fbpx

Na czym polega slow traveling i jak wpływa na naszą psychikę?

Na czym polega slow traveling i jak wpływa na naszą psychikę?
fot. iStock

Woli samotną włóczęgę niż zorganizowane podróżowanie nowoczesnymi środkami transportu. Bo w wędrówce liczy się możliwość poznania siebie, a nie odhaczanie kolejnych miejsc. Łukasz Supergan opowiada o swoich pielgrzymkach i idei slow travelingu.

Co sprawiło, że agnostyk ruszył w czteromiesięczną pieszą pielgrzymkę z Polski do Santiago de Compostela?
Chyba piątego dnia mojej pielgrzymki, gdzieś w okolicach Włocławka, przyjęła mnie na noc rodzina. Zapytali, w jakiej intencji idę na tę pielgrzymkę. Powiedziałem, że robię to z samej ciekawości. Nie potrafili tego zrozumieć.

A może twoją intencją było poznać siebie?
Było. Ale im chodziło o intencję religijną. Jestem agnostykiem, ale traktowałem to jako pielgrzymkę – wewnętrzną i zewnętrzną. Drogę, która mnie zmieni. Maszerowanie do jakiegoś celu to pretekst, by się wyciszyć i wpaść w pewien rytm. Jak podczas medytacji. Do głowy napływają różnorakie myśli, refleksje. Drogę pokonuje się nie tylko nogami, ale i… głową. Długi marsz sprzyja zadawaniu sobie pytań.

Zrobiłeś więc 12 milionów kroków w głąb siebie?
Tak bym to ujął. Tyle zrobiłem kroków w ciągu roku – idąc do Santiago, a potem wzdłuż łuku Karpat i zimą 850 kilometrów szlakiem Słowacji.

Dlaczego piechotą? Bo wolniej idziesz i więcej zauważasz?
To prawda, ale nie do końca. Bo w każdej sekundzie życia dostajemy podobną ilość kilobajtów informacji. Chodzi o uważność. Idąc wolno, w każdym miejscu spędzasz więcej czasu. Pięć razy więcej, niż np. gdybyś jechał rowerem. Każde z mijanych miejsc nabiera więc większego znaczenia. To taki slow traveling – z ilości przechodzisz w jakość.

W cztery miesiące można by objechać dookoła świat, a ja tylko przeszedłem kilka krajów. Pędząc wokół globu, zobaczysz co prawda więcej, ale nie zrozumiesz zbyt wiele. A idąc wolno, masz taką szansę – możesz absorbować świat całym sobą. Zapamiętujesz detale. Mnie w głowie utkwiła reklama przedstawiająca alpinistę, który stał na grani. Podpis: „Nieważne, co będzie za 20 lat. Ważne, co będzie za 20 kroków”. Wybrałem się na pieszą pielgrzymkę, bo tak naprawdę dotychczas nie poznałem swojego kontynentu. A taka wędrówka to sposób, by spotkać Europę nieznaną, prowincjonalną, a nie jej atrakcje turystyczne. Chciałem też nawiązać do tradycji sprzed wieków. Taki pielgrzym, który w XII wieku szedł do Santiago, ruszał piechotą z własnego progu domu – ja także wyszedłem z plecakiem, przed siebie, prosto z mieszkania w Warszawie.

Co się w tobie zmieniło w efekcie tej wędrówki?
Dużo. Nie stałem się nowym człowiekiem, ale nauczyłem się nowych rzeczy. Lepiej poznałem Europę, poczułem, że jestem częścią czegoś większego – częścią wspólnoty ludzi, którzy idą szlakiem do Santiago. Chociaż dopiero na południu Francji zacząłem spotykać ludzi na trasie. Te pierwsze trzy miesiące przez Polskę i Niemcy to był „rozbieg” – zero wędrowców. Musiałem za to walczyć z deszczami – dopiero we Francji mogłem wysuszyć rzeczy – i ze swoimi słabościami. Poczułem, co znaczy tak wielka odległość – zmęczenie psychiczne monotonią czasami wbijało mnie w asfalt. Nabrałem pokory do drogi, do trudności, jakie ona stawia. I dzięki temu, tam w Hiszpanii, mogłem doznać jakiegoś katharsis.Spotkałem wielu pielgrzymów i dowiedziałem się, dlaczego inni to robią. Najczęściej są to ludzie, którzy wychodzą na drogę, by się z czymś zmierzyć, uporać.

Poszukujący zmiany?
Właśnie. Dwie Włoszki z Tyrolu, które spotkałem, porzuciły pracę w biurze, bo szukały nowego sposobu na życie. Może we wspólnocie, komunie, ekowiosce? Nie były pewne. Innym razem spotkałem dziewczynę, która była nieszczęśliwie zakochana. Podczas pielgrzymki chciała się zmierzyć z tym swoim uczuciem. Miałem wrażenie, że ludzie, których spotykam, dźwigają jakiś ciężar…

Spodobały mi się twoje obserwacje ludzi, których widziałeś na mecie w Santiago.
To był najważniejszy moment tej podróży. Dotarłem do katedry Santiago, cztery tysiące kilometrów, 108 dni. I odczułem jakąś ulgę. Nie była to eksplozja szczęścia, taka, że biegam, krzyczę i całuję ziemię. Nie. Po prostu wielka ulga. Ale widok ludzi był poruszający. Niektórzy pielgrzymi już na granicy miasta zdejmowali buty, by ostatnie pięć kilometrów iść boso. Czuli, że to miejsce to świętość, że ten moment trzeba uczcić. Było widać ich stopy oblepione plastrami, pokiereszowane, złojone setkami kilometrów. I potworne zmęczenie na twarzach. Wzruszali się, płakali. Znowu poczułem, że jesteśmy jednością. Często podkreślam, że początek i koniec podróży są jak okładki książki – najbardziej atrakcyjne. Ale to, co istotne, znajduje się pomiędzy nimi.

Podczas swoich wędrówek poznałeś wielu ciekawych ludzi – na przykład pasterzy w rumuńskich Karpatach.
W Hiszpanii spotkałem siedemdziesięciolatka, który kiedyś przeszedł trasę z Holandii do Jerozolimy. Takich ludzi jest naprawdę sporo, tylko trzeba zwolnić, by ich zobaczyć. Bo jeśli idziesz przez góry i napierasz, by zrobić 50 kilometrów dziennie, to nie masz czasu na rozmowę z napotkanymi osobami. Ale jeżeli dasz sobie na to czas, to okazuje się, że nawet spotkanie ze zwykłym człowiekiem, siedzącym na poboczu, może być całkiem niezwykłe.

Ci rumuńscy pasterze nie byli niezwykli, ale potrafili ciekawie opowiadać. Rumunia od wielu lat jest w Unii Europejskiej, a to ciągle taki skansen Europy. Bardzo wielu mieszkańców gór jest pasterzami. Ci ludzie za pilnowanie cudzych owiec przez cztery miesiące na połoninach dostają jakieś grosze – zarobki rzędu 300–400 złotych miesięcznie. Trzyma ich przy tym bardziej tradycja niż pieniądze.

Często spotykałeś się z bezinteresownością ludzi?
W Hiszpanii, gdzie działają schroniska przyjmujące pielgrzymów, pracują wolontariusze – sam nim jestem od wielu lat, pracowałem za darmo, ale musiałem pójść do Santiago, by zobaczyć to poświęcenie w całej jego jaskrawości. Dopiero tam zrozumiałem coś, co nazywam teraz ekonomią daru – ekonomię, która jest oparta nie na pieniądzu, ale na dobrowolnej pracy ludzi. Dziesiątki wolontariuszy opiekują się tymi schroniskami, dając innym wędrowcom swój czas, umiejętności i pracę. I nie oczekują niczego w zamian. W wielu schroniskach nie ma ustalonej ceny za nocleg – płacisz tyle, ile uznasz za słuszne. Poznanie tej ekonomii daru – esencji dawania siebie innym – było dla mnie jednym z cenniejszych doświadczeń tej wyprawy. Zrozumiałem, że to model, który chciałbym wprowadzić w swoim życiu.

…i zrobiłeś tak ze swoją książką – można ją kupić za „co łaska”.
Książkę opublikowałem i udostępniłem już w trakcie pielgrzymki do Santiago. Wierzę, że gdybyśmy ekonomią daru zastąpili ekonomię pieniądza, to nasz świat wyglądałby znacznie lepiej.

Mróz, wiatr, śnieg, wiele dni przechodzenia przez wiatrołomy, niskie temperatury – to wszystko towarzyszyło ci na 850 kilometrach pieszej wędrówki przez góry Słowacji. Jak to kształtuje charakter?
W prosty sposób – przesuwasz granice swoich możliwości. Jest takie fajne powiedzenie Piotrka Morawskiego, nieżyjącego już himalaisty, że czasami stajemy przed wyzwaniami, które wydają się nam niemożliwe, a później nagle otwieramy jakieś drzwi, przechodzimy na drugą stronę, odwracamy się i okazuje się, że to było całkiem łatwe. Pokonując trudności, poszerzamy granice tego, co jesteśmy w stanie wytrzymać. Nabieramy większej świadomości, jakie są nasze mocne i słabe strony. Bo jeśli przez sześć dni toruję sobie drogę w głębokim śniegu na wiatrołomach – plątaninie drzew i gałęzi – w każdej chwili mogę skręcić nogę i nie ma nikogo, kto mógłby mi w razie czego pomóc, to dowiaduję się tego, co w tak skrajnych warunkach jestem w stanie zrobić. Jak na te trudności reaguje moja psychika. Jeśli ktoś taką lekcję o samym sobie odrobi w górach, to może przenosić wnioski na codzienne życie. Przypominasz sobie, jak było źle i że mimo tych trudności ci się udało. Więc i tym razem dasz radę.

Nie lubisz podróżowania polegającego na zaliczaniu kolejnych krajów?
Opowieści ludzi z podróży są czasami komentowaniem widokówek, kolejnych zdjęć. Gdzie byliśmy, co widzieliśmy. Nie lubię tego. Mam ochotę takie osoby spytać: „OK, widziałeś fajne rzeczy, ale czy w tobie coś się zmieniło?”. Bo jeśli nic, to było to tylko kolekcjonowaniem widoków. Kiedyś sam tak robiłem – chciałem zobaczyć jak najwięcej krajów, oryginalnych miejsc. Taki sposób podróżowania szybko mnie zmęczył. Dlatego ruszyłem piechotą przez Europę. By nie czuć tej presji, aby jechać dalej, zobaczyć więcej. Podróżowanie jest kompletne, kiedy zmienia nas samych.

Łukasz Supergan podróżnik, fotograf. W 2009 roku w ciągu 28 dni wszedł na szczyty 13 alpejskich czterotysięczników, rok później wyruszył w dwuletnią włóczęgę po Azji. Dwukrotnie przeszedł cały łuk Karpat. W 2013 roku pokonał pieszo 4 tys. km z Polski do Santiago de Compostela oraz najdłuższy szlak pieszy Słowacji. Autor książki „Pustka wielkich cisz”, www.lukaszsupergan.com

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze