fbpx

Kobieta w krajach macho

Kobieta w krajach macho

Pewnego dnia postanowiła zrobić coś tylko dla siebie – rzuciła pracę w dużej firmie i wyjechała w samotną podróż do Ameryki Południowej.
Anita Demianowicz, globtroterka, opowiada o wyprawach na własną
rękę i spotkaniach
z niezwykłymi kobietami. Rozmawia Krzysztof Boczek

Choć cenisz swoją niezależność, sama przyznajesz, że zdarza ci się chodzić wydeptanymi drogami.

Nie uważam się za podróżnika, jakim jest na przykład Marek Kamiński, ale chociaż w Peru chcę zobaczyć turystyczne Machu Picchu – bo to piękne miejsce – to nie uważam się też za turystkę. Chodzę głównie własnymi ścieżkami. Podczas mojej pierwszej samotnej podróży – do Ameryki Środkowej, w którą wyruszyłam tuż po rzuceniu pracy w korporacji, szukałam swojej drogi. Poznawałam samą siebie. I wtedy skupiałam się na tym, by zwiedzać, chłonąć. Jakbym miała w głowie, że w czasie urlopu wszystko trzeba odhaczyć. Ale zrozumiałam, że tak się nie da. Teraz na szlaku wolę się skupić na ludziach, codziennym życiu. Siąść, pogapić się na przechodniów, a nie gnać do kolejnych ruin.

Podobno jako dziecko chciałaś być indiańskim szamanem.

Tak, od małego ciągnęło mnie do Indian. Mój dziadek, kapitan żeglugi wielkiej, przywoził mi pamiątki, obrazy, np. z peruwiańskimi kobietami w kapelusikach. Opowiadał dużo historii z podróży. Ameryka Południowa przewijała się w moim życiu od zawsze. Pewnego razu wybrałam się do szeptuchy, która mi powiedziała: „W poprzednim wcieleniu byłaś indiańskim szamanem. Ciągnie cię do Indian”. Skąd to wiedziała? Nie wiem.

Co się stało, że po pięciu latach pracy w firmie farmaceutycznej ruszyłaś w długą podróż?

Zmęczyłam się. Czułam się trybikiem w wielkiej machinie. Statystyki i sprzedaże. Jesteś wart tyle, ile przynosisz zysku. Tak długo się nie da. Praca musi dawać radość, a mnie od pierwszego dnia tam nie pasowało. Trzymały mnie jednak dobre zarobki. Na początku zakładałam, że popracuję rok i odłożę na gabinet logopedyczny – coś swojego. Dopiero po czterech latach pracy wykiełkował we mnie pomysł, by wyjechać na dłużej. Zobaczyć coś, przeżyć. Natchnęły mnie do tego prelekcje podróżnicze. Do tamtej pory nie zrobiłam w życiu niczego, by spełnić swoje marzenia. W okolicy trzydziestki – w pierwszym etapie kryzysu średniego – nie wytrzymałam. Wyjechałam. Sama, do Gwatemali. Na pięć miesięcy. Mąż mi w tym pomógł – moja frustracja odbijała się bowiem też na nim.

To wtedy zrodził się pomysł, by nagłośnić sytuację kobiet żyjących w kulturach macho?

Potrzebowałam od włóczęgi czegoś więcej. Ciekawych tematów. Dlatego robiłam wywiady z kobietami, które wykraczają poza stereotypy w krajach, gdzie dominuje kultura macho. Kobiety są tam zdominowane przez mężczyzn. W Gwatemali ponad 80 proc. mężczyzn uważa, że żona nie może wyjść z domu bez ich zgody. A 70 proc. kobiet się na to zgadza! U Indian – rdzennych mieszkańców tego regionu – kobieta jest od gotowania, rodzenia dzieci i zajmowania się domem. Mężczyzna zaś ma wiele partnerek i często zostawia je na pastwę losu z dziećmi. Muszą sobie wtedy dać radę same, a jako kobiety są traktowane jak gorszy sort pracowników. Działaczki z pewnej organizacji w Nikaragui powiedziały mi, że ich najważniejsze problemy to system patriarchalny oraz społeczna akceptacja przemocy fizycznej i seksualnej. Według założycielki tej organizacji – to wina samych kobiet. Bo mają niskie poczucie własnej wartości.

I sądzą, że taki po prostu jest ich los?

Właśnie. Szukałam też szczęśliwych kobiet, które się tam realizują. Najbardziej utkwiła mi w pamięci Carmencita – znana w Panamie ekolożka, która walczy o prawa rdzennych mieszkańców i ochronę środowiska. Kiedyś była zawodową tancerką w Kanadzie. Za czasów dyktatury Noriegi wróciła do kraju, by pomóc mamie prowadzić plantację kawy po śmierci ojca. Za swoją działalność ekologiczną trafiła na czarną listę dyktatora. Więzili ją, przesłuchiwali, bili. Raz połamali jej nogi, tym samym uniemożliwiając jej powrót do tańca. Teraz wprawdzie chodzi, ale to jest bolesne. Całkowicie poświęciła się pomocy Indianom i ochronie środowiska. Biła od niej siła i determinacja, ale też ogromne ciepło. Zapytałam, czy teraz jest szczęśliwa. Mówiła, że tęskni za tańcem, ale realizuje się w tym, co robi. „Dla siebie zrobiłam już dużo, gdy tańczyłam. Teraz przyszedł czas, by to dobro, które mnie spotkało, oddać innym”. Wiele kobiet, z którymi rozmawiałam, realizowało się życiowo właśnie poprzez pomoc innym.

Czy te rozmowy zmieniły twoje spojrzenie na życie?

