1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ten rodzaj spaceru pozwoli ci odpocząć od życia w biegu. Kiedyś zarezerwowany był dla bogatych Paryżan

Ten rodzaj spaceru pozwoli ci odpocząć od życia w biegu. Kiedyś zarezerwowany był dla bogatych Paryżan

(Fot. urbazon/ Getty Images)
(Fot. urbazon/ Getty Images)
Wiosenna pogoda coraz bardziej zachęca do wyjścia na zewnątrz. Normalnie w takich okolicznościach polecilibyśmy uciec jak najdalej od wybetonowanych tras i odetchnąć pełną piersią na łonie natury, ale tym razem proponujemy coś odwrotnego – spacerowanie po tkance miejskiej. Jak francuska sztuka flânerie może pomóc ci odnaleźć spokój wśród wieżowców, samochodowego ruchu i tłumów przechodniów?

Zapomnij na moment o zaleceniu 10 000 kroków, wymyślonym w latach 60. przez japońskich producentów krokomierzy. Wybij sobie też z głowy japoński marsz interwałowy i – gwoli ścisłości – nie myśl, że prowadzimy tu kampanię przeciwko Krajowi Kwitnącej Wiśni. Dla równowagi odłóż na bok także power walk i nordic walking. Świat pędzi naprzód jak szalony, dlatego zamiast dostosowywać do niego nasze tempo, czasem lepiej jest zwolnić. Na co dzień, kiedy już wychodzimy z domu, większość z nas ma ku temu konkretny powód, a czynność chodzenia jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Albo pędzimy przed siebie na łeb na szyję, bo gonią nas terminy wizyt lekarskich i służbowe spotkania, albo odbębniamy obowiązek każdego opiekuna czworonogów, albo – no właśnie – chcemy zadbać o zdrowie i kondycję, więc ile sił w nogach realizujemy skrzętnie sporządzony plan treningowy. Oczywiście każda aktywność fizyczna jest na wagę złota. Niekiedy warto jednak zostawić kijki, smartwatcha i telefon w domu, aby ruszyć przed siebie bez oczekiwań i presji – powoli, spokojnie i bez wyrzutów sumienia, że moglibyśmy wykorzystać wolny czas produktywniej. Wypisz wymaluj francuskie flânerie, dzięki któremu nie tylko rozruszasz kości, ale także poukładasz myśli.

Męczy cię miejski zgiełk? XIX-wieczni Paryżanie wymyślili rodzaj spaceru, który pozwala odpocząć bez ucieczki na wieś

Słowo flaner, czyli inaczej włóczęga czy próżniak, narodziło się w XIX-wiecznym Paryżu, skąd rozpowszechniło się na resztę kontynentu. Z namaszczeniem używał go między innymi Honoré de Balzac. „Och! błądzić po ulicach Paryża! cóż za czarowne i rozkoszne zajęcie! Wałęsać się, to cała umiejętność, to istna gastronomja oka. Przechadzać się, to wegetacja; wałęsać się, to życie” – pisał w eseju „Fizjologia małżeństwa”. Przemierzając place i ogrody stolicy, orędownicy kontemplacyjnego dryfowania po mieście mieli oczy i uszy szeroko otwarte. Ich uwadze nie uchodziły ani eleganckie stroje i uroda mijanych na ulicach ludzi, ani ich pourywane rozmowy, przelotne spojrzenia i uśmieszki.

„Któryż z paryskich pielgrzymów, lubiących godzinami błądzić po tym kochanym bruku, nie chwytał mimowoli uchem owych tysięcy słów i zdań, rzucanych przez przechodniów i przelatujących w powietrzu niby kule na polu bitwy? Komuż nie utkwił w pamięci ten lub inny z owej niezliczonej ilości wyrazów, zamarzłych, jak u Rabelego, w powietrzu?” – pytał, dodając, że nie każdy był na tyle bacznym obserwatorem, by z podpatrzonych w ruchu skrawków rzeczywistości poskładać większy obraz. „Ludzie przeważnie krążą po ulicach tak samo jak jedzą, jak żyją, – nie myśląc o tem. Niewielu jest dość wrażliwych melomanów, dość bystrych fizjonomistów, którzyby umieli rozpoznać tonację tych oderwanych nut, którzyby byli zdolni wyczuć namiętności, jakich te nuty są wykrzyknikiem” – ubolewał.

„Wałęsać się, znaczy rozkoszować się, bawić się zbieraniem myśli i spostrzeżeń; podziwiać wspaniałe obrazy miłości, nieszczęścia lub radości życia; przenikać jednem spojrzeniem tysiące egzystencyj; znaczy, dla młodego, wszystkiego pragnąć, wszystko posiadać, – dla starca, żyć życiem młodych, wcielać się w ich pragnienia. Ileż tedy odpowiedzi nie zdarzyło się usłyszeć wałęsającemu się po Paryżu artyście na owo kategoryczne zapytanie, na którem stanęliśmy przed chwilą!”.

Subkultura flanerów stała się pociągająca dla wielu pisarzy i artystów, takich jak Charles Baudelaire, Georg Simmel i Walter Benjamin. Wolni od finansowych i rodzinnych zmartwień, spędzający całe dnie na doczłapywaniu noga za nogą próżniacy dotarli między innymi do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Tam o pozornie bezcelowym przemierzaniu ulic pisała Virginia Woolf w eseju „Widoki Londynu”: „Oko nie jest górnikiem, nie jest nurkiem, nie jest poszukiwaczem zaginionych skarbów. Oko unosi nas gładko z nurtem, odpoczywając, pauzując, a umysł śpi chyba, kiedy oko patrzy”.

Flaneryzm – francuska sztuka spacerowania, której potrzebujemy dziś wszyscy. Co nam daje?

Dziś większość mijanych na ulicach osób dzierży w dłoniach smartfon, w uszach ma słuchawki, a na oczach metaforyczne klapki, przez które jesteśmy w dużej mierze ślepi na otoczenie. Można więc uznać, że wywodząca się z awangardowego Paryża sztuka flâneur została zapomniana. Oczywiście obecnie mało kto może pozwolić sobie na styl życia XIX-wiecznego aspirującego artysty, którego całym sensem bytu było niespieszne przechadzanie się i traktowanie miasta jak wielkiego spektaklu, z którego można czerpać nieskończenie wiele wniosków, obserwacji i inspiracji.

Choć paradoksalnie to właśnie dziś w miastach mamy do dyspozycji mnóstwo tras skrojonych pod piesze wędrówki – w czasach, gdy w Paryżu pojawiali się pierwsi flânerzy, dopiero rodziły się przestronne parki, nęcące witryny na handlowych pasażach oraz architektoniczne detale hołdujące wysmakowanym gustom estetów. I choć raczej nie zajmiemy się flânerie na pełen etat, wciąż możemy wdrożyć jej założenia w życie. Tym bardziej wiosną, kiedy ukwiecone krzewy, pąki na rabatach i śpiew ptaków umilą nam każdy spacer. Jeśli chcesz poczuć się jak w butach dawnych flanerów, zamiast planować następną podróż z punktu A do B, pozwól sobie na powolne błądzenie w przestrzeni miejskiej, spontaniczne podążanie za fasadami kamienic, które akurat przyciągną twoją uwagę, cieniem drzew, zapachem z pobliskiej piekarni czy rozmowami przypadkowo spotkanych na rogu ludzi. Najlepiej zrobić to rzecz jasna w pojedynkę, aby nie rozpraszało nas towarzystwo. Masz w pełni skupić się na otoczeniu i wszystkich jego elementach składowych. Nawet jeśli wydaje ci się, że przechodzisz tędy każdego dnia i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, przy odrobinie uważności możesz dostrzec coś zachwycającego i interesującego, co wcześniej pozostawało dla ciebie niewidoczne. A co jeśli mieszkasz daleko do turystycznego centrum, gdzie nietrudno o zabytkowe elewacje czy fontanny? Nic straconego. Także niepozorna ławka czy obklejony naklejkami znak drogowy mogą być dobrymi obiektami do obserwacji.

Docenienie miejsca, w którym przyszło nam żyć, to tylko jeden z pozytywnych skutków praktykowania flânerie. Wielu jej zwolenników podkreśla także, że podczas niespiesznych spacerów udawało im się znaleźć rozwiązania nurtujących problemów, uporządkować myśli, wpaść na nowe pomysły czy wyciszyć rozdygotany umysł. Wszystko to dzięki zerwaniu z rutyną, podążaniu nieznanymi ścieżkami i zmniejszeniu tempa. Bo jak zauważa w książce „Filozofia chodzenia” francuski filozof Frédéric Gros: „Dla tych, którzy chcą zwolnić, nie wymyślono nic lepszego niż chodzenie. Tylko piesze wyprawy uwalniają nas w tym sensie, że pokazują, jak wiele rzeczy w istocie jest nam zbędnych”. Kto raz pozwoli sobie na spacer w duchu flaneryzmu, ten z pewnością się pod tymi słowami podpisze.

Źródła: Honoré de Balzac, „Fizjologia małżeństwa” w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego; Virginia Woolf, „Ulicami Londynu: przygoda” w tłumaczeniu Magdaleny Heydel.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE