodzą do mnie matka i córka, siostry czy koleżanki i tatuują sobie identyczny wzór jako pamiątkę po ważnej dla nich relacji – mówi Kamila. Kto najczęściej wybiera jej wzory? – Odkąd jestem w branży, są to niemal wyłącznie kobiety. Wytatuowałam może z dziesięciu mężczyzn – mówi ze śmiechem. Jakich wzorów nigdy nie wykona? – Kiedyś chodziłam w glanach i z irokezem na głowie, teraz mam łagodniejszy wygląd i jestem mamą dwójki dzieci, ale światopoglądowo zostałam punkiem. Nie tatuuję więc, mimo zapytań, motywów czy haseł faszystowskich, a także religijnych – wyjaśnia.

Z Klimtem na ramieniu

Realistyczne portrety olejne Darii Bidzińskiej, podejmujące problematykę wyobcowania i wykluczenia, zdobyły wyróżnienia między innymi podczas Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2019, Grand Prix Fundacji im. Franciszki Eibisch, a także konkursu Studencki Obraz Roku w 2018 roku.

Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak) Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Do tatuażu pchnęła mnie ciekawość nowego narzędzia i podłoża. Wbrew pozorom igłami i tuszem można stworzyć wiele śladów i tekstur, dzięki czemu łatwo przekłada się realistyczny obraz na skórę – wyjaśnia.

Dziś to malowaniem zajmuje się po godzinach... Pierwsze tatuaże, podobnie jak w przypadku niemal wszystkich w branży, wykonała osobom ze swojego otoczenia w warunkach domowych.

– Razem z koleżanką z ASP ćwiczyłyśmy na własnych ciałach, ale pierwszy tatuaż zrobiłam samej sobie. Potem zaczęłam tatuować znajomych, a krąg zainteresowanych się powiększał. Półtora roku temu zaczęłam pracę w studio Zmierzloki Tattoo w Katowicach – mówi. Przez ten krótki czas zdążyła poprawić technikę i wykształcić niepodrabialny styl.

(Fot. Instagram artystki) (Fot. Instagram artystki)

– Dążę do realizmu. Są to najczęściej kobiece portrety uzupełnione o motywy florystyczne. Często odwołuję się do sztuki klasycznej, zwłaszcza rzeźby starożytnej, ale też do secesji. Inspirują mnie prace Botticellego, Rossettiego, Muchy i Klimta – wylicza. Wśród osób, które rezerwują u niej sesje, także przeważają kobiety. – One przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – tłumaczy.

Jej zdaniem to dowód na to, że powszechny odbiór tatuaży przeszedł ogromną metamorfozę. – Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy – dodaje.

Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Fakt, że jest obecnie coraz więcej tatuatorek w branży, wiąże z nieograniczonym dostępem do edukacji dla kobiet. – To widać także w innych kreatywnych zawodach czy na uczelniach artystycznych. Edukacja daje możliwość rozwoju wewnętrznej autonomii i samoświadomości. Nic dziwnego, że coraz więcej kobiet stawia na samorealizację przed założeniem rodziny – mówi z przekonaniem. Właśnie w ten sposób, w kobiecych, niewielkich, prywatnych studiach, tworzy się dziś historia tatuażu. Ale także ta osobista, zapisywana na skórze. 

  1. Styl Życia

Polska ceramika - przegląd najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców

Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: patera MUAStudios, talerze Projekt Ładniej, wazon ENDE Ceramics. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 37 Zdjęć
Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Z miłości do piękna, natury i gliny. Tak powstaje polska ceramika, tworzona w malutkich pracowniach przez ludzi, którzy w lepieniu z gliny odnaleźli swoją pasję. Od kilku lat polska ceramika zyskuje popularność, bo coraz więcej z nas pragnie otaczać się pięknymi, ręcznie tworzonymi przedmiotami. Przedstawiamy nasz wybór najpiękniejszej ceramiki od polskich twórców. 

Trzask Ceramics

Za nazwą Trzask stoi Marta Kachniarz, która od trzech lat prowadzi pracownię ceramiczną w Warszawie i własnoręcznie projektuje, wykonuje i ozdabia uroczymi malowidłami wszystkie ceramiczne cuda. Tworzy głównie przedmioty użytkowe, zastawę oraz biżuterię. Styl Trzasku charakteryzuje przede wszystkim ogromna swoboda - znajdziemy tam zarówno miseczki z motywem lastryko, proste w formie wazony na kwiaty w pastelowych odcieniach, jak i charakterystyczne talerze z malunkiem lampartów, wylegujących się w rajskim ogrodzie. I oczywiście uśmiechnięte kubki brzuszki, które skradły moje serce!

MUAStudios

Bezkres błękitnego oceanu, wzburzone fale, przyjemnie gorący piasek, pastelowe zachody słońca - a to wszystko zamknięte na ceramicznych paterach. I choć brzmi to niemal nierealnie, dokładnie takie produkty czekają na nas w MUAStudios. Tę warszawską pracownię ceramiczną tworzy Kati Romanowska, Czarny (Łukasz Przygodziński) i ich pies, Łajdak. Inspiracje czerpią z podróży i natury, a każdy przedmiot, który tworzą, jest absolutnie wyjątkowy. Niedługo, obok przepięknych pater, misek i talerzy, swoją premierę będzie miała kolekcja kubków i wazonów.

ENDE Ceramics

ENDE to studio założone przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego – projektantów i absolwentów ceramiki na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Ich projekty to przedmioty codziennego użytku (głównie przepiękne kubki i filiżanki), które łączą w sobie funkcjonalność, oryginalną estetyczną formę i wysokiej jakości materiały. Z roku na rok produkty ENDE cieszą się coraz większym zainteresowaniem nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Obecnie sprzedawane są w Europie, Stanach Zjednoczonych, Azji, na bliskim wschodzie oraz Australii i Nowej Zelandii.

Krafla

Wazon na kwiaty z dziurkami, obok którego (gwarantuję!) nikt nie przejdzie obojętnie, to flagowy produkt marki Krafla. Oprócz tego marka oferuje oryginalne doniczki z systemem nawadniania, które wpasują się do niemal każdego typu wnętrz. Wszystko w stonowanych, pastelowych kolorach. Krafla oferuje dekoracje i akcesoria do domu, tworzone przez Paulinę Pająk, z wykształcenia prawniczkę, i Katarzynę Zarębę, absolwentkę Design Academy Eindhoven. Dziewczyny prywatnie przyjaźnią się od wielu lat, w pracy natomiast wzajemnie się inspirują i uzupełniają. Ich marka przypadnie do gustu wszystkim, którzy chcą podkreślić urodę swoich zielonych roślin.

Misiura

Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Za marką Misiura stoi Agnieszka Prucia, która porzuciła niesatysfakcjonującą pracę i korporacyjny zgiełk na rzecz tworzenia ceramicznych cudów. Tworzy przede wszystkim talerze, w których zatapia słowa - wspierające, doceniające, dodające skrzydeł. Jak sama pisze: "Moja pracownia to miejsce, w którym pasja i marzenia nabierają realnych kształtów​. Wypełniona słowami, które zapisuję w glinie, by nie tracić z oczu cudów codzienności, by praktykować radość z małych rzeczy i by szukać równowagi w przyrodzie. Piszę w glinie, bo wierzę, że dobre słowa budują życie". 

Wesky Studio

Minimalizm w najlepszym stylu. Wesky Studio to piękne w swojej prostocie formy, naturalne kolory oraz wzory inspirowane naturą. Znajdziemy tam przedmioty codziennego użytku - kubki, talerze, czarki, miski i wazony - wszystko w iście designerskim stylu. Za Wesky Studio stoi Artur Wesołowski. Jego pracownia powstała "z radości do toczenia na kole i zachwytu nad procesem, w którym bryła gliny w ciągu kilku minut staje się zaczynem naczynia obdarzonego regularnością i harmonią".

Projekt Ładniej

Wspaniale nieidealna, inspirowana naturą i pięknem otaczającej nas przyrody - taka właśnie jest ceramika Projektu Ładniej. Tworzy ją Alicja Podhajska-Godyń, z wykształcenia socjolożka i projektantka wnętrz. Cały proces produkcji odbywa się w małej pracowni w Katowicach. To tam powstają piękne talerze o nieregularnych kształtach, patery w kolorach ziemi, pastelowe kubki i miseczki na przeróżne drobiazgi oraz wiele innych produktów z gliny, które umilają przebywanie w domu i upiększają przestrzeń. Ceramika Projektu Ładniej jest formowana ręcznie, odlewana z form gipsowych, a następnie ręcznie malowana, dzięki czemu staje się unikatowa i niepowtarzalna.