„Milion Cudownych Listów”: projekt Jodi Ann Bickley trwa już 7 lat

Jodi Ann Bickley swój pierwszy list napisała do ukochanej, zmarłej babci. Miała wtedy 5 lat. Później, jako nastolatka, pisała pełne optymizmu liściki do nieznajomych, aby podnieść ich na duchu. (fot. iStock)

Jodi Ann Bickley ma na swoim koncie prawie 5 tysięcy listów. Wdzięczność, empatia, dobre słowo dla każdego – wszystko ręcznie spisane na papierze. Wsparcie, którego udziela Jodi to dla wielu osób nieoceniona dawka miłości w momencie życiowego kryzysu. Czy jej listy zmieniają życie? Czego dowiedziała się o ludziach przez te wszystkie lata?

Przypominamy wywiad z Jodi z archiwalnego numeru magazynu „Sens”. Jak widać po wpisach na Twitterze jej działalność jest wciąż trwa.

Poetka, pisarka, performerka od lat nie rezygnuje ze swojego projektu. Jak podaje w jednym z ostatnich postów na Twitterze napisała już 4705 listów.


W 2011 roku Jodi Ann Bickley trafiła na ostry dyżur po ugryzieniu kleszcza. Zapalenie mózgu, paraliż połowy ciała i miesiące spędzone w łóżku odebrały jej nadzieję. Przywrócił ją projekt „Milion Cudownych Listów”. Pomagając innym, uratowała siebie.

Pomysł na „Milion Cudownych Listów” przyszedł do ciebie w najmroczniejszym momencie życia. Lekarzom ledwo udało się ciebie odratować, ale ciało nadal odmawiało współpracy, bez balkoniku nie wychodziłaś z domu. Odsunęłaś się od bliskich…
Byłam wtedy w bardzo złym stanie psychicznym i fizycznym. Życie rzuciło mnie na kolana, miałam myśli samobójcze, byłam przykuta do łóżka i nie mogłam wykonać nawet najprostszych czynności. To był zdecydowanie najgorszy moment w moim życiu. I właśnie wtedy pojawiała się myśl: „Może inni ludzie czują się podobnie i przechodzą przez ciężki czas”. Wpadłam na pomysł, że jeśli im pomogę, to razem wyjdziemy z tego dołka. Założyłam stronę internetową i napisałam, że mogą skontaktować się ze mną, kiedy jest im źle, i podać mi swój adres, a ja napiszę do nich podnoszący na duchu list. Rozmiar, do jakich rozrósł się ten projekt, przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Obecnie po trzech latach działania moją stronę odwiedziło już pół miliona osób z około 150 krajów. Jak policzyłam, do tej pory odpisałam na cztery i pół tysiąca listów. Obecnie pracuje ze mną od 10 do 15 wolontariuszy, którzy pomagają mi w pracy – oczywiście każdy napisany przez nich list czytam przed wysłaniem. Na dzień dzisiejszy na list czeka 8 tysięcy osób.

Czego przez te trzy lata dowiedziałaś się o ludziach?
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że chociaż z pozoru jesteśmy bardzo różni, to w głębi duszy wszyscy tak naprawdę – jako ludzie – jesteśmy do siebie podobni. Mamy te same potrzeby – pragniemy wsparcia i przypomnienia, że jesteśmy odważni, silni i warci miłości. Ja moimi listami nie naprawiam ludzi ani nie rozwiązuję ich problemów, ja im tylko piszę o tym, o czym sami wiedzą – że są ważni dla tego świata.

Na ile istotne dla samej ciebie i w naszych czasach jest to, że wszystkie twoje listy są pisane ręcznie?
Żyjemy w zabieganych i zaawansowanych technologicznie czasach. Gdybym chciała się teraz skontaktować z moją mamą w Anglii, zajęłoby mi to kilka sekund i nie wymagałoby ode mnie żadnego wysiłku – poza wysłaniem SMS-a. Z drugiej strony, napisanie tradycyjnego listu, włożenie go do koperty i wysłanie wymaga czasu i uwagi, ale efektem jest odrobina magii na co dzień. Ręcznie pisane listy są jak skarb, jak amulet, który zawsze możesz mieć przy sobie i czerpać z niego siłę. Ja do tej pory trzymam w pudełku pod łóżkiem wszystkie listy, jakie dostałam w życiu, począwszy od czasów szkolnych. To najcenniejsza rzecz, jaką mam. Dlatego listy w ramach projektu „Milion Cudownych Listów” będą zawsze pisane ręcznie.

Zostałaś wychowana w kochającym domu, co prawda niepełnym, bo bez ojca, ale za to pełnym miłości. Twoja mama wierzyła w ciebie i zawsze cię bardzo wspierała. Mimo wszystko w starciu ze światem i losem, który objawił się w postaci przewlekłej choroby, musiałaś od nowa zbudować wiarę w siebie.
Otrzymuję wiele maili na temat tego, jak moje listy pomagają ludziom, ale chciałam powiedzieć, że one też bardzo pomagają mnie. Dzięki nim cały czas się uczę tego, że jestem wystarczająco dobra i że jestem kochana. Ale chociaż otacza mnie miłość i wsparcie bliskich, to czasami czuję, że znów zaczynam wątpić. Cierpię na chroniczne zmęczenie i czasem walka z chorobą i sobą bywa naprawdę ciężka. Wtedy listy są dla mnie niczym latarnia morska, która rozświetla mrok, choć piszą do mnie przecież zupełnie obcy ludzie. Myślę, że to działa w obie strony – pocieszenie od obcej osoby czasem znaczy więcej niż wsparcie najbliższych. Rodzina oraz przyjaciele w pewnym sensie muszą nas pocieszać i mówić miłe słowa, bo nas kochają. Obca osoba nie musi i dlatego to, że to jednak robi, jest takie ważne.

Choć praktyka wdzięczności i nurt pozytywnej psychologii zyskują coraz większą popularność, to wiele osób nadal traktuje je podejrzliwie, twierdząc, że to filozofia dobra dla ludzi, którzy nie mają żadnych problemów. Ty nie miałaś w życiu lekko i nadal walczysz o swoje zdrowie, dzięki czemu twój przekaz jest ważniejszy. Mówisz, że bycie życzliwym i dobrym nie zawsze jest łatwe, ale możliwe.
Niektórzy lubią się doszukiwać ciemnej strony każdej pozytywnej inicjatywy, mówią na przykład, że jeśli ktoś robi coś dla innych, to robi to tylko dla siebie. Cóż, myślę, że trzeba im na to pozwolić. Myślę, że tacy ludzie potrzebują przede wszystkim być bardziej łaskawi dla siebie. Wierzę, że gdybyśmy wszyscy byli życzliwi w stosunku do siebie nawzajem, to świat byłby szczęśliwszym miejscem.

Ja zawsze byłam otwarta na ludzi, co z jednej strony jest moją największą siłą i błogosławieństwem, a z drugiej źródłem cierpienia. Już kiedy byłam mała, pociągały mnie takie drobne akty życzliwości – pisałam pozytywne hasła w podręcznikach, na ławkach w szkole, a nawet na małych karteczkach, które zostawiałam ludziom w autobusie. Chciałam zobaczyć uśmiech na ich twarzy, złapać z nimi jakiś kontakt. Kiedy kogoś poznaję,
od razu mu ufam, bo nie dał mi żadnego powodu, żebym miała tego nie robić. Konsekwencją takiej postawy jest czasem ból, ale znacznie częściej – myślę, że w proporcji co najmniej 1 do 10 – magia spotkania z drugim człowiekiem. Korzyści z otworzenia się na innych są więc większe niż ryzyko zranienia.

Cierpisz na chroniczne zmęczenie, ale czy nie czujesz się też zmęczona ludzkimi problemami?
Tylko wspomniałaś o zmęczeniu, a ja już zaczęłam ziewać (śmiech). Tak, jestem zmęczona, ale głównie z powodu choroby. Choć dziś już znacznie lepiej sobie z nią radzę. Przeszłam terapię, mam stały kontakt z lekarzami, którzy uczą mnie być bardziej wyrozumiałą dla siebie. Na początku walczyłam ze zmęczeniem, teraz staram się je uwzględniać w moim planie dnia. Więcej odpoczywam. Mam też cudownego męża i to jest ktoś, kogo znam od 16. roku życia – nie opisałam go w książce „Milion Cudownych Listów”, ale może pojawi się w następnej. Mam 13-miesięczną córeczkę, podróżuję, piszę listy, chcę zrobić wystawę mojego projektu. Ostatecznie wszystko potoczyło się pięknie. Zaczęło się od bardzo mrocznego momentu, a dziś mogę powiedzieć, że zalewa mnie światło.

Ten list jest do Ciebie

(…) Sprawiasz, że nasz świat staje się odrobinę piękniejszy, więc w imieniu całego świata chciałabym Ci podziękować. Pielęgnuj w sobie dziecięcą ciekawość. Masz ogromny potencjał, a przed Tobą jeszcze wiele pracy. Spisz listę tego, co chcesz osiągnąć – ważnych celów i błahostek. I odhacz na niej wszystkie punkty! Masz na to czas. Często tak długo martwimy się brakiem czasu, że nie zdajemy sobie sprawy, ile go marnujemy. A czasu zawsze wystarczy. Nie musisz codziennie robić czegoś, co Cię przeraża – panika psuje zabawę – za to codziennie rób coś, co Cię uszczęśliwia. Nie musi to być nic wielkiego – po prostu to zrób! Bo kiedy się uśmiechasz, wyglądasz naprawdę przepięknie. (…) Uwierz mi – na całej tej planecie nie ma kogoś takiego jak Ty. (…) Nie myśl, że każdego dnia musisz przenosić góry, żeby być coś warty – czasem wystarczy, że otworzysz oczy. Nie ma nikogo, kto zasługuje na szczęście bardziej niż Ty. Wystarczy, że jesteś. Jodi