1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pierniki w butiku - rewolucja Igi Sarzyńskiej w Toruniu

Pierniki w butiku - rewolucja Igi Sarzyńskiej w Toruniu

 Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)
Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Słowo „wzruszać” ma wiele znaczeń. Iga Sarzyńska, założycielka piernikowego butiku „Wzrusza Toruń”, korzysta ze wszystkich. Z pomocą korzennego ciastka uruchamia emocje, a przy okazji dokonuje wizerunkowej rewolucji.

Najpierw była wizyta w Toruniu, spontaniczna, na przywitanie wiosny, siedem lat temu. Iga Sarzyńska przyjechała tu razem z siostrą, zachęcona czyjąś rekomendacją. Kameralny w sumie, zaprojektowany na ludzką skalę Toruń wydał jej się miastem idealnym do życia. Nigdzie nie mogła jednak kupić doskonałych pierników! To wtedy zaczęła kiełkować ta myśl.

A w tym czasie Iga miała jeszcze inne życie; poukładane, wypełnione po brzegi pracą. Torty, które powstawały w założonej przez nią Pracowni Artystycznej Sarzyński w Kazimierzu Dolnym, nie tylko cieszyły oczy (oraz podniebienia) klientów, ale i wygrywały nagrody w konkursach. Ona sama jeździła z warsztatami, wykładami, zasiadała w jury konkursów dla tortowych artystów. Sztuki wyrafinowanego dekorowania ciast uczyła się w Stanach i w Londynie. Gdy przyjechała z pomysłem na własną pracownię, właściwie nie miała w Polsce konkurencji. Potrafiła przez kilkanaście godzin lepić z cukrowej masy kwiaty piwonii i konwalii, jednak w pewnym momencie poczuła, że to już jej nie wystarcza. W końcu zawsze lubiła robić coś innego niż wszyscy, być o pół kroku do przodu.

Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała) Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)

Najpierw były koguty

Ale jeszcze wcześniej jest piekarnia taty – najsłynniejsza w Kazimierzu Dolnym. Cezary Sarzyński wstaje codziennie do pracy o 4, bez budzika. Kwadrans po 7 wnosi do mieszkania zapach drożdżowej chałki. – Iguśka, Ania, Ola – woła – śniadanie! Piekarnia jest obecna w każdym momencie życia ich rodziny. Nie tylko wciska się do położonego piętro wyżej mieszkania; do piekarni zagląda się, wracając ze szkoły, bywa, że spędza się w niej całą noc, pracując nad tym, żeby rano można było wypełnić półki świeżym pieczywem na sprzedaż. Cezary Sarzyński dba o to, żeby córki jak najszybciej zapoznały się ze wszystkim, co dotyczy tego biznesu, a uważa, że nie ma na to lepszego sposobu niż praca. Wtajemniczenie przebiega stopniowo, od najprostszych, porządkowych prac po poznawanie technologii. Iga z siostrą najpierw zmiatają okruchy ze stolików, potem kelnerują, wreszcie mają przyjemność pracować ze słynnymi sarzyńskimi kogutami. Sypanie, mieszanie, zagniatanie, formowanie. Podczas jednej nocy z piekarni wyjeżdża nawet 1500, 2000 ptaków z drożdżowego ciasta. Strategia Sarzyńskiego procentuje do dziś. – Dzięki tacie i jego filozofii pracy potrafię dziś stanąć na każdym stanowisku – mówi Iga. Dlatego najpierw z toruńską ekipą dekoruje pierniczki, a potem zakłada na bluzkę w odcieniu pudrowego różu grafitowy fartuszek i staje za przeszkloną ladą. – A gdzie jest pani Sarzyńska? – pytają czasem klienci. – A tutaj, to ja – odpowiada Iga. – Dzień dobry.

