1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. W świecie dźwięków – o uzdrawiającej mocy sonory rozmawiamy z terapeutką holistyczną Joanną Przybyłą

W świecie dźwięków – o uzdrawiającej mocy sonory rozmawiamy z terapeutką holistyczną Joanną Przybyłą

Terapeutka holistyczna Joanna Przybyła specjalizuje się w masażu lomi lomi nui oraz w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Wpływ muzyki na nasze samopoczucie i zdrowie jest nieoceniony. Nie bez powodu tak chętnie chodzimy na koncerty, tańczymy czy słuchamy ulubionych płyt. A gdyby tak wejść do środka instrumentu? O terapeutycznej mocy sonory rozmawiamy z jej właścicielką – Joanną Przybyłą.

To jest prawdziwy instrument, choć na pierwszy rzut oka przypomina mi aparat do rezonansu magnetycznego…
Słyszałam jeszcze określenia „kłoda drewna wydrążona w środku” albo „mebel”, ale tak, sonora to instrument, i tak – był zafakturowany. Tworzyła go Kasia, która jest lutnikiem. Konstruuje zwykle harfy, a jej przygoda z sonorą zaczęła się od tego, że po prostu zlecono jej wykonanie takiego instrumentu.

Kto jest pomysłodawcą sonory?
Multiinstrumentalista, Czech Jan Rosenberg. Obecnie ma około 90 lat i mieszka w Niemczech. Zawsze był zafascynowany tym, jak dźwięk oddziałuje na człowieka i jak to oddziaływanie można zmaksymalizować. Sama idea sonory pochodzi od monochordu, który istniał już w starożytnej Grecji. Jego wynalezienie przypisuje się Pitagorasowi. Rosenberg, tworząc sonorę, opierał się na jego muzycznych i matematycznych teoriach.

Sonora jest zrobiona z drewna rezonansowego, czyli dokładnie takiego, z jakiego buduje się instrumenty strunowe – chodzi o to, by nie pochłaniało dźwięków i wibracji, tylko we właściwy sposób rezonowało, dzięki czemu umożliwia wykorzystanie muzykoterapii i wibroakustyki. Na górze i po bokach ma umieszczone struny, łącznie jest ich 56.

Sonora jest polichordem, czyli każda struna ma taką samą długość i ten sam dźwięk, nie można więc zagrać na niej melodii jako takiej. Jest dostrojona do częstotliwości 64 HZ i odpowiada dźwiękowi C dla stroju, w którym dźwięk A to 432 Hz. Wibracje strun tworzą fale dźwiękowe i alikwoty, które rozchodzą się po wnętrzu, by masować – na różnych poziomach – osobę, która się w niej znajduje.

To jest bardzo ciekawe doświadczenie i bardzo ciekawy dźwięk. Można powiedzieć, że sonora gra zgodnie z tym, co jest w nas. Niektórzy mówią, że słyszą flety, inni – dzwony, jeszcze inni – ludzki śpiew. Zawsze powtarzam, że najlepiej jest niczego nie oczekiwać i po prostu dać się ponieść muzyce.

A może po prostu są ludzie bardziej i mniej wrażliwi na dźwięki?
Dźwięki oddziałują na nas wszystkich tak samo; pytanie, na ile jesteśmy otwarci na to, by odbierać ich wibracje i melodię. Sama pamiętam czasy, kiedy byłam poważną panią menedżer z krótko obciętymi włosami, która nigdy nie płacze. Czułam, że muszę być twarda i zarządzać – także sobą. Jedynie czysty, tzw. biały, śpiew poruszał we mnie tę czułą strunę. Do tego stopnia, że pojawiały mi się świeczki w oczach. Dobrze więc wiem, że na dźwięk trzeba się otworzyć. On koi nasze nerwy, nasze ciało, ale i naszą duszę. Mówi się, że medycyna wibracyjna to medycyna przyszłości.

Nasze otocznie cały czas jest pełne dźwięków. Niektórzy mogą się zdziwić, że proponujemy im ich jeszcze więcej.
Ale dźwięki, które nas otaczają, bardzo się od siebie różnią. Chociażby częstotliwością. Zupełnie inne dźwięki słyszymy w mieście, a inne – w lesie. Te pierwsze – zwykle męczą, drugie – relaksują.

Na czym polega więc terapeutyczne działanie dźwięku sonory?
Medycyna Wschodu podkreśla, że organizm człowieka jest bardzo wrażliwy na wibracje, bo sam jest wibracją. W końcu materia jest fizyczną emanacją energii, która wypełnia cały wszechświat. Inni wskazują na fakt, że ciało ludzkie w 60–70 proc. składa się z wody, a dźwięk wędruje pięć razy efektywniej przez wodę niż przez powietrze. Ja podpieram się licznymi badaniami z dziedziny muzykoterapii i wibroakustyki. Na przykład dotyczącymi tego, jak działają mięśnie pod wpływem częstotliwości używanej w wibroakustyce (40–80 Hz) u osób z Parkinsonem czy stwardnieniem rozsianym. Są dowody, że te dźwięki tonizują napięcia, które się tworzą w ich ciele. Z kolei przy porażeniu spastycznym kurcze, które pojawiają się na poziomie ścięgien i mięśni, zaczynają się rozluźniać. Wiem, że sonora jest wykorzystywana także w ośrodku pod Fryburgiem do pracy z osobami z porażeniem mózgowym.

U osób po chemioterapii, które bardzo źle ją znosiły, sesje sonory redukowały odruch wymiotny i znacznie poprawiały samopoczucie. Najbardziej jednak przekonuje mnie to, jak sonora oddziałuje na nasze emocje, myśli, a nawet naszą podświadomość. Ciało jest cudownym portalem do naszej duszy. Wprawiając je w drgania, możemy leczyć traumy, a nawet docierać do zapomnianych lub wypartych wspomnień. Zyskujemy też zupełnie nową perspektywę. Przestajemy być zakleszczeni w dotychczasowym myśleniu.

Jakie są najczęstsze reakcje ludzi?
Porównują to do stanu medytacyjnego. Często mówią, że mają poczucie, jakby byli czymś więcej niż ciało. Tak jakby poszerzała się ich świadomość. Pojawiają się różnego rodzaju obrazy, które zwykle silnie łączą się z emocjami. Na przykład jedna pani pod koniec sesji zobaczyła, jak z jej głowy wymaszerowują czarne ludki. Inni mówią, że w sonorze znajdują rozwiązanie swoich problemów. Osoby, które pracują z jogą lub czakrami, czują wręcz, jak w ich meridianach krąży energia, czyli życie.

Zdarza się także, że podczas sesji spontanicznie pokazują się trudne, wyparte rzeczy z przeszłości. Ludzie mówią potem, że przypuszczali, że takie zdarzenie mogło mieć miejsce, ale dopiero teraz wyłoniło się ono z ich podświadomości. Niektórzy czują się, jakby byli w stanie nieważkości i dryfowali w kosmosie. Albo unosili się na wodzie. Inni porównują to do powrotu do łona matki. To, że nie widzę osoby, dla której gram, jest dla niej komfortowe. Kontakt z dźwiękiem jest tak naprawdę bardzo intymny.

A zdarza się, że ktoś kładzie się w sonorze i od razu chce wyjść?
Raz tak się zdarzyło. Pan poprosił, by przerwać sesję, bo był w takich emocjach, że zrobił się aż cały różowy. Podałam mu herbatę, posiedzieliśmy i porozmawialiśmy, aż się uspokoił. Zależało mi na tym, by wychodząc stąd, dobrze się czuł. Zawsze mówię, że najważniejsze to zadbać o siebie, ale też nie uciekać od tego, co się w nas pojawia.

A dokładnie odwrotna sytuacja – że ktoś zasypia? Zdarza się?
Oczywiście. Czasem dzieje się tak, bo jesteśmy bardzo zmęczeni, niewyspani, a sonora rozluźnia. Niekiedy to jednak jakaś część w nas, która nie jest jeszcze gotowa, by się otworzyć, nas usypia. Ale jeśli pojawia się senność, idźmy za tym. Lepsze to niż jej powstrzymywanie i spinanie się.

Sonora oddziałuje na osobę, która jest w środku, ale czy ta osoba też oddziałuje na instrument?
Tak, jak najbardziej. Zauważyłam, że w zależności od tego, jak jesteśmy zbudowani, instrument gra inaczej. Kiedy znam dobrze osobę, która do mnie przychodzi, bo jest na przykład moją stałą klientką, wiem, jaki dźwięk się wydobędzie, bo sonora po prostu brzmi jak ona. Dokładnie też wyczuwam moment, w którym osoba leżąca w sonorze się rozluźnia, bo dźwięk zaczyna wtedy pięknie płynąć.

Jak wygląda zatem sesja sonory?
Kładziesz się na ruchomej ławeczce, która wjeżdża do tunelu. Jeśli ktoś czuje się z tym niekomfortowo, może wjechać stopami, wtedy głowa pozostaje na zewnątrz i nie ma to wpływu na przebieg sesji. Przykrywam go kocem i, jeśli sobie tego życzy, kładę mu opaskę na oczach. Zwykle osoba leży na wznak, ale jeśli jej ciało czuje, że ma się obrócić na bok, nie ma problemu. Jeśli komuś wygodniej jest z wałkiem pod kolanami, to go tam kładę.

Podczas sesji gram na strunach u góry i z boku instrumentu – wzdłuż całego ciała. W zależności od tego, w którym miejscu poruszam strunę, dźwięk inaczej się rozchodzi w środku i inaczej go czujemy. Sesja trwa 50 minut. Pod koniec wprowadzam misy, gongi i dzwoneczki koshi. Jestem też praktykiem metody Petera Hessa.

Właśnie, jaka jest różnica między sonorą a misami tybetańskimi, którymi też można wykonywać masaż dźwiękiem?
Kiedy uderzamy w misę, wibracje rozchodzą się i część się rozprasza – w sonorze jesteśmy w środku instrumentu, więc każda wibracja do nas dociera.

Gra pani intuicyjnie?
Tak, tempo i nasilenie jest takie, jakie czuję, że ma być, mimo że nie kontaktuję się z osobą, która jest w sonorze. Po prostu wiem, jak mam grać. Podczas sesji też jestem w stanie medytacyjnym. Czasem pojawiają się wtedy jakieś uczucia, a do głowy wpadają genialne pomysły, które potem szybko muszę zapisać, by nie uciekły.

Wspomniała Pani o czasach, kiedy była Pani zamknięta na dźwięk w swoim życiu. Jak Pani do niego wróciła?
Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny, najpiękniejsze wspomnienia z mojego dzieciństwa wiążą się z dźwiękami. Mój ojciec grał na wielu instrumentach. Mnie niestety nie nauczono grać na żadnym. Ale w szkole podstawowej śpiewałam w chórze, potem – już jako dorosła osoba – w Morągu, z którego pochodzę, zainicjowałam powstanie żeńskiego świeckiego chóru Passionata, który działa do dzisiaj. W ośrodku SPA, w którym byłam menedżerką, organizowałam koncerty mis i gongów, sama je również prowadziłam. Z kolei sonorę pierwszy raz zobaczyłam na festiwalu Wibracje. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, czego się po niej spodziewać. Kiedy jednak poczułam te dźwięki i te – właśnie – wibracje, wpadłam w taki zachwyt, że nie mogłam już o niej zapomnieć. Przysłuchiwałam się także temu, co mówią inni ludzie, którzy z niej skorzystali – byli równie zachwyceni jak ja. A kiedy mogłam po raz pierwszy zagrać na sonorze, zobaczyłam, że to jest jeszcze lepsze. Zawsze chciałam na czymś grać i proszę – gram.

Joanna Przybyła: terapeutka holistyczna, specjalizuje się w masażu lomi lomi nui oraz w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory; www.kalejdoskopth.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze