1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Nie wiesz jak osiągnąć sukces? Sprawdź, co cię blokuje

Nie wiesz jak osiągnąć sukces? Sprawdź, co cię blokuje

Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mówi się, że niektórzy ludzie przyciągają powodzenie. To prawda, podobnie jak to, że niektórzy je odpychają. Pora zdemaskować największe blokady sukcesu.

Wiele się dziś mówi o tym, jak pochodzenie, wykształcenie, a nawet płeć blokują możliwości rozwoju zawodowego. Największe blokady naszych sukcesów to jednak nie żaden szklany sufit, czyli zewnętrzne okoliczności, ale przekonania tkwiące w naszych głowach. Chcesz się przekonać, jakie są twoje? Zacznijmy od paru pytań. Zastanów się, czy zgadasz się z którymś z tych stwierdzeń:

  • W Polsce dostać pracę bez znajomości? Niemożliwe!
  • Talent to podstawa sukcesu.
  • Człowiek jest kowalem własnego losu? Bzdura! Pewnych rzeczy nie przeskoczysz.
  • Mało kto osiąga dziś sukces, a nawet jeśli, to kosztem zdrowia lub rodziny.
Jeśli choć raz kiwnęłaś głową, należysz do osób, które uważają, że w życiu o wszystkim decyduje zespół czynników zewnętrznych, a nie my sami. Tylko jak w takim razie zamierzasz odnosić sukcesy? Przekonania decydują o naszym życiu bardziej niż czyny. Dlatego zacznij od solidnych porządków swojej głowie. Doceń siłę twoich myśli.

Moc wyobraźni

O czym lubisz fantazjować? Wyobrażasz sobie, że wygrywasz w lotto czy raczej, że kończysz drugie studia i rynek pracy o ciebie zabiega? Między tymi dwoma marzeniami jest ogromna różnica. Taka jak pomiędzy byciem biernym obserwatorem swojego życia, a jego kreatorem. Możesz marzyć, że jesteś już na emeryturze i masz święty spokój lub że rozkręcasz nowy biznes. Pragnienia napędzają naszą podświadomość, sterują nią i ustalają azymut działań. Jeśli śnisz o emeryturze, nie dziw się, że sukces w twoim życiu się nie zjawia. Marzenia to magnes wydarzeń, ale też ich skuteczna blokada. Kiedy snujesz swoje wizje przyszłości, uważaj, w jakiej roli się w nich stawiasz.

Cień przeszłości

Rozbita rodzina, wymagający ojciec, nadopiekuńcza matka… Dość wyliczania, czego nie dali ci rodzice, o ile miałaś gorszy start. To tylko usprawiedliwienie niechęci do wysiłku. Co było, się nie odstanie. Teraz ty i tylko ty decydujesz o swoich życiowych wyborach. Nawet brak miłości w dzieciństwie czy toksyczni rodzice nie mają już nic wspólnego z tym, że zamiast poświęcać choć godzinę dziennie na własny rozwój (naukę języka, kurs czy warsztat), oglądasz na kanapie seriale, jedząc czipsy.

Strefa komfortu

Chcesz być lepsza – musisz odrzucić strategie, które stosowałaś do tej pory, zejść z utartej ścieżki. Pragniesz założyć własną szkołę jogi? Będziesz musiała zrezygnować z etatu, uciąć to, co dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Porzucenie strefy komfortu jest absolutnie konieczne, aby w twoim życiu nastąpiły zmiany. Jeśli jesteś mniej więcej zadowolona ze swojego związku, mniej więcej starcza ci pieniędzy od wypłaty do wypłaty, masz miej więcej satysfakcjonujące życie – to jesteś w strefie komfortu. Żeby stać się człowiekiem sukcesu, trzeba ryzykować. Bez tego drepcze się w miejscu.

Lęk przed samotnością

Ludzie sukcesu zawsze są samotni, narażeni na surowe oceny, plotki, zawiść i wielką ludzką niechęć. Owszem, jest w tym dużo racji. Osoby, które spełniają swoje marzenia, skupiają na sobie wiele negatywnych emocji, ponieważ są uosobieniem wysiłku, którego innym nie chciało się podjąć. Boisz się, że jeśli odniesiesz sukces, przyjaciele się odwrócą? Pomyśl, co ci po relacji z kimś, kto jest dla ciebie serdeczny tylko dlatego, że w niczym go nie przewyższasz?

Rachunek zysków i strat

Żeby dostać – trzeba dać, żeby zarobić, trzeba zainwestować. W przyrodzie panuje harmonia, tylko czasem nie chcemy jej dostrzec, bo obnaża nasz strach przed błędnym inwestowaniem: czasu, sił, pieniędzy. „Nie wiem, czy jest sens robić te uprawnienia, komu to dziś potrzebne?” – taki styl myślenia sprawia, że nawet gdy sukces zapuka do twoich drzwi, nie wpuścisz go do środka. Pomyśl, sportowcy ćwiczą całymi dniami, bez żadnej pewności, że ich trud się opłaci.

Niechęć do nauki

To nie tak, że jak już skończyłaś studia: jedne, drugie czy trzecie, to masz już spokój do końca życia. Bez względu na dziedzinę, w jakiej chcesz osiągnąć sukces, powinnaś cały czas uczyć się czegoś nowego. Ludzie sukcesu gromadzą jak najwięcej wiedzy i umiejętności. Poza tym, jeśli wykształcisz w sobie nawyk stałej nauki, cokolwiek się stanie, będziesz spokojna. Bo skoro wszystkiego można się nauczyć w krótszym lub dłuższym czasie, nie ma co obawiać się zmian, reorganizacji, nowych wyzwań. Dlatego tylko pozornie nauka salsy nie ma nic wspólnego z awansem w banku. Ma! Ci, którzy lubią się uczyć, inaczej pracują i mają inne podejście do zadań, a świat to wyczuwa.

Ludzie w twoim otoczeniu

To niezwykle ważne, z kim się codziennie kontaktujesz. Styl myślenia innych, tematy rozmów, widzenie świata, obszary zainteresowań – są zaraźliwe i sprawiają, że jesteś (lub nie) gotowa na sukces. Warto zwrócić uwagę, że są takie środowiska, szkoły czy kluby, gdzie wychowuje się zwycięzców. Dlatego uważnie dobieraj znajomych. Stroń od ludzi, którzy ciągną cię w dół. Przebywanie wśród osób, które są otwarte na sukces, zmieni twoje podejście do zwycięstwa.

Pozycjonowanie

Ten termin, zaczerpnięty z psychologii sukcesu, oznacza ustawianie samego siebie w konkretnej roli. Pozycjonowanie dotyczy wszystkich obszarów życia. Swoje działania, stopień zaangażowania, ilość poświęconego im czasu i uwagi, dobieramy do tego, jak sami się postrzegamy. Wszystko jedno, czym się zajmujesz, w każdym zawodzie możesz być „taka sobie” albo „znakomita”. Określają cię nie tyle same okoliczności, sytuacja na rynku pracy, predyspozycje czy inni ludzie, co ty sama.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nastaw się na sukces z nową serią laptopów MSI Summit

Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej, rośnie zapotrzebowanie na lekkie i wydajne laptopy przenośne. Odpowiedzią na te potrzeby jest nowa seria MSI Summit, która oferuje szereg innowacyjnych urządzeń idealnych do pracy w dowolnym miejscu. 

Mobilny styl pracy to w dzisiejszych czasach podstawa. Aby sprostać współczesnym wymaganiom biznesowym potrzebny jest jednak dobry sprzęt. Najpotężniejsze laptopy do pracy zdalnej w branży oferuje firma MSI. Ich produkty cieszą się uznaniem użytkowników nie tylko ze względu na innowacyjne funkcje, ale też niebywałą wydajność oraz nienaganny design. Nowa seria konwertowalnych laptopów MSI Summit to najlepsze rozwiązanie zwiększające efektywność biznesową.

Laptopy Summit E13 Flip Evo i Summit E16 Flip oraz kompatybilne z nimi gadżety - pióro MSI Pen i stacja dokująca USB-C Gen 2 są ważnym krokiem ku przyszłości. To idealnie opracowane urządzenia klasy premium przeznaczone dla elity biznesu - profesjonalistów, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces oraz wysoko wydajnych użytkowników poszukujących urządzeń o mocy roboczej, która poradzi sobie z najbardziej wymagającymi problemami i zadaniami. Sprostać temu może tylko seria MSI Summit, z którą praca jest wszechstronna, elastyczna i mobilna. Urządzenia te z powodzeniem zaspokoją jednak potrzeby nie tylko biznesowej elity, ale też codziennych użytkowników, którzy będą mogli usprawnić swoją pracę dzięki możliwości konfiguracji rozmaitych funkcji. Dzięki obrotowemu ekranowi to także świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą korzystać z funkcji laptopa jak i tabletu.

Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe) Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe)

Produkty MSI Summit spełniają również najwyższe standardy estetyczne – zaprojektowane zostały bowiem zgodnie z prawem “złotego podziału”, co oznacza, że ich konstrukcja dąży do zachowania idealnych proporcji oraz zoptymalizowania współczynników w celu zapewnienia użytkownikowi idealnych wrażeń.

Estetyczne wzornictwo i wysoka efektywność pracy

Wyróżniony nagrodą za innowacje na targach CES 2021 Summit E13 Flip Evo to lekki i wszechstronny laptop biznesowy 2w1, który zaspokoi wszelkie potrzeby użytkowników, nawet tych najbardziej wymagających. Utrzymany w nienagannej estetyce sprzęt zachwyca już samym wyglądem, co na wstępie wzbudza ogromne zaufanie klientów. Można śmiało powiedzieć, że to prawdziwe technologiczne arcydzieło. Precyzję wykonania widać bowiem w każdym calu. Logo, lśniąca obudowa z ergonomicznym zawiasem 360 stopni, wyświetlacz w proporcjach 16:10 - wszystkie te elementy zostały starannie zaprojektowane zgodnie z zasadą „złotego podziału”. Elegancji dodają natomiast połyskujące opływowe krawędzie.

Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe) Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe)

Laptop wyposażony jest w 13-calowy ekran, najnowszy procesor oraz grafikę zapewniającą najlepsze działanie oraz do 10% wyższą wydajność w porównaniu z laptopami tego samego poziomu. Sprzęt oferuje również do 20 godzin pracy na baterii, zapewniając optymalną mobilność bez jakichkolwiek kompromisów. Ponadto jest to pierwszy laptop wyposażony w najnowszą technologię Wi-Fi 6E, która daje oszałamiającą prędkość Internetu przy jednoczesnym zachowaniu płynności i stabilności sieci, nawet w przypadku udostępniania jej wielu użytkownikom. To jednak nie koniec jego wyjątkowych możliwości. W biznesie ogromnie ważny jest czas, dlatego Summit E13 Flip Evo oferuje też wiele rozwiązań zwiększających produktywność, takich jak szybkie ładowanie i przesyłanie danych. Wyższą wydajność zapewniają również dysk SSD PCIe Gen4, który skutecznie usprawnia codzienną pracę oraz gwarantuje lepszą niezawodność i integralność sygnału.

Oprócz tego, użytkownicy mogą mieć pewność, że poufne dane przechowywane na urządzeniu będą dokładnie chronione. Odpowiadają za to sprawdzone zabezpieczenia klasy korporacyjnej. Laptop przystosowany jest także do bezpiecznego prowadzenia wysokiej jakości połączeń wideo - kamera internetowa zapewnia potrójną ochronę dzięki lampce kontrolnej, klawiszowi włączania-wyłączania oraz funkcjonalnemu przełącznikowi z boku laptopa. Przydatne są również funkcje redukujące hałas, które pomogą stworzyć niezakłócone i profesjonalne środowisko pracy oraz spotkań.

Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe) Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe)

Urządzenie dostępne jest również w większej wersji. Niezwykle wydajny Summit E16 Flip to jak dotąd najcieńszy 16-calowy konwertowalny laptop 2w1 na rynku. Posiada on wszystkie funkcje Summit E13 Flip Evo, a także najnowszą grafikę umożliwiającą obsługę ciężkich prac obliczeniowych. Na uwagę zasługuje również ekskluzywna konstrukcja termiczna oraz nowoczesny design, który zdecydowanie wyróżnia się na tle innych laptopów biznesowych dostępnych na rynku.

Seria oferuje również kompatybilne z laptopami Summit gadżety. Minimalistyczne pióro MSI Pen o szerokim zastosowaniu to najlepszy towarzysz profesjonalistów. Z pewnością spodoba się również tym, którzy oczekują maksymalnej produktywności oraz swobodnego wyrażania swoich pomysłów. Doceniony na targach CES rysik pełni też funkcję pilota do prezentacji, którego można używać w dowolnym miejscu i czasie. To jednak nie koniec jego zalet. MSI Pen zapewnia stabilne połączenie, czułość przy nacisku oraz pozwala dostosować rozmaite funkcje. Elegancka metalowa konstrukcja o idealnych proporcjach przywołuje na myśl wieczne pióro, co sprawia, że korzystanie z niego staje się jeszcze przyjemniejsze. Praktycznym gadżetem jest również stacja dokująca MSI USB-C Gen 2, dzięki której można łatwo i szybko rozszerzyć swoje środowisko pracy. Wystarczy podłączyć do niej zarówno dodatkowe wyświetlacze i urządzenia poprzez wejścia USB. Stacja pozwala na podpięcie aż 3 ekranów oraz 5 innych narzędzi, zapewniając komfort odbioru obrazu 4K oraz najlepszej jakości transmisję danych.

Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe) Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe)

Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe) Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe)

Produkty z serii MSI Summit to najlepsi towarzysze ludzi biznesu i profesjonalistów. Maksymalna wydajność, nowoczesne funkcje i perfekcyjne wzornictwo zapewniają komfort pracy i sprawiają, że staje się ona łatwa, lekka i przyjemna. Gwarantujemy, że z takim sprzętem sukces jest na wyciągnięcie ręki.

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas – sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Styl Życia

Rodzina amiszów w Polsce – jak żyją polscy amisze?

Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi. W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.

„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.

Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita. – Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

(Fot. Radosłąw Kaźmierczak) (Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności.

Kim są Amisze? Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.

  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Psychologia

Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Gdy jesteśmy świadomi, skąd się biorą nasze emocje, co znaczą – możemy konstruktywnie działać, nawet jeśli impulsem były gniew czy złość. Jak nie dopuścić do tego, by emocje odłączały nas od myślenia? Pytamy trenerkę biznesu Joannę Heidtman.

Na obecnym rynku pracy równie ważne jak wykształcenie i wiedza są umiejętności osobiste – czytanie emocji innych i odpowiednie reagowanie na nie. Dlaczego tak dużo mówi się dziś o inteligencji emocjonalnej?
Zwracamy uwagę na emocje, bo współcześnie pracujemy i działamy w różnorodnych, interdyscyplinarnych zespołach, uczestniczymy w wielu projektach, których efekt zależy zarówno od naszej wiedzy, jak i od tego, czy potrafimy odpowiednio zarządzać relacjami, czyli pozyskać motywację do działania innych, utrzymać ich pozytywne nastawienie tak do nas, jak i do zadań. Nawet w redakcji magazynów, żeby powstał kolejny numer, musicie na wszystkich etapach ze sobą współpracować, spotykacie się z różnymi osobami, o różnym temperamencie, o różnych umiejętnościach, musicie reagować na zmiany, dopracowywać szczegóły, porozumiewać się mimo różnic. Rzadko kiedy czyjaś praca jest dziś całkowicie jednostkowa, samodzielna, odseparowana. Inteligencja emocjonalna koreluje więc z szeroko rozumianym sukcesem zawodowym. Jeśli mamy niewielkie kompetencje społeczne, niską inteligencję emocjonalną, to mimo kompetencji i wysokiego IQ możemy skutecznie zniechęcić do siebie ludzi, a nie pozyskać ich do współpracy.

