1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Muzykoterapia – co to jest? Na czym polega i jakie przynosi efekty?

Muzykoterapia – co to jest? Na czym polega i jakie przynosi efekty?

Muzyka relaksuje, dodaje sił witalnych, przywołuje miłe wspomnienia, a nawet zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Muzyka relaksuje, dodaje sił witalnych, przywołuje miłe wspomnienia, a nawet zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Muzyka może wprowadzić w relaks, obudzić siły witalne, przywołać wspomnienia, a nawet zmniejszyć odczuwanie bólu. Na czym polega muzykoterapia i jak działa - tłumaczy Dagmara Gmitrzak. 

Muzykoterapia – na czym polega?

Współczesna nauka zaczęła zajmować się fenomenem uzdrawiających właściwości muzyki dopiero od lat 20. XX wieku. Już pierwsze badania wykazały, że muzyka wpływa na emocje, poprawia nastrój, relaksuje fizycznie i psychicznie. Zaczęło się od francuskiego neurologa i specjalisty od chorób uszu, Alfreda Tomatisa. Jako pierwszy odkrył, że ucho ludzkie służy nie tylko do słuchania, ale jest również instrumentem równowagi, wyprostowanej postawy ciała oraz organem, który ładuje korę mózgową energią elektryczną. Doszedł do wniosku, że szczególnie pozytywnie na mózg wpływają utwory o wysokiej częstotliwości. Poprawiają koncentrację, zwiększają kreatywność i pamięć, harmonizują pracę serca, synchronizują obie półkule mózgowe i dodają energii, co wykorzystuje właśnie muzykoterapia.

Najbogatsze w wysokie częstotliwości są zdaniem Tomatisa utwory Mozarta oraz chorały gregoriańskie. Ten korzystny wpływ muzyki na człowieka naukowcy nazwali „efektem Mozarta”. Zdaniem innego naukowca, Gordona Showa z Centrum Neurobiologii Uczenia się i Pamięci w Irvine w Kalifornii, muzyka Mozarta ułatwia wykonywanie zadań matematycznych i ćwiczeń wymagających myślenia logicznego. Wiele szkół w Wielkiej Brytanii wprowadziło utwory tego genialnego kompozytora do zajęć z uczniami, ponieważ ułatwia skupianie uwagi na zadaniach.

Zastosowanie muzykoterapii – efekty tej metody

Muzyka może wywoływać różne emocje, dlatego ważne jest, jakiego jej rodzaju słuchamy. Utwory spokojne potrafią unormować ciśnienie krwi i poprawiać nastrój, co wpływa na pozytywne efekty muzykoterapii. Muzyka, której towarzyszą bębny, a więc wyraźny rytm, pobudza pracę serca, podnosi ciśnienie krwi, rozbudza energię do życia i działania. Takie pozytywne właściwości może mieć muzyka kubańska, afrykańska czy bałkańska.

Ale jeśli ktoś przeżywa głębokie stany depresyjne, wesołe rytmy niekoniecznie poprawią mu nastrój. Wewnętrzny stan osoby smutnej nie rezonuje z wibracją muzyki. Osoba ta jest na innej fali samopoczucia, tak dalekiej od radości, że nie przyjmuje wysoko energetycznej dawki zawartej w muzyce. Jej nastrój może się jednak poprawić, jeśli będzie słuchała utworów o umiarkowanym stopniu radości. Nierzadko punktem wyjścia będą w tym przypadku utwory smutne. Dobraniem odpowiedniej muzyki dla osób cierpiących na depresję (zdiagnozowaną) zajmują się muzykoterapeuci. Muzykoterapię dla dorosłych i dzieci jako metodę psychoterapeutyczną wykorzystuje się w terapii grupowej. Zajęcia można prowadzić z osobami dorosłymi, doświadczającymi depresji, nerwicy oraz z dziećmi niepełnosprawnymi.

Jaką muzykę wybrać do terapii?

Muzyka relaksacyjna, co udowodnili naukowcy, może złagodzić ból, np. podczas zabiegu dentystycznego, porodu czy migreny. Są również instrumenty, których dźwięki mają niezwykle dobroczynny wpływ na ciało, umysł i poziom energii człowieka: misy tybetańskie, gongi, dzwoneczki tybetańskie, harfa, flet. Pozytywne, ale nieco inne właściwości mają również dźwięki bębnów i grzechotek, które pobudzają energię w ciele i poprawiają nasze samopoczucie. Dobrej jakości muzyka relaksacyjna poprzez muzykoterapię pomaga wejść w stan alfa (częstotliwość mózgu związana z relaksem i kreatywnością). Nasz układ nerwowy się regeneruje, a mięśnie rozluźniają. Wchodzimy w błogi stan odprężenia. Relaksacyjnie mogą też podziałać odgłosy przyrody. Tu jednak warto osobiście wybrać dźwięki, nie zawsze bowiem śpiew ptaków czy delfinów będzie działał na nas uspokajająco. Przy dużym napięciu psychicznym może być nawet drażniący. Podobnie szum oceanu i fal rozbijających się o brzeg – dla jednej osoby irytujący, a dla drugiej bardzo relaksujący. Innym razem odgłosy przyrody będą wprawdzie piękne, ale już dźwięki syntezatora nam się nie spodobają – tak działa muzykoterapia. Efekty przyjdą z czasem - bądźmy więc cierpliwi w doborze odpowiedniej muzyki. Kierujmy się intuicją. Dobre będzie dla nas to, co nam się spodoba.

Muzyka na poprawę nastroju

  • G. Gershwin, „Błękitna rapsodia”, „Amerykanin w Paryżu”
  • M. Ravel, "Rapsodia hiszpańska", koncert fort. G-dur, cz. I
  • P. Czajkowski, walce z „Jeziora łabędziego” i „Śpiącej królewny”
  • M. Rimski-Korsakow, „Szeherezada”, cz. II i IV
  • W.A. Mozart, serenada G-dur, "Eine Kleine Nachtmusic", cz. I

Muzyka na poprawę koncentracji:

  • A. Vivaldi, sześć koncertów na flet, op.6 m koncert C-dur na mandolinę
  • J. S. Bach, koncert G-dur na flet i smyczki, largo, koncert F-dur na harfę
  • W.A. Mozart, Sonata D-dur na dwa fortepiany

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Stopy na wolności

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
W wakacje wypuszczam stopy na wolność. Chodzą sobie boso po trawie, po piasku, po kamieniach. Trochę brudne i bardzo szczęśliwe.

Pamiętacie czasy, gdy z utęsknieniem czekało się na lato, aby wreszcie móc chodzić w podkolanówkach? Powiew wiatru pod sukienką był dla mnie uosobieniem wakacji. Podobnie mam teraz z chodzeniem na bosaka. Gdy tylko robi się ciepło, uwalniam stopy i, nawet chodząc po warszawskim bruku, czuję się wakacyjna. Kocham odkryte buty – sandałki, klapki i, nomen omen, japonki. Chodzę tylko na płaskim obcasie, mimo, że mam metr sześćdziesiąt w kapeluszu. Buty na obcasie, i to niebagatelnym dziesięciocentymetrowym, kupiłam tylko raz, tuż po czterdziestce. Myślałam, że może to już czas, że może się uda, że może… O mój boże – co to była za porażka. Sadziłam niezdarne kroki, kolebiąc się na ugiętych kolanach i umierając ze strachu, że zaraz połamię nogi. Wyglądałam pokracznie i zupełnie jak nie ja. Buty trafiły do szafy, a ja wróciłam na ziemię.

Z wolnej stopy

Chodzę szybko, zamaszyście i radośnie. Zawsze na płaskim obcasie. Nikt mi tego nie zabroni. Nikt mi nic nie narzuca. Mam szczęście. Bo na przykład Japonki muszą walczyć o prawo do chodzenia w pracy na płaskim obcasie, a nie na szpilkach. W Japonii trwa właśnie batalia, którą rozpętała Yumi Ishikawa, aktorka i pisarka. Ona jako pierwsza sprzeciwiła się dreskodowi panującemu od lat w Japonii. Ten nakazuje kobietom chodzenie w pracy na obcasach (mężczyzn już jakiś czas temu zwolnił z noszenia krawatów, sic!). Ishikawa zamieściła na Twitterze post, który błyskawicznie rozszedł się w mediach społecznościowych – udostępniono go 30 tys. razy. Tak narodziła się kampania #KuToo – której nazwa jest grą japońskich słów: “kutsu” – buty, “kutsuu” – ból. Podobnie jak w słynnej akcji #MeToo, do której wyraźnie nawiązuje, wystarczył jeden zdecydowany głos, aby zabrzmiał chór innych. Yumi Ishikawa złożyła na ręce ministra pracy petycję z żądaniem zniesienia obowiązku noszenia wysokich obcasów. Podpisało się pod nią blisko 19 000 osób. Co więcej wszystko wskazuje na to, że minister ulegnie. Oby!

Pedikiury i powięzi

Długie lata nie zwracałam uwagi na stopy. Nie, no nie aż tak, żeby nie chodzić na pedicure i zabijać ludzi widokiem popękanych pięt. Co to, to nie. Nie sprawiały mi po prostu kłopotów, więc nie dbałam o nie specjalnie. Nie masowałam, nie ćwiczyłam, nie moczyłam w borowinowych kąpielach. Aż do czasu, gdy zaczęły mnie boleć. A bolały bardzo przed długie miesiące. Nie wiem tak do końca, czy to przeciążenie po kolejnej ciąży, czy reumatyzm, dość powiedzieć, że od tamtej pory podchodzę do nich z większym szacunkiem. A więc po pierwsze, zaczęłam wzmacniać i rozciągać mięśnie stóp (wiecie, że jest ich aż dwadzieścia jeden?!). Jeśli więc doskwierają wam czasami bolące stopy, spróbujcie je nieco rozćwiczyć.

(Fot. iStock)(Fot. iStock)

Ja bardzo lubię ćwiczenia z jeżykiem. Tak nazwałam piłeczkę z wypustkami, idealną do rozmasowywania powięzi. Staję na niej jedną stopą i toczę i roluję i… piszczę z bólu. Nie jest to przyjemne ćwiczenie, za to bardzo skuteczne. Nieco więcej przyjemności sprawia rozcapierzanie paluchów, choć, zapewniam was, nie jest to łatwe. Siadam sobie na krześle, stopy stawiam na podłodze, unoszę palce jednocześnie je rozszerzając. I tak rozcapierzoną stopę stawiam na ziemi. Utrzymuję napięcie przez 15 sekund. Powtarzam 10 razy na każdą nogę (to ćwiczenie to świetna prewencja haluksów). Śmieszne, acz piekielnie trudne jest też inne ćwiczenie: zakładam gumkę recepturkę na palce i próbuje je rozszerzać. Staram się jak mogę, bo przeczytałam niedawno, że jeśli nie potrafimy swobodnie rozszerzyć palców stóp, to znak że mięśnie tej części stopy są „martwe”, a kości ściśnięte. A ja nie chcę mieć martwych mięśni, ani ściśniętych kości! Wy pewnie też nie, prawda?

Dobre uziemienie

Dużą wagę do stóp przywiązuje joga, którą zaczęłam jakiś czas temu praktykować. Od pierwszych zajęć słyszę, aby odpowiednio dociskać stopy, pamiętając o czterech punktach oparcia: nasadzie dużego palucha, nasadzie małego palca, wewnętrznej i zewnętrznej pięcie. Do wyobraźnie przemawia mi „dobre uziemienie”, inaczej mówiąc ugruntowanie. Mocne połączenie z ziemią, a raczej z Ziemią, przez stopy rzeczywiście daje mi poczucie siły, stabilności, odwagi.
Szczególną wagę do ugruntowania przywiązywali Indianie. Wierzyli, że chodząc boso są blisko Matki Ziemi, i, że odłączając się od niej, pozbawiają się jej energii, a tym samym naturalnego zasilania, przez co podupadają na zdrowiu.

  1. Retro

Była miłością życia Johnny’ego Casha, a stała się „tą drugą” – prawdziwa historia Vivian Liberto

Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Z miłości życia Johnny’ego Casha stała się „tą drugą”. Żyła w cieniu sławnego muzyka, samotnie wychowując jego córki, gdy ten jeździł w trasę i korzystał z uroków życia. W opinii publicznej funkcjonowała jedynie jako dodatek do męża. Jaka była naprawdę? Czy rzeczywiście zawistna i zazdrosna? Oto prawdziwa historia Vivian Liberto.

Choć znał tylko cztery akordy, był niekwestionowaną ikoną muzyki country. Johnny Cash przez życie szedł zygzakiem, najczęściej pod prąd. Miał mentalność wyrzutka i zbaczał z każdej drogi. „Był dokumentnie pokręcony, ale walczył ze sobą” – wspominali koledzy z zespołu. Do tego miał słabość do kobiet, dla których był pociągający nie tylko jako muzyk, ale też mężczyzna o wizerunku buntownika.

Historia miłości Johnny’ego Casha i June Carter jest tak bajkowa, że wydaje się aż niemożliwa. A jednak – spotkali się na scenie, oboje po przejściach, zakochali się w sobie od razu. Potem on przeszedł duchową przemianę. Ludzie ich uwielbiali. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Vivian Liberto, zapomnianej pierwszej żony Casha i matki jego czwórki dzieci: córek Rosanne, Kathy, Cindy i Tary? Samotnej we własnym domu, okaleczonej psychicznie, zmagającej się z niekończącymi się obowiązkami, natrętnymi fanami pukającymi do drzwi, a także wieczną nieobecnością i uzależnieniami męża. Teraz, gdy ludzie dopiero zaczynają słuchać pokrzywdzonych kobiet, jest najlepszy czas, aby opowiedzieć jej historię, bo prawdziwe życie Vivian było romantyczne i oszałamiające, trudne i ważne, a przy tym niezwykle filmowe.

Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)

„Nigdy nie przestanę Cię kochać”

Vivan Liberto przyszła na świat 23 kwietnia 1934 roku w San Antonio w Teksasie. Jej rodzice, Tom i Irene, pochodzili z Sycylii. Ojciec był niezwykle surowym, zdewociałym katolikiem, a matka uzależnioną od alkoholu gospodynią domową. Z tego względu Vivian musiała szybko dorosnąć: zajmować się domem, gotować, sprzątać. Robić wszystko to, czego nie była w stanie zrobić jej mama. Gospodarowania nauczyła się natomiast w katolickiej szkole dla dziewcząt im. Saint Mary w San Antonio. Ciężkie dzieciństwo było jednak dopiero początkiem…

Liberto i Cash poznali się na torze wrotkowym w 1951 roku, gdy Vivian miała 17 lat, a Johnny był młodym adeptem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonującym przez krótki czas w San Antonio. Brunetka z ciemnymi oczami od razu przykuła jego uwagę. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczęli razem jeździć, flirtować, a potem odprowadził ją do domu. Młody, przystojny chłopak w mundurze zrobił na Vivian ogromne wrażenie.

Widywali się przez 3 tygodnie, zanim Johnny został wysłany do Niemiec Zachodnich. Wtedy zaczęli pisać do siebie listy, niemalże codziennie. Byli wręcz zamroczeni miłością. „Moja Najdroższa”, „Mój Aniele”, „Moja Kochana”, „myślę o tobie dzień i noc”, i tak bez końca… Później uczucia przekazywali sobie na taśmach. Johnny nagrywał piosenki, nad którymi pracował. „Czy jestem jedynym, który będzie Cię miał do końca świata? Czy będzie inny kochanek, który skradnie miłość, która jest moja?” – śpiewał. Jedna z wiadomości szczególnie chwyciła Vivian za serce:

„Witaj, Vivan. Jak się ma moja ukochana? Ja mam się dobrze, ale jak zwykle tęsknie za Tobą… Ja zawsze bardzo za Tobą tęsknię, Viv. To nie to samo, co bycie z Tobą, ale chcę powiedzieć Ci kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, że Cię kocham. Tak, Vivian, bardzo Cię kocham. Już niedługo, będziemy razem na zawsze. Nie będziemy już dłużej liczyć dni. Trzymaj te drogocenne listy, dopóki nie będziemy razem. Tak wiele dla mnie tutaj znaczą. Będę o Tobie myślał, póki znów nie będziemy razem i nigdy nie przestanę Cię kochać. Kocham Cię, Vivian”.

Zaręczyny również odbyły się listownie. Johnny wysłał nawet pierścionek. Gdy po tysiącach listów i długim rozstaniu wrócił do domu, było to dla nich wielkim przeżyciem. Desperacko chcieli być razem i się pobrać. Ślub odbył się 7 sierpnia 1954 roku w San Antonio. Wydali na niego wszystkie oszczędności, a potem pojechali na miesiąc miodowy do Memphis, gdzie również się przeprowadzili. Johnny otrzymał wtedy ofertę pracy w fabryce samochodów. Kolega miał gitarę, więc zaczęli się spotykać i grać. Codziennie pojawiali się również w wytwórni Sun Records u Sama Phillipsa, dopóki ten ich nie wysłuchał.

Zaraz po ślubie Vivian zaszła w ciążę. Gdy zamieszkali w małym mieszkaniu w Memphis byli bardzo biedni. Nie mieli nawet pieniędzy na jedzenie. Vivian zawsze podkreślała, że były to najtrudniejsze, ale również najlepsze, najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Sielanka nie trwała jednak długo. Miesiąc po przyjściu na świat Rosanne ukazał się pierwszy album Casha i wszystko się zaczęło. Johnny zaczął koncertować i jeździć w trasy. Gdy pierwszy raz wyjechał, Vivian była przerażona wizją, że zostanie sama w domu z dzieckiem. Ponadto, 6 tygodni po porodzie zaszła w ciążę z Kathy. Zawsze mówiła, że chce mieć szóstkę dzieci, jednak to, co działo się wokół zaczęło ją przytłaczać. „Jak sobie poradzę z dwójką niemowlaków?” – zastanawiała się.

Nagle zrodziła się ogromna sława, a Johnny Cash stał się jedną z największych nowych gwiazd muzyki country. Był bardzo popularny, prawie jak Elvis, z którym stawiano go w jednym szeregu. Nastąpił klasyczny efekt śnieżnej kuli, wszystko działo się niesamowicie szybko. Pierwszy wielki hit Casha, „I Walk The Line”, piął się na listach przebojów. Tekst opowiadał o miłości do Vivian: „Masz sposoby, aby mnie zatrzymać przy sobie. Dajesz mi powody do miłości, której nie mogę ukryć. Dla Ciebie spróbowałbym nawet odwrócić bieg rzeki. Jesteś moja, dlatego nie zbaczam z kursu”.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Stan ten trwał przez dość długi czas. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. Wszystko było bardzo napięte, ale mimo tras i prób Johnny znajdował czas dla rodziny. W 1957 roku małżeństwo Cashów opuściło Memphis i przeprowadziło się do Encino w Kalifornii, w dolinie Los Angeles. Ich trzecia córka Cindy miała wtedy kilka miesięcy, a Johnny dostał propozycję zagrania w filmie „Pięć minut na życie”. Jego menadżer wymyślił, że wejście w kino będzie kolejnym krokiem w jego karierze. Film nie odniósł jednak sukcesu, a Cash nie sprawdził się jako aktor. Mimo to, rodzina została w LA. Vivian myślała wtedy, że gdy przeprowadzą się do Kalifornii, mąż będzie występował w telewizji, grał w filmach i wracał co noc do domu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Johnny chodził na obiady z szefami, potem robił program w TV, trasę i dodatkowo promował siebie. Australia, Tasmania, Nowa Zelandia, Alaska, Pitticollac Cove – co chwilę nowe miejsce. Miała męża który był bardzo sławny i podróżował, a ona zostawała w domu z dziećmi – kompletnie sama, bez żadnej pomocy. Było jej wtedy niezwykle trudno. Ponadto nie była przygotowana na taki rozgłos i uwagę publiczną. Była skromną dziewczyną, której zależało na życiu rodzinnym. Jej system przyjmował sławę jako upokorzenie.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)

Raj, który zamienił się w piekło

Kolejnym etapem w ich życiu było zamieszkanie w małej wiosce Casitas Springs. W 1961 roku zbudowali ogromny, odizolowany od świata dom na wzgórzu, pośrodku niczego. Był to wiejski zamek ukryty przed ludźmi, a wokół otaczały ich biedne domki niższej klasy średniej. Vivian była wtedy w ciąży z Tarą, którą urodziła tuż przed przeprowadzką. Poród był niezwykle trudny. Mówiła, że już nie chce mieć więcej dzieci. Była w szpitalu kilka dni, a gdy wróciła do domu, Johnny znów pojechał w trasę. Kolejny raz została sama, tym razem już z czwórką dzieci. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. Pewnego dnia wrócił, ale nie był sobą. To był początek jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu.

Relacje Johnny’ego i Vivian znacznie się pogorszyły. On wracał do domu później niż obiecywał, najczęściej nad ranem i pod wpływem środków odurzających. Ona wykorzystywała spóźnienia przeciwko niemu. Wtedy zaczynały się kłótnie. W ich życiu pojawiła się również June Carter, a Johnny zaczął coraz bardziej oddalać się od żony i dzieci. Wszyscy widzieli, że po prostu szuka sposobu, aby odejść na dobre. Wyjeżdżał na coraz dłuższy czas, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Mijały urodziny dzieci, rocznice ślubu, święta, a on się nie pojawiał. Gdy przyjeżdżał po długiej nieobecności, dochodziło do starć. Pojawiły się też niezauważalne wcześniej różnice. Vivian była wściekła, nie chciała być już cichą kurą domową, a Johnny nie znosił kłótni.

