fbpx

Śpiew jest terapeutyczny. Rozmowa z dyrygentką Ewą Jurkiewicz

Śpiew jest terapeutyczny. Rozmowa z dyrygentką Ewą Jurkiewicz
W śpiewie nie chodzi tylko o wibrację dźwięków, ale też o oddech, postawę, otwarcie się na swoje ciało i na innych. O wyrażanie swoich emocji i uspokajanie myśli. (Fot. iStock)

Nie chodzi tylko o wibrację dźwięków, ale też o oddech, postawę, otwarcie się na swoje ciało i na innych. O wyrażanie swoich emocji i uspokajanie myśli. Według dyrygentki Ewy Jurkiewicz wszyscy jesteśmy stworzeni do tego, by śpiewać. A badania potwierdzają, że dzięki temu będziemy szczęśliwsi, zdrowsi i bardziej spokojni.

Dzięki Włochom śpiewającym z balkonów i okien swoich domów podczas kwarantanny wszyscy mogliśmy się przekonać, że śpiew potrafi komunikować nas z innymi, jednoczyć i przekazywać wsparcie. Jakie jeszcze korzyści możemy z niego czerpać?
Są badania, które mówią, że śpiew, a szczególnie ten grupowy, jest jednym z najlepszych naturalnych antydepresantów. W moich chórach śpiewają ludzie z depresją kliniczną, i wszyscy przyznają, że śpiew wspomaga leczenie ich stanów psychicznych. Inne badania pokazują, że dzięki śpiewaniu lepiej pracuje układ pokarmowy. Mam paru chórzystów, którzy trafili do mnie, ponieważ mają stwierdzony zespół jelita drażliwego. Są nawet osoby po udarze. Bardzo mądry lekarz zalecił jednej z nich, która miała uszkodzony ośrodek mowy, by w ramach rehabilitacji poszła do chóru dla seniorów. Co za genialny pomysł!

To wspaniałe, że lekarze przepisują śpiew jako element rehabilitacji!
Marzę o tym, by to było powszechne. Inna chórzystka opowiedziała mi, że była niedawno u ortopedy i jej kręgosłup szyjny jest w znacznie lepszym stanie. Lekarz przypisał to właśnie śpiewaniu w chórze. Kiedy śpiewamy, poprawia się bowiem nasza sylwetka i dotlenienie organizmu. Poza tym sam proces śpiewania działa otwierająco na ludzi. A nam brak wewnętrznego przyzwolenia na publiczne okazywanie swoich uczuć, zwłaszcza tych uznawanych za złe, zakładamy więc maski i tłumimy to, co czujemy. Śpiew pomaga wyrzucić to, co w nas dobre i złe, uwolnić się od tego.

Jako dziecko śpiewałam cały czas.
Wszyscy tak mieliśmy, teraz nawet dzieci przestają to robić. Niedawno rozmawiałam z dziewczynką z pierwszej klasy podstawówki, która powiedziała mi, że od początku roku szkolnego miała jedne zajęcia z muzyki. Jedne! Mówiła też, że nikt już nie śpiewa przy ogniskach czy w autokarze w drodze na wycieczkę. A przecież śpiew jest dla nas bardzo ważny. Nie ma takiej kultury na świecie, która by nie śpiewała. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu śpiew był częścią naszej codzienności: śpiewało się podczas prac domowych, w polu, wieczorem dla relaksu. A dzisiaj? Rodziny, w których wspólnie się śpiewa z dziećmi, można policzyć na palcach.

Wiele osób jest przekonanych, że nie umie śpiewać. Prowadziłaś nawet warsztaty dla ludzi nieumiejących śpiewać i było nimi ogromne zainteresowanie.
Moim zdaniem śpiew to po prostu naturalna funkcja organizmu. Jeśli się wstydzimy lub boimy śpiewać – oznacza to, że po prostu ją zablokowaliśmy. Warto sobie dać szansę i czas na to, by poznać swój organizm, nauczyć się jego obsługi, w tym obsługi głosu. Dlatego do moich chórów dla amatorów prowadzę nabór bez przesłuchań. Nikt nie musi udowadniać, że umie śpiewać, bo wszyscy umiemy śpiewać. Rodzimy się z tą umiejętnością, tylko stopniowo ją zatracamy w trakcie dojrzewania, kiedy zaczynamy się porównywać z innymi, stresować. Jak dotąd spotkałam tylko kilka osób, które nie umiały powtórzyć żadnego dźwięku, dziś większość śpiewa w moich chórach. Owszem, taka osoba musi włożyć w to wiele więcej wysiłku, ale jeśli będzie solidnie ćwiczyć, to jest w stanie zaśpiewać całkowicie poprawnie. Przy czym to naprawdę są pojedyncze przypadki, większość z nas nie ma tego problemu, a nawet więcej: ma znakomity słuch muzyczny, tylko nie potrafi śpiewać w sensie technicznym, bo nikt nas tego dobrze nie nauczył. Do tego Polacy są megazdolni. Jakbyśmy mieli w genach zapisane pieśni naszych przodków i ogromną potrzebę, by je wyśpiewywać. Mamy też spektakularne głosy, naprawdę. I samozaparcie. Sama widzę, że gdy moi chórzyści się na coś zawezmą, to nie ma na nich siły. Pamiętajmy, że od dążenia do perfekcji są zawodowcy, amatorzy mają się przede wszystkim cieszyć muzyką i rozwijać.

Nauka śpiewu to nauka techniki czy też prawidłowego oddychania i prawidłowej postawy?
To jest po prostu poznawanie własnego organizmu. Najpierw trzeba się nauczyć prawidłowo oddychać. Dziś prawie nikt nie robi tego do- brze. Chodzi o niski, swobodny oddech, aż do przepony. Dzieci tak oddychają. Kiedy maluch płacze czy krzyczy – to widać od razu, że pracuje całe ciało, klatka piersiowa i brzuch. Jako dorośli jesteśmy tak pospinani, że oddychamy tylko szczytem płuc, ze szkodą dla całego organizmu. Śmieję się, że mój mąż mi zazdrości, bo dzięki temu, że dobrze oddycham, jestem w stanie momentalnie usnąć. Spokojne oddychanie bardzo rozluźnia. Śpiewanie jest fascynujące, chociaż czasem trzeba się uzbroić w cierpliwość i poczekać na efekty. Jednak gdy czujesz, że twój głos brzmi coraz lepiej, odczuwasz olbrzymią satysfakcję. Masz poczucie, że się rozwijasz, stopniowo sięgasz po coraz trudniejsze utwory. Druga sprawa to nasza postawa. Na co dzień chodzimy przygarbieni, a aby śpiewać – trzeba się otworzyć. Uwielbiam patrzeć, gdy przychodzi do mnie ktoś, kto swoją postawą mówi: „przepraszam, że żyję”, a po jakimś czasie prostuje się, wypina pierś do przodu, buja się z boku na bok i częściej uśmiecha. Poza tym kiedy śpiewasz na scenie i widzisz, że ludzie cię słuchają, to niesamowicie dodaje skrzydeł. Chór daje to wsparcie, że jesteś w grupie. Pewnie gdybyś miała sama zaśpiewać, to uciekałabyś przerażona, a w grupie wyjdziesz, nawet jeśli ci się trzęsą nogi. I pojawia się ogromna satysfakcja i moc, że stworzyłaś coś wielkiego.

Badania dowodzą, że śpiew jest terapeutyczny. Może też po części dlatego, że kiedy śpiewasz, musisz skupić się na oddechu, trafieniu w tonację, postawie – nie ma miejsca na inne myśli.
Po prostu cały świat zostawiasz za progiem. Śpiew to jest coś, co robisz dla siebie. Dla swojej przyjemności.

Nie śpiewam w chórze, ale uwielbiam słuchać chóralnych wykonań. Nie wiem czemu, jednak zawsze mnie niesamowicie wzruszają. Czy śpiewanie w chórze to też taka dawka emocji?
Nie jestem psychologiem, dlatego wszystko, o czym opowiem, bazuje na moich obserwacjach i doświadczeniach oraz rozmowach z ludźmi. Moim zdaniem to, czego nam dziś brakuje, to nieskrępowany kontakt z drugim człowiekiem. A chór to właśnie oferuje ludziom. Mogą tu pobyć z drugim człowiekiem. Co więcej, są ważną częścią zespołu, elementem czegoś większego. Jednocześnie nikt nie wywiera na nich żadnej presji, liczy się tylko obecność. Nawet jeśli ktoś jest nieśmiały, to na początku chór daje mu przestrzeń i czas na oswojenie się z sytuacją. Czytałam kiedyś o chórze dla ludzi bezdomnych, który powstał w Kanadzie w ramach eksperymentu. Jeden z mężczyzn powiedział badaczkom, że dzięki chórowi odzyskał głos. Wcześniej ludzie traktowali go jak powietrze, był dla nich niewidzialny. Nawet jeśli próbował z nimi porozmawiać, to zarówno pani w garsonce, jak i pan w garniturze przechodzili obok niego bez słowa, a teraz stoi na scenie i śpiewa, a ten sam pan w garniturze i ta sama pani w garsonce siedzą na widowni i go słuchają, a on może im to wyśpiewać. Jedna z moich chórzystek pracuje jako konsultantka telefoniczna w biurze obsługi klienta – codziennie trafiają więc do niej różne dźwięki: setki zażaleń, skarg i emocji. Kiedy śpiewa, może te dźwięki i uczucia z nimi związane z siebie wyrzucić. Są oczywiście osoby, które bardzo lubią śpiewać i traktują chór jako miłe hobby. Ale przychodzą też osoby, które miewają problemy z poczuciem własnej wartości. Kiedy stoją na scenie jako soliści, kiedy ich głos się niesie po sali – są w centrum uwagi. Po raz pierwszy, a może jedyny. To piękne. A co nas wzrusza jako widzów w chóralnym śpiewie? Myślę, że chodzi o pozytywną energię, która się ujawnia, gdy ludzie śpiewają. I o poczucie jedności.

Latem na ekrany kin wejdzie film „Pojedynek dla głosy”, który opowiada o prawdziwej historii żon żołnierzy przebywających na misji. Żeby się wspierać i dodawać otuchy, założyły chór amatorski. Dziś są gwiazdami, a w ich ślady poszły kobiety z innych baz wojskowych. Główna bohaterka mówi, że one są zgrane jak ławica ryb. W ławicy każda ryba jest ważna.
Tak, to jest najważniejszy element chóru – każdy jego członek, niezależnie od tego, czy śpiewa genialnie, czy troszkę słabiej, jest potrzebny. Jeśli chór działa i funkcjonuje regularnie – rzeczywiście w naturalny sposób staje się zgraną grupą. W końcu nic nie jednoczy bardziej niż miło spędzony czas i pozytywne emocje. Zawiązują się przyjaźnie. To jest też świetna sprawa dla seniorów, bo oni często nie mają grup znajomych, z którymi mogą pobyć i coś wspólnie porobić. Chór staje się dla nich grupą wsparcia. I potem gdy jedna osoba się pochoruje, to potrafią rozpisać dyżury, kto którego dnia ją odwiedza. Naprawdę!

A czy repertuar ma znaczenie?
Na początku najważniejsze jest, by ludzie uwierzyli, że są w stanie cokolwiek zaśpiewać, potem apetyt już tylko rośnie. Kocham kantaty Bacha, ale gdybym zaczęła od nich, to był- by to prosty przepis na katastrofę. Niestety, nie mamy dobrej edukacji kulturalnej i ludzie, którzy mogliby pokochać Bacha i Mozarta, odrzucą ich na starcie, bo wydadzą się im za trudni. Natomiast jeśli wrócą do nich po trzech latach prób, zaśpiewają z radością i będą zachwyceni. Dlatego zaczynam od Wodeckiego, Kory – chcę pokazać, że można śpiewać ich utwory w sposób chóralny, ale też ciekawszy. Poza tym uważam, że jako wykształcony muzyk mam obowiązek szerzyć świadomość muzyczną. Nawet wśród chłopaków z ośrodka wychowawczego, z którymi pracowałam. Zaskoczyli mnie, kiedy po jakimś czasie sami poprosili o „What a wonderful world” Armstronga czy „Dni, których jeszcze nie znamy” Grechuty.

Od czego zaczęła się twoja przygoda ze śpiewaniem?
Od tego, że nie lubiłam WF-u. Kiedy dostałam się na elektronikę na Politechnikę Warszawską, znowu musiałam jakoś ten WF zaliczyć. Dowiedziałam się, że można to zrobić, chodząc do Zespołu Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej. Mimo że byłam w sekcji tanecznej, musiałam śpiewać. Okazało się, że trochę głosu mam, podeszłam więc kiedyś do naszego dyrygenta i spytałam, czy sądzi, że dostałabym się do szkoły muzycznej na wokal operowy. Umówił mnie na spotkanie. I tak zaczęłam się uczyć śpiewu operowego. Po jakimś czasie nauczycielka powiedziała mi, że powinnam jednak zostać dyrygentką. Nie wierzyłam, że dam radę. Ważnym elementem pracy dyrygenta jest kontakt z ludźmi, a ja byłam nieśmiała i bałam się, że nikt mnie nie będzie słuchał. Ona powiedziała po prostu: „Idź”. I jestem jej za to bardzo wdzięczna. A ponieważ ciągle uważałam, że muszę nauczyć się pracy z ludźmi, wolontarystycznie chodziłam wszędzie, gdzie mnie zapraszano, i organizowałam tam chór. Prowadziłam więc warsztaty w Centrum Praw Kobiet, dla osób z niepełnosprawnościami czy w młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Pamiętam jak dziś, gdy w CPK jedna uczestniczka powiedziała: „Jak to dobrze, że pani przyszła, bo może pierwszy raz w życiu zrobię coś ładnego”. Jej też jestem wdzięczna. Od tego momentu zaczęłam zwracać uwagę na to, jak ważny dla ludzi może być śpiew. Niektórzy mówią mi, że żyją od próby do próby, że to ich ładuje energią. Mnie zresztą też.

Z tego, co mówisz, wynika, że każdy z nas powinien śpiewać.
Co nam stoi na przeszkodzie, by wyjąć gitarę i zacząć śpiewać w gronie rodziny czy znajomych? Czy tak jak robią to Włosi – śpiewać z balkonu? Latem chciałabym tak zrobić w warszawskich parkach: skrzyknąć ludzi, by rozłożyli koce i po prostu śpiewali. Śpiewajmy w domach, parkach, na podwórkach, nie tylko w wielkich salach.

Ewa Jurkiewicz, dyrygentka chórów amatorskich. Ukończyła z wyróżnieniem studia na kierunku Dyrygentura Chóralna na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze