1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Niepozorny mebel, łącznik między dawnymi a nowymi czasy. Dla Antoniego Komasy-Łazarkiewicza to przede wszystkim nośnik wielu wspomnień.

W ciągu życia dość intensywnie się przeprowadzałem, zmieniałem kraje i po drodze zdążyłem zgubić większość rodzinnych pamiątek. Na szczęście ta, bardzo dla mnie cenna, ocalała. Uświadomiłem sobie teraz, że towarzyszy mi dzielnie od urodzenia. To niepozorny mebelek, tak zwany stolik palacza, z cynowym blatem. Cynowym właśnie po to, żeby można było bezkarnie strzepywać nań popiół. Okrągły, z charakterystyczną odciśniętą na blasze szachownicą. Jeden z naszych rodzinnych mebli. Najpierw pamiętam go u babci, mamy taty, w Szklarskiej Porębie. Wydaje mi się, że nie mogło go zabraknąć w takim porządnym drobnomieszczańskim domu, z jakiego babcia się wywodziła. Ale jego historia jest dłuższa. Około 100 lat temu trafił, jako część wyprawki, do domu mojej prababci w okolicy Tarnowskich Gór. Stamtąd przewędrował do Rozdroża Izerskiego, gdzie moja babcia prowadziła prewentorium gruźlicze dla dzieci. Potem znalazł się u moich rodziców w Warszawie. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo był moim ulubionym stolikiem do jedzenia śniadania, gry w szachy i warcaby. Potem przeprowadził się razem ze mną do mojego pierwszego warszawskiego mieszkania, skąd zabrałem go ze sobą do Berlina. Pewnego razu zobaczyłem tutaj podobny egzemplarz na targu staroci i zapytałem handlarza o jego pochodzenie. Okazało się, że takie stoliki produkowane były przed wojną wyłącznie w jednym miejscu, i to była fabryka w Berlinie. Tak więc dzięki mnie ten stolik wrócił do swojej ojczyzny. Stoi teraz w dużym pokoju i nie służy do strzepywania popiołu, tylko do odstawiania filiżanek. Jest dla mnie nośnikiem wielu wspomnień, takim artefaktem. Przebył przez ostatnie 100 lat wiele kilometrów, drogę w kształcie zamkniętego koła na mapie, która w tym czasie uległa radykalnym transformacjom. Kawał drogi i potężna karta historii. Ciekawe, czy ta podróż dobiegła końca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza) Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)

 

  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Styl Życia

Sztuka noszona - niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej

Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Pochodzi z Meksyku i zarazem z Polski. Unikat. Przypomina Elżbiecie Dzikowskiej ukochanego człowieka i miłe sercu miejsce.

Głównym elementem tego naszyjnika jest główka olmecka z Meksyku. Cywilizacja olmecka, sprzed 4000 lat, jest najstarszą cywilizacją w Meksyku i stanowi podstawę wielu innych cywilizacji, między innymi Majów. Owa główka to kopia, ale tak sobie myślę, że a nuż to oryginał?

Dostałam ją od mojego męża Tony’ego Halika. Było to prawie pół wieku temu, w Meksyku. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1964 roku wysłana przez pismo „Kontynenty”. A ten naszyjnik dostałam dziesięć lat później, kiedy pojechałam po raz kolejny i kiedy poznałam Tony’ego. Zwiedzaliśmy razem park archeologiczny La Venta w Villahermosa, gdzie zgromadzono najwybitniejsze dzieła sztuki olmeckiej, między innymi ogromne kamienne głowy o charakterystycznych, jakby afrykańskich rysach. Zachwyciłam się. I Tony kupił mi maleńką ich kopię z zielonego jadeitu. Od dawna jestem fanką biżuterii, którą zwożę z całego świata, a potem ofiarowuję Muzeum Podróżników w Toruniu imienia Tony’ego Halika, które posiada chyba największą w Polsce kolekcję biżuterii etnicznej.

Ten naszyjnik pochodzi z Meksyku, ale też z Polski. A to dlatego, że główkę olmecką dałam do oprawy mojemu przyjacielowi, znakomitemu złotnikowi Andrzejowi Kupniewskiemu, którego wyobraźni nie ograniczam.

Mam wiele jego dzieł, to małe rzeźby, ale jak na biżuterię – duże formaty. Ja je nazywam sztuką noszoną. Bo to z całą pewnością sztuka przez duże „S” w znakomitym wydaniu. A noszona, bo zakładam je do skromnych jednokolorowych sukienek, które stanowią jedynie tło dla tych dzieł biżuteryjnych. Po moim długim życiu trafią wszystkie do muzeum w Toruniu. Co spojrzę na ten naszyjnik, a zakładam go na wyjątkowe okazje, to widzę mojego męża. Przypomina mi się Meksyk ze swoimi starymi, prekolumbijskimi cywilizacjami, a zwłaszcza z olmecką, którą szczególnie się interesuję. Jeździłam jej tropem po tym wspaniałym i ciekawym kraju. Przypominają mi się także okoliczności otrzymania tego prezentu. Teraz w Paryżu trwa ogromna wystawa sztuki olmeckiej, szkoda, że nie mogę jej zobaczyć.

Mam więc z tym naszyjnikiem wiele ciekawych wspomnień. To wyjątkowe dzieło, niepowtarzalne, unikat. Bardzo sobie go cenię i mam do niego niezwykle ciepły stosunek. Jak tylko go włożę, od razu lepiej się czuję.

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba)  Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba) 

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Styl Życia

Zapas dobrej energii

Fot. Anita Suchocka
Fot. Anita Suchocka
Przypomina anioła i ma takie jak anioł zadanie, być stróżem w moim domu – mówi wokalistka Natalia Grosiak o drewnianym gołąbku.

Prawda, że przepiękny? Zobaczyłam go w São Paulo, w sklepie z rękodziełem ludów zamieszkujących północną Brazylię. Nigdy w te rejony nie dotarłam, co mi się marzy, bo to ziemie, gdzie rzadko docierają turyści. Do tego sklepu zaprowadziła mnie Fernanda Cardoso, producentka muzyczna, którą poznałam na Red Bull Academy w Melbourne w 2006 roku. Potem dwukrotnie odwiedziłam ją w São Paulo, razem nagrywałyśmy muzykę, do tej pory się przyjaźnimy.

Gołąbek od razu przykuł moją uwagę. Dostojny, cały w koronie z promieni. Przypomina anioła, a nawet ukrzyżowanego Chrystusa. Jest dowodem na to, jak pięknie mieszają się kultury, ile w nich jest podobieństw. Od Fernandy dowiedziałam się, że rzeźby gołębi w kulturze brazylijskiej służą do tego, żeby wieszać je na ścianach, ponieważ odganiają złe duchy. Dlatego ten gołąb przyjechał ze mną do Polski i przez dziesięć lat wisiał w moim mieszkaniu przy ulicy Wesołej we Wrocławiu. Niedawno przeprowadziliśmy się do domu na Biskupinie. I pierwsze, co zrobiłam, zanim przywieźliśmy rzeczy, to dokładnie pozamiatałam całą przestrzeń, w każdym rogu postawiłam słoik z wodą i z solą, potem rozpaliłam białą szałwię i okadziłam nią cały dom. Następnie było długie wietrzenie. Wiem, że niektórzy mogą się z tego śmiać, ale dla mnie to takie rytualne przywitanie się z domem i wyproszenie starej, dla mnie obcej energii. Chodzi o to, żeby wejść do domu, który jest energetyczną białą kartką. Bo ja mocno wierzę w energię, wszyscy jesteśmy z niej zbudowani.

Tak więc, po całej dobie przygotowań, pierwszym mieszkańcem naszego domu został gołąb. Wisi zaraz przy wejściu, jest pierwszą rzeczą, którą widzi się po przekroczeniu progu. Powierzyłam mu zadanie czuwania nad domem. Wierzę, że dba o nas, że odgania wszystkie złe duchy. Dzięki niemu – jestem o tym przekonana – złe energie mają do nas wstęp wzbroniony.

Magiczne myślenie? Raczej pozytywne. Wydaje mi się, że najważniejsze, co może nas uratować, zwłaszcza teraz, w tych strasznie trudnych czasach, to właś­nie pozytywne myślenie, dobre intencje oraz wspieranie i przyjmowanie wsparcia. Także od takich magicznych gołąbków.

Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka) Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka)