1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kiedy rodzice stają się dziećmi

Kiedy rodzice stają się dziećmi

Niechęć do starszych osób, którą dość często możemy zaobserwować, wynika właśnie z tego, że są oni namacalnym dowodem naszej własnej skończoności. (Ilustracja Anna Glik))
Niechęć do starszych osób, którą dość często możemy zaobserwować, wynika właśnie z tego, że są oni namacalnym dowodem naszej własnej skończoności. (Ilustracja Anna Glik))
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Opieka nad starszymi rodzicami bywa wyczerpująca. Fizycznie i, z różnych powodów, emocjonalnie. Ale... „Nie należy pacyfikować wszelkich życiowych aspiracji, by wypełniać obowiązek. Opiekun ma prawo mieć od tej pracy wolne. I nie tylko po to, by złapać oddech, ale po to, by korzystać z przyjemności, mieć swoje życie intymne. Nie trzeba przejść na tryb całkowicie ofiarniczy, by wystarczająco dobrze zaopiekować się rodzicem”, mówi psychoterapeuta Paweł Droździak.

Przychodzi moment, kiedy role się zamieniają, stajemy się opiekunami naszych rodziców. To bywa trudne, z wielu względów. Ciężko jest np. patrzeć, jak rodzic z dnia na dzień słabnie...
To bywa bolesne, ale też wywołuje w nas lęk. Często jest tak, że dla tego dorosłego już dziecka, opiekuna to pierwszy tak dojmujący moment, kiedy zaczyna czuć, że czas płynie, także dla niego. Widzimy, jak gaśnie nasz rodzic, i zaczynamy rozumieć, że dla nas też zamknął się pewien etap. Niechęć do starszych osób, którą dość często możemy zaobserwować, wynika właśnie z tego, że są oni namacalnym dowodem naszej własnej skończoności. A my cały czas chcemy mieć poczucie niezwyciężoności, nowych możliwości. Tymczasem widok tego starszego człowieka, jego słabości i niemożności, uświadamia nam, jak to się nieodwołalnie musi potoczyć, także dla nas… To się odbywa na poziomie świadomym lub nieświadomym, ale w jednym i drugim przypadku jest źródłem lęku.

I z tym lękiem musimy sobie poradzić…
To jest moment zadawania sobie różnych ważnych pytań. To jest czas, kiedy – by się ochronić – trzeba stać się trochę filozofem…

Starość, choroby sprawiają, że nasz rodzic bywa „trudny” na różne sposoby: agresywny, złośliwy.
Wszystkie tendencje, które człowiek miał, z reguły w starości się nasilają. Czyli na przykład wszystko to, co rodzic nam zarzucał, co mu się w nas nie podobało, zwykle wyrażane jest jeszcze mocniej, więc jeszcze bardziej nas dotyka.

Czy na takim etapie ma sens próba wyjaśniania sobie różnych konfliktów z przeszłości, załatwiania spraw niezałatwionych?
To nie jest tak, że my będziemy o tym decydować: ma sens czy nie ma, to się po prostu samo wydarzy, kiedy znajdziemy się na nowo tak blisko siebie. Mama wykona jakiś ruch, coś powie, i w ciągu trzech sekund będziemy w tych samych emocjach, w których byliśmy 40 lat temu.

I co możemy z tym zrobić?
Powiedziałbym tak: jedyne, co w ogóle chroni człowieka przed popadnięciem w tarapaty, to uruchomienie naszej części obserwującej, czyli tej, która wie, że coś robimy, próbuje myśleć. I w tę część trzeba inwestować… Jeśli użyję swojej części, która myśli, a nie tylko emocji, to pojawi się refleksja: „Jestem w tej samej sytuacji, co 40 lat temu”. To już będzie dużo, a za tym pójdzie kolejna myśl: „Wtedy zrobiłbym tak i tak, zachowałbym się wobec matki tak i tak, a co mogę zrobić dziś? Czy pójdę za falą rozżalenia i postąpię tak jak wtedy, tylko jeszcze mocniej, czy postaram się zrobić coś, czego wtedy na pewno bym nie zrobił?”. Odpowiadając więc na pytanie, jak możemy obejść się z naszą otworzoną właśnie na nowo raną sprzed lat, powiem: to zależy od tego, na ile mamy rozwiniętą naszą obserwującą część. Jeśli jest rozwinięta, zapewniam, że damy sobie radę.

(Ilustracja Anna Glik) (Ilustracja Anna Glik)

Ale czy ja, mając jakiś żal, mam teraz na siłę powstrzymywać emocje w obawie przed konfliktem?
Pyta pani teraz o sztukę dyplomacji. Tego nie da się powiedzieć „z góry”. W tej chwili popularny jest przekaz o ważności bycia w kontakcie z uczuciami, podążania za nimi itd. Ja powiem tak: uczucia są „tylko” jakąś częścią naszego świata psychicznego, tak samo jak myśli, nawyki. Czasami za uczuciami warto podążyć, ale czasami warto je stłumić czy ukryć. Nie ma zasady, co kiedy wybrać. Nie jest przecież tak, że zawsze wypowiadamy wszystkie myśli, tak samo nie trzeba uzewnętrzniać wszystkich uczuć, które w sobie mamy. Swoje uczucia warto znać i na bieżąco w miarę dojrzale, z pomocą swojej obserwującej części, decydować, czy za nimi podążam, czy nie. Czasem ktoś panią zapyta: „Jak wyglądam w tym płaszczu?”. Pani uważa, że płaszcz jest okropny, ale z jakichś względów odpowiada pani: „Świetnie”. Z uczuciami jest analogicznie. Samo życie.

Opieka nad starszą osobą jest wyczerpująca, nie tylko emocjonalnie, ale też fizycznie, wymaga czasu. Bywa, że ciężko znaleźć przestrzeń na własne życie, przestrzeń dla partnera, dzieci, jeśli je mamy. Próbujemy więc dwoić się i troić, by nikt nie był poszkodowany.
Opisuje pani to tak, jakby był to konflikt między jednym i drugim obowiązkiem. Oczywiście, jest to konflikt między różnymi obowiązkami, ale to jest także konflikt między obowiązkiem a przyjemnością. Bo przecież, i nie wolno o tym opiekunowi zapomnieć, my żyjemy nie tylko po to, żeby się poświęcać, choć to cenne, ale żyjemy też po to, by coś z tego życia mieć! Jasne, zdarzają się sytuacje dramatyczne, kiedy naprawdę od tego obowiązku nie możemy mieć odejścia, ale wiadomo też powszechnie – mówią o tym psychologowie – że przedłużająca się opieka nad kimś bezradnym prowadzi do mocnego wypalenia, nawet do stanów depresyjnych. I trzeba zrobić wszystko, co możliwe, by zachować higienę psychiczną.

Taka postawa ofiarna, w którą zdarza się wejść opiekunowi, może prowadzić do poczucia bycia pokrzywdzonym i świętym jednocześnie. Może się włączyć mechanizm tzw. reakcji upozorowanej. To znaczy, że jeżeli czuję, że muszę coś zrobić, czyli zająć się chorą matką, a jednocześnie wiem, że nie mam na to ochoty, bo jestem już tym wyczerpany, wykończony, uruchamia się wspomniany mechanizm, który działa tak, że im bardziej czegoś nie chcę, tym bardziej, na poziomie jawnym, się w to angażuję. Czyli np. poświęcam się celowo nawet ponad miarę, by nie dopuścić do siebie tego, co czuję, czyli tego, że nie chcę zająć się własną matką, bo mam już tej opieki dość.

Po czym można poznać, że się wpadło w tę pułapkę?
Na przykład po tym, że wyjdzie pani na godzinę na kawę z koleżanką i ma pani z tego powodu poczucie winy. Albo pójdzie pani do kina i przez pół seansu będzie pani myślała o sobie, że jest egoistką, bo tam mama leży bez opieki. Tak naprawdę ma pani ochotę zostać w tym kinie dwa lata, ale się nie da, więc pacyfikuje pani wszelkie życiowe aspiracje, by móc wypełniać swój obowiązek. I to jest już bardzo kiepskie miejsce, w którym może się znaleźć opiekun. By do tego nie dopuścić, trzeba mieć wciąż w głowie kolejną ideę: człowiek, który świadczy opiekę, może być zmęczony, zmęczenie i niechęć nie oznaczają, że jesteśmy złymi ludźmi, człowiek, który pełni opiekę, ma prawo korzystać z pomocy innych ludzi, np. pielęgniarki. Człowiek, który świadczy opiekę, ma prawo robić sobie od tej opieki wolne. I nie tylko po to, by złapać oddech czy zająć się swoim nadwyrężonym kręgosłupem, ale także po to, by korzystać z przyjemności – pójść do fryzjera, potańczyć na imprezie, mieć swoje życie intymne. Nie trzeba przejść na tryb całkowicie ofiarniczy, by dobrze i sprawnie opiekować się rodzicem. Smutne oczy czy inne manipulacje podopiecznego, bo to się zdarza, nie mogą odwieść nas od chęci brania udziału w życiu. Bo jak się raz, drugi ulegnie, tym oczom i swoim wyrzutom sumienia, trudno potem wrócić na zdrowe tory.

No właśnie – wyrzuty sumienia. Bywa tak, że z różnych względów nie jesteśmy w stanie sami opiekować się swoimi rodzicami i np. oddajemy mamę do domu opieki. Wciąż z nią jesteśmy, odwiedzamy, ale jednak mamy poczucie, że „pozbyliśmy się” bliskiego nam człowieka. Znam osoby, które to zrobiły, ale wyrzuty sumienia nie dawały im spokoju. Jak się z tym uporać?
To, co teraz powiem, może być trudne do przyjęcia, ponieważ odbiega mocno od dosyć powszechnych obecnie trendów psychologicznego doradztwa. Przyjęło się myśleć o poczuciu winy jako o czymś, co samo w sobie jest z definicji chorobliwe. Wina jest zawsze iluzją, wstyd jest zawsze nadmiarowy i zbędny, a społeczne tabu mają tylko taką funkcję, żebyśmy mieli co demaskować i obalać. To chyba jednak nie może być aż takie proste.

To znaczy?
Owszem, możemy spotkać osoby, które potrafią poczuć się winne z wydumanych dla nas powodów. My byśmy nigdy nie wpadli na to, by się o taką rzecz oskarżać, a one potrafią się tym bez końca zadręczać. Ale jest i druga skrajność. Jest nią własne przekonanie lub próba przekonywania kogoś, że w ogóle nie należy czuć się winnym niczemu i że zwykle jesteśmy raczej niewinni. A może jednak nie zawsze i nie do końca jesteśmy aniołami? Weźmy pod lupę tę konkretną sytuację. Otóż ktoś mówi, że nie jest w stanie zaopiekować się rodzicem. Ale jak to zmierzyć? Jak ustalić, czy ta niemożność jest obiektywna, czy subiektywna? Może jednak by mógł, gdyby się uparł? Ile zdecydowałby się poświęcić, a czego poświęcić by nie chciał? Kiedy zaczniemy to w ten sposób analizować, zawsze w końcu dochodzimy do wniosku, że to jest tak jak ze stwierdzeniem, że ktoś „nie ma na coś czasu”. To nie jest opis sytuacji, tylko decyzji. Mam pewną ilość czasu i zdecydowałem się poświęcić ją na coś innego. Czyli przeanalizowałem, jakie koszty poniosę, biorąc rodzica do siebie, i zdecydowałem, że takich kosztów ponieść nie chcę. To nie znaczy wcale, że nie widzę, że dobrze byłoby go do siebie wziąć. Znaczy, że takiej ceny nie zdecydowałem się płacić. Czyli nie jestem aniołem w ludzkiej powłoce, który może się poświęcić na każdych warunkach. Są granice mojej ofiarności i tu właśnie one przebiegają. Pewnie mogłbym być „lepszy”, ale nie chcę. Co oznacza, że nie jestem kryształowy, bo wielu innych być może by się poświęciło. Ale ja się na to nie zdecyduję. Wolę żyć z winą. Nie liczmy na to, że zawsze uda nam się pozostać ludźmi bez żadnej winy. Infantylna kultura podpowiada nam, że to możliwe, ale nas zwodzi. Czasem nie do końca jest się Gandhim i Dalajlamą w jednym, i po prostu trzeba z tym żyć. Można z tym żyć.

Kiedyś opieka nad rodzicami była bardziej oczywista. Bywało, że w jednym domu żyły dwa, a nawet trzy pokolenia, i w sposób naturalny zajmowaliśmy się swoimi dziadkami czy rodzicami. Dziś jest inaczej, to decyzja, wybór.
Powiedziała pani o rodzinach wielopokoleniowych – taka struktura społeczna chroniła nas nie tylko przed podjęciem tej jednej decyzji o opiece nad starszeństwem, ale przed podjęciem dwóch trudnych decyzji. Nie musieliśmy decydować o opuszczeniu rodziny, a potem o powrocie do niej. Współczesny młody człowiek wyprowadza się od rodziców. Po co? Po to, aby uzyskać wolność, aby móc stanowić o sobie w pełni, po to, by nikt nie określał już jego stylu życia. To jest oczywiście duża trudność, ale też, a może przede wszystkim, wielka wartość. I kiedy okazuje się, że ma teraz – z racji opieki – na nowo znaleźć się blisko rodziców, to osiągnięcie w postaci niezależności zostaje utracone.

Ale to już są inne warunki.
Tak, ale znaczące elementy starych, pierwotnych ról zaczynają znowu pracować, uruchamiają się. Pewne nierozwiązane konflikty zostały bowiem tylko „zawieszone” dzięki odległości. Relacje z napięciowych zrobiły się poprawne dlatego, że geografia chroniła nas przed kolejnym klinczem.

Musimy zatem liczyć się z tym, że często na nowo zostaniemy poddani ocenie, która była dla nas na przykład bolesna, raniąca, choć teoretycznie to my dyktujemy teraz warunki.
Tak, prawdopodobnie poczynione zostaną takie próby. Kolejny trudny aspekt to fakt, że rodzic, w różnym stopniu, ale mierzy się jednak ze swoim położeniem, to znaczy punktem życia, w którym się znajduje, i czasem trudno mu się pogodzić z tą zamianą ról. Chciałby być tym, kim był dla swojego dziecka dawniej, mieć ten rodzaj władzy, kontroli, wpływu. To trudne doświadczenie często rodzi frustrację.

(Ilustracja Anna Glik) (Ilustracja Anna Glik)

Czy warto więc wyznaczyć granicę rodzicowi, dla własnego komfortu psychicznego?
Rzeczywiście muszą zostać wbite słupy graniczne tak, by stosownie do nich odbywał się obieg energii w tych nowych dla wszystkich warunkach. Oczywiście należy zrozumieć potrzeby wszystkich stron. Jasne, nie możemy dopuścić do tego, by rodzic urządził nam znowu całkowicie życie, bo ten etap mamy, a w każdym razie powinniśmy już mieć za sobą, ale nieludzkie byłoby kompletne pozbawienie rodzica jakichkolwiek wpływów. Ten starszy człowiek też chce móc o czymś decydować. To jest nic innego jak proces docierania się, ale żeby móc się dotrzeć, trzeba mieć najpierw świadomość tego, że konflikty są nieuniknione. Chodzi o to, by te konflikty nie były tylko w naszym odruchu, ale też w naszej świadomości.

W naszym życiu, do którego „wprowadza się” nasz rodzic, często poza nami jest jeszcze ktoś: nasz mąż, dziecko. Jest zatem więcej osób, które muszą się w jakimś sensie docierać…
Tak, kiedy wyprowadzamy się z domu, często zakładamy swoją rodzinę, zawieramy nowy układ lojalności. Jednak każdy z nas ma wzorce wyniesione z rodziny pochodzenia, silne poczucie oczywistości różnych rzeczy. I teraz kiedy spotykają się dwie tak inne z założenia osoby, poświęcają zazwyczaj lata, aby wypracować jakiś kompromis, stworzyć swój własny wzorzec, autorski styl życia. A tu nagle, z coraz większą częstotliwością, wchodzi w życie tej rodziny mama jednego z partnerów, więc siłą rzeczy któryś styl zaczyna dominować. Ten „drugi” jest w trudnej sytuacji.

Ale sądzę, że w jeszcze trudniejszej sytuacji znajduje się ta osoba, której rodzic wymaga opieki. Powiedział pan o układzie lojalności, chciałoby się być lojalnym wobec obu stron…
Najpierw trzeba w ogóle przyjąć do wiadomości fakt, że nasz partner, mąż może mieć obawy i dyskomfort, a nawet niechęć wobec tej nowej sytuacji. To wcale nie oznacza, że jest psychopatą czy pozbawionym empatii draniem albo że nas nie kocha. Druga strona, czyli nasz rodzic, też często nie pała gorącymi uczuciami do naszego partnera, z którym musi mieć w tej nowej sytuacji zdecydowanie większy kontakt. Trzeba mieć to na uwadze. Czyli utrwalić sobie w głowie taką formułę, że oni nie muszą wzajemnie za sobą przepadać, jeść sobie z dzióbków. A my nie musimy lawirować, by do takiej idylli doprowadzić.

Jasne, ale prawdopodobnie będzie tak, szczególnie kiedy rodzic wprowadza się do naszego domu, że jednak te bieżące, codzienne żale i z jednej, i z drugiej strony spływać będą do nas.
Sugerowałbym, żeby wprowadzić sobie do głowy taką ideę (ona jest szalenie w życiu przydatna, a niewielu ludzi ją ma) – chodzi o granicę naszego wpływu, a co za tym idzie granicę naszej odpowiedzialności. Istnieją pewne rzeczy, za które jest pani odpowiedzialna i na które ma pani wpływ, to się pokrywa. Ale istnieją też takie rzeczy, obszary, za które nie może brać pani odpowiedzialności, bo zwyczajnie nie ma pani na nie wpływu. I takim obszarem jest relacja pani męża z pani matką. Może, a nawet powinna pani powiedzieć: „Kochani, próbowałam raz, drugi, trzeci, nie udaje się, jesteście dorosłymi ludźmi i sami musicie się dogadać, ja już dalej wam nie pomogę”. Nie należy wchodzić w rolę ambasadora, bo można od tego oszaleć. Są w życiu momenty, kiedy należy wziąć na siebie odpowiedzialność, i takie, kiedy należy ją stanowczym ruchem z siebie zdjąć. Oba ruchy są wyrazem dojrzałości.

Myślę, że z tym zdejmowaniem z siebie odpowiedzialności kobiety mają często spory kłopot, a to zwykle one są opiekunkami, opiekują się nie tylko swoimi rodzicami, ale też nierzadko teściami.
I to jest cholernie niesprawiedliwe, mówię to całkiem serio. Bo w tych rodzinach są też przecież synowie, bracia. Ale kulturowo jest to tak silnie utrwalone, że kobiecie przypada rola opiekuna. I jeśli kobieta czuje się pokrzywdzona, a ma do tego pełne prawo, powinna o siebie walczyć. Jest brat? Jeśli sam nie chce wziąć na siebie opieki w żadnej części, to niech wynajmie pielęgniarkę, która odciąży siostrę. Czasami trzeba krzyczeć i tupać! I to jest taka sytuacja.

Mam wrażenie, że w Polsce wciąż ktoś, kto mówi głośno, że jest zmęczony opieką nad swoim rodzicem czy wręcz nie chce się nim zajmować, wrzucany jest do worka: „drań”.
Myślę, że w Polsce jest jednak jakiś poziom zdrowego rozsądku. To znaczy, jeśli człowiek mówi, że opiekuje się swoim rodzicem od pięciu miesięcy każdego dnia i teraz chce pojechać na urlop, to większość ludzi zrozumie taką potrzebę. Wydaje mi się, że tu silniej działają nasze własne wyrzuty sumienia niż realna ocena innych ludzi. Choć oczywiście te wyrzuty sumienia w jakiejś mierze mogą być związane z kulturowymi obyczajami z przeszłości. Ale przypomina mi się teraz pewien fragment książki Mariusza Szczygła. Opisuje on sytuację, że w Czechach jest duży problem, bo firmy pogrzebowe nie wiedzą, co robić z urnami, w których są prochy zmarłych, bo rodziny nagminnie ich nie odbierają. Po drugiej stronie są społeczności azjatyckie, w których nikt by nie pojął jakichkolwiek wątpliwości dotyczących opieki nad rodzicem. Dla nich jest to zupełnie oczywiste – i koniec kropka. Sądzę, że my, Polacy, jesteśmy gdzieś pośrodku tej osi. Poza tym, jeżeli ktoś nie rozumie, że można być czymś wyczerpanym, to nie wiem, czy należy mieć z nim do czynienia. Oczywiście, czasem trudno znieść czyjąś dezaprobatę, ale warto zadać sobie pytanie, na czyjej aprobacie mi zależy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Materiał partnera

Nietrzymanie moczu – jak leczyć tę dolegliwość i jakie są jej przyczyny

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Nietrzymanie moczu to dolegliwość egalitarna – dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn, bez względu na wiek. Bardzo często nietrzymanie moczu powoduje wstyd, frustrację i obawy, że dojdzie do kompromitującej sytuacji albo że otoczenie wyczuje przykry zapach. Warto dowiedzieć się, jakie są przyczyny nietrzymania moczu, jakie postaci może przyjmować ta przypadłość oraz jak radzić sobie, gdy się pojawi. Przeczytaj nasz artykuł i dowiedz się, czym jest nietrzymanie moczu, czym może być spowodowane i jak je leczyć.

Czym jest nietrzymanie moczu?

Nietrzymanie moczu, czyli inaczej inkontynencja, to dolegliwość polegająca na niekontrolowanym oddawaniu moczu lub jego mimowolnym popuszczaniu. To, czy dochodzi do całkowitej mikcji (oddania moczu), czy jedynie jego popuszczania, zależy od stopnia nasilenia tej przypadłości, a także od jej rodzaju.

Trzy podstawowe postaci nietrzymania moczu to:

  • wysiłkowe nietrzymanie moczu,
  • naglące nietrzymanie moczu,
  • mieszana postać (nagląca i wysiłkowa) nietrzymania moczu.
W każdym z tych trzech przypadków dolegliwość może być w różnym stopniu nasilona, choć przy naglącym nietrzymaniu moczu zazwyczaj dochodzi do całkowitej mikcji, czyli mimowolnego całkowitego opróżnienia pęcherza. Łatwo się domyślić, że w przypadku gdy osoba dotknięta tą dolegliwością nie zdąży do toalety, może dojść do bardzo krępującej sytuacji. Z tego powodu osoby borykające się z nietrzymaniem moczu często rezygnują ze spotkań towarzyskich i zwykłych codziennych aktywności poza domem. Nie musi tak być – w dalszej części artykułu podpowiadamy, co zrobić, by funkcjonować normalnie.

Nietrzymanie moczu – przyczyny

Przy wysiłkowym nietrzymaniu moczu najczęstszą przyczyną jest osłabienie mięśni Kegla, czyli mięśni dna miednicy. Prawidłowo funkcjonujące mięśnie Kegla pozwalają na zatrzymanie strumienia moczu podczas jego oddawania, umożliwiają też powstrzymanie mikcji do czasu wizyty w toalecie. Słabe mięśnie Kegla to często wynik zaniedbań – należy je ćwiczyć jak wszystkie inne mięśnie, inaczej z czasem zanikają. Osłabienie mięśni dna miednicy może jednak być także skutkiem choroby, stosowania niektórych leków, podeszłego wieku, operacji (np. usunięcia prostaty czy operacji urologicznych u kobiet). Często nietrzymanie moczu związane z osłabieniem i rozluźnieniem mięśni Kegla zdarza się też w ciąży – jest to spowodowane zmianami hormonalnymi mającymi na celu przygotowanie do porodu siłami natury.

Naglące nietrzymanie moczu zdarza się często przy zapaleniu pęcherza. Borykają się z nim także panowie z przerostem gruczołu krokowego. Do naglącego nietrzymania moczu może dochodzić także w ciąży, gdy powiększająca się macica powoduje ucisk na narządy wewnętrzne, w tym na pęcherz moczowy.

Nietrzymanie moczu może też być spowodowane niewłaściwą dietą (ostro przyprawione potrawy, alkohol, kawa, mocna herbata) oraz siedzącym trybem życia skutkującym nadwagą i otyłością.

Jak leczyć nietrzymanie moczu?

Współczesna medycyna oferuje wiele metod leczenia nietrzymania moczu. Dostępne jest leczenie farmakologiczne (leki doustne), operacyjne oraz poprzez trening wzmacniający mięśnie Kegla i zmniejszający reaktywność pęcherza. Trening mięśni Kegla zalecany jest zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, którzy także mogą borykać się z wysiłkowym nietrzymaniem moczu, np. po operacyjnym usunięciu prostaty. Leczenie operacyjne nietrzymania moczu jest bardzo skuteczne i mało inwazyjne, nie należy się więc go obawiać.

Nietrzymanie moczu – jak normalnie żyć z tą dolegliwością?

Z nietrzymaniem moczu można normalnie funkcjonować. Dostępne są specjalne wkładki urologiczne TENA i majtki chłonne TENA w wersji dla kobiet oraz dla mężczyzn. Zapewniają one skuteczną ochronę przed wilgocią i przed przykrym zapachem, a przy tym są całkowicie dyskretne i bardzo wygodne, ponieważ dostosowane do anatomii pań lub panów. Należy jedynie wybrać odpowiedni rozmiar i stopień chłonności wkładu. Przy bardziej nasilonym nietrzymaniu moczu i na noc polecane są pieluchomajtki TENA lub pampersy dla dorosłych. Wszystkie te produkty mogą być refundowane na NFZ.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.