fbpx

Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowską, która rzuciła miasto dla Bieszczad

Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowska, która rzuciła miasto dla Bieszczad
Anna Kosmowska, rękodzielniczka i właścicielka biżuteryjnej marki Kundelinchi. (Fot. @kundelinchi)

Anna Kosmowska – rękodzielniczka i właścicielka biżuteryjnej marki Kundelinchi, zrobiła to, o czym wielu z nas marzy od lat. Porzuciła miejskie wygody i z Wrocławia przeprowadziła się do najbardziej dzikiego zakątka Bieszczad.

Co wydarzyło się w twoim życiu, że postanowiłaś przeprowadzić się w dzikie góry?
Od wielu lat wiedziałam, że kiedyś chciałabym rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Gdy się już z życiem ogarnę, gdy zrealizuję cele, gdy będę w szczęśliwym związku, gdy zarobię pieniądze na wymarzony mały, drewniany domek, gdy spełnię te wszystkie oczekiwania wobec siebie. Lata mijały, a cele nadal pozostawały niezrealizowane. W życiu osobistym nie układało mi się najlepiej, zaczęłam też chorować na depresję – wówczas jeszcze nie zdiagnozowaną. Osuwałam się w swoją prywatną otchłań, i odcinałam od wszystkich bliskich mi ludzi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że muszę jakoś się ratować. Wbrew temu, co sądzi wiele osób, to nie była ucieczka. To był powrót. Powrót do korzeni, do mojego miejsca, do marzeń. Pozwoliłam sobie na luksus zaprzestania odkładania życia na wieczne potem. Miałam rację, to pomogło. Nie od razu, i przyznaję, że nadal zdarzają się dni, gdy nie jest mi łatwo, ale czuję się dużo lepiej, niż jeszcze rok temu. Wiem, że jestem na właściwej drodze.

„Mam na imię Anna i jestem jakby życiowym nieudacznikiem. Czarną owcą w rodzinie”. W ten sposób przedstawiłaś się swoim obserwatorom na Instagramie.
Faktycznie, napisałam tak pod jednym z postów. Moje życiowe wybory nigdy nie były zbyt popularne. Młodzieńczy bunt przechodziłam burzliwie – w discmanie płyty z deathcoreową muzyką, na twarzy kolczyki, na głowie dredy, a w głowie… ogromny bałagan. Wiele osób z najbliższego otoczenia nie potrafiło zaakceptować mnie taką, jaką byłam. Zacierali tylko ręce, wyczekując momentu aż dorosnę i znormalnieję. Nie doczekali się. Od tamtej pory wiele się zmieniło, nie noszę już dredów i nie słucham ostrej muzyki, jednak w środku nadal jestem tym samym człowiekiem – osobą, która zawsze podąża własną ścieżką, gdziekolwiek by ona prowadziła. A zazwyczaj prowadzi w mało popularne miejsca. Liceum plastyczne zamiast ogólniaka, studia biologiczne zamiast medycznych, praca rękodzielnicza zamiast etatu, a teraz – bieszczadzkie pustkowie zamiast miasta.

Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowska, która rzuciła miasto dla Bieszczad
To góry określają zasady i zdejmują z człowieka konieczność bezustannego dokonywania wyborów. (Fot. @kundelinchi)

Napisałaś również „nie mam tego wszystkiego, czego oczekuje ode mnie świat”. Czego oczekiwał od ciebie świat albo rodzina?
Tej tzw. normalności. Studiów, po których możesz znaleźć dobrze płatną pracę na etacie, rodziny, męża i dzieci, domu na kredyt. Jestem kobietą po trzydziestce, a nadal tego wszystkiego nie mam – umówmy się, taki scenariusz nie wpisuje się w oczekiwania większości. Na szczęście bardzo szybko zrozumiałam, że moim życiowym celem nie jest spełnianie cudzych oczekiwań. Skupiam się na własnych. Jednak i one potrafią przytłoczyć – nasze własne oczekiwania wobec siebie często najwięcej ważą. Jeszcze do niedawna oczekiwałam od siebie bardzo dużo – o wiele więcej, niż byłam w stanie udźwignąć. Ciągle chciałam się rozwijać, doświadczać nowych rzeczy, zwiedzać świat, być wszędzie i robić wszystko. To chyba częsta przypadłość w naszych czasach. W pewnym momencie czara się przelała.

„Anna, kobieta, która odpuściła”. Co odpuściłaś, a co dały ci Bieszczady?
Odpuściłam własne wyśrubowane oczekiwania wobec siebie. Przestałam od siebie ciągle wymagać, pozwoliłam życiu po prostu płynąć. I, o dziwo, dopiero wówczas zaczęły się dziać piękne rzeczy, dopiero wtedy zaczęłam stawać się szczęśliwym człowiekiem. Co mi dały Bieszczady? Dały mi przestrzeń, by to mogło się zadziać. „Bieszczady cię nie uzdrowią”- często słyszałam te słowa przed przeprowadzką. Odpowiadałam wtedy: Ależ wiem, że mnie nie uzdrowią. Ale za to dadzą mi przestrzeń, warunki do tego, bym mogła uzdrowić się sama. Nie myliłam się.

Porozmawiajmy o miejscu, w którym teraz mieszkasz, czyli twoim nowym domu. Czy łatwo znaleźć lokum do wynajęcia w Bieszczadach?
Nie jest łatwo. Miejsca, w którym mogłabym zamieszkać, szukałam ponad rok. Bieszczady są słabo zaludnione, a więc domów czy działek na sprzedaż jest relatywnie mało, natomiast takich do wynajęcia – nie ma wcale. Nieruchomości są tutaj niebotycznie drogie, wiedziałam więc, że kupno czegokolwiek nie wchodzi w moim przypadku w rachubę. Poruszyłam niebo i ziemię, szukając miejsca, gdzie mogłabym zacząć wszystko od nowa – przeglądałam lokalne portale, serwisy z ogłoszeniami, fora internetowe i grupy na Facebooku. Na jednej z takich grup w końcu udało mi się trafić na kogoś , kto znał kobietę, która chciała wynająć swój dom. I takim właśnie sposobem trafiłam do wioski u podnóża Otrytu.

Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowska, która rzuciła miasto dla Bieszczad
Od października 2019 roku Anną Kosmowska wynajmuje dom pod Otrytem, niedaleko miejscowości Chmiel. (Fot. @kundelinchi)
Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowska, która rzuciła miasto dla Bieszczad
Anna mieszka razem z kundelkiem o imieniu Kundelsien i kotką Podchmieloną Otrysią. (Fot.@ubojnia_motyli) 
Nie warto odkładać marzeń na potem. Rozmowa z Anną Kosmowska, która rzuciła miasto dla Bieszczad
Odcisk niedźwiedziej łapy (Fot. @kundelinchi) 

Po przeprowadzce na wieś wiele osób odkrywa, ile rzeczy trzeba robić samodzielnie wokół domu, brakuje sklepu za rogiem i okazuje się, że życie poza miastem nie jest sielanką. Czy coś zaskoczyło cię po przeprowadzce w Bieszczady, czy przygotowywałaś się do tego wyjazdu?
Szczerze, nic mnie szczególnie nie zaskoczyło. Chociaż całe dorosłe życie mieszkałam w jednym z największych miast Polski, to nie jestem typem mieszczucha. Zawsze ciągnęło mnie do natury, do dzikości. Do prostego życia. Doskonale zdawałam sobie sprawę, z czym się to wiąże na tak głębokiej prowincji. Na początku ciężko było się przestawić z kontekstu miejskiego na ten bieszczadzki. Wszystko w życiu musisz sobie ustawić tutaj od nowa. Gdy robisz się głodna, nie wyskoczysz na miasto na pizzę. Ba, nie podskoczysz nawet do tego przysłowiowego sklepu za rogiem. Gdy masz ochotę obejrzeć film, to nie pójdziesz do kina. Czasami nie odpalisz nawet Netflixa, jeśli akurat wichura uszkodzi sieć telekomunikacyjną. To wymaga zmiany nawyków, ale przede wszystkim – zmiany podejścia. W mieście wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale dzięki temu tylko pozornie życie wydaje się prostsze.

Dlaczego pozornie?
To bogactwo możliwości komplikowało moje życie – miliony ścieżek, którymi mogłam podążać. To, co na pierwszy rzut oka może wydawać się niedogodnością związaną z życiem w Bieszczadach, ja odbieram jako ułatwienie. Te góry określają niejako zasady, zdejmują z człowieka konieczność bezustannego dokonywania wyborów. Nie musisz ich dokonywać, ponieważ często po prostu żadnego wyboru nie masz. Życie staje się wówczas dużo prostsze. Wiem, że brzmi to paradoksalnie, ale tutaj żyje mi się dużo łatwiej, właśnie dlatego że jest trudniej.

Przybliżasz swoim obserwatorom na Instagramie bieszczadzkie życie i tutejszą przyrodę. Zaczęło się od publikacji pięknych zdjęć i relacji z wycieczek po okolicy, teraz pojawił się „Serial przyrodniczy”.
Jestem rękodzielniczką, ale przede wszystkim przyrodnikiem. Skończyłam studia biologiczne, marzyła mi się nawet kariera naukowa. Przyroda jest moją największą miłością, dlatego zależało mi, by zawsze być blisko niej. Tworzę naturalną biżuterię, wykonaną z piór, kwiatów, liści. Jednak nie chciałam ograniczać się tylko do czerpania z ukochanej przyrody zysków. Pragnęłam dać jej też coś od siebie. Tak właśnie narodził się pomysł tworzenia treści mających na celu popularyzację wiedzy przyrodniczej. Staram się ją przemycać w swoich postach, relacjach na stories, od niedawna zaczęłam prowadzić wspomniany przez Ciebie serial przyrodniczy. W przyszłości planuję też inne działania – warsztaty, może obozy, blog tematyczny lub książka. Kto wie? Jedno jest pewne, jesteśmy u progu wielkiego kryzysu ekologicznego, a katastrofie mogą zapobiec tylko zmiany na skalę globalną. Aby zaszły, konieczna jest znacznie większa świadomość ludzi. A ja wierzę w pracę u podstaw, co więcej – sprawia mi ona ogromną satysfakcję.

Pamiętam Bieszczady z czasów licealnych, w porównaniu do innych pasm górskich w Polsce, były dzikie, a turystów na szlaku niewielu. Jak to wygląda dzisiaj z twojej perspektywy?
Wiele się w tej kwestii zmieniło. Turystów z roku na rok przybywa, w sezonie letnim na szlakach można spotkać o wiele więcej ludzi, niż jeszcze kilka lat temu. Poza sezonem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W Bieszczadach nie ma typowych dla innych pasm górskich zimowych atrakcji – stoków czy tras dla narciarzy biegowych – co czyni je relatywnie mało ciekawymi dla większości turystów. Dlatego ja najbardziej kocham Bieszczady właśnie jesienią i zimą, kiedy są puste i ciche. Od stycznia nie byłam na żadnej z połonin – ruch turystyczny jest tam obecnie bardzo intensywny, wolę spacerować po bezludnych, dzikich lasach Otrytu.

Co byś poradziła osobom, które zastanawiają się nad przeprowadzką z miasta do miejsca takiego, jak twoje?
Niech przestaną się zastanawiać, tylko to zrobią! Za dużo się nad wszystkim zastanawiamy, kalkulujemy, odkładamy na później. A życie sobie mija. Jeśli naprawdę wiesz, że to właśnie jest twoja droga, zrób ten pierwszy krok i wejdź na nią. Najpierw zastanów się, czy to jest na pewno właśnie to, czego pragniesz. Czy jesteś skłonna do tak dużej zmiany, do tych wszystkich wyrzeczeń? A także, odpowiedz sobie na pytanie, czy lubisz siebie. Bo w takim miejscu będziesz spędzać większość czasu w swoim własnym towarzystwie, a trochę głupio żyć na co dzień z kimś , kogo się nie lubi, prawda?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze