1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Agnieszka Prucia: „Słowo to mój kolejny zmysł”

Agnieszka Prucia: „Słowo to mój kolejny zmysł”

 (Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Odbiera rzeczywistość poprzez słowo, pisze od zawsze i kocha czytać. Glina dała jej spokój, chwilę zatrzymania i czas na refleksje. Agnieszka Prucia pod autorską marką Misiura Design tworzy z gliny wyjątkowe przedmioty. Zatapia w nich słowa - otulające, dodające otuchy, doceniające, zmuszające do głębokich przemyśleń. 

Ceramika przechodzi właśnie swój renesans. Co ma w sobie glina, że przyciąga tak wielu ludzi? Myślę, że to wiąże się z tym, że glina to powrót do pierwotnej aktywności. Towarzyszyła nam od wieków, więc być może teraz obudziło się w nas pragnienie, które jest bardzo stare i zapamiętane. Dla mnie glina to spotkanie z samym sobą – medytacja, zatrzymanie, uzdrowienie, możliwość twórczej ekspresji. W mojej malutkiej pracowni, w moim spotkaniu z gliną, dzieje się coś ważnego, co pomimo wielu kryzysów sprawia, że robię to już od 9 lat. W glinie nie ma miejsca na pośpiech i może to jest jej największy urok. Ja jestem bardzo energiczna, lubię działać szybko i niewiele rzeczy robię powoli, a glina to moja przestrzeń do zatrzymania. Może tego też poszukują ci, którzy do niej dziś wracają?

Myślisz, że ludźmi, którzy kupują ceramikę, kieruje jedynie chęć otaczania się ładnymi rzeczami? Czy jest w tym coś więcej? Piękna forma to jedno, ale w przypadku prac wykonanych ręcznie, ogromne znaczenie ma człowiek, który za tym stoi. Mimo tylu lat pracy ja samej siebie nie nazywam ceramikiem, bo istnieje tak wielu utalentowanych ludzi w tej dziedzinie, że mnie to po prostu onieśmiela. Ale z drugiej strony myślę, że ja przecież nikomu nie obiecuję ideału, a tylko przedmiot z głębszą myślą. Jestem magistrem filozofii i być może trochę się za tymi słowami chowam, bo wiem, że ta forma nie jest doskonała, ale glina uczy zgody na niedoskonałość. Cały proces pracy rękami – w niego jest wpisane to piękno niedoskonałości.

Jak zaczęła się twoja przygoda z ceramiką? Ja tego w ogóle nie planowałam. Pewnego dnia znalazłam plakat, reklamujący zajęcia z ceramiki i po prostu na nie poszłam. I nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem. Na początku nie byłam obiecującym ceramikiem. Ale, jak zwykle w takich sytuacjach, największe znaczenie mają ludzie. Moja pierwsza nauczycielka ceramiki zawsze potrafiła spojrzeć na moją pracę z życzliwością i to ona nie pozwalała mi zwątpić. Najpierw więc były zajęcia w każdy czwartek, później pierwsze paczki gliny kupione już do domu, a dalej glina w całym mieszkaniu i codzienny slalom pomiędzy schnącymi pracami.

Wtedy też straciłam pracę, starałam się o dofinansowanie z Urzędu Pracy i nie dostałam go. Myślałam, że to już mój koniec, ale glina pomagała mi zachować równowagę. I kiedy już zupełnie nie wiedziałam co robić dalej, „Gazeta Wyborcza” i nieistniejący Raiffeisen Polbank ogłosiły konkurs „Pomysł na firmę”. To był wieloetapowy proces, którego finałem miała być możliwość zdobycia kapitału na rozpoczęcie własnej działalności. Nie byłam przekonana, czy mam w ogóle jakieś szanse, ale zgłosiłam się i zostałam laureatką – dostałam czek na 50 tys. złotych. I wtedy się zaczęło, już bez żartów. W sierpniu 2014 roku zaczęłam działać pod szyldem Misiura Design – ze swoim piecem, niewiedzą, naiwnością, marzeniami i ogromnie silną wolą.

Rok temu temu, z okazji kolejnych urodzin swojej firmy, napisałam do dostawców gliny z pytaniem o to, ile gliny już od nich kupiłam. Po podliczeniu okazało się, że trzy tony. Dla żartu sprawdziłam, jakie zwierzę tyle waży – samica słonia afrykańskiego. W tamtym momencie naprawdę poczułam, że to jest już coś więcej, niż tylko 9 lat pracy z gliną.

Co lepiłaś z gliny jako pierwsze? Domki. Myślę, że zrobiłam ich parę tysięcy.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Kiedy zrodził się pomysł zatapiania słów w glinie? Przyszło to do mnie bardzo naturalnie. Przestałam się w końcu tego wypierać i w pełni zrozumiałam, że dla mnie słowo to kolejny zmysł. Od zawsze pisałam dzienniki, wiersze, ogromnie dużo czytam i odbieram rzeczywistość poprzez słowo. I pewnego dnia to się stało oczywiste, że w ceramice wychodzącej spod moich rąk musi być słowo.

Teraz słowa stały się tożsamością twojej marki. Stoją za nimi osobiste historie? Tak, ale są one jednocześnie bardzo uniwersalne. Do pewnego etapu żyjemy w głębokim poczuciu indywidualności. Wydaje nam się, że to co się dzieje u nas jest wyjątkowe, zwłaszcza jeśli jest trudne. A później okazuje się, że jesteśmy bardzo uniwersalni w doświadczaniu zarówno szczęścia, jak i cierpienia.

Twoja praca jest formą autoterapii? Nigdy nie zakładałam, że tak będzie, ale moje prace to trochę taki dziennik emocjonalny. W kolekcji, nad którą obecnie pracuję, przyszły do mnie zupełnie zaskakujące dla mnie słowa. Z kolei, gdy spojrzę na te poprzednie, nie z każdym się teraz utożsamiam. Ale to jest właśnie moja historia. Korzystam ze swoich prac i wtedy również mierzę się z tymi sentencjami, przepracowuję je, sprawdzam. Bo nie są to rzeczy na stałe zapisane w naszej percepcji –  dzisiaj „czujesz się cudem”, a jutro leżysz w błocie i płaczesz. Każdy z nas tak ma.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Oprócz swojej pracowni ceramicznej i pięknych przedmiotów z gliny, stworzyłaś wokół siebie grono wyjątkowych ludzi – wrażliwych, czujnych, uważnych. Ja zawsze dziękuję za czujące serce po drugiej stronie. Bo nie byłoby mnie bez ludzi, którzy moją ceramikę cenią i kupują. W nich jest ta wrażliwość, czułość, pragnienie. Stąd się bierze rezonans między nami. I chociaż nadal mam firmę, którą muszę utrzymać, to mam poczucie, że dzieje się między nami coś więcej oprócz transakcji.

Myślę, że taką społeczność buduje tylko prawda. To wszystko stało się tak naturalnie, dziś nazwałabym to marketingiem serca – i chyba właśnie to ludzi przyciąga i sprawia, że zostają ze mną. Autentyczność wymaga ogromnej odwagi, bo łatwo ją zaatakować i zniszczyć, a jednak tego potrzebujemy.

Autentyczność może też być największą siłą. Ja nigdy nie kalkuluję, nie zastanawiam się, czy coś będzie mi się opłacało. Potrafię dzielić się tym, że czasem sentencje, które stworzyłam, są dla mnie nie do przyjęcia, że mierzę się z kryzysami, na które talerzyki nie pomagają. Umiem przyznać się, że dziś nie czuję się cudem, nie jestem łagodna dla siebie, nie wierzę, że umiem robić rzeczy w swoim tempie. I wtedy widzę, że w ludziach jest ogromne pragnienie, żeby słyszeć nie tylko o tym co możemy, ale też po ludzku nie możemy. Szczególnie w dobie mediów społecznościowych ważny jest ten autentyzm naszego przekazu. Mamy pewnego rodzaju obowiązek mówienia nie tylko o tym, że byłam w swojej wymarzonej podróży i będę mieć publikacje w czasopiśmie, ale też o tym, że leżę na ziemi i płaczę.

Masz swoją ulubioną sentencję? Bardzo długo były to słowa, które teraz nie są już dla mnie bazowe i tak ważne jak wtedy. To są talerze z napisami: „Wystarczy, że jesteś, jesteś cudem”, „Gdy słyszysz, że jesteś dzielna, upewnij się, że także łagodna dla siebie”. Ta opowieść się już dla mnie dopełniła i kolekcja „Przedwiośnie” przyniosła mi takie najbardziej aktualne słowa, na przykład „Po zimie zawsze jest wiosna. Zaufaj naturze”, a najbliższa mi teraz jest ta kolekcja, która właśnie schnie w pracowni. Jest w niej bardzo dużo słów, które zatrzymują. Są o byciu w sobie, przy sobie, o oddechu, uważności.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Wkładasz w swoją pracę całe serce? Tak, ale już się z nią aż tak bardzo nie identyfikuję. Kiedyś miałam poczucie, że firma i ja to jedno, a dzisiaj firma to bardzo ważna część mojego życia, ale nie jedno. Oczywiście, wkładam w nią ogromną ilość serca, ale to serce też bije i potrzebuje pójść do lasu, pomilczeć, odpocząć, być w racjach z ludźmi. Firmę traktuję jak 7-letnią córkę, która na początku potrzebowała ode mnie zupełnie innego wymiaru bliskości, niż teraz.

Artystka, filozofka, rzemieślniczka, podróżniczka, bizneswoman – jak ty byś opisała siebie? Ja jestem po prostu dziewczyną z marzeniami, która ma odwagę je spełniać. Ale te określenia, których użyłaś, pewnie są również jakąś częścią mojej tożsamości.

Wspomniałaś, że kochasz pisać. Planujesz to w jakiś sposób rozwijać? Pisałam od zawsze, ale od pewnego czasu wzięłam się za to na poważnie i szkolę swój literacki warsztat. Tak trochę chichoczę, że jestem już poetką, ale bez tomiku wierszy. Ale to się wkrótce zmieni, bo mam wiersze, jest ich bardzo dużo i jestem po wstępnych rozmowach na temat konceptu i myślę, że w końcu wydam swój tomik poezji. Bo nie mogę już więcej chować się za gliną.

Prace Agnieszki Pruci można nabyć na jej stronie internetowej misiura-design.pl

Fot. Kornelia Machura, Agnieszka Kolon i Justyna Karamuz. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Erwin Sówka - poznaj obrazy, z których słynie malarz ze Śląska

 Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Kiedy w styczniu zmarł Erwin Sówka, media informowały, że żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich malarzy naiwnych. Wybitność śląskiego artysty nie podlega dyskusji. Z jego naiwnością sprawa jest bardziej problematyczna.

Nikiszowiec i Giszowiec – modelowe osiedla robotnicze z początku XX wieku, położone w dawnej podmiejskiej gminie Janów, która dziś jest częścią Katowic. To w te okolice trafi spragniony wizualnych wrażeń turysta, szukając na Górnym Śląsku obrazu tradycyjnego górniczego życia, jak z filmów Kazimierza Kutza. To właśnie w Giszowcu urodził się w 1936 roku Erwin Sówka. Syn i wnuk górników, w wieku 16 lat sam pracował już w kopalni. A ponieważ od małego ciągnęło go do malowania, po pracy zaczął uczęszczać do koła plastycznego działającego przy Domu Kultury KWK „Wieczorek”.

Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News) Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)

Realny socjalizm był wtedy w Polsce młody i, mimo reżimu stalinowskiego, nie wyzbył się jeszcze utopijnych ambicji, a już na pewno retoryki. W idealnym komunistycznym świecie człowiek pracy miał być nie tylko siłą roboczą, lecz także kreatorem nowej kultury. Władze popierały więc amatorską twórczość. Przyzakładowych robotniczych kółek artystycznych było w PRL wiele, jednak to, do którego trafił Sówka, okazało się pod wieloma względami wyjątkowe. Młody górnik spotkał w nim Teofila Ociepkę – jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska.

Element podejrzany

Ociepka (rocznik 1891) pochodził z kolei z Nikiszowca i jak wszyscy mieszkańcy osiedla pracował w kopalni Giesche, która w przyszłości miała stać się „Wieczorkiem”. Punktem zwrotnym w jego życiu była pierwsza wojna światowa, na którą trafił jako cesarski rekrut. To właśnie na jej frontach zetknął się z naukami tajemnymi. Z wojny wrócił z zasobem okultystycznych książek i siecią kontaktów. Jego mistrzem został niejaki Philip Hohmann, dość tajemnicza postać związana z tradycją różokrzyżowców. Za radą Hohmanna w latach międzywojennych Ociepka rozpoczął organizowanie w Nikiszowcu gminy okultystycznej, a także zajął się malarstwem. Mistrz zalecał mu bowiem, aby tajemne prawdy przedstawiać za pośrednictwem alegorii i symboli.

Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News)

Ociepka nie miał żadnego przygotowania plastycznego, ale okazało się, że oprócz ezoterycznej misji ma nieprzeciętny malarski talent. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w działającym przy „Wieczorku” kole plastycznym, zarażając jego członków nie tylko wiarą w to, że prosty górnik może zostać wybitnym malarzem, lecz także przekonaniem, że malarstwo jest formą doskonalenia duchowego. O ile górnicy malujący obrazy wpisywali się w politykę kulturalną władzy, o tyle górnicy okultyści byli z ideologicznego punktu widzenia elementem, delikatnie mówiąc, podejrzanym. Nie wiadomo, czy malarze z Janowa nie napytaliby sobie biedy swoimi ezoterycznymi poszukiwaniami, gdyby w latach najgorszego stalinowskiego terroru nie rozpostarła nad nimi ochronnego parasola Izabela Czajka-Stachowicz.

Kapitan Czajka na tropie

Historia górników uprawiających okultystyczne malarstwo to temat na barwną legendę, ale i Czajka była postacią jakby żywcem wziętą z awanturniczego romansu. Zresztą na kartach takiej powieści naprawdę możemy ją spotkać. To ona jest pierwowzorem Belli Hertz, demonicznej żydowskiej femme fatale z „Pożegnania jesieni” Witkacego. Historyczka sztuki, pisarka i reporterka, w latach międzywojennych była muzą literatów i artystów, socjalistką, podróżniczką i sprawczynią obyczajowych skandali. W czasie okupacji znalazła się w getcie, z którego uciekła, i wstąpiła do komunistycznej partyzantki. A po wojnie w randze kapitana milicji szukała na Ziemiach Odzyskanych zrabowanych przez Niemców dzieł sztuki (to właśnie ona odnalazła zaginione obrazy Matejki, w tym „Rejtana” i „Unię lubelską”). Podczas tych peregrynacji kapitan Czajka trafiła na malarzy z Nikiszowca. Pomogła śląskim artystom podwójnie. Swoje kontakty w bezpiece wykorzystała, by nie oskarżono ich o propagowanie „antysocjalistycznych zabobonów”. Oficjalna wersja głosiła, że to przedstawienia ludowych, a więc ideologicznie słusznych śląskich tradycji i bajek. Znajomości w środowisku artystycznym i naukowym Czajka użyła z kolei do promocji śląskich twórców, zwłaszcza Ociepki, który po odwilży 1956 roku stał się prawdziwą gwiazdą tak zwanej sztuki nieprofesjonalnej.

Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News)

Do jednego worka

Wypada tu zapytać: kim właściwie jest artysta nieprofesjonalny? Na fali zainteresowania Ociepką „odkryta” została cała Grupa Janowska. Najpierw w kraju, potem również za granicą. Ociepka pod koniec życia wraz z nowo poślubioną żoną przeprowadził się do Bydgoszczy i bardzo skomercjalizował swoją twórczość. Rozsmakował się w zagranicznych podróżach, żył ze swojej sztuki. Mało tego, żyła z niej cała jego rodzina. W tym sensie – a także biorąc pod uwagę ilościową skalę i jakość dorobku – trudno upierać się przy nazywaniu go amatorem. Ta sama wątpliwość dotyczy Sówki. Ociepka widział w nim swojego duchowego następcę, cenił zarówno zaangażowanie młodego adepta w zagadnienia ezoteryczne, jak i jego malarski talent.

Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News)

A jednak w najświeższych wspomnieniach, które ukazały się po śmierci Sówki, artysta wciąż bywa określany jako „malarz prymitywista”. Czy był nim w istocie? Odkrycie Grupy Janowskiej zbiegło się w czasie z falą zainteresowania twórcami tak zwanej art brut. Pojęcie spopularyzowane przez charyzmatycznego francuskiego artystę Jeana Dubuffeta odnosiło się do sztuki „surowej”, powstającej poza zinstytucjonalizowanym systemem artystycznym. Dubuffet utożsamiał ową surowość z autentycznością, poszukiwał jej w twórczości amatorów, samouków, artystów ludowych, dzieci, osób chorych umysłowo. W krytyce anglosaskiej odpowiednikiem art brut jest termin outsider art, w Polsce używano długo określenia „sztuka naiwna”. Wszystkie te pojęcia są jak worek, do którego wrzuca się przypadki twórczości uznanej za nietypową, choć z bardzo różnych i często dyskusyjnych powodów. To także worek, z którego niełatwo się wydostać, kiedy raz zostanie się do niego wrzuconym.

Krytycy i akademicy automatycznie zakładali, że górnicy z Grupy Janowskiej, z których większość formalną edukację zakończyła na podstawówce, nie mogą być nikim innym, jak tylko artystami „naiwnymi”. Pokazywano ich chętnie, ale raczej w muzeach etnograficznych niż w galeriach, w których prezentuje się „normalnych” artystów. Czy jednak można „naiwnym” nazwać takiego malarza jak Erwin Sówka, który przez blisko 70 lat tworzył konsekwentnie i z pełną świadomością tego, co i dlaczego maluje? I podobnie jak Ociepka rozumiał malarstwo jako ścieżkę duchowych poszukiwań? Jego ulubionym motywem były przedstawienia ezoterycznych bogiń, w których widział uosobienie sił rządzących zarówno ciałem człowieka, jak i jego duszą oraz kosmosem. Wykorzystywał elementy zaczerpnięte z symboliki chrześcijańskiej, ezoterycznej, z alchemii, a także mitologii indyjskiej. Mistyczne spekulacje malarza mogą się wydać ekstrawaganckie, ale nie czynią Sówki ani innych członków Grupy Janowskiej outsiderami. Śląscy artyści dzielili przecież ezoteryczne inklinacje z wieloma ikonicznymi postaciami sztuki nowoczesnej. Twórcami tej miary co Piet Mondrian, Kazimierz Malewicz czy pionierka abstrakcji Hilma af Klint, nie mówiąc o surrealistach. Sam Marcel Duchamp, podobnie jak Ociepka, posługiwał się różokrzyżową symboliką.

Najprawdziwszy ­­

„Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce […] brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia – mówił Erwin Sówka w wywiadzie, którego w 2007 roku udzielił kuratorce i krytyczce Marcie Lisok. – Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność. Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych”.

Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News) Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News)

W 2000 roku Lech Majewski nakręcił poświęcony Grupie Janowskiej film „Angelus”. To fabularyzowana, niemal baśniowa wersja dziejów śląskich malarzy okultystów. Fakty ulegają w tej opowieści mitologizacji, ale paradoksalnie magiczny realizm „Angelusa” sprzyja zbliżeniu się do prawdy zaszyfrowanej w twórczości artystów z Janowa. Na wielu obrazach Erwina Sówki oglądamy miejskie pejzaże Nikiszowca. Artysta przedstawia je szczegółowo, a jednak żadnego z tych miejsc nie odnajdziemy w katowickiej dzielnicy. Nikiszowiec z prac malarza zbudowany jest z fragmentów rzeczywistości. To realizm, ale magiczny, obraz mitu. Zaś malarz, który go stworzył, w żadnym razie nie był artystą nieprofesjonalnym ani tym bardziej naiwnym. Był po prostu i aż artystą prawdziwym. Ba! Najprawdziwszym, jakiego można sobie wyobrazić, bo tylko taki twórca zdolny jest do wykreowania mitu. 

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

 Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej? Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż? Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku? Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało? Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej. Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo. Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała? Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec? Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu? Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art. Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami. Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem. Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać? I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych. Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski! Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce. Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne. Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić. Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś. Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat? Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film? Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Zwierciadło poleca

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

 Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

  1. Styl Życia

Śródpolne galerie - sztuka wraca na wieś

 Pudłówek, „Folklor sieradzki” autorstwa Natalii Grali. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)
Pudłówek, „Folklor sieradzki” autorstwa Natalii Grali. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Gdy podróżuje się niemal pustymi wiejskimi drogami łódzkiego, warto wypatrywać postpeerelowskich wiat przystankowych. Niektóre z nich zyskały drugie życie, stając się galeriami jednego obrazu.

Gdy podróżuje się niemal pustymi wiejskimi drogami łódzkiego, warto wypatrywać postpeerelowskich wiat przystankowych. Niektóre z nich zyskały drugie życie, stając się galeriami jednego obrazu.

Artystycznej renowacji najpierw poddano 13 przystanków w leżących na zachód od Łodzi: Feliksowie, Jeżewie, Nowym Pudłowie, Rudnikach, Drużbinie, Górze Bałdrzychowskiej, Businie, Pudłówku, Wólce, Anusinie, Brudnowie, Sędowie i Chropach. Nadgryzione zębem czasu ściany betonowych wiat nie tylko odnowiono, ale przede wszystkim ozdobiono wielkoformatowymi obrazami przedstawiającymi motyw wiejski.

Pudłówek, „Folklor sieradzki” autorstwa Natalii Grali. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Pudłówek, „Folklor sieradzki” autorstwa Natalii Grali. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Dziś w niewielkich wioskach, pośród pól lub pod lasem podziwiać można reprodukcje dzieł młodopolskich mistrzów: Józefa Chełmońskiego, Juliana Fałata, Stanisława Witkiewicza, Stanisława Wyspiańskiego, Tadeusza Makowskiego, Jacka Malczewskiego, Włodzimierza Tetmajera i Piotra Stachiewicza, oraz autorskie projekty współczesnych artystów. Skąd się tu wzięły? Zrodziły się w głowie oraz sercu Basi Gortat z Fundacji „Tu Brzoza”, a wyszły spod pędzli: Sylwestra Stabryły, Natalii Grali, Marcina Jaszczaka i Olgi Pelipas.

Natalia podczas malowania „Ojczyzny” Jacka Malczewskiego w Feliksowie. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Natalia podczas malowania „Ojczyzny” Jacka Malczewskiego w Feliksowie. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Przystanek, którego nie ma

Pochodząca z Nowego Pudłowa Basia na pomysł stworzenia galerii na przystankach wpadła po powrocie do rodzinnej wsi. – Jako dorosła osoba spojrzałam na wieś w inny sposób niż wtedy, gdy byłam dzieckiem wychowującym się w dużym gospodarstwie. Pozwoliłam sobie na kontemplowanie jej sielskości. Gdy zauważyłam, że jeden z przystanków znanych mi dobrze z młodości zastąpiony został blaszaną maszkarą, pojawił się impuls, aby znaleźć sposób na ocalenie starych, ale solidnych betonowych wiat – mówi.

Sędów, „Kobieta z kurą” Juliana Fałata, pędzla Sylwestra Stabryły. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Sędów, „Kobieta z kurą” Juliana Fałata, pędzla Sylwestra Stabryły. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Pierwsza myśl o inspirowanych wsią malunkach na przystankach pojawiła się w 2014 roku, a grant, pozwalający na wprowadzenie pomysłu w życie, przyznany został rok później. – Do współpracy zaprosiłam Sylwestra Stabryłę, współczesnego malarza i grafika, którego bardzo cenię. W mojej rodzinnej wsi namalował reprodukcję „Babiego lata” Józefa Chełmońskiego – obrazu, który idealnie pasował do symbolicznej, inaugurującej całą akcję fuzji malarstwa polskiego i wiejskiego krajobrazu – wyjaśnia.

Anusin i „Wiosna” Jacka Malczewskiego, wykonanie: Sylwester Stabryła. Anusin i „Wiosna” Jacka Malczewskiego, wykonanie: Sylwester Stabryła.

Chociaż początkowo pojawiały się opinie, że pomysł zdobienia przystanków nie pasuje do potrzeb współczesnej wsi, kolejne realizacje zyskały poparcie lokalnej społeczności. W ubiegłym roku ze środków budżetu obywatelskiego renowacji poddano sześć kolejnych przystanków.

Drużbin i prace podczas malowania „Wiejskiego podwórka” Tadeusza Makowskiego, wykonanie: Olga Pelipas. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Drużbin i prace podczas malowania „Wiejskiego podwórka” Tadeusza Makowskiego, wykonanie: Olga Pelipas. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Sentyment do palety i pędzla

Przystanki w wioskach, jak podkreśla Basia, są często jedynym, poza sklepem czy strażnicą OSP, obiektem wspólnym. Dla osób niezmotoryzowanych i dzieci są wrotami do świata, a dla miejscowej młodzieży – miejscem spotkań towarzyskich.

„Portret Józia Feldmana” i „Słonecznik” Stanisława Wyspiańskiego zdobią przystanek w Jeżewie, wykonanie: Sylwester Stabryła. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) „Portret Józia Feldmana” i „Słonecznik” Stanisława Wyspiańskiego zdobią przystanek w Jeżewie, wykonanie: Sylwester Stabryła. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Dzięki projektowi „Folkowe przystanki” w gminie Poddębice i okolicach zyskały nową funkcję – galerii jednego obrazu na otwartym powietrzu. Jakie kryteria muszą spełniać wiaty, aby zostały poddane twórczej odnowie? – Kluczowe jest, aby był to postpeerelowski przystanek betonowy o kubikowej konstrukcji. Dobrze, jeśli jest nadal użytkowany, a więc stoi na trasie kursujących autobusów – tłumaczy. Istotną rolę gra także lokalizacja. Im mniej ruchliwa droga, a przystanek stoi w szczerym polu, tym lepiej. – Otwarta przestrzeń i cisza sprzyjają kontemplacji – dopowiada. Ułatwia ją także wysoki poziom artystyczny prac. – Na przystankach prezentujemy sztukę, która zazwyczaj gości w salach muzealnych czy wystawowych, a nie pod gołym niebem.

Rudniki i autorski obraz „Rusałka rudnicka” autorstwa Marcina Jaszczaka. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Rudniki i autorski obraz „Rusałka rudnicka” autorstwa Marcina Jaszczaka. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

W projekcie – z jednym wyjątkiem na rzecz lokalizmu – uczestniczą artyści o wypracowanym stylu i doskonałym warsztacie, posługujący się klasycznymi technikami. Zwyczajowy przy muralach sprej nie przemawia do mnie wobec całościowej koncepcji śródpolnej galerii. W pędzlu i w palecie jest zaklęty charakter czasów przeszłych i ludowej tradycji. A to im hołdujemy i chronimy je przed zapomnieniem – mówi Basia.

Zwrócić sztukę wsi

Oprócz Sylwestra Stabryły, który uczestniczy w projekcie od początku, swój kunszt i zaangażowanie pokazali artyści lokalni – Natalia Grala, której rodzina pochodzi z Pudłowa, oraz Marcin Jaszczak i Olga Pelipas mieszkający w Pęczniewie. Jak dobierane są dzieła do konkretnych wiat? – To, co powstaje na przystanku, uzależnione jest od jego bryły, położenia i stylu artysty. Kluczem jest motyw folkloru lub symbolika dawnej wsi, stąd sięganie po dzieła młodo­polskich mistrzów zafascynowanych kulturą ludową, którzy podkreślali walory wsi w barwnym, ale jednocześnie realistycznym ujęciu.

Od lewej: Krystyna Pacho i Jadwiga Kozak ze Stowarzyszenia Rozwoju Wsi Chropy „Stokrotka”, Celinka Gapińska, Paulina Gortat--Gapińska (Fundacja „Tu Brzoza”), Agnieszka Gortat („Stokrotka”) i Basia Gortat („Tu Brzoza”). W tle reprodukcja „Na pastwisku” Stanisława Witkiewicza, wykonanie: Sylwester Stabryła. (Fot. Fundacja Tu Brzoza) Od lewej: Krystyna Pacho i Jadwiga Kozak ze Stowarzyszenia Rozwoju Wsi Chropy „Stokrotka”, Celinka Gapińska, Paulina Gortat--Gapińska (Fundacja „Tu Brzoza”), Agnieszka Gortat („Stokrotka”) i Basia Gortat („Tu Brzoza”). W tle reprodukcja „Na pastwisku” Stanisława Witkiewicza, wykonanie: Sylwester Stabryła. (Fot. Fundacja Tu Brzoza)

Malunki na przystankach przypominają o wsi, która powoli znika – zabieramy więc odbiorców w sentymentalną podróż – mówi Basia. – Przywracamy obraz wsi, której już nie ma. Dzieła sztuki, dla których była ona inspiracją, a dziś zamknięte są w muzeach czy galeriach, zwracamy na ich prawowite miejsce. Jest to zarówno ich, jak i mój powrót do źródeł.

  1. Kultura

Krystyna Prońko: Moje łaskawe fado

 Krystyna Prońko:
Krystyna Prońko: "Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała". (Fot. Adam Tuchliński)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Niektórzy mówią „diwa”, „ikona”. Na pewno niekwestionowana mistrzyni polskiego jazzu. Krystyna Prońko nie przestaje poszukiwać. W szczycie pandemii wydała nową płytę „Lubię… specjalne okazje…”, 16 piosenek o popowym i jazzującym brzmieniu. Nie chce jednak opowiadać życia tekstami piosenek.

Dystansuje się pani od „czytania” pani przez piosenkę, jej treść? Piosenka to tylko piosenka. Ma wzbudzić jakieś odczucia i zdobyć zainteresowanie słuchacza. Kiedy śpiewam, nie przewijają mi się obrazy z mojego życia.

Nie wierzę. Przecież pan nie jest mną. Ten zawód daje mi możliwość zaspokojenia moich potrzeb – duchowych i materialnych. Paru kolegów już śpiewało, że „ta piosenka jest stworzona dla pieniędzy”. Ja też w dużej mierze śpiewam dla pieniędzy. Tym lepiej, bo śpiewanie to moja pasja. To wielki przywilej, bo nie wszyscy pracują z taką przyjemnością.

W „Piosenkach, z których się żyje” Wojciech Młynarski pisał, że „na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze ty w Łomży zrobisz nazwisko”. Gdzieś to nazwisko zawsze się zaczyna robić. Może być Łomża, może być mój Gorzów Wielkopolski. Bez znaczenia.

Śpiewając z braćmi „Małego kwiatka” na sylwestrach pod koniec lat 60.? Ja tego nie śpiewałam. Piotrek grał ten temat na saksofonie. Grałam na pianinie, a publiczność podnosiła kieliszki i się upijała, bo w końcu był sylwester. To było chyba biuro, w jednym pokoju jedli, w drugim tańczyli, wszystko się zgadzało. Mieliśmy ze 12 piosenek, co wystarczało na godzinę, i zaczynaliśmy od początku. Chodziłam jeszcze do szkoły średniej. Piotrek jest ode mnie młodszy, a Wojtek wtedy akurat chyba z nami nie grał. Myśmy dość szybko stworzyli zespół, ojciec czasami woził nas na tak zwane występy artystyczne albo tylko chłopaków na wesela. Pakował do auta wszystkie instrumenty, w kabinie siedziały trzy, cztery osoby, i było granie po wsiach.

A domowe jam session? To już zupełnie inna sytuacja, z kolegami z podwórka. Jakoś nikt z sąsiadów nie protestował, że głośno. Podporządkowywałam się chłopakom, bo jeszcze sama nie wiedziałam, czego chcę. Potem z graniem przenieśliśmy się do domów kultury, do Domu Chemika, Kolejarza… Pamiętam, że koledzy i bracia grali Hendrixa. Wojtek grał na gitarze basowej albo na kontrabasie, bardzo dobrze śpiewał, miał ładny głos. To już było na poważnych potańcówkach dla młodzieży. Nasze nazwisko stawało się rozpoznawalne w Gorzowie Wielkopolskim. Każdy z nas szukał własnej drogi. Mnie się naprawdę wydawało, że będę pianistką. Na Ogólnopolskim Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu, chociaż coś zaśpiewałam, zdobyłam nagrodę jako pianistka zespołu Reflex. Grałam na wschodnioniemieckich organach Vermona. Później dosyć długo nic się nie działo, aż pojawiła się możliwość dołączenia do zakładanego w Rzeszowie zespołu, który przyjął nazwę Respekt, i przyszła propozycja supportu przed koncertem Czesława Niemena.

Miała pani idoli? Od samego początku to był Niemen, uwielbiałam Arethę Franklin, kiedy zaczęłam dojrzewać, dołączyła Ella Fitzgerald. Bardzo wcześnie, jeszcze przed 1970 rokiem, zaczęliśmy jeździć z Piotrkiem na Jazz Jamboree, to było nasze okno na świat. Przyjeżdżaliśmy do Warszawy i chodziliśmy na koncerty do Kongresowej, a potem na jamy do Piwnicy Wandy Warskiej. Bardzo fajne czasy. A potem sami wylądowaliśmy z akademickim big-bandem na Jazz Jamboree, i to chyba ze dwa razy. To wszystko to ciąg wydarzeń, na które nie do końca miałam wpływ. Tak to się układało.

Krystyna Prońko: 'Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała'. (Fot. Adam Tuchliński) Krystyna Prońko: \"Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała\". (Fot. Adam Tuchliński)

„Niech moje serce kołysze ciebie do snu”, „Papierowe ptaki” czy „Deszcz w Cisnej” to piosenki z lat 70., nadal w pani sztandarowym repertuarze. Przetrwały. Szmat czasu upłynął, wszystko się zmienia, a one są. Te pierwsze nagrania na niczym nie straciły. Nadal nimi dysponuję, bo w latach 90., kiedy się komuna sypała, odkupiłam ich oryginały od firmy Tonpress.

Jaka była Krystyna Prońko, kiedy śpiewała „Papierowe ptaki”? To była bardzo młoda, niedoświadczona wokalistka, która chce jak najlepiej zaśpiewać, więc jest potężnie przerażona. Był 1974 rok, jechałam do Opola pociągiem i jeszcze sobie dośpiewywałam, uczyłam się tego utworu, który wcale nie był łatwy. Miałam straszną tremę, zwłaszcza że śpiewałam tę piosenkę po raz pierwszy.

To, że tamte nagrania na niczym nie straciły, znaczy, że była pani wtedy „gotową” piosenkarką? Być może tak, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dotarło to do mnie później, kiedy oglądałam tamte stare wykonania.

Gdzie pani dzisiaj wysyła papierowe ptaki? Taki ptak wisi u mnie na lampie, ale nie da się go odczepić. No i tyle.

Tyle przekazu? Tak. Ale jest to bardzo ładna przenośnia, bardzo ładny tekst. Dopiero teraz do mnie naprawdę pasuje w stu procentach.

To dzisiaj o czym jest? O tym samym, tylko wtedy to była perspektywa. Ale zaśpiewałam z pełną emocją. Intuicja jest niezwykle ważna w działaniach artystycznych. Proszę pana, jak ktoś będzie o sobie myślał: „O kurde, jestem artysta”, to już jest źle. Artystą się tylko bywa. Byłam artystką przez chwilę, śpiewając „Papierowe ptaki”, a potem artyzm ulatywał i stawałam się na nowo normalnym człowiekiem.

Co to znaczy, że artyzm ulatywał? Nie można być artystą 24 godziny na dobę. Nikt by tego nie wytrzymał. Nie będę tu panu dla wywiadu snuć jakiejś filozofii. Po prostu artysta to nie jest zawód. Ten rodzaj przekazu energetycznego pojawia się tylko czasem.

Energia współpracy z Januszem Komanem powodowała eksplozje? Powodowała, wszystko się zgadza. Byłam w chórku i miałyśmy z dziewczynami trasę po Związku Radzieckim. Byłyśmy w pierwszej części programu, w drugiej były, chyba, Czerwone Gitary, a ponieważ był jakiś problem z pianistą, PAGART ściągnął z Polski Komana. Pojawił się w Baku, tam się poznaliśmy, a miesiąc czy dwa później wróciliśmy do domu. Janusz siedział w pokoju przy instrumencie, coś śpiewał, coś grał, ja gotowałam zupę, słyszałam, co robi, leciałam do niego i mówiłam: „O to, to” albo „tamto nie”. Albo: „Wiesz, to może ja tutaj…”. Myśmy się sobą nakręcali, bardzo się ze sobą muzycznie zgadzaliśmy. Do tego stopnia, że kiedy moje koleżanki zainteresowały się jego twórczością, czułam się z tym bardzo źle.

Była pani zazdrosna? No pewnie! W końcu pomyślałam: „Jeśli tak, to wolę robić swoje, sama”.

Bo te wybuchy były? Wybuchy w tej pracy są potrzebne, ale i doprowadzają do rozpadu. Każdy poszedł swoją drogą.

W 1980 roku zaśpiewała pani w oratorium „Kolęda nocka” Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tu śpiewała pani „Psalm stojących w kolejce”, a wokół pełna opresji komuna. Nie bała się pani? Sytuacja była nieprzewidywalna i uważałam, że to będzie koniec mojego śpiewania, co powiedziałam Wojciechowi Trzcińskiemu. „Nie, nie, to dopiero początek” – odpowiedział.

Już nie mogła pani mówić, że to tylko piosenki? A co pan ma na myśli?

Że trzeba było się opowiedzieć po którejś stronie. Nie trzeba być zaangażowanym, żeby śpiewać. Polityka mnie wtedy zupełnie nie interesowała. Zobaczyłam w tym spektaklu możliwość pracy w teatrze, repertuar, którym można wyrazić to, co się działo. Natomiast, jeśli mam być dosłowna, to nigdy w życiu nie stałam w kolejkach, wolałam czegoś nie kupić. Nie znam kolejek z autopsji. Ale przypadło mi w udziale zaśpiewanie o takich sytuacjach. Mam swoje poglądy polityczne, ale staram się ich w ogóle nie ujawniać, bo się na tym przejechałam. To moja prywatna sprawa. Z „Kolędą nocką” mieliśmy jechać do Stanów. Nastał stan wojenny, no i co teraz? Byliśmy jeszcze w teatrze, graliśmy w sobotę „Kolędę nockę”, a w niedzielę już to nie było możliwe. Pamiętam, że było strasznie dużo śniegu. Pojechałyśmy z Haliną Frąckowiak do teatru odebrać nasze rzeczy. Wróciłyśmy do hotelu, a potem pociągiem do domu.

A jednak wyjechaliście do Stanów. Przesunięto nasz wyjazd na drugą połowę stycznia. Pojechaliśmy z wersją estradową, udało nam się nawet zagrać w teatrze na off-Broadwayu. Ci Amerykanie w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi z tymi kolejkami, z całą tą sytuacją, o której był spektakl.

Amerykanie kochali wtedy Solidarność. Nie wiem, co kochali. To mnie mało interesowało. Tak samo jak nie interesowało mnie pozostanie w tym kraju. Chociaż wszyscy sądzili, że zostanę.

Dlaczego pani nie została? Chyba z głupoty, każdy jakąś popełnia. Przeraziło mnie, że zostawiam w Polsce rodzinę, bałam się represji. Może nic by się nie wydarzyło, ale wolałam nie ryzykować.

W Warszawie pojawiła się dziewczyna w zielonym nieprzemakalnym płaszczu. [śmiech] Tak, bo w Nowym Jorku koleżanka zaprowadziła mnie do sklepu z wojskowymi ciuchami z demobilu i ja ten płaszcz kupiłam. W największą ulewę mogłam w nim wyjść, i wszystko z niego spływało. Był długi, naprawdę świetny.

Jak radziła sobie pani z brakiem pracy? Założyliśmy z braćmi Prońko Band. Poza tym dostałam zaproszenie od kolegi, który jeździł na kontrakty na norweskich promach, szukał wokalistki. Bardzo mi ta praca pasowała. Miałam dużo wolnego czasu, mogłam się uczyć języka. A przede wszystkim miałam codziennie trening wokalny, co najmniej dwugodzinny. Śpiewałam piosenki nie ze swojego repertuaru, aktualne hity.

I co pani śpiewała? Musiałabym sprawdzić, mam gdzieś jeszcze zeszyty z tekstami. Na pewno „Like a Virgin” Madonny, coś Michaela Jacksona i dużo amerykańskich standardów, klasyków swingowych.

Nie chciała pani później nagrać tych coverów? Nagrałam płytę „Jestem po prostu” z polskimi hitami lat 50. i 60. W szkole średniej wycinałam z gazet prymki [zapis nutowy melodii, czasem z podpisanymi funkcjami], zbierałam je, ot, na wszelki wypadek. W pewnym momencie przy jakiejś przeprowadzce to odgrzebałam. Masa piosenek, które pamiętałam z dzieciństwa. Niektóre z nich bardzo mi się podobały. „Pierwszy siwy włos”, „Żółte kalendarze”, „Znad białych wydm”, „Złoty pierścionek”...

Mama lubiła te piosenki? To nie ma nic wspólnego z moją mamą. To były moje hity z dzieciństwa. A ponieważ w domu grało radio, to słuchałam.

A jacy byli rodzice? Wspaniali, no, jacy mieli być? Boże, o co mnie pan pyta!

Mama śpiewała? Grała na harmonii, którą mam, bo ją wyremontowałam, i śpiewała. Harmonia była z odzysku, podobnie jak meble, które stały w mieszkaniu w Gorzowie, jak się rodzice wprowadzili. Pamiętam stare wielkie biurko, które w końcu wyrzuciła moja siostrzenica. Ojciec znalazł „poniemieckiego” nimbusa, sam wyremontował silnik i tak uruchomił motocykl. Ojciec zaocznie zrobił technikum mechaniczne, naprawiał wszystkie nasze auta. W nimbusie matka na tylnym siedzeniu, w przyczepie dziecko albo dwoje. Sama tego nie pamiętam, mam takie zdjęcia, miałam może półtora roku. A potem zamienił go na dekawkę IFA, były takie samochody. Do dziś pamiętam jego dźwięki. Było słychać, że ojciec zbliża się do domu.

Jak rodzice trafili do Gorzowa? Przodkowie poszukiwali złota na Syberii, po jakimś czasie kupili ziemię na terenie dzisiejszej Białorusi. Tak powstało wielohektarowe gospodarstwo. Mój ojciec jeździł tam po wojnie. Pamiętam, że wyjeżdżał nawet dalej, na Syberię. Kiedy w 1970 roku Czesław Niemen spotkał się z moim ojcem, u nas w domu, natychmiast padli sobie w ramiona. Bo Wasiliszki, skąd pochodził Czesław, i Baranowicze, gdzie mieszkali Prońkowie, leżą niedaleko siebie. Korzenie mamy były z kolei w centralnej Polsce. Babcia była z Łodzi. Potem przeniesiono dziadków na wschód Polski, do Grodna. Kiedy przyłączono do polski Ziemie Zachodnie, ktoś je musiał zasiedlić. Wsiedli do pociągu, mogli wysiąść w dowolnym miejscu, a matka wybrała Gorzów, bo jej przypominał Grodno. Byłam w Grodnie, nie ma nic wspólnego z Gorzowem. Poza tym, że przez środek miasta płynie rzeka.

Klatka schodowa, na której pani śpiewała w dzieciństwie, istnieje? W tym domu mieszka moja rodzina. Ciągle tam bywam. Kamienna, lastrykowa klatka w domu, który razem z poddaszem ma trzy piętra, powoduje naturalny pogłos. Lubiłam, jak niosło mój głos.

Wątpiła pani kiedyś w swój zawód, na przykład w latach 90., śpiewając jeden koncert na kwartał? To był bardzo trudny czas dla muzyków. No i zalew gównianego repertuaru. Polskiej muzyki nie było w stacjach radiowych. Z ówczesnym partnerem zainteresowaliśmy się radiem i robiliśmy audycje. Postanowiliśmy założyć hurtownię płyt i kaset. Zaczęły powstawać numery disco polo. Bardzo dużo mieliśmy takich kaset w hurtowni.

Czyli przyczyniła się pani do popularyzacji gatunku? W jakimś sensie tak, próbując przeżyć. Pamiętam, że dużo jeździliśmy po hurtowniach discopolowych. Mieliśmy paręnaście sklepów, do których dostarczaliśmy ten towar.

Przyjeżdża Krystyna Prońko i kupuje parę kartonów kaset Shazzy? Nie pamiętam, co kupowałam, ani mnie to ziębiło, ani grzało. Ludzi, którzy to kupowali, nie interesowały dokonania ani nazwiska, których tam zresztą nie było. Chcieli tylko łupu-cupu, tyle. Do tego sprzęt grający, który wówczas można było kupić, urągał wszelkiemu rozsądkowi. Ogólnie to było straszne.

Była pani w stanie komponować? Tak, jakoś potrafiłam się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy sprzedaż tego towaru zaczęła spadać, zrobiły się długi, musiałam je pospłacać, więc załatwiłam sobie koncerty dla amerykańskiej Polonii. Wróciłam z pieniędzmi, a potem rynek muzyczny zaczął się normalizować.

Co ważne jest w pani życiu poza muzyką? Rodzina, zwierzęta, swoboda działania. Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała.

Portugalia? Przedostatni raz pojechałam zupełnie sama, zabrałam tylko psa. Po drodze złapałam dwie gumy, i to po tej samej stronie. Pierwszą w Niemczech, drugą we Francji. A przed podróżą wymieniłam wszystkie opony. Tyle że nie zostały wymienione wentyle, ktoś oszczędził na mnie parę złotych, no i dwa nie wytrzymały. We Francji, zmieniając koło, ukręcili mi śrubę, urwała się. Przyjechał facet z platformą, a ja z tym psem, i zawiózł na szrot, wymienili koło. Konsultując się z bratem przez Skype’a, dojechałam do Portugalii.

Śpiewała pani fado? Mąż mojej bratanicy, która tam mieszka, ma w swojej rodzinie śpiewaków fado. Mam spory zbiór płyt. Doszłam do wniosku, że „Małe tęsknoty” to typowe fado, i w nastroju, i w melodyce. Jakby dopisać portugalski tekst, to byłoby świetne współczesne fado. A fado znaczy los.

Na wakacjach szuka pani ciszy? Na kempingu? Wieczorem jest huk, wszyscy się bawią. Do północy gra muzyka.

Jeździ pani pod namiot? Jest ciepło i do końca października można siedzieć pod namiotem. Od szkoły średniej jestem przyzwyczajona do namiotów. Teraz mam trzy, każdy innej wielkości. Najnowszy ma 30 metrów kwadratowych, jest jak małe mieszkanie. Jeszcze nie próbowałam rozbić namiotu na samej plaży, ale domyślam się, że są miejsca, gdzie to można zrobić. Pod warunkiem że nie ma przypływu. Miałam taką sytuację z psem. Leżał pod parasolem, zbliżał się zachód słońca, a fala stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej się do tego parasola zbliżała. W pewnym momencie poczuł, że sięga go woda, i zerwał się jak oszalały.

Pani fado było dla pani łaskawe? Jestem zadowolona. Dotąd nigdy nie miałam do życia pretensji. Będę pracowała, dopóki będą chcieli mnie słuchać. Jestem dość krytyczna wobec swojego śpiewania i brzmienia. Jeżeli zauważę, że nie jest dobrze, przestanę. Nawet nikomu o tym nie powiem. Bo po co mam się tłumaczyć ze swoich błędów i niedoróbek? Może nikt inny ich nie usłyszy?

Koziorożec twardo stąpa po ziemi? To chyba nie znak decyduje. Sama staram się czuć ziemię pod stopami. Zawsze było dla mnie najważniejsze to, co teraz. A to, co minęło… Było. Koniec. Póki jestem, ciągle jest szansa na nowe. 

Krystyna Prońko wokalistka jazzowa, kompozytorka, pedagożka. Wielokrotnie zdobywała nagrody na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nagrała kilkanaście albumów, między innymi: „Krystyna Prońko”, „Deszcz w Cisnej”, „1980”, „Subtelna gra”, „Firma Ja i Ty”, „Jesteś lekiem na całe zło”, „Złość”, „Jestem po prostu”, „The Album”, „Lubię… Specjalne okazje…”, a także „Osobistą kolekcję”.