Miedziano-cynamonowo-grafitowe wnętrze butiku Wzrusza Toruń przy Kopernika. (Fot. Agnieszka Pałtynowicz) Miedziano-cynamonowo-grafitowe wnętrze butiku Wzrusza Toruń przy Kopernika. (Fot. Agnieszka Pałtynowicz)

Słodko, nie za słodko

Pierwszy toruński butik powstaje w połowie 2019 roku na Kopernika, koło palarni kawy. Pudrowy róż, miedź, cynamon, szarość – to jego kolory. Na froncie jest szeroki miedziano-szklany kontuar, z tyłu robiona na zamówienie szafa, w której popakowane w celofan pierniczki, beziki i czekolady wyglądają jak ekspozycja w sklepie kolonialnym. Ten sam artysta wykuł metalowe czarne klosze do lamp, stylizowane na art déco. Na ścianach w odcieniu popiołu wisi jedynie kilka fotografii; na jednej z nich ubrana w fartuszek kobieta opiera się nagimi przedramionami o blat, za nią, na piekarnianych półkach, piętrzą się świeże drożdżówki. To babcia Igi, Krystyna. W Kazimierzu, rzecz jasna.

Kolejny punkt w Toruniu, na ulicy Szerokiej, otwarty w listopadzie, wygląda imponująco. Długie i wąskie wnętrze sięga kilkadziesiąt metrów w głąb, pod ścianami ułożonymi z gotyckiej cegły stoją wypełnione słodkościami regały, a drewniane, flirtujące z secesją wejście przypomina okienko na czekoladę. Ale Szeroka, choć po brzegi wypełniona słodyczą, nie mdli ani nie cukrzy. To eleganckie, dorosłe wnętrze pokazuje, że dziewczynka, która pod okiem taty lepiła drożdżowe koguty, bardzo się zmieniła. Wciąż korzysta z rodzinnego dziedzictwa, ale w Toruniu zdecydowanie idzie własną drogą.

– Gdy patrzę na to, co robiłam dziesięć lat temu, widzę, jak jestem daleko. Chcę intrygować, robić niebanalne, nowoczesne rzeczy – mówi Iga Sarzyńska. I to piernik właśnie, nie tort, idealnie się do tego nadaje. Łączy lokalne składniki z egzotycznymi. Jest plastyczny, pozwala więc na zabawę formą. Wyróżnia się trwałością. A do tego idealnie się wpisuje w historię Torunia. Niby małe ciasteczko, a tyle możliwości.

Toruńskie kamienice przypominają ciastka ustawione rzędem w witrynie cukierniczej. (Fot. Marta Sapała) Toruńskie kamienice przypominają ciastka ustawione rzędem w witrynie cukierniczej. (Fot. Marta Sapała)

Bez kompromisów

Pierwsze wzmianki o toruńskich piernikach pochodzą z XIV wieku, pisali o nich między innymi Ignacy Krasicki i Zygmunt Gloger. Sławę, porównywalną z Norymbergą (w pewnym momencie doprowadzono nawet prawnie do rozejmu między tymi dwoma miastami, zezwalając na wzajemną dystrybucję swoich wyrobów), Toruń zyskał jednak dopiero w XVII wieku. W szczytowym momencie było tu aż 65 mistrzów piernikarstwa. Dziś ślady po ich pachnącej korzeniami aktywności są rozsypane po całym Starym Mieście. W mieście są nie tylko dawne fabryczki, cukiernie i sklepy, ale i zwykłe kamienice, które wyglądają jak ciastka lukrowane albo oblane ciemną czekoladą. Jest też ulica Piernikarska, choć to nie przy niej, a przy Żeglarskiej są usytuowane lokalne sklepy z toruńskimi ciastkami – można w nich kupić zarówno lukrowane, puchate katarzynki, jak i płaskorzeźby odciskane z twardego ciasta. Raczej do podziwiania niż chrupania.
Dopiero Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. Jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne.
Piernikowe ciasto dziś jest jej ulubionym – nie tylko ze względu na potencjał, jaki się w nim kryje, oraz trwałość, lecz także zapach. Iga sama opracowuje proporcje korzennej przyprawy. Są w niej: kardamon, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki, ziele angielskie, imbir (ulubiony), no i pieprz. Od niego właśnie wzięło się słowo „piernik”. „Pierny” wypiek nie jest jednoznaczny. Zostawia na języku miodowe ukojenie, ale też delikatnie go drażni.

Dekorowanie piernikowych ciasteczek. (Fot. Marta Sapała) Dekorowanie piernikowych ciasteczek. (Fot. Marta Sapała)

– A wiesz, ile jest rodzajów piernikowego ciasta? – pyta Maciej Komorowski, partner Igi, i w życiu, i w zawodowym projekcie. I wylicza: inne na pojedyncze, ozdobne pierniczki, dekorowane lukrowymi kropkami i niteczkami. We Wzrusza Toruń jest cała kolekcja: od klasycznych domków po obwarzanki ozdabiane płatkami bławatków. Jeszcze inne jest na kostkę, rodzaj luksusowego piernego bruku, przekładanego własnoręcznie robioną malinową marmoladą albo marcepanem. Następne na chlebki piernikowe. Wyglądają jak małe razowce, zachwycają bogatym smakiem, zapachem i teksturą. Są jeszcze małe piernikowe serca, na wzór tych skandynawskich, sprzedawanych w puszkach, z ciemną czekoladą, na maśle. No i pachnący skórką pomarańczową i migdałami piernik staropolski, nastawiany, tak jak robiło się to w Kazimierzu u Sarzyńskich, dobre kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. W Toruniu na Szerokiej będą też desery na bazie pierników.

Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. W dodatku jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne. (Fot. Marta Sapała) Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. W dodatku jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne. (Fot. Marta Sapała)

Wszystkie receptury Igi Sarzyńskiej łączy jedno: brak kompromisów. Jeśli miód, to prawdziwy, nie surogat. Na razie wielokwiatowy, od polskich pszczelarzy. Wkrótce pojawią się też inne smaki. Jeżeli konfitura, to robiona na miejscu, z owoców, które przyjeżdżają z zaprzyjaźnionych sadów spod Włocławka. Masło, nie utwardzany tłuszcz roślinny. Mąka? Z polskich młynów, żytnia, chlebowa, taka jest najlepsza. Czekolada? Bajeczna, aksamitna, od Cacao Barry. Latem Iga pojechała do laboratorium Oir Noir pod Paryżem, żeby samodzielnie ustalić, z jakich nut ma się składać. Ta, której używa w swoich wypiekach, została skomponowana z ziaren zebranych w Wenezueli, Ghanie, Tanzanii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Można w niej wyczuć owocowe nuty: ananasa, banana, truskawek.

Ważne są też opakowania – zaprojektowało je Parastudio, kolażami ozdobiła Aleksandra Morawiak, łódzka ilustratorka, która z wycinków papierowej rzeczywistości montuje kompozycje tak piękne, że nie sposób pozbyć się ozdobionych nimi pudełek. Jej prace są nie tylko na opakowaniach, do których sprzedawczynie we Wzrusza Toruń pakują pralinki i piernikową kostkę. Będą też ozdabiać papierowe futerały na czekoladę i szklane probówki na mieszankę korzeni do piernych ciasteczek, opracowaną przez Igę. Idealną pamiątkę z Torunia.

Przepiękne pudełka zaprojektowała ilustratorka Aleksandra Morawiak. (Fot. Marta Sapała) Przepiękne pudełka zaprojektowała ilustratorka Aleksandra Morawiak. (Fot. Marta Sapała)

Idze marzy się, żeby to właśnie jej pierniki – skomponowane z doskonałych produktów, pięknie zdobione, przepyszne – zaczęły się kojarzyć z Toruniem. Żeby ludzie specjalnie po nie przyjeżdżali. Tak jak zrobiła to ona sama. Z powodu Torunia i pierników otworzyła nowy rozdział w życiu. Gdy na wiosnę tego roku przeprowadziła się tu razem z Maciejem, znaleźli mieszkanie nad dawną fabryką Johanna Weesego, najbardziej znanego toruńskiego piernikarza. Od pierników trudno jej będzie uciec. A można powiedzieć, że Toruń tylko czekał, aż się pojawi w nim ktoś taki jak Iga Sarzyńska.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Święta

Domowe pierniczki

Aromatyczne pierniczki to nieodłączny element Świąt (fot. iStock)
Aromatyczne pierniczki to nieodłączny element Świąt (fot. iStock)
Pachnące przyprawami, smaczne i cieszące oko swym wyglądem. O pierniczkach, które długo utrzymują świeżość, można już pomyśleć z dużym wyprzedzeniem.

Składniki:

  • 500 g mąki pszennej,
  • 200 g miodu,
  • 50 g miodu gryczanego,
  • 1/2 szklanki cukru,
  • 1/2 szklanki mleka,
  • 1 łyżka sody,
  • 2 jajka,
  • 150 g masła,
  • opakowanie przyprawy do piernika

Do rondla przekładamy miód, masło, cukier oraz przyprawę do piernika, podgrzewamy do rozpuszczenia się wszystkich składników, studzimy. Do miski przesypujemy przesianą mąkę, wlewamy mleko wymieszane z  sodą, dodajemy jajka oraz ostudzony miód z  pozostałymi składnikami. Mikserem ucieramy na gładką masę, miskę przykrywamy bawełnianą ściereczką i  odstawiamy na minimum pół godziny (maksymalnie na 6 godzin).  Następnie ciasto przekładamy na stolnicę, wyrabiamy, wałkujemy na grubość 1 cm, podsypując mąką, i  wycinamy pierniki foremkami w  różnych kształtach. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i  pieczemy przez 10 minut.

  1. Kuchnia

Słodki prezent - zamiast kupić, zrób

Własnoręcznie przygotowane i starannie zapakowane ciasteczka do prawdziwy prezent od serca (Fot. iStock)
Własnoręcznie przygotowane i starannie zapakowane ciasteczka do prawdziwy prezent od serca (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Szukasz pomysłu na prezent, który z pewnością sprawi przyjemność? Najlepszy będzie własnoręcznie zrobiony i pięknie opakowany. Ciasteczka i inne słodkości nadają się do tego najbardziej. Oto kilka przepisów na domowe słodycze, którymi śmiało można obdarować najbliższych. Są nie tylko efektowne i smaczne, ale także zdrowe. A nie ma nic pyszniejszego niż zdrowe słodycze.

Czekoladki hand made

  • 100 g nierafinowanego, tłoczonego na zimno oleju kokosowego
  • 40 g ksylitolu zmielonego w młynku do kawy
  • 50 g kakao (najlepiej surowego)
Dodatki: rozmaryn i skórka pomarańczowa, chilli, sól morska, kardamon i rodzynki, kawałki suszonych śliwek, podprażone orzechy włoskie etc.

 

(Fot. Karolina i Maciej Szaciłło) (Fot. Karolina i Maciej Szaciłło)

Olej kokosowy rozpuszczamy w rondelku. Dodajemy ksylitol i kakao. Całość  mieszamy, aby nie było grudek. Silikonową foremkę do lodu smarujemy olejem kokosowym i stawiamy na desce do krojenia. Do części wgłębień wkładamy rodzynki lub kawałki suszonych śliwek albo po jednym prażonym orzeszku. Czekoladową masę wlewamy do foremki, tak aby masa wypełniła miejsce na kostki, ale nie ubrudziła rantów. Czekoladki wstawiamy do zamrażarki lub do lodówki. Na wierzchu możemy położyć skórkę pomarańczową lub rozmaryn i chilli, sól, lub ziarna kardamonu. Pakujemy, gdy czekoladki dobrze zastygną.

Florentynki

  • 60 g migdałów
  • 60 g orzechów włoskich
  • 50 g suszonych, niesiarkowanych moreli
  • 50 g fig
  • 50 g niesiarkowanych rodzynek
  • ½ łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
  • 1 łyżeczka świeżo startego imbiru
  • 50 g oleju kokosowego lub masła sklarowanego
  • 100 g melasy
  • 50 g gorzkiego czekolady
 

(Fot. Karolina i Maciej Szaciłło) (Fot. Karolina i Maciej Szaciłło)

Migdały i orzechy siekamy lub mielimy (tak, aby były widoczne kawałki orzechów). Osobno siekamy suszone owoce lub dorzucamy do robota kuchennego i całość mielimy na masę przypominającą kruszonkę ( z widocznymi kawałkami suszonych owoców). Do masy dodajemy skórkę pomarańczową i imbir. Osobno w garnku podgrzewamy melasę z tłuszczem. Mieszamy, aż składniki się połączą (1-2 minuty). Wsypujemy masę bakaliową. Całość mieszamy. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wykładamy porcje masy wielkości śliwki, zostawiając dość duże odstępy. Z masy formujemy cienkie placuszki (grubości 1-2 mm). Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170 st C i pieczemy ok. 7 minut. Uważamy, aby florentynek nie przypalić (powinny być złote nie brązowe). Wyjmujemy blachę z piekarnika. Podczas pieczenia masa może się rozpuścić, więc lepiej poczekać aż ciasteczka zastygną i dopiero wtedy zdjąć je z blachy. W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę i dekorujemy nią wystudzone florentynki.

Domowe snickersy

  • 70 g daktyli (najlepiej organicznych)
  • 100 orzechów włoskich
  • 25 g (czubata łyżka) masła orzechowego
  • 100 g gorzkiej czekolady (zaw kakao min.70 %)
  • 30 g solonych orzeszków ziemnych 
 

(Fot. Karolina i Maciej Szaciłło) (Fot. Karolina i Maciej Szaciłło)

 

Daktyle, orzechy i masło mielimy na jednolitą masę. Czekoladę i olej rozpuszczamy w kąpieli wodnej, a następnie łączymy z masą i dodajemy orzeszki ziemne. Mieszamy, aby składniki się połączyły. Przekładamy do wysmarowanej olejem prostokątnej formy. Wkładamy do lodówki lub zamrażarki, aż masa się zestali  na ok. pół godziny. Po schłodzeniu kroimy na kawałki.

Kulki orzechowe w kakao

  • 50 g orzechów brazylijskich
  • 50 g orzechów nerkowca
  • 2 płaskie łyżeczki drobnego cukru trzcinowego
  • kakao do obtoczenia kulek
 

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Orzechy mielimy w młynku do kawy. Mieszamy je z cukrem i ugniatamy. Lepimy z masy kulki i obtaczamy w kakao.

Kuleczki słoneczne

  • 50 g pestek słonecznika
  • 2 łyżeczki miodu akacjowego
  • ½ szklanki poppingu z amarantusa
  • 1 płaska łyżka kakao
Dodatki: pestki słonecznika

 

(Fot. Monika Mrozowska) (Fot. Monika Mrozowska)

Ziarna słonecznika mielimy w młynku do kawy lub w robocie kuchennym. Dodajemy miód, amarantus oraz płaską łyżkę kakao - mieszamy. Z masy odrywamy małe kawałki i lepimy kulki. Na koniec ozdabiamy kulki pestkami słonecznika.

Pierniczki

  • 160 g miodu gryczanego
  • 145 g mąki owsianej
  • 140 g mąki gryczanej
  • 100 g oleju kokosowego
  • 1/2 opakowania przyprawy do piernika
  • 4 łyżeczki mleka kokosowego
  • 2 łyżeczki kakao
Do przybrania: orzechy włoskie

 

(Fot. Monika Mrozowska) (Fot. Monika Mrozowska)

 

Do miski wsypujemy przesianą mąkę gryczaną, owsianą, przyprawę do piernika i kakao. Mieszamy, dodajemy pozostałe składniki. Zagniatamy ciasto, z którego formujemy małe kulki. Na środek każdej z nich nakładamy kawałek orzecha włoskiego. Ciasteczka układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy w temperaturze 180°C góra/ dół ok. 15 minut.

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.