Czy inteligencja emocjonalna jest wyuczalna?
Jest, ale to może być dla nas kosztowne... emocjonalnie. Bo oznacza, że musimy pracować ze swoimi emocjami, być świadomi, co to za stan emocjonalny właśnie przeżywamy, z czego on wynika. Bez samoświadomości nie ma inteligencji emocjonalnej. Czyli musi zajść proces: „Ja wiem, co się ze mną dzieje”. A gdy wiem jeszcze, z czego to wynika, to mogę tym pokierować. Przykład, bardzo ciekawy, z wczoraj – osoba raczej introwertyczna, menedżerka w nowej pracy, w nowym otoczeniu, próbująca poprawnie i według zasad poprowadzić nowy zespół, orientuje się, że koledzy w jej obecności mówią, że coś zrobią, a potem okazuje się, że tego jednak nie robią; albo mówią jej, że jest dobrze, a za jej plecami twierdzą, że jest źle. Gdy powoli orientuje się w tej sytuacji, zaczyna odczuwać silną złość. Przyswaja tę emocję na poziomie intelektualnym, jest świadoma tego, co się z nią dzieje i dlaczego (łamane są zasady, które mogą doprowadzić do katastrofy zespołu). Rozumie, że jej złość naprawdę nie wynika z tego, że czuje się lekceważona i urażona, ale jako lider jest świadoma zagrożenia, jakie takie zachowania mogą spowodować. Tak uświadomiona emocja mobilizuje ją do działania, decyduje się na ingerencję i trudną, ale potrzebną konfrontację, która eliminuje tę interpersonalną grę. Gdyby nie odczuwała emocji albo sobie nie uświadamiała, skąd bierze się jej złość lub też gdyby nie przetworzyła jej na rozwiązanie problemu, mogłaby po prostu obrazić się na zespół albo, by uniknąć konfrontacji, udać, że nic się nie dzieje. A problem trwałby nierozwiązany. Tak więc reakcja emocjonalna dała w tym przypadku wskazówkę do konstruktywnego i odważnego działania.

Często spotykam ludzi, którzy unikają konfrontacji, boją się ujawniania złości. A przecież nie jesteśmy androidami i gdy zamykamy za sobą drzwi mieszkania, wciąż pozostajemy istotami emocjonalnymi, które dysponują też określonymi umiejętnościami.
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. Współdziałanie pomimo różnic jest ważnym czynnikiem naszego sukcesu. Dlatego odczytywanie emocji własnych i cudzych jest takie ważne. Nieunikanie ich. Stany „bez emocji” to przeważnie stany chorobowe, niekorzystne, na przykład pewne fazy depresji, wypalenie zawodowe lub też zaburzenia, takie jak anhedonia, w której osoba jest niezdolna do odczuwania przyjemności czy spontanicznego wyrażania takich emocji, jak radość czy gniew. Emocje są niezbędne! Są naszym współdoradcą, drogowskazem, podpowiedzią, za czym iść, a czego unikać. Są paliwem do działania, ale rzeczywiście czasem sądzimy, że w obszarze pracy powinniśmy ich z definicji unikać, blokować je, ukrywać.

Obawiamy się zwłaszcza emocji nazywanych „trudnymi”.
Tak, a psychologia nie dzieli emocji na dobre lub złe. Aczkolwiek w świecie biznesu rzeczywiście często nie wiemy, jak reagować, gdy odczuwamy emocje. Tymczasem pokonywanie trudności często właśnie dzięki nim jest możliwe. Przecież nasze zaangażowanie, ambicje czy satysfakcja z realizacji zadań mają silny komponent emocjonalny. Bez emocji nawet nie chciałoby nam się chcieć! Ale także lęk czy odczuwany niepokój wbrew pozorom jest nam w pracy potrzebny – byśmy unikali sytuacji, które mogą nam zagrażać. Gniew może nam powiedzieć, że ktoś naruszył nasze psychologiczne granice albo istotne dla nas wartości. Entuzjazm i radość są paliwem do działania, a smutek może być choćby po to, żeby na chwilę zwolnić, wycofać się, zaleczyć rany. A więc wszystkie emocje są i ważne, i potrzebne.

Kiedy zaczynają szkodzić?
Wtedy, gdy stają się dla nas albo dla otoczenia destrukcyjne. Czyli zazwyczaj wtedy, gdy sami nie rozumiemy, co się z nami dzieje, i wyłączamy myślenie. Wtedy emocje są niebezpieczne. Na przykład kiedy każdą uwagę na temat naszej pracy odbieramy jako atak na siebie. Albo gdy gniew spowodowany inną sytuacją – w domu czy na ulicy – przenosimy do miejsca pracy i okazujemy go, nieświadomie, wobec pracowników. Niczemu to nie służy, a niszczy dość skutecznie relacje w miejscu pracy. Zbadano nawet, ile firmę kosztuje zły humor szefa, który wnosi swoje emocje, takie jak złość czy poirytowanie, do zespołu. Pracownicy odczuwają je dzięki tzw. neuronom lustrzanym zlokalizowanym w mózgu. Nawet niezrozumiała dla nas czyjaś złość – zwłaszcza jeśli jesteśmy w jakiejś zależności z tą osobą – wpływa destrukcyjnie na nasze zaangażowanie, pewność siebie i skuteczność. Zatem, szefie, jeśli nie będziesz rozumiał swoich emocji i nie neutralizował nastroju, to stracisz!

Wszyscy, nawet najbardziej gruboskórne osoby, współodczuwają stany emocjonalnie innych, ale różnie na nie reagują.
Tak, na przykład mało empatycznie. Ale to dlatego, że współodczuwanie czyjegoś smutku może być dla nich nieprzyjemne, niekomfortowe. Jednak dobra wiadomość jest taka, że tak samo zarażamy się też radością, entuzjazmem czy optymizmem. W organizacjach, niestety, wciąż chyba najwięcej jest złości… To dlatego, że dominuje stres wynikający z presji zadań, wymagań, oczekiwań. A nawet nieduże, lecz stałe napięcie działa w naszym mózgu i ciele tak jak tykająca bomba zegarowa. Jesteśmy cały czas nastawieni bojowo, ale nie możemy tego napięcia uwolnić. Ani przez konfrontację (walka), ani przez wycofanie się z sytuacji (ucieczka). I będąc w tym pacie, w którymś momencie albo zaczynamy reagować agresywnie w zupełnie neutralnych sprawach, albo zaczynamy chorować. Emocje i ciało są ze sobą ściśle powiązane.

Takim bojowym stresem jest też życie w trybie ciągłych zmian. Czy to na stanowiskach, czy w określaniu celów zespołu.
Lęk jest kolejną emocją, która może działać destrukcyjnie, także wtedy, gdy jeszcze czegoś nowego nie spróbowaliśmy, a już się tego boimy! Nie wiem, jak wypadnę na konferencji branżowej z własną prezentacją, ale w wyobraźni rysuję tak czarny scenariusz, że od razu wycofuję się z podjęcia tego zadania. To jest nierozwojowe, blokujące, zaniżające na dłuższą metę naszą samoocenę. A stres związany z tym, o czym mówisz, pojawia się często wówczas, gdy mamy np. mały dostęp do informacji, jak ta zmiana będzie przebiegać – wtedy rzeczywiście wzrasta niepewność, tracimy grunt pod nogami i pojawia się lęk. Nasza sytuacja, nie tylko zawodowa, ale i życiowa, potrzebuje być przynajmniej w minimalnym stopniu przewidywalna, żebyśmy mogli robić plany, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, żebyśmy mogli śmiało działać. W takich sytuacjach zawsze warto dążyć do zebrania jak największej wiedzy dotyczącej zmian. Inaczej dominuje niepewność, a chaos jest silnie powiązany z lękiem. To też duża strata dla pracodawcy – bo lęk nas paraliżuje i stajemy się mniej aktywni, niepokój nie pozwala nam myśleć o tym, jakie mamy zadania do wykonania tu i teraz.

Konflikty interpersonalne w miejscu pracy często wynikają też z tego, że nie respektujemy wzajemnych różnic. Tymczasem każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, by dobrze działać. Może wystarczy to zrozumieć, aby się dogadać.
Oczywiście, różnimy się charakterami, potrzebami, strefą komfortu czy potrzebami zmian – są tacy, którzy cenią stałość w zespołach, w strukturach i zadaniach, a są tacy, którzy dobrze się czują w zmianach, a nawet ich oczekują z radością i niecierpliwością! Wiedza o własnych i cudzych emocjach, opanowanie ich poprzez myśli, pomaga przejść przez zmiany i konflikty bez lęku i większych strat. Czyli pierwszy krok – świadomość, drugi krok – działanie, ale oparte na świadomej decyzji, a nie dyktowane wzburzeniem czy strachem.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach.