1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Przyczyny i skutki zmian klimatu - raport WWF

Przyczyny i skutki zmian klimatu - raport WWF

fot. iStock
fot. iStock
Klimat zmienia się dynamicznie. Działalność człowieka ma ogromny wpływ na to, co dzieje się z naszą planetą - gwałtowny wzrost temperatur, susze, powodzie, a także szybsze rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych - to bez wątpienia konsekwencje brutalnej ingerencji człowieka w środowisko. Raport WWF "Zmiana klimatu w pigułce" jasno przedstawia przyczyny i skutki dynamicznej zmiany klimatu.

Autorzy raportu WWF "Zmiana klimatu w pigułce" Klaudia Michalska, Marta Anczewska, Aleksandra Świetlik i Oskar Kulik wskazują wprost, jakie działanie człowieka zaliczyć możemy do bezpośrednich przyczyn zmiany klimatu na Ziemi:

1. Spalanie paliw kopalnych
- autorzy wskazują, iż w 1850 roku wyemitowano mniej niż 1 mld ton CO2, natomiast obecnie globalna emisja sięga prawie 36 mld ton CO2 rocznie - oznacza to, że od czasów rewolucji przemysłowej emisja dwutlenku węgla zwiększyła się kilkadziesiąt razy.

2. Zbyt duże zużycie energii na osobę
- autorzy raportu wskazują, iż obserwujemy ciągły wzrost konsumpcji energii na osobę przy jednoczesnym użyciu nieefektywnych urządzeń elektrycznych.

3. Wzrost liczby ludności na świecie
- w 1850 roku światowa populacja wynosiła 1,5 mld ludzi, dziś sięga prawie 7,5 mld, co powoduje znacznie  większe zużycie zasobów naturalnych i większe zanieczyszczenie środowiska. W raporcie wskazuje się także, że wzrost ten łączy się także ze zwiększeniem konsumpcji energii elektrycznej.

4. Uzależnienie systemów energetycznych od ropy, gazu i węgla 

5. Wzrost zanieczyszczeń wynikający z nadmiernego transportu
- według autorów raportu prawie 30% całkowitej emisji CO2 w Unii Europejskiej pochodzi z sektora transportu, z czego 72% – z transportu drogowego.

Skutki tak nakreślonych przyczyn zmiany klimatu są następujące:

1. Konflikty polityczne
- WWF wskazuje, że problem z dostępem do żywności i wody pitnej ma wpływ na wzrost konfliktów i migracji ludności.

2. Migracje i fale uchodźców - 
raport wskazuję, że zgodnie z symulacjami, przy braku adaptacji do zmiany klimatu, do 2100 roku liczba migrantów przybywających do Europy większy się do 1 mln rocznie.

3. Susze
- które bezpośrednio przełożą się w brak dostępu do wody pitnej oraz stopniowy upadek rolnictwa.

4. Nawałnice
- według raportu: "Nasilenie się częstotliwości i intensywności występowania silnych wiatrów jest obserwowane w skali światowej – cyklony o maksymalnej prędkości 200 km/h podwoiły się, o prędkości 250 km/h potroiły. Huragan Sandy (2012) był największym notowanym huraganem na obszarze Atlantyku. Huragan Harvey (2017) przyniósł najwyższe skumulowane opady w Stanach Zjednoczonych. Irma (2017) przez 37 h utrzymywała wiatr o prędkości ponad 300 km/h. Huragan Dorian (2019) był najsilniejszym huraganem w historii, jaki uderzył w Bahamy. Wszystkie doprowadziły do ogromnych zniszczeń".

5. Burze -
zgodnie z danymi raportu: "Intensywne opady deszczu w lipcu 2018 roku w Tatrach, Pieninach i Gorcach doprowadziły do wylania wielu rzek (m.in. Dunajca, Białki, Popradu, Ropy) podtopień domów oraz zamknięcia licznych szlaków turystycznych.

6. Powodzie
- są one jednym z głównych zagrożeń naturalnych występujących w Polsce. które w pewnych okolicznościach mogą przybrać znamiona kataklizmu.

7. Wzrost poziomu morza
- raport wskazuje, że "Jeśli poziom morza podniesie się o metr to część Gdańska, Nowy Dwór Gdański, zachodnia część Elbląga i Gronowo Elbląskie zostaną zalane. Wybrzeże Bałtyku będzie sięgać aż na północ od Malborka, niedaleko wsi Tragamin".

8. Wzebrania sztormowe
- "wezbrania powodują zniszczenia w strefie brzegowej, przebudowują pobrzeże i strefę rew, powodują zniszczenia zarówno na plażach, wydmach, wybrzeżach klifowych oraz utrudniają prace związane z gospodarką morską".

9. Zmiana średnich temperatur powietrza i rekordowe upały
 - według danych z raportu - globalnie, lipiec 2019 roku okazał się najgorętszy w historii globalnych pomiarów temperatur. 2019 był najcieplejszy w historii pomiarów w Polsce.

10. Pożary
- wysoka temperatura i susza sprzyjają występowaniu i rozprzestrzenianiu się pożarów. Jak wskazuje się w raporcie - w roku 2019 obserwowaliśmy rekordowe pożary w rejonach Syberii, Arktyki, Amazonii i Australii, które wyemitowały niebezpieczne ilości dwutlenku węgla do atmosfery. Przyczyny pożarów to podpalenia, burze z piorunami i wyższe niż średnie temperatury związane ze zmianami klimatu.

11. Gwałtowne uderzenia mrozu
- raport podaje dane, zgodnie z którymi w 2018 roku w pierwszy dzień meteorologicznej wiosny padł roczny rekord zimna. W województwie podkarpackim termometry wskazały -28,7.

12. Zagrożenia dla dostaw prądu
- z powodu długotrwałej suszy w lipcu i sierpniu 2015 roku poziom wód drastycznie się obniżył, co spowodowało ograniczoną możliwość chłodzenia elektrowni węglowych.

13. Rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych
- według źródła, choroby zakaźne rozprzestrzeniają się szybciej i łatwiej w wyniku szybkich zmian demograficznych, środowiskowych, społecznych i technologicznych. Przykładem może być borelioza - liczba zachorowań na chorobę przenoszoną przez kleszcze wzrosła trzykrotnie w ciągu 10 ostatnich lat, a na odkleszczowe zapalenie mózgu ponad jedenastokrotnie w ciągu ostatnich 21 lat.

14. Zmiana występowania pokrywy śnieżnej
- z powodu wzrostu temperatur i zwiększonego parowania okres zalegania pokrywy śnieżnej i jej grubość zmniejszają się, powodując jeszcze większe parowanie podłoża, co wpływa na spadek zasobów wodnych kraju.

Autorzy opracowania: Klaudia Michalska, Marta Anczewska, Aleksandra Świetlik, Oskar Kulik. Źródło: WWF Polska

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Dziadkowie Biznesu” – akcja studentów wspierająca przedsiębiorstwa seniorów

Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać seniorów i poznawać ich niezwykłe historie – tłumaczy Zofia Mańczuk, studentka Uniwersytetu Warszawskiego i współautorka społecznego projektu „Dziadkowie Biznesu”, którego celem jest pomaganie starszym osobom i promowanie ich miejsc pracy.

Jak to się stało, że w kilka dni udało wam się zgromadzić ponad 30 tysięcy obserwatorów na waszym instagramowym koncie?
Kiedy wystartowaliśmy z „Dziadkami Biznesu”, rozesłaliśmy do mediów informacje prasową o naszym projekcie. Nie było żadnego odzewu. Dopiero, gdy otrzymaliśmy zaproszenie na rozmowę do TVP Warszawa, kolejne redakcje, także te, do których pisaliśmy wcześniej, podłapały temat i zaczęły się do nas odzywać. Na Instagramie nasze treści szybko stały się viralowe, dzięki ludziom, którzy je udostępniali. Wydaje mi się, że starsze osoby są szczególnie „nośnym” tematem w marketingu, poza tym okazało się, że bardzo wiele osób chciałoby jakoś pomóc seniorom i dołożyć do naszego projektu swoją cegiełkę. To, co się wydarzyło i w jak szybkim tempie, było dla nas niesamowite. Wystartowaliśmy w kwietniu tego roku, mieliśmy opublikowane dosłownie kilka postów - o tym, kim jesteśmy oraz o pierwszych biznesach, które chcieliśmy wypromować. W ciągu kilku dni nasz profil polubiło 30 tys. osób. Dziś jest z nami ponad 40 tys. obserwatorów na Instagramie. Działamy również na Facebooku, na którym mamy milionowe zasięgi, jesteśmy na Twitterze i Tiktoku.

Teraz o naszym projekcie wie już całkiem sporo osób, każdego dnia dostajemy wiele nowych zgłoszeń biznesów, które moglibyśmy promować. Zgłaszają się do nas też ludzie, którzy chcą na przykład zrobić szyld sklepom czy fotografowie chętni do przygotowania profesjonalnej sesji. Skontaktowało się nami wiele firm, szczególnie PR-owych. Zastanawiamy się teraz, w jaki sposób moglibyśmy najlepiej wykorzystać to zainteresowanie.

Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

No właśnie, opowiesz proszę, kto stoi za projektem „Dziadkowie Biznesu” i dlaczego zdecydowaliście się akurat na promocję seniorów?
Jesteśmy szóstką studentów Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Naszym zadaniem był udział w olimpiadzie Zwolnieni z Teorii” i zostaliśmy nakierowani na to, aby zwrócić szczególną uwagę na osoby starsze. Zastanawialiśmy się, czego seniorzy mogą potrzebować, chcieliśmy też, aby nasz projekt nie był tylko pracą zaliczeniową, ale żeby niósł realną pomoc. Wiemy, że starsi ludzie są zazwyczaj wykluczeni cyfrowo i że coraz częściej zapominamy o istnieniu takich zawodów, jak szewc czy zegarmistrz. Dziś dla wielu osób kupienie nowego zegarka czy butów jest bardziej oczywiste od tego, aby daną rzeczy oddać do naprawy. Chcieliśmy również zwrócić uwagę na ginące zawody, pokazać historie ludzi, którzy tworzą te miejsca. Osobiście uwielbiam rozmawiać ze starszymi ludźmi. Szukanie bohaterów naszego projektu to cudownie spędzony czas, w trakcie którego udało nam się poznać wiele wspaniałych osób.

Jak wyglądało szukanie tych osób? Wchodziłaś do pierwszego z brzegu zakładu? Jestem też ciekawa, jak reagowali seniorzy, gdy dowiadywali się o waszym projekcie.
Każdy z nas był odpowiedzialny za swoje miasto. Julka, Janek i ja mieszkamy teraz w Warszawie, Julka jest w Białymstoku, Filip w Zamościu, a Oliwka mieszka w Turkowie. Mogę odpowiedzieć, jak to wyglądało z mojego doświadczenia. Wchodziłam do każdego miejsca po kolei i starałam się na początku określić, czy właściciel przedsiębiorstwa jest seniorem. Później opowiadałam o naszym projekcie i było to całkiem zabawne, gdyż wielu seniorów bardzo się denerwowało słysząc nazwę „Dziadkowie Biznesu”. Według nas jest ona nie tylko chwytliwa, ale również kojarzy się z ciepłem, z domem, z osobami, które bardzo kochamy i którym chcemy pomóc. Musiałam wiele osób przekonywać do tego, że reklama w Internecie jest okej i że warto się na nią zdecydować. Wtedy od razu padało pytanie „A ile mnie to będzie kosztować?”. Kiedy odpowiadałam, że nic, musiałam bardzo długo tłumaczyć niektórym seniorom, że nasza pomoc jest bezinteresowna i nie będą musieli zapłacić za nasze usługi ani złotówki. Jeden pan zrobił mi nawet godzinny wykład o tym, że taka bezinteresowna pomoc nam się nie opłaci i że stracimy na takim projekcie. Ten pan był krawcem, miał 84 lata i niemal całe swoje życie spędził w tym jednym zakładzie. W trakcie spotkania odniosłam wrażenie, że bardzo dawno nie miał okazji do tego, żeby po prostu z kimś porozmawiać. Opowiedział mi o tym, że teraz ma do zrobienia tylko jedną rzecz tygodniowo, ale codziennie jest w tym zakładzie, bo co innego miałby robić?

Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Czy po tych pierwszych rozmowach wracaliście do bohaterów waszego projektu, żeby zobaczyć, jak funkcjonują ich biznesy i czy wasze działania są skuteczne?
Okazało się, że to, co robimy działa na zasadzie efektu kuli śnieżnej. Dostajemy zdjęcia od ludzi, którzy pokazują nam, że byli na przykład na lodach u pani Walentyny w Białymstoku. Kontaktowaliśmy się z panem Kamilem, który prowadzi w Warszawie antykwariat i opowiedział nam o tym, że nigdy nie miał takiego ruchu, jak w dniu, w którym wstawiliśmy post o jego sklepie. Dokładnie tak samo wyglądało to u pana Mirka, zegarmistrza. Zadzwoniliśmy do pana Ryszarda, szewca z Łodzi i dowiedzieliśmy się, że kilkadziesiąt par butów czeka już na odbiór. Pani Beata, która razem z mamą prowadzą w Warszawie zakład krawiecki „Igiełka”, powiedziała, że pierwsze wolne terminy są u niej dopiero w czerwcu.

Na „Dziadkach Biznesu” pokazujecie miejsca, których, wydawałoby się, nie trzeba promować, na przykład lodziarnie czy cukiernie. W końcu lody i ciastka zawsze będziemy kupować. Z drugiej strony, pojawiają się także zakłady, których często w ogóle nie znamy. Kto dziś na przykład korzysta z usług prasowalni?
O niektórych zawodach sami usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki projektowi. Ludzie zaczęli zgłaszać zapomniane, często mało znane fachy i miejsca, takie jak pracownia rękawiczek, czy owa prasowalnia. Teraz każdy z nas zwraca większą uwagę na rzeczy, które wcześniej mogłyby powędrować do kosza. Dziś wiemy, że czy szewc mogą podarować im drugą młodość.

Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Dla mnie bardzo istotny w tym, co robicie, jest właśnie ten walor edukacyjny. Zachęcacie ludzi do tego, żeby traktowali swoje rzeczy jako coś wartościowego. Pokazujecie, jak wiele z nich można naprawić i że nie ma potrzeby kupowania nowej pary butów czy torebki, tylko dlatego, że zepsuła się rączka czy zapięcie. Czy to również było założeniem waszego projektu?
Przyznaję, że to wyszło niejako przy okazji. Przede wszystkim chcieliśmy promować biznesy starszych ludzi. Nie mieliśmy założonej z góry intencji, że będziemy odwiedzać każdego szewca i każdą krawcową. Zbieramy i tworzymy bazę takich miejsc i to jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Zależy nam na tym, żeby ludzie odwiedzali takie zakłady i korzystali z usług lub robili zakupy w małych, lokalnych sklepach.

Z tego, co zaobserwowaliśmy do tej pory wynika, że ludzie najchętniej zaglądają do piekarni czy lodziarni, korzystają też z usług szewców i krawcowych. Dużo trudniej wypromować miejsca mniej oczywiste, takie jak na przykład pracownia i sklep pana Bogdana z Sopotu, którego firma od 1850 r. specjalizuje się w produkcji profilaktycznego obuwia dziecięcego. Nie są to produkty, które kupuje wiele osób. Niestety, nie zawsze udaje się uratować każdy biznes, o którym piszemy, ale robimy co w naszej mocy.

A zgłaszają się do was także rodziny z prośbą o pomoc w promocji biznesu mamy czy dziadka?
Tak, bardzo często kontaktują się z nami dzieci właścicieli. Piszą, że dowiedzieli się o nas z mediów, a tata czy mama prowadzą od bardzo wielu lat sklep albo zakład i czy moglibyśmy też o nich napisać. Udało nam się zbudować spore zasięgi, dzięki czemu mamy szansę dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i pomóc jak największej liczbie osób. Zbieramy również środki na promowanie naszych postów poprzez serwis zrzutka.pl. Wydaje mi się jednak, że największą wartością jest realna pomoc, którą oferują seniorom nasi obserwatorzy. Najważniejsze, że udaje nam się zachęcić ich do korzystania z usług Dziadków Biznesu. Myślę, że dlatego tak wielu osobom spodobała się nasza inicjatywa, ponieważ dzięki niej mają poczucie, że mogą tym ludziom, o których piszemy, naprawdę pomóc, a przy okazji samemu skorzystać. Dodatkowo nie wymaga to dużego wysiłku.

„Dziadkowie Biznesu” to ludzie, którzy teoretycznie mogliby już dawno przejść na emeryturę. Często są to osoby, które mają po 75 czy 80 lat.
W czasie pandemii bardzo wiele osób przeszło na pracę zdalną i zaczęło dużo prężniej działać w sieci. Starsze osoby nie miały po prostu takiej możliwości. Kiedy z nimi rozmawialiśmy, to dowiadywaliśmy się, że na skutek pandemii ich dochody spadły o 60 proc., często były to znacznie większe straty. Ci ludzie mają często bardzo niskie emerytury, więc tylko w ten sposób mogą sobie dorobić. Po drugie, miejsce, w którym pracują, czasem od ponad sześćdziesięciu lat, jest dla nich całym życiem i nie chcą z tego zrezygnować. Okazuje się, że czasem w domach nikt już na nich nie czeka, dlatego przychodzą do pracy, ponieważ chcą czuć się potrzebni i często brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem. Są to ludzie o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, którzy chętnie służą swoją radą. Pamiętam, jak odwiedziłam panią Danusię, która razem z mężem od 25 lat prowadzi w Warszawie mały sklep chemiczny. Pani Danusia wiedziała wszystko o każdej śrubce i każdej farbie, myślę, że swoją wiedzą mogłaby zaskoczyć niejedną osobę. Poza tym w takich sklepach ceny są często dużo niższe od tych w dużych marketach.

Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

W trakcie pandemii wiele osób całkowicie przestawiło się na zakupy online, w sklepach też dużo chętniej korzystamy z kas samoobsługowych. Coraz częściej nie chcemy tego kontaktu z drugim człowiekiem, wiele osób z tego powodu nie lubi na przykład robić zakupów na targach warzywnych.
Dokładnie, a na takich lokalnych ryneczkach nie dość, że mamy owoce i warzywa ze sprawdzonych źródeł, to jeszcze są to polskie produkty o wysokiej jakości. Jednak wolimy pójść dosłownie pięć metrów dalej do supermarketu, gdzie nie mamy już tej pewności. Coraz częściej unikamy kontaktu z drugim człowiekiem. Kiedy robimy zakupy na targach to wchodzimy w interakcję i nie pozostajemy anonimowi. Dzięki naszej inicjatywie sama nauczyłam się tego, aby częściej korzystać z usług starszych ludzi. Myślę, że to jest lekcja dla wielu z nas, ponieważ dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać tych ludzi, poznawać historię ich zakładów. Dla nas to jest być może dziesięć minut więcej, które musimy poświęcić na to, żeby wejść do małego sklepu lub zakładu ukrytego gdzieś między blokami czy w jakiejś bocznej uliczce, a dla tych ludzi to całe życie i najważniejszy powód, dla którego każdego dnia wstają z łóżka.

Te osoby tylko czekają, aż ktoś do nich zajrzy, dlatego warto podjąć ten niewielki wysiłek. Bardzo dziękujemy każdej osobie, która zainteresowała się naszym projektem i odwiedziła „Dziadków Biznesu”. To dla nas ogromna motywacja do dalszego działania i dzięki naszym obserwatorom ta pomoc staje się realna.

W jaki sposób można zaangażować się w wasz projekt i pomóc „Dziadkom Biznesu” w swoim mieście?
Po pierwsze trzeba znaleźć takie miejsce – zakład, sklep czy innego rodzaju biznes, wejść do środka i porozmawiać z właścicielem lub właścicielką. Opowiedzieć o idei projektu, pokazać jak wygląda promocja i zapytać o zgodę. Zależy nam na tym, żeby oprócz podstawowych informacji, jak lokalizacja, nazwa zakładu czy godziny otwarcia, pojawiła się też historia tego miejsca oraz oczywiście zdjęcia. Potem wystarczy przesłać zebrane informacje na naszego maila dziadkowiebiznesu@gmail.com albo przesłać nam swoją propozycję przez Instagram, Facebooka czy Twittera. Dostajemy bardzo dużo wiadomości od naszych obserwatorów, wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni za tak wielkie zaangażowanie. Tak naprawdę to każda osoba, która udostępni naszą akcję w swoich mediach społecznościowych albo zajrzy do któregoś z miejsc, o których pisaliśmy jest współorganizatorem „Dziadków Biznesu”.

Co dalej będzie się działo z waszym projektem, gdy zakończycie wasze działanie w ramach olimpiady „Zwolnieni z Teorii”?
Chcemy wdrażać kolejne pomysły. Myślimy nad założeniem fundacji, czy też zrobieniem aplikacji „Dziadków Biznesu”, która będzie pozwalała na łatwiejsze dodawanie kolejnych punktów na mapie Polski. Będziemy działać tak długo, dopóki ludzie będą chcieli angażować się w nasz projekt.

  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Styl Życia

Dziś Światowy Dzień Oceanów

Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)
Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)
8 czerwca to doskonała okazja, by przypomnieć o konieczności ochrony mórz i oceanów, bo ich kondycja w dużej mierze zależy od działalności człowieka. Organizator akcji społecznej Naturalnie Bałtyckie podpowiada co każdy z nas może robić, byśmy mogli cieszyć się ich naturą i w pełni korzystać z dobrodziejstw ich zasobów.

Jak mogę chronić wody i zasoby mórz i oceanów?

Morza i oceany zajmują ponad 70% powierzchni naszej Planety. Produkują większość dostępnego tlenu, regulują klimat oraz stanowią ważne źródło pożywienia dla ponad 3 mld ludzi na Ziemi. Dziś z powodu nieodpowiedzialnej działalności człowieka ekosystemy morskie są zagrożone. Żeby zahamować i odwrócić ten proces potrzebne są zdecydowane działania, te odgórne, systemowe, ale także i nasze codzienne nawyki mogą wspierać i chronić wody mórz i oceanów.

Wszechobecny plastik

Jednym z największych, globalnych problemów mórz i oceanów są ogromne ilości plastikowych śmieci. Co roku blisko 10 milionów ton plastiku dostają się do wód. Z powodu plastikowych odpadów rocznie ginie ponad milion morskich ptaków i sto tysięcy morskich ssaków, a mikroplastik staje się wszechobecny także w naszym pożywieniu. Dla dobra środowiska i nas samych musimy ograniczyć zużycie plastiku na rzecz tworzyw biodegradowalnych. Dlatego nie kupujmy wody w plastikowych butelkach, tylko pijmy tę z kranu, korzystajmy z bardziej ekologicznych wielorazowych opakowań, a na zakupy zabierajmy ze sobą woreczki wielorazowe na warzywa i owoce, czy torbę bawełnianą zamiast plastikowej reklamówki. Segregujmy także odpady – w szczególności te, które mogą być poddane recyklingowi.

Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)Morze Bałtyckie (Fot. Wojciech Radwan/ Program Naturalnie Bałtyckie)

Ocieplenie klimatu

Olbrzymim zagrożeniem dla ekosystemów morskich są zmieniający się klimat i rosnące temperatury, wynikające z działalności człowieka. Cieplejsze wody oceanów to coraz mniej tlenu, mniej składników odżywczych i zmieniający się skład chemiczny wody. To powoduje, że wiele organizmów morskich zmuszonych jest do migracji, porzuca swoje dotychczasowe siedliska, co zaburza funkcjonowanie łańcuchów pokarmowych. Zmieniają się typowe rozmieszczenia populacji dzikich ryb, co także pogarsza warunki życia lokalnych społeczności związanych z rybołówstwem. Każdy stopień wyżej średniej temperatury atmosferycznej to blisko 3 mln ton ryb mniej. Według ekspertów z powodu zmian klimatycznych roczne połowy mogą zmniejszyć się nawet o 50 %. Dlatego jednym z podstawowych zadań współczesnego człowieka jest zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Każdy z nas może zmniejszyć jego emisję wybierając komunikację miejską lub rower, zamiast samochodu, czy zmniejszając spożycie mięsa, bo przemysłowa produkcja mięsa jest odpowiedzialna za emisję 18% gazów cieplarnianych, to więcej niż wszystkie środki transportu (statki, samochody, samoloty itp.)

Chrońmy Morze Bałtyckie

Przy okazji Światowego Dnia Oceanów warto także pochylić się nad problemami naszego dobra narodowego, jakim jest Morze Bałtyckie. Bałtyk jest zbiornikiem półzamkniętym. Wymiana jego wód zachodzi jedynie z Morzem Północnym, za pośrednictwem wąskich i płytkich Cieśnin Duńskich. Pełna wymiana wód trwa do 30 lat. Dlatego wszelkie zanieczyszczenia będą zalegały w nim przez lata.

Jednym z najpoważniejszych negatywnych zjawisk Bałtyku jest eutrofizacja oznaczająca przeżyźnienie środowiska wodnego, które zachodzi na skutek zbyt dużych ilości związków azotu i fosforu (biogeny) w wodzie powodujących masowy zakwit glonów i sinic. Obumierające glony opadają na dno zbiornika, gdzie ulegają rozkładowi tworząc pustynie beztlenowe tzw. martwe strefy, w których zamiera życie. Biogeny pochodzą ze ścieków, z przemysłu, ale aż w 50% z rolnictwa. Rolnictwo masowo wykorzystuje w swojej działalności nawozy sztuczne, które wodami gruntowymi, wpływają do rzek, a następnie do Bałtyku. Dlatego kupując warzywa i owoce wybierajmy te uprawiane naturalnie, bez użycia nawozów sztucznych, co będzie zdrowsze nie tylko dla nas samych, ale także korzystniejsze dla wód Morza Bałtyckiego.

Morza i oceany możemy chronić także podejmując właściwe decyzje przy zakupie ryb do konsumpcji. Kupując ryby, wybierajmy te, które wyławiane są w naszym kraju. Wspieramy w ten sposób rodzime rybołówstwo, ale także przyczyniamy się do zmniejszenia śladu węglowego. Ryby łowione poza Bałtykiem, muszą być transportowane tysiące kilometrów, a to wiąże się ze znacznie większym zużyciem paliwa.

Aby mieć pewność, iż sposób połowu ryb nie ma wpływu na stan dzikich populacji stawiajmy na mniej popularne gatunki. Wysoki popyt na niektóre ryby może prowadzić do przetrzebienia stad. Dlatego spróbujmy mniej popularnych ryb bałtyckich i do tego takich, których populacja nie jest zagrożona np.: storni (popularnie zwanej flądrą), czy szprota.

9 nawyków, które chronią morza i oceany

  1. używaj mniej plastiku
  2. pij wodę z kranu
  3. segreguj śmieci
  4. nie śmieć na ziemię, bo każdy odpad kanalizacją, a potem rzekami może trafić do morza
  5. przesiądź się na rower lub korzystaj z transportu publicznego,
  6. jedz mniej mięsa
  7. kupuj naturalne warzywa i owoce
  8. używaj naturalnych środków czyszczących, detergentów i kosmetyków
  9. kupując ryby wybieraj te ze zrównoważonych łowisk
  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)