1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)


W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.
A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.
Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Jak dobrze wypocząć w długi weekend?

Nie musimy nigdzie wyjeżdżać, choć warto. Ważne, żebyśmy spędzili ten wolny czas inaczej niż zwykle - dla dobra naszej psychiki i umysłu. (fot. iStock)
Nie musimy nigdzie wyjeżdżać, choć warto. Ważne, żebyśmy spędzili ten wolny czas inaczej niż zwykle - dla dobra naszej psychiki i umysłu. (fot. iStock)
Co dają nam długie weekendy? Czy podczas tak krótkiego „urlopu” naprawdę można wypocząć? - Kilka wolnych dni wybija nas z rytmu codziennego stresu, dzięki czemu łatwiej nam regenerować siły – zapewnia Agnieszka Mościcka-Teske, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.

Długie weekendy pozwalają nam zmienić rytm codziennej aktywności, spędzić czas inaczej niż zwykle. Taka zmiana z kolei pomaga zmniejszyć poziom napięcia, które generuje codzienny stres, kiedy to nawarstwiające się dzień po dniu napięcie zaczyna utrzymywać się na stałym, podwyższonym poziomie. Dlatego właśnie warto zmienić ten rytm chociaż na kilka dni i w wolnym czasie oddać się aktywnościom odbiegającym od tych codziennych. Jeśli siedzimy w pracy za biurkiem, warto podjąć jakąś aktywność fizyczną. Nie musi to być intensywny wysiłek, wystarczy pójść na dłuższy spacer. Ważne jednak, aby ta aktywność była dla nas przyjemna (czyli niekoniecznie wiązała się z domowymi obowiązkami, takimi jak sprzątanie).

Czy warto wyjeżdżać „na chwilę”?

Uważa się, że im dłuższy odpoczynek od pracy i codziennych zajęć, tym lepiej jesteśmy zregenerowani. Warto by więc było raz w roku udać się na 3-tygodniowy urlop. W naszej pamięci mamy świeże ślady dotyczące spraw, w które jesteśmy zaangażowani. Dlatego pierwszy tydzień służy powolnemu odrywaniu myśli od rzeczywistości zostawionej w pracy i w domu (niezałatwione sprawy, bałagan etc). Drugi tydzień służy adaptacji do nowych warunków. Wypracowujemy sobie nowy tryb życia i mini-przyzwyczajenia. Trzeci tydzień z kolei to czas na prawdziwy wypoczynek i wybieranie już tylko tych aktywności, miejsc i sytuacji, w których czujemy się najbardziej komfortowo.

Niestety, na taki urlop nie każdy może sobie pozwolić. Zwykle szukamy okazji, żeby wyjechać chociaż na przedłużony weekend i wykorzystać jak najmniej dni z puli całego urlopu. Czy jednak takie krótkie wyjazdy dają nam jakąś korzyść?

- Warto zmienić miejsce pobytu, bo to dostarcza nam nowych bodźców, co jest odświeżające dla umysłu – wyjaśnia psycholożka Agnieszka Mościcka-Teske – A poza tym zmiana otoczenia wymusza również pewne zmiany w trybie życia, np. w chacie bez elektryczności zasypiamy i budzimy się „z kurami”, z kolei na wybrzeżu, gdzie panuje nastrój imprezowy, przerzucamy się na życie nocne, co też pozwala wyjść z pewnych rutynowych torów, w które wpadamy na co dzień.

Pamiętajmy jednak, że jeśli decydujemy się na weekendowy wyjazd to warto zwrócić uwagę na czas i jakość podróży. Droga do celu nie powinna nam zabrać więcej czasu niż sam pobyt. Miejmy na uwadze, że organizm musi się fizjologicznie przystosować do nowych warunków otoczenia: wilgotności, naświetlenia, temperatury, etc. i potrzebuje na to trochę czasu.

- Lepszy jednak krótszy urlop niż żaden – zapewnia psycholożka - Czasami troszcząc się o samochód oddajemy go do warsztatu i myjni… warto też pomyśleć z troską o sobie samym - nie wystarczy nam jedynie codzienne dolewanie benzyny, od czasu do czasu wskazana jest głębsza regeneracja i temu właśnie służy urlop.

Agnieszka Mościcka-Teske - dr n. hum., psycholożka, psychoterapeutka, kierownik Zakładu Psychologii Klinicznej i Zdrowia w Instytucie Psychologii Uniwersytetu SWPS w Poznaniu. Zajmuje się problematyką stresu i radzenia sobie z nim oraz czynnikami, które chronią człowieka przed negatywnymi skutkami stresu.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Moda i uroda

W. Kruk dla pielęgniarek i położnych

Fot. materiały prasowe W.Kruk
Fot. materiały prasowe W.Kruk
W.Kruk jest najstarszą marką jubilerską w Polsce, dla której od pokoleń kluczową grupę klientów stanowią kobiety. Od początku pandemii Covid-19 W.Kruk zachęcał swoich klientów do przekazywania wyrazów uznania i wspólnego gromadzenia środków na rzecz pomocy służbom medycznym. Marka nawiązała współpracę z Naczelną Izbą Pielęgniarek i Położnych, aby wspólnie z klientami, wspierać pielęgniarki i położne środowiskowe. Celem akcji „Blask z pomagania” jest zapewnienie bezpieczeństwa codziennej pracy pielęgniarek i położnych oraz zwiększenie ochrony zdrowia ich podopiecznych podczas pandemii wirusa Covid-19.

Fot. materiały prasowe W.KrukFot. materiały prasowe W.Kruk

W.Kruk wybrał najbardziej promowane w minionym roku produkty, z których część dochodu przekazywał na rzecz NIPiP. W pierwszej połowie 2020 roku przekazywano 20% wartości sprzedaży netto jubileuszowej kolekcji Blask (wybierając dowolną biżuterię z tej kolekcji można było przekazać od 16 zł do aż 4862 zł), a pod koniec roku całkowity dochód ze sprzedaży szkatułki na biżuterię o wartości 149 zł. W.Kruk umożliwił również pomoc poprzez sklep internetowy, gdzie można było zakupić „cegiełki” – o nominałach od 5 do 150 zł.

Fot. materiały prasowe W.KrukFot. materiały prasowe W.Kruk

12 maja obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek i Położnych. Z tej okazji W.Kruk po raz kolejny, w ramach akcji #blaskzpomagania, wspierał pielęgniarki i położne środowiskowe w całej Polsce. Tym razem marka przekazywała na rzecz Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych całkowity dochód ze sprzedaży netto biżuterii z kolekcji na Dzień Matki zrealizowanej w dniu 12 maja 2021. Tego dnia umożliwiona została ponownie pomoc poprzez zakup cegiełek na wkruk.pl, które także wsparły ten szczytny cel.

Fot. materiały prasowe W.KrukFot. materiały prasowe W.Kruk

W.Kruk współpracując z NIPiP od początku pandemii, przekazuje procent od sprzedaży biżuterii, akcesoriów oraz cegiełek kwotowych na rzecz wsparcia pielęgniarek i położnych w walce z Covid- 19. Celem działań jest zapewnienie bezpieczeństwa codziennej pracy służb medycznych. Dzięki temu pielęgniarki i położne środowiskowe, które opiekują się najbardziej narażoną na zachorowania na wirusa Covid-19 grupą seniorów oraz osób przewlekłe chorych w ich domach, są wyposażane w niezbędne produkty ochronne. Środki zebrane dzięki W.Kruk pomagają realizować również inne cele wskazane przez NIPiP, jako kluczowe w okresie pandemii.

Fot. materiały prasowe W.KrukFot. materiały prasowe W.Kruk

W.Kruk jest najstarszą marką jubilerską w Polsce, która w jubileuszowym roku 180-lecia celebrowała kobiecość. Marka wierzy, że blask kobiety pochodzi z jej osobowości, życiowego doświadczenia oraz z tych, którymi się otacza. Z natchnienia, z serca, ze zwycięstwa, z piękna oraz z pasji. Dla każdej kobiety z czegoś innego. W dobie pandemii to przekonanie nabrało szczególnego znaczenia. W.Kruk kontynuuje wsparcie i zachęca swoich klientów do przekazywania wyrazów uznania i wspólnego gromadzenia środków dla kobiet, które łączy blask z pomagania. Pielęgniarek i położnych, których praca zarówno na co dzień, jak i w szczególnie trudnych warunkach pandemii, zasługuje na największy szacunek.

  1. Psychologia

Potęga nicnierobienia - zamiast liczyć minuty, delektuj się nimi

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. (Fot. iStock)
Próżnowanie – szczególnie w promieniach słońca i na łonie natury – ma swoje dobre strony. Pozwala doładować baterie, co ma ogromne znaczenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Na czym polega „zdrowe” lenistwo?

Carl Honoré – dziennikarz, pisarz, jeden z twórców ruchu Slow i jego rzecznik na całym świecie

Lenistwo czy nicnierobienie w naszym szybkim, uprzemysłowionym świecie jest postrzegane jako grzech. „Powolny” to pejoratywne określenie, synonim do „gnuśny”, „bezwolny”, a także... „głupi”. Dlatego nawet jeśli głęboko w kościach czujemy, że mocne przyhamowanie wyszłoby nam na dobre, boimy się to zrobić. A jeśli się już to zdarzy, zwykle mamy poczucie winy. Tymczasem próżnowanie ma swoje dobre strony. Jest okazją do odreagowania, uspokojenia myśli. Gdy zwalniamy, nasz umysł może swobodnie wędrować, a to jest warunkiem wszelkiej kreatywności. Leniuchując, zapominamy o troskach dnia codziennego i możemy udać się na poszukiwanie odpowiedzi na tak ważne pytania, jak „Kim jestem?” czy „Jaki sens ma moje życie?”. W takich pozornie mało znaczących momentach docieramy do sedna swojej istoty.

Ruch Slow nie nawołuje do robienia wszystkiego w zwolnionym tempie, tylko do robienia wszystkiego z odpowiednią prędkością. Namawia raczej do delektowania się godzinami i minutami zamiast ich liczenia. Do robienia wszystkiego tak dobrze, jak to możliwe, a nie tak szybko, jak to możliwe. Do przedkładania jakości nad ilość. Innymi słowy – jest zarówno „zdrowa”, jak i „niezdrowa” powolność. Podobnie jak jest „zdrowe” i „niezdrowe” lenistwo.

Najlepszym pierwszym krokiem do powolnego, leniwego życia jest zmiana przekonań. Zrozumienie, że życie to nie wyścig, a czas to nie pieniądz. Potem musisz zdobyć się na odwagę – by zgodnie ze zmianą przekonań zmienić swoje życie – oraz samodyscyplinę, by nie zejść z obranej drogi. I ćwiczyć, dużo ćwiczyć. Dobrze też brać przykład z ludzi, którzy robią wszystko w swoim czasie i nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia.

Nie musisz nic robić

Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

Naucz się kontemplować

Praktyka ta jest odpowiednia dla każdego niezależnie od tego, czy kiedykolwiek medytował. Kontemplacja, zwana także „samym siedzeniem”, polega na: odcięciu się od silnych zewnętrznych stymulacji, takich jak towarzystwo innych ludzi, telewizja, książki czy komputer, siedzeniu lub leżeniu we względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym, codziennie około 20 minut. Przede wszystkim zapewnij sobie spokój – to najważniejsze. Możesz siedzieć na krześle, kanapie albo poduszce medytacyjnej. Możesz nawet leżeć na plecach. Jedynym wymogiem jest pozostawanie w jednym miejscu około 20 minut. Wybierz wygodną pozycję i bądź przytomna. Stosując się do tych wymogów, po prostu rób to, co zwykle robisz. Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz. Możesz obserwować oddech, mówić mantrę czy modlitwę, ale nie musisz. Nie jest też konieczne, abyś swoją percepcją podążała za myślami. Oczy możesz mieć zamknięte lub otwarte. Nie ma też znaczenia, czy jesteś skoncentrowana, czy rozproszona. Nie ma możliwości popełnienia błędu.