Doceniłam to, co mamy w Europie. Tam kobiety naprawdę muszą ciężko walczyć o prawa, które dla nas są oczywiste. Moje rozmówczynie nie mogły uwierzyć, że mąż puścił mnie w taką podróż. „Jak to?” – pytały. W innym miejscu świata – Iranie – sytuacja kobiet jest jeszcze gorsza. Tam kobiety nie mogą nawet jeździć na rowerach! Jechałyśmy przez ten kraj w cztery dziewczyny plus jeden chłopak. Gdy Iranki nas zobaczyły, wyszły na ulicę i biły brawo. „O co chodzi?”. Nie rozumieliśmy tego. „Ale ja wam zazdroszczę, że możecie jeździć na rowerze.
My nie możemy. Bo to niemoralne” – tłumaczyły. Jeszcze niedawno – do kwietnia 2015 roku – nie mogły nawet kibicować na stadionie.

Teraz, kiedy zdarza mi się narzekać, uświadamiam sobie, że tak naprawdę mam świetne życie. Gdy coś mi się nie udaje, wspominam historie kobiet takich jak Carmencita. To mi pomaga. Tak, ta podróż wiele mnie nauczyła. Gdy po pięciu miesiącach wróciłam, myślałam: „Teraz to już mogę wszystko”. To był mój osobisty sukces. Wyjechałam jako niepewna siebie dziewczyna, bez znajomości języka, do krajów, w których jest bardzo niebezpiecznie. Teraz sądzę, że ten skok na głęboką wodę dobrze mi zrobił. Bo postawiłam się w nowej sytuacji.

Odbyłaś jeszcze jedną niezwykłą podróż – latem 2015 roku samotnie objechałaś Polskę
rowerem wzdłuż jej granic.

Miałam wtedy bardzo trudny rok – potrzebowałam oddechu, czyli samotnej podróży. Pojechałam więc na wschodnią granicę Polski. „Dokąd dojadę, to dojadę” – pomyślałam. Udało mi się objechać Polskę dookoła. Szeptuchy, szamani, pustelnik, tatarskie Kruszyniany – szukałam nietypowych osób i miejsc. Na tych polnych dróżkach Polska jest najpiękniejsza. A najlepsze, że to wszystko mamy pod nosem, na białostockiej wsi– nie trzeba jechać aż na wyspy Indonezji. Spodobała mi się ta powolność życia na wschodzie Polski. Prawie przy każdym domu pod płotem stoi ławka. Starsi ludzie siadają na nich i obserwują. Lubię wyprawy rowerem, bo wtedy życie płynie wolniej. Rower daje przestrzeń i kontakt z naturą, a to mnie wycisza. Codzienny rytuał zaś – dojeżdżam gdzieś, rozbijam namiot, robię obiad – wprowadza w moje życie ład i porządek.

Czy długie podróże to nie jest twój sposób na przedłużenie sobie dzieciństwa, beztroski,
ucieczkę od czegoś, co nieuniknione?

Od dorosłości? Na pewno. Stała praca, kredyt w banku, dzieci, i tak do emerytury, a do tego tylko 26 dni urlopu w roku – taki schemat mnie przerażał. Chciałam, by podróże były częścią mojego życia. Także pracą. Wyjeżdżając na pierwszą wyprawę, zaczęłam współpracę z portalami internetowymi – pisałam dla nich artykuły. Ale chciałam więcej. Teraz, gdy wracam, opowiadam o swoich podróżach, robię prelekcje i dostaję za to pieniądze. To jest więc także moja praca, ale znacznie mniej monotonna. Ja potrzebuję, by coś się działo, a wyjazdy mi to zapewniają. Gdy wracam do domu, to mój mąż mówi: „Ależ ty jesteś nudna. Nigdzie ci się nie chce wyjść”. Bo mam w trasie tyle bodźców i emocji, że nie potrzebuję już tego w wolnym czasie.

W Gdańsku organizujesz spotkania podróżujących kobiet. Dodajesz im odwagi?

Tak. Zanim sama ruszyłam w pierwszą półroczną wyprawę, bardzo się bałam. Wcześniej wyjeżdżałam tylko z mężem i to on wszystko organizował. Byłam pewna, że się zgubię albo mnie oszukają, napadną, zgwałcą. Potrzebowałam, by jakaś kobieta – to była akurat Monika Witkowska – powiedziała mi: „Nie masz się co bać. Dasz radę. Jedź!”. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, dostawałam maile od dziewczyn, które miały podobne dylematy jak ja przed wyjazdem: „O rany, ja też tak chcę! Nie bałaś się?”, „Co trzeba zrobić, by wyjechać?”. I wtedy pomyślałam, że warto zorganizować takie spotkania, na których to kobiety będą opowiadać o swoich wyprawach. Radzić innym, co zrobić, by wyruszyć.

Czego dowiedziałaś się z tych spotkań?

Że w Polsce mamy podobny problem jak kobiety w Ameryce Środkowej – nie doceniamy siebie, własnych umiejętności. Myślimy, że sobie nie poradzimy. Boimy się też samotności. A to błąd. Bo trzeba wiedzieć, że gdy jedzie się samemu, to nigdy się nie jest samotnym. Miejscowi do takiej osoby nawet bardziej się garną. Łatwiej nawiązać kontakt. Kobiety czasami mi mówią: „Boże, jaka ty jesteś odważna”. Odpowiadam im: „Właśnie, że nie jestem. Przed pierwszą podróżą byłam porażona strachem, nie spałam nocami”. Ale zaraz potem cytuję Marka Twaina: „Odwaga to nie jest brak strachu, ale umiejętność panowania nad nim”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>