1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Holandia - ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie  mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.

  1. Styl Życia

Życie w Wiedniu - jak się mieszka w Austrii?

Marta Guzowska jest autorem książki
Marta Guzowska jest autorem książki "Wiedeń. Miasto najlepsze do życia" (Fot. Getty Images; Milan Pinter/Wydawnictwo Wielka Litera)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy już będę podróżowała za granicę, wiem, dokąd najpierw się wybiorę. A może nawet trochę tam pomieszkam... Przekonała mnie do tego Marta Guzowska, która w Wiedniu mieszka od 13 lat.

Wiedeń zawsze mi się kojarzył z bombonierką... Bardzo trafne porównanie!

Jest tak szykowny, smakowity i zaskakujący. Nigdy nie myślałam jednak, że równie przyjemnie jest w nim mieszkać. Dzięki pani książce zapragnęłam się wręcz do niego przeprowadzić. Podaje pani wiele obiektywnych argumentów za taką decyzją, wspominając chociażby Global Liveability Index, czyli – w pani wolnym tłumaczeniu – Globalny Wskaźnik Życiowości, który obejmuje takie kategorie, jak: stabilność, infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, kultura i środowisko (w każdej z nich Wiedeń przoduje), ale ja chciałabym spytać o pani subiektywne „za”. Po pierwsze, woda. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale w Wiedniu jest fenomenalna woda, sprowadzana akweduktem prosto z gór. Ja naprawdę w źródlanej wodzie myję włosy i taką też spuszczam w toalecie. Do tego jest wprost idealna do picia i smaczna. Drugi argument to komunikacja miejska. Jestem słabym kierowcą, ale nawet gdybym była świetnym, to nie chciałabym się poruszać po mieście samochodem. Korki, remonty i w dodatku nigdy nie ma wolnego miejsca do parkowania. Ale w Wiedniu nie ma w ogóle takiej potrzeby. Choć mieszkamy na dalekich przedmieściach, nigdy nie jeździmy do centrum autem. Bardzo ważnym powodem są też ludzie. Wiedeńczycy to oczywiście specyficzna mieszanka fajnych i niefajnych cech, co zresztą można powiedzieć o mieszkańcach prawie każdego dużego miasta, ale ich najlepszą cechą jest ta, że są szalenie uprzejmi w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza wobec obcych. Kiedy miałam małe dzieci i chodziłam wszędzie z wózkiem – musiałam go wręcz wyrywać z rąk zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy co chwila chcieli mi pomóc go przenieść, wnieść czy przestawić. I to się udziela. Ja też się rzucam od razu, żeby komuś pomóc, właśnie dlatego, że taka jest ogólnie panująca atmosfera w mieście.

Pisze pani, że Wiedeń jako jedno z niewielu europejskich miast zachował urocze kameralne zwyczaje, jak małe kina, które grają ciągle ten sam film. Wychowałam się w małym miasteczku pod Warszawą i jako dziecko latałam właśnie do takich kin, bo wtedy one jeszcze istniały. A w Wiedniu to nadal trwa. Jest tu wiele takich miejsc i nie mają one wcale najnowocześniejszego systemu nagłośnienia, a często nawet nachylenia podłogi. Ale za to mają mały bar i można wejść na salę z kieliszkiem prosecco! Kolejna sprawa to wiedeńskie kawiarnie, do których nie idzie się po to, by załatwić jakieś interesy czy pracować, ale po prostu po to, by posiedzieć. To oczywiście nie dotyczy już młodego pokolenia, bo ono rzadko bywa w takich miejscach, natomiast pokolenia średnie i starsze przychodzą do kawiarni właśnie po to, by się odciąć od rzeczywistości, zasłonić się gazetą na specjalnym drewnianym uchwycie, wypić w spokoju kawę; albo żeby się spotkać ze znajomymi i poplotkować. Bardzo rzadko zdarzało mi się widzieć tu – mówimy o czasach sprzed pandemii – kogoś z komórką przy uchu.

Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images) Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images)

Nie przypuszczałam, że w historii wiedeńskiej gastronomii jest tylu Polaków. Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel jednej z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Franciszek Trześniewski, który w 1902 roku zaczął serwować „otwarte” kanapki (nieprzykryte drugim kawałkiem chleba). Oba nazwiska są tu tak zniekształcane, że długo nie mogłam się domyślić, iż Kulczycki był Polakiem; dopiero kiedy przeczytałam o nim na tabliczce na ulicy jego imienia, gdzie znajduje się też jego urocza statuetka.

Wiedeń jest oczywiście miastem wielu znanych kompozytorów i malarzy, ale po lekturze pani przewodnika zapamiętałam głównie nazwiska kobiece. Przede wszystkim cesarzowa Sisi, ale też Alma Mahler, o której, przyznaję, niewiele wiedziałam, poza tym, że była żoną Gustava Mahlera. Miałam dokładnie tak samo. Anegdota, którą opisuję w książce, jest w stu procentach prawdziwa. Otóż kiedy rodziłam córkę, anestezjolog przed cesarką zapytał mnie, jak będzie miała na imię. Powiedziałam: „Alma”, bo bardzo nam się zawsze podobało to imię. Na co on odparł: „Znaczy po Almie Mahler”. Wiedziałam, że był ktoś taki jak pani Mahler, ale niewiele więcej. Zaczęłam drążyć temat i przekonałam się, że Alma była muzą nie tylko Gustava, ale całego Wiednia, moim zdaniem bardzo nieszczęśliwą kobietą i ofiarą swoich czasów, ale też fascynującą osobą. Urodziła się w świecie mężczyzn i przeżyła w nim całe życie. A w takim świecie kobieta musi być jedynie piękna, aby kogoś skusić. Alma miała wielki talent muzyczny, którego nigdy nie wykorzystała. Mąż po ślubie zakomunikował jej wyraźnie, że od muzyki w rodzinie to jest on. Wiedeń długo był bardzo patriarchalnym miastem, ale powoli to się zmienia. Niedawno mieliśmy wybory samorządowe i było w nich bardzo dużo startujących kobiet.

A w jednej z podmiejskich dzielnic, Aspern Seestadt, wszystkie ulice nazywa się na cześć sławnych wiedenek. To moja ukochana dzielnica Wiednia. Leży nad jeziorem – stąd jej nazwa. Gdyby moje dzieci nie chodziły już do szkoły w innej, daleko położonej części miasta, to chętnie bym się tu przeprowadziła. Cudownie zaprojektowana przestrzeń miejska, a w dodatku, tak jak pani mówi, wszystkie ulice i place, oprócz jednego, mają nazwy na cześć kobiet. Niby drobiazg, ale dla mnie wiele znaczy. Wiedeń zaczyna się robić kobietą. Fajnie jest to obserwować trochę z zewnątrz, bo cudzoziemiec nigdy nie stanie się częścią tego miasta, choćby żył tu długo i miał wielu przyjaciół. Chociaż muszę pani powiedzieć, że moje dzieci czują się wiedeńczykami. Nie czują się Austriakami, którymi zresztą nie są, bo mój mąż jest Węgrem, ale wiedeńczykami – tak.

Wiedeń jest chyba jakimś ewenementem na tle całej Austrii. Zdecydowanie. Wiedeń to nie jest Austria, tak jak Berlin to nie są Niemcy, Paryż to nie jest Francja, ale też Warszawa to nie jest Polska. Wielkie miasta mają jednak swoją specyfikę, a ta Wiednia jest już przecudowna. Od lat 30. XX wieku jest „czerwony”, czyli zawsze wybory wygrywają tu socjaldemokraci, podczas gdy cała reszta kraju jest mniej lub bardziej prawicowa. Przez wieki był stolicą wielkiego imperium i to poczucie wielonarodowości i wielokulturowości pozostało. Tu każdy jest u siebie i na miejscu. Ale też pozostała po tamtych czasach potworna biurokracja. To bardzo otwarte, nowoczesne miasto, także bardzo proekologiczne.

To chyba znak naszych czasów, że bardziej utożsamiamy się z miastami niż z krajami. Też to obserwuję. Zwłaszcza w takim kosmopolitycznym mieście, jakim jest Wiedeń, gdzie naprawdę trzeba się namęczyć, by mieć samych znajomych Austriaków, a wręcz jest to niemożliwe. Kocham to. Już się nie dziwię, gdy słyszę, że ciemny jak heban sprzedawca mówi z rozkosznym austriackim akcentem, którego ja nie jestem w stanie się nauczyć, mimo starań. Jak wiadomo, austriacki to nie niemiecki i Niemcy często się śmieją z Austriaków. Powiedziałabym, że niemiecki tu jest bardziej miękki.

Można go wręcz polubić… No, a poza tym nikt nie zwraca uwagi na błędy. Kiedy tu przyjechałam, mówiłam bardzo słabo po niemiecku i okropnie mnie to stresowało. Jak się okazało, tylko mnie. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka moich dzieci mówiła: „Przecież mówisz bardzo dobrze po niemiecku. Rozmawiamy? Rozmawiamy!”.

Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta. Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta.

Chyba najbardziej lubi pani wiedeńczyków za ich dziwactwa. Oj tak! Nie wiem, jak mogłam kiedyś myśleć, że to jest nudne miejsce; sądziłam, że ciekawy to może być Londyn albo Berlin. No, może poza wystawami, bo mają tu naprawdę przednie muzea. Jakże się pomyliłam! Wiedeńczycy są cudownie pokręceni. Trzeba tylko zlizać ten lukier z zewnątrz i przyjrzeć się temu, co pod powierzchnią. Oczywiście na to trzeba trochę czasu. Na przykład mają wielkie upodobanie do makabresek, uwielbiają czarny humor i plotki. Jak twierdzi mój znajomy Radek Knapp, który też jest pisarzem i mieszka tu od 40 lat, wiedeńczyk, jak ma problem, to najpierw idzie do kawiarni, czyta gazetę, pije kawę i liczy na to, że problem się sam rozwiąże.

To prawda, że Wiedeń jest najpiękniejszy w grudniu i styczniu? Zdecydowanie tak. Tutejsze jarmarki bożonarodzeniowe to bombonierka do potęgi entej. Robione z ogromnym przepychem. Co prawda kończą się tuż przed świętami, ale umilają ponury adwentowy czas. Niektóre są turystyczne i tandetne, ale wiele jest naprawdę przepięknych. Naszym ukochanym jest jarmark bożonarodzeniowy przy placu Freyung, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie bardzo ekskluzywnej. Druga rzecz to muzyka – przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą dają tu fantastyczne koncerty w kościołach, dostępne dla wszystkich. A w styczniu przed ratuszem rozkłada się wielkie otwarte lodowisko.

To za rok koniecznie przyjadę. Jak tylko pandemia zluzuje. Właśnie, jak wiedeńczycy sobie z nią radzą? W historii mają doświadczenie hiszpanki, na którą zmarł choćby genialny Egon Schiele, ale też cholery i dżumy, na świadectwo której postawili słynną morową kolumnę. Oni rzeczywiście są w pewnym stopniu zahartowani. Krąży tu obecnie wiele dowcipów na temat pandemii. Bo jak nikomu nie jest do śmiechu, to wiedeńczyk uważa, że właśnie wtedy trzeba opowiedzieć dowcip. Był taki moment, na samym początku, gdy wykupiono wszystko, łącznie z papierem toaletowym, ale to była chwila. Obecnie wszyscy podchodzą do kwestii pandemii ze spokojem. Nosimy maseczki i stajemy w kolejce do piekarni w niedzielę rano w dwumetrowych odstępach – tak, mamy tu piekarnie otwarte w niedzielę, chociaż wszystkie inne sklepy są zamknięte. Nie do końca wiem, czy ten spokój bierze się z pogodzenia z sytuacją, na zasadzie „nie takie rzeczy już przechodziliśmy”, czy z przekonania, że i tak kiedyś wszyscy umrzemy.

Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images) Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images)

A może wiedeńczycy wiedzą, że jak już przyjdzie się im pożegnać z życiem, to spoczną na jednym z tutejszych wspaniałych cmentarzy, pod fantazyjnym nagrobkiem? I będą mieli wyprawiony wystawny pogrzeb. W książce piszę, że wiedeńczycy lubują się w pompie, a trudno o coś bardziej pompatycznego niż wystawny pogrzeb. W tym mieście memento mori trzeba rozumieć raczej jako: „Pamiętaj, że umrzesz, a twoje zwłoki podczas wspaniałego pogrzebu będzie podziwiać pół miasta”. Tak więc to, co pani mówi, wcale nie jest wykluczone. 

Marta Guzowska, pisarka, dziennikarka, archeolożka. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru za debiut literacki, kryminał „Ofiara Polikseny”. W Wiedniu mieszka z mężem, dwójką dzieci i psem.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera

  1. Styl Życia

Motanki – ludowa forma autoterapii 

Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Pradawne słowiańskie lalki były formą talizmanu. Motane z nici i skrawków materiału, wypełniane słomą, roślinami albo ziarnem miały strzec domowników przed złymi duchami, pomagać ciężarnym i matkom w opiece nad dziećmi, ochraniać podróżnych, wspierać gospodynie w prowadzeniu domu. Arteterapuetka Aneta Grzegorzewska pracuje z lalkami słowiańskimi od niemal dziesięciu lat i nieustannie zachwyca ją piękno oraz moc symbolicznych znaczeń ukryta w niewielkim gałgankowym ciałku motanki.

Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej) Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej)

Motanki są nadal bardzo popularne w Ukrainie, Białorusi czy Rosji. Czy wiemy jaką funkcję pełniły dawniej słowiańskie lalki? Czym lub kim były dla ówczesnych ludzi? Tradycja związana z motankami przekazywana była ustnie i dopiero w XX w. zaczęto zbierać informacje na ich temat. Na Ukrainie tradycja motania lalek jest przebadana najdokładniej i tam korzeni tej tradycji upatruje się w kulturze trypolskiej z III-V w. p.n.e. To jest czas, kiedy figurki boginiczne pojawiały się na całym świecie. Badacze sugerują, że lalki nawiązywały do kultu Wielkiej Matki, która w tradycji słowiańskiej przerodziła się w kult bogini Mokosz. Motanki były związane z wieloma słowiańskimi obrzędami obchodzonymi w trakcie cyklu rocznego. Chociażby nasza Marzanna, która też jest mocno osadzona w temacie lalkowym. Motanki towarzyszyły ludziom także na co dzień, przede wszystkim w ważnych momentach przejścia, takich jak ślub czy narodziny dziecka. Symbolizowały drogę rozwoju człowieka, wzmacniały życzenia i intencje. Współcześnie Motanki odwołują się do kobiecego pierwiastka, mocy kreacji i tworzenia, boskiej sprawczości. Według mnie są spotkaniem z czymś pierwotnym, co znajduje się głęboko w nas.

Mamy tu bardzo wiele wątków, co tylko pokazuje ile w jednej motance było skumulowanych symboli i znaczeń. Wszystkie związane są z kobiecością. Czy to oznacza, że tylko kobiety mogły motać lalki? W niektórych regionach uważano nawet, że dziewczyna może robić motanki dopiero w momencie, w którym zacznie miesiączkować. Tradycja motania lalek od początku była zarezerwowana wyłącznie dla kobiet i dzisiaj również słowiańskie lalki motane są głównie przez kobiety.

Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Gdzie po raz pierwszy spotkałaś się z  motankami? Jak one do ciebie trafiły? Nasze spotkanie zaczęło się bardzo magicznie. W tamtym czasie robiłam porządki w swoim życiu i mieszkaniu. Zawsze miałam tendencję do gromadzenia tkanin, byłam związana z tekstyliami hobbystycznie i zawodowo. Zastanawiałam się co zrobić z tymi wszystkimi materiałami. I usłyszałam w sobie słowo „motanki”, które przyszło do mnie z głębi duszy. Zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wcześniej nie słyszałam w ogóle o lalkach słowiańskich, ale ten temat od razu mnie wciągnął. Bardzo szybko sama zaczęłam robić motanki. Wydaje mi się, że motanie było mocno wpisane w moje korzenie, ale to nie dotyczy tylko mnie. Kobiety, które trafiają na moje na warsztaty i zaczynają robić swoje lalki często opowiadają, że motanie jest dla nich czymś bliskim i bardzo znajomym.

Motanki spełniały bardzo wiele zadań, każda z nich odpowiadała za coś innego. Czy możesz opowiedzieć o najbardziej popularnych rodzajach lalek? Były lalki Otulaczki, które robiono dla nowonarodzonego dziecka i umieszczano w kołysce. Najczęściej wykonywano je z nasączonych zapachem i energią kawałków ubrań należących do rodziców. Otulaczki motano z intencją ochrony i wsparcia, wierzono, że lalka mogła przyciągać do siebie złe moce, by ochronić dziecko. Było to związane z ludowym bestiariuszem, w słowiańskim świecie na każdym rogu czaił się jakiś demon i czyhało coś złego, dlatego wytwarzano przedmioty, które pełniły rolę amuletów. Było też mnóstwo motanek związanych z macierzyństwem i płodnością. Jeśli w domu było dużo dzieci, które dobrze się chowały, to taką lalkę przekazywano z pokolenia na pokolenie. Była też motanka Wieduczka, czyli lalka wiodąca, którą dorastająca dziewczynka otrzymywała od swojej matki. Przedstawiała ona dużą postać kobiecą, która trzymała przed sobą mniejszą laleczkę, obie były połączone dłońmi. Taka motanka przekazywała błogosławieństwo całego kobiecego rodu. Kiedy dziewczyna była gotowa do zamążpójścia przygotowywała dla siebie lalkę z długą szyją, oplecioną 7 lub 9 wstążeczkami. Nakładając każdy z pasków dziewczyna wizualizowała cechy, które miał posiadać jej przyszły mąż. Taką motankę wystawiano w oknie i była to informacja dla świata i swatów, że w chacie mieszka dziewczyna na wydaniu. Były też lalki przejścia, które z jednej strony symbolizowały młodą dziewczynę, a z drugiej dojrzałą kobietę. Matka albo babka przygotowywała taką motankę dla córki lub wnuczki, żeby oswoić ją z momentem przejścia z jednego stanu w drugi. Były też lalki obfitości. Ziarnuszka to korpulentna i okrąglutka motanka, którą przygotowano każdego roku po żniwach, gdy spełniła swoje zadanie rozplątywano ją, ziarno którym była wypełniona wysiewano na polu, a resztki lalki palono.

Pierwotnie lalki były wykonywane przez matki i babki dla rodziny i najbliższych, były symbolem ochrony i wsparcia. Dziś najbardziej popularne są motanki, które tworzy się z osobistą intencją. Żadanica ma spełniać życzenia, powierza się jej określone zadanie dotyczące spraw duchowych, wartości i marzeń.  Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne.

Jak wygląda sam proces motania lalek. Czy są tu jakieś wytyczne, co do materiałów czy samego sposobu motania? Lalki motamy z osobistych tkanin, najlepiej takich, które dobrze nam się kojarzą i są nośnikiem dobrej energii. Kiedyś ceniono przede wszystkim materiały należące do przodków, wierzono, że za ich pośrednictwem otrzymujemy wsparcie całego rodu. Dziś ważna jest też idea przetwarzania i nadawania tkaninom nowego życia. Jest również zasada, która mówi o tym, że lalki ubierają się same, że to nie my, tylko one decydują o swoim wyglądzie. Oprócz naturalnych tkanin do motania lalek wykorzystujemy także rośliny oraz związaną z nimi symbolikę. Jeśli chcemy pracować z tematem kobiecości, możemy skorzystać z dzikiej róży. Jeśli potrzebujemy się doenergetyzować, możemy sięgnąć po mięte. Gdy chcemy się oczyścić i szukamy równowagi, to dobry będzie piołun albo krwawnik. Ziarnuszki wypełniane są z kolei ziarnem zbóż, kaszy, grochu czy fasoli, które symbolizują nowe życie, związane są z czasem wzrostu i rozwoju, a także obfitości i sytości.

Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Motanki tworzone są ręcznie, bez użycia ostrych przedmiotów, aby „nie ukłuć losu”. Sposób, w jaki je przygotowujemy sprawia, że lalki przechowują moc dobrych myśli i ciepło ludzkich dłoni. Technika motania wiele mówi też o tym, w jaki sposób możemy traktować siebie -  w sposób łagodny, miękki, z uważnością. Motanie nie jest czynnością techniczna, na każdym etapie wpływamy na ostateczny kształt lalki. Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne. Poddając się procesowi motania, możemy  po prostu przyjrzeć się sobie. Motanie jest symboliczne na każdym poziomie: to jakie kolory mnie przyciągają, jaką postawę przyjmie lalka, którą zrobię, jakiej będzie wielkości - wszystko ma tu ogromne znaczenie. Z motankami jest podobnie jak z baśniami, jest w nich zapisana ludowa mądrość. Jeśli uważnie przyglądamy się słowiańskim lalkom i świadomie z nimi pracujemy, możemy odkryć w nich bardzo wiele znaczeń.

Lalki tworzymy w jednym ciągu czasowym, nie przerywamy etapu motania, co oznacza, że nie porzucamy swojego marzenia. Gotową lalkę obdarowujemy prezentem, to może być koralik czy tasiemka, a że w motankach wszystko ma znaczenie, ten symboliczny upominek pokazuje też, czym ja siebie obdarowuje, dzięki czemu ta moja intencja, z którą tworzę lalkę będzie mogła się spełnić. Kiedy podejmujemy decyzję o tym, że chcemy zrobić motankę, to tak naprawdę decydujemy o tym w jakimś kierunku wyruszamy. I to jest kluczowe. Samo przygotowywanie motanki daje możliwość przyjrzenia się sobie. Zawiązując każdy supełki na lalce afirmujemy miłość, szczęście, radość, zdrowie. Lalki trzeba robić przede wszystkim wtedy, gdy jesteśmy w pozytywnym nastroju. Dawne przekazy mówią, żeby motanki tworzymy na przybywającym księżycu, czyli w czasie, w którym wzrasta energia. Ja uważam, że ważniejsze jest to jak się czujemy. Jeśli dobrze, możemy przystąpić do motania.

Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Dlaczego lalkom nie nadawano żadnego oblicza i czy wszystkie motanki nie mają twarzy? Ludowe przekazy mówią, że gdyby lalki je miały, to zajęłyby się swoimi sprawami. A zadaniem motanki jest wspieranie naszej intencji. Dawniej uważano, że oczy są zwierciadłem duszy, przez które w lalkę mogłoby wniknąć coś niedobrego. Żeby intencja była chroniona i dobrze zamknięta motankom nie nadawano rysów twarzy. Dla mnie to ma znaczenie psychologiczne, z którego wynikała mądrość naszych babek. Twarzą lalki staje się intencja, w której można się przejrzeć, zobaczyć siebie i swoje dążenia. Kiedy motanka nie ma rysów, pracuje też nasza wyobraźnia, a my możemy zwizualizować nasze wewnętrze stany.

Ale są też lalki ukraińskie z charakterystycznym krzyżem przeplecionym na twarzy, który pierwotnie symbolizował życie i  był elementem równowagi między światem materialnym i duchowym, energią kobiecą i męską. Ukraińskie motanki odwoływały się prawdopodobnie do świata bogów, dlatego często ich głowy skierowane były w stronę nieba, czyli duchowości.

Co działo się z laleczką po wymotaniu? Lalkami, które były robione z osobistą intencją nie należało się chwalić, nie mogły ich również dotykać obce osoby. Co innego Ziarnuszka czy Bogacz, te motanki stawiano przy piecu, czyli tam gdzie dawniej gromadziła się rodzina, w miejscu będącym symbolicznym sercem domu.

A gdy uznano, że motanka spełniła swoje zadanie? Podstawowy przekaz mówi o tym, że gdy lalka spełni nasze marzenie, to należy oddać ją naturze – spalić lub zakopać w ziemi. Jest to zamknięcie etapu, ale pokazuje również, że od początku do końca odpowiadamy za to, co powołałyśmy do życia.

Z tego o czym opowiadasz można wysnuć wniosek, że lalki słowiańskie pełnią dziś przede wszystkim funkcję autoterapeutyczną. Faktycznie tak jest? Lalki słowiańskie traktuję jak ludową psychologię. Można oczywiście zrobić motankę nie zagłębiając się w jej symbolikę, ale według mnie w momencie, w którym połączymy się z tą wielowiekową tradycja, to już zacznie na nas w jakiś sposób działać. Każda lalka ma znaczenie, dlatego można z nimi pracować na różne sposoby. Jeśli robimy Ziarnuszkę to pojawia się temat obfitości, z kolei lalka przejścia pozwala z jednej strony pracować i zatroszczyć się o nasze wewnętrzne dziecko, z drugiej pobudzić radość i kreatywność.

Podczas warsztatów obserwuję w jaki sposób kobiety pracują z motankami i które lalki robią na początku. Niektóre uczestniczki zaczynają od lalki przedstawiającej Babę Jagę, co można odczytać jako takie archetypiczne stanięcie w swojej wewnętrznej mocy. Dla innych kobiet najważniejsze będzie zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Ważne, aby  poczuć gotowość w sobie, wiedzieć z jakim tematem chcemy pracować i jaki obszar jest dla nas ważny.

Wspominałaś, że pracujesz nad książką, która będzie poświęcona motankom. Na naszym rynku brakuje takiego wydawnictwa. W Ukrainie powstało całkiem sporo publikacji poświęconych lalkom słowiańskim. Są prace badawcze i zbiorowe, często spisują je same twórczynie. Zajmuję się motankami już dziesięć lat i uznałam, że książka będzie zwieńczeniem mojej pracy z nimi.

Aneta Grzegorzewska prowadzi na Facebooku stronę „Motanki - słowiańskie lalki mocy”, poprzez którą można zapisywać się na warsztaty tworzenia słowiańskich motanek.

  1. Styl Życia

Namalowane nitką

Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wymagają czasu, cierpliwości i skupienia. Te bardziej profesjonalne – także wprawy i artystycznego zacięcia. Ale najpiękniejsze hafty powstają z zamiłowania do rękodzieła i szacunku do jego historii. Dowodem na to są prace Pauliny Pleskot.

Odkąd pamięta, była związana z rękodziełem. – Próbowałam swoich sił w wielu dziedzinach: rysunku, malarstwie, robieniu na drutach czy szydełkowaniu. Każdą z nich lubiłam, ale nie czułam, by to było „to” – opowiada Paulina. – Któregoś dnia, przeglądając Instagrama, natrafiłam na zdjęcia haftowanych prac dziewczyn z zagranicy. Pomyślałam sobie: „O! Ciekawe, czy dałabym radę coś takiego zrobić?”. Od razu zamówiła potrzebne materiały w pasmanterii, trochę na czuja, bo w tamtym czasie nie było w Polsce wielu osób zajmujących się tym tematem. Spróbowała i przepadła. Haft stał się jej pasją, a wkrótce również pomysłem na biznes. – Haftowałam różne motywy, jednak od początku najbardziej ukochałam sobie haft cieniowany. Bardzo przypomina malarstwo, a igłą z nitką maluje się obraz zupełnie jak pędzlem z farbą – mówi. Jej celem jest zawsze jak najdokładniejsze odwzorowanie rzeczywistości, z pracy na pracę chce być w tym coraz lepsza. Może dlatego pracuje głównie na większych tamborkach – wtedy jest więcej szczegółów, na których można się skupić i które można dopracować. Haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. Z wykształcenia jest nauczycielką plastyki, jednak nie przepracowała w zawodzie jednego dnia. Obecnie haftowanie i jego uczenie (warsztaty, które prowadzi, z powodu pandemii zostały chwilowo zawieszone) to jej jedyne źródło utrzymania.

Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne) Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne)

Magia tamborka

– By zacząć haftować, nie potrzeba wiele – uspokaja. Poza chęciami. – Nie trzeba też posiadać żadnych szczególnych umiejętności, jednak na pewno przydają się podstawowe zagadnienia z dziedziny rysunku, malarstwa czy kompozycji. Wtedy łatwiej tworzy się własne wzory i samodzielnie dobiera kolory. Ale jest to oczywiście coś, co każdy z nas może wyćwiczyć. Na start wystarczą: pojedynczy drewniany tamborek dobrej jakości, kawałek bawełnianego materiału (idealnie nada się stare prześcieradło), igła, może być zwykła do szycia, a także mulina albo nici. Tyle! Gotowe zestawy do nauki haftu można kupić w jej sklepie – mereshkashop.pl . Zawierają wszystkie niezbędne materiały, których sama używa i które są potrzebne do wykonania pierwszego haftowanego dzieła. Do zestawu dołączona jest dokładna instrukcja krok po kroku, która przeprowadza przez każdy z etapów.

Inspiruje ją natura, głównie zwierzęta. – Uwielbiam haftować ptaki ze względu na ich piękne, różnokolorowe upierzenie – opowiada. – Najtrudniejsze są dla mnie kompozycje kwiatowe, szczególnie nowoczesne, bardziej trójwymiarowe. Zupełnie nie czuję tego tematu i już dawno postanowiłam, że zostanę przy tym, co sprawia mi najwięcej radości i daje najwięcej satysfakcji, czyli właśnie różnego rodzaju fauna. Zdarzało jej się haftować metryczki i pamiątki chrztu na zamówienie, ale – jak zapowiada – w tym roku chciałaby skupić się na haftach zwierzęcych. – Jeśli znajdą się chętni, z przyjemnością wyhaftuję czyjegoś pupila – dodaje. Jej zdaniem obecna moda na haft była czymś nieuniknionym. – Coraz więcej młodych ludzi sięga po rękodzieło. Chcą się wyróżniać, stworzyć coś niepowtarzalnego, ale też być bliżej natury, bardziej eko. Triumfy święciły robienie na drutach i szydełkowanie, potem tkanie makatek. Musiał więc przyjść czas i na haft. Ludzie dziwią się, że haft to nie tylko krzyżyki i że za pomocą zwykłego kawałka nitki i igły można wyhaftować właściwie wszystko, oprawić w zgrabny tamborek i powiesić na ścianie – komentuje.

Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł. Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł.

Historia we krwi

Haftowanie jest retro, i to jego kolejna zaleta. Paulina przyznaje, że sama też jest bardzo retro. Już jako dziewczynka była starą duszą w młodym ciele. Jednak dopiero niedawno nauczyła się, że nie ma w tym nic złego, a jej miłość do przeszłości może się wyrażać też poprzez strój. – Większość pewnie nazwałaby go babcinym. Dla mnie ma swój urok, a do tego jest wygodny. Na zdjęciach na moim Instagramie (@mereshka_shop) także widać tę tęsknotę za starymi czasami – dodaje. Paulina interesuje się też historią hafciarstwa. – Historia ogólnie jest fascynująca, jeśli tylko odejdzie się od militariów, klepania dat i nauki o bitwach, wielkich przegranych i utalentowanych dowódcach – mówi. – Czyli od narracji prowadzonej głównie przez mężczyzn (język angielski to świetnie oddaje: his story – „jego historia”). Może dlatego tak bardzo urzekł mnie haft – bo to było typowo kobiece zajęcie, zamknięty świat, do którego mężczyźni nie mieli wstępu, swoista her story. Doskonale oddaje to historia najpopularniejszych nożyczek do haftu, czyli tak zwanych bocianek. Jak pisze Paulina na blogu, od dawien dawna bociany były kojarzone z narodzinami dzieci. Mało kto wie jednak, że bocianki swoje początki mają w torbach XIX-wiecznych europejskich położnych. Nie były wtedy nożyczkami, lecz zaciskiem służącym do tamowania przepływu krwi w pępowinie nowo narodzonego dziecka. A że porody czasami trwają naprawdę długo, bywało, że położne musiały czekać długie godziny na rozwój akcji porodowej. Trzeba było ten czas czymś wypełnić, trzymały więc w swoich torbach małą robótkę do szycia lub haftowania, by zawsze mieć ją pod ręką. Z biegiem czasu bociankowe zaciski zaczęły zmieniać swój kształt i funkcję, aż w końcu przeobraziły się w nożyczki do haftu, które znamy dzisiaj. Można je kupić między innymi na stronie Pauliny. 

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.