Vivian zamknęła się w sobie. Zaczęła się bać, że straci męża, co przerodziło się w ogromny lęk i niechęć. Niewiele jadła, praktycznie cały czas spała, zamartwiała się, traciła na wadze, wypłakiwała oczy. Zgryzota prowadziła ją prosto ku śmierci. Nie wiedziała jak znaleźć Johnny’ego, żeby z nim porozmawiać. Można było zadzwonić do kolegów z zespołu lub kogoś z kim współpracuje – był to jedyny sposób na kontakt. Starała się być silna, ale jednocześnie rozpadała się w środku. Bywała wściekła, przerażona, niespokojna, porażona żalem. W domu brakowało poczucia bezpieczeństwa, panował chaos. Nie było wychowania, tylko ciągła obawa, że Vivian sobie coś zrobi. „Kiedy wracałam ze szkoły, zastanawiałam się, czy mama jeszcze żyje. To było popieprzone. Tak nie powinno się wychowywać dzieci” – wspominają córki, dla których był to wyjątkowo mroczny czas.

Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)

Trudnym momentem w życiu Vivian był również rok 1965, kiedy Johnny został aresztowany w El Paso za posiadanie narkotyków. Pigułki znaleziono w futerale na gitarę. Vivian poszła z nim do sądu, a gdy wychodzili z budynku, ktoś zrobił im zdjęcie, które trafiło na okładki gazet. Wtedy zaczęły się plotki o tym, że Vivian jest czarnoskóra. Na południu w latach 60. poślubienie czarnej kobiety było niedopuszczalne. Małżeństwo walczyło więc z nienawiścią i prześladowaniem. Odwołano nawet wszystkie koncerty Casha, więc aby móc występować, muzyk musiał sądownie udowodnić, że Vivian jest kobietą rasy kaukaskiej.

Cała ta sytuacja dotknęła jej najgłębszych ran, które tkwiły w niej od dzieciństwa. Znowu przestała sypiać. Pewnego dnia powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. W 1966 roku złożyła pozew o rozwód z nadzieją, że Johnny wróci do domu. Myślała, że mąż w końcu się opamięta, ale wszystko obróciło się przeciwko niej – ku jej zaskoczeniu zgodził się bez zastanowienia. Po 13 latach małżeństwo Cashów dobiegło końca.

„Miała wybór: położyć się i umrzeć, albo iść dalej – wybrała to drugie”

W 1968 roku zaczęła życie na nowo. Nie wiadomo skąd miała na to siłę. Znalazła dom w dobrej lokalizacji, ponownie wyszła za mąż. Jej wybrankiem został Dick Distin, policjant z Kalifornii, przy którym w końcu czuła się bezpiecznie i mogła mieć wszystko pod kontrolą. Dobrze wiedziała, że prędzej czy później Johnny poślubi June, dlatego ona chciała zrobić to pierwsza. Po prostu nie mogła być sama. W tym czasie rozwijała pasje: taniec, ogrodnictwo, malarstwo. Organizowała spotkania i przyjęcia dla rodziny i przyjaciół, żyła pełnią życia. Najważniejsze było mieć zajecie, bo gdy była zajęta, nie myślała. „Radzę sobie lepiej, kiedy o pewnych sprawach nie myślę” – mówiła.

Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)

Po rozwodzie dla ludzi stała się nikim, przestano ją dostrzegać. Opinia publiczna przedstawiała ją jako kobietę, którą Johnny musiał zostawić, żeby się ratować, oczyścić i rozpocząć nowe, lepsze życie u boku June Carter, z którą ożenił się w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. To właśnie June była tą, która uratowała go od narkotyków. To z nią dzielił miłość do muzyki, występował, jeździł w trasę. Publiczność ich uwielbiała, a program „The Johnny and June Show” był niezwykle popularny, natomiast Vivian popadła w zapomnienie. „Nie potrafiła pomóc ani sobie, ani Johnny’emu”, „Inna kobieta pomogła mu wyjść z choroby gorszej niż rak” – pisano w gazetach.

Podczas wywiadów Carter mówiła, że mają siódemkę dzieci. Tak naprawdę mieli tylko syna, Johna. June miała jeszcze dwie córki z poprzedniego małżeństwa, Carlene i Rosie. To bolało Vivian najbardziej. Wychowanie dziewczynek było dla niej ogromnym wysiłkiem, robiła to całkiem sama, bez niczyjej pomocy. Było jej ciężko słuchać, jak nowa żona jej byłego męża najzwyczajniej w świecie przywłaszcza sobie jej dzieci. Do tego nie mogła nic zrobić, nie miała jak tego sprostować opinii publicznej. Zawsze mawiała: „Zobaczycie, pewnego dnia napiszę książkę”. June mogła bez końca mówić mediom „To są nasze dzieci”. Vivian nie miała tego przywileju, a bardzo zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej matkę, dostrzegli jej rolę. Pozwalając June mówić tak, Johnny ponownie łamał Vivian serce.

W późniejszych latach Vivian starała się żyć pełnią życia. Mieszkała w Venturze, często widywała się z córkami i ich rodzinami. Była pełna energii, ale już dawno straciła radość życia. Nie śmiała się, widać było, że cierpi. Było jasne, że nadal kocha Johnny’ego, i tylko jego. Zawsze go kochała. I nigdy o nim nie zapomniała, a jej obecny mąż dobrze o tym wiedział. Gdy 15 maja 2003 roku zmarła June, Vivian spotkała się z Johnnym, aby poprosić go o zgodę na napisanie i publikację książki. Chciała w końcu opowiedzieć światu swoją historię. „Powinnaś to zrobić” – powiedział. Cieszyła się, że uzyskała jego aprobatę, bo wiele dla niej znaczył.

Kilka miesięcy później Johnny dołączył do June, a Vivian ponownie doświadczyła straty na oczach całego świata. „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być” – mówiła. W tym czasie można było odczuć, że ludzie woleliby wymazać ją z życiorysu męża. Było to dla niej podwójnie trudne.

Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)

„Wybaczyłam Johnny’emu i June”

W książce „I Walked The Line”, którą napisała pod koniec życia, wybaczyła byłemu mężowi i jego drugiej żonie. Zmarła po nieudanej operacji na raka płuc. W końcu stała się wolna – od cierpienia, poniżenia, smutku, żalu, odrzucenia i tego wszystkiego co ją spotkało. Odeszła kochając Johnny’ego całym sercem. Mówiła, że nigdy nikogo nie kochała tak jak jego. „Kochała do szaleństwa, była wspaniałą przyjaciółką. Była zdyscyplinowana, zawzięta i kreatywna. Próbowała różnych rzeczy, dzięki którym czuła się potrzebna i ważna dla świata, była niesamowitą kobietą z talentami i apetytem na życie” – wspominają córki.

Jesienią 2005 roku miała odbyć się premiera głośnego „Spaceru po linie” z Joaquinem Phoenixem i Reese Whiterspoon w rolach głównych. Film portretuje Vivian niezgodnie z rzeczywistością, jako tę okrutną, zawistną i zazdrosną. Tę niestabilną psychicznie, która miała wieczne pretensje do męża i stała mu na drodze do szczęścia. Vivian przeczuwała, że produkcja nie postawi jej w dobrym świetle i dlatego chciała stąd zniknąć. „Film przedstawiał ją inną niż była, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował ją wcześniej poznać”, „Ten film by ją zabił” – mówiły rozgoryczone córki.

Prawdziwą pamięć o Vivian Liberto Cash Distin przywraca dokument „Moja kochana Vivian” w reżyserii Matta Riddlehoovera, który od niedawna można obejrzeć w kinach. Jest to historia opowiedziana z perspektywy czterech córek Cashów: Rosanne, Kathy, Cindy i Tary, które dzielą się z widzami swoim spojrzeniem na ówczesne rodzinne problemy. Mówią o emocjach, miłości, samotności i strachu, przedstawiając relację rodziców z zupełnie nowej, nieznanej ludziom perspektywy. Zabierają widzów w romantyczną, ale również niezwykle traumatyczną podróż po doświadczeniach kobiety, która w świadomości ludzi przez długi czas funkcjonowała jedynie jako dodatek do sławnego męża.

"Historia mojej matki często była gubiona lub interpretowana w sposób błędny, służący mitowi" – mówi najstarsza córka Cashów, Roseanne. "Ten film, opowiadający o prawdziwej Vivian Liberto, a nie jej hollywoodzkiej wersji, jest bolesny, a jednocześnie pełen współczucia, rozdzierający, ale prawdziwy. Pomimo tego, że ogromnie chroniła swoją prywatność, myślę, że pragnęła, aby jej historia została opowiedziana, a jej miejsce w historii mojej rodziny zostało uznane z szacunkiem i miłością” — dodaje.

  1. Psychologia

Rozkosze próżnowania – kilka słów o mądrym leniuchowaniu

Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Dzisiejszy świat podejrzliwie patrzy na najdrobniejsze przejawy lenistwa. A przecież popołudniowa drzemka czy gapienie się godzinami przez okno to najprostsze życiowe przyjemności. I jakie twórcze!

Rzecz będzie o leniuchowaniu, ale uwaga: leniuchowaniu mądrym, zdrowym i pożytecznym. Tak, tak, pożytecznym. Od dziecka uczy się nas co prawda, by nie marnować czasu, pracować solidnie i dużo, a jak tylko dopadnie nas niemoc czy zwątpienie, szybko znaleźć sobie coś do roboty. Bo tylko tak można dojść do czegoś w życiu. Otóż, niekoniecznie.

Isaac Newton, Albert Einstein, John Lennon, Archimedes, Kartezjusz czy wreszcie Mark Twain – co ich łączy? Wszyscy byli rewolucjonistami i życiowymi próżniakami. Wystarczy przypomnieć sobie, jak Newton odkrył siłę grawitacji (drzemiąc pod drzewem), a Archimedes – wyporność ciała (oddając się przyjemności kąpieli) albo Johna Lennona i Yoko Ono, którzy spędzili tydzień w łóżku w proteście przeciwko wojnom. Bo też leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. Jak pisał Robert Louis Stevenson: „Tak zwane próżnowanie polega nie na robieniu niczego, ale na robieniu wielu rzeczy nieuznawanych przez dogmaty klasy rządzącej”. Czyli na przykład na: rozmawianiu do świtu, rozmyślaniu o najróżniejszych sprawach, spaniu, przesiadywaniu w kawiarniach, czytaniu książek, słuchaniu muzyki, biesiadowaniu w miłym towarzystwie, spacerowaniu albo patrzeniu na chmury. Cóż w tym odkrywczego lub twórczego? Ano właśnie to, że to najprostsze przyjemności. Dają wytchnienie ciału i głowie, dostarczają energii, pozwalając nawiązać lepszy kontakt z innymi i ze sobą. Nic nie musisz, nigdzie nie gonisz, po prostu jesteś.

– Wrogowie, ubodzy duchem, definiują próżnowanie jako stratę czasu. Nie uznają faktu, że nicnierobienie może być twórcze. Instytucje społeczne boją się ludzi bezczynnych, a próżniacy to myśliciele – twierdzi Tom Hodgkinson, angielski pisarz, autor książki „Jak być leniwym” oraz wydawca magazynu „The Idler” („Próżniak”). Jego zdaniem próżnowanie to kwintesencja życia. Poleca odkrywać w sobie pokłady próżniactwa, bez skrępowania i wyrzutów sumienia. Spróbujemy?

Wylegiwanie się w łóżku

„Dziesiąta rano. Próżniak, pomyślnie uniknąwszy najpierw poczucia winy o ósmej, zwyczajowej godzinie wstawania, potem poczucia winy o godzinie dziewiątej, wyznaczającej początek dnia pracy, leży w łóżku i być może zastanawia się, czy nie wstać. Lepiej nie! Wylegiwanie się (…) nie jest samolubnym dogadzaniem sobie, ale kluczowym zajęciem dla adepta sztuki życia, którym w rzeczywistości jest próżniak” – pisze Hodgkinson w „Jak być leniwym”. Co ciekawe, przyjemność zwiększa myśl, że w czasie, gdy my jeszcze się wylegujemy, tysiące ludzi właśnie zasiada przy swoich biurkach. Świetnym pomysłem jest także wylegiwanie się w towarzystwie: męża, dzieci, domowych zwierząt, a nawet wszystkich naraz. Można wylegiwać się z ulubioną książką czy gazetą, filiżanką herbaty na nocnym stoliku, pysznymi ciasteczkami, robótką ręczną czy dobrym filmem. Działa jak wizyta w SPA, a jest tańsze i dostępne na wyciągnięcie ręki.

Rekonwalescencja

Choroba. Cóż to była za rozkosz w dzieciństwie! Budzisz się rano z gorączką, termometr wskazuje 37,7, a zatroskany wzrok mamy obwieszcza najlepszą informację dnia: nie pójdziesz do szkoły! A to oznacza cały dzień spędzony pod kołdrą. Wreszcie wolno ci to, co do tej pory było zabronione, jak: jedzenie w łóżku, oglądanie godzinami filmów i spanie do granic przyzwoitości. Dlaczego w dorosłym życiu sami sobie tego zabraniamy? Wypijamy syrop, łykamy proszek i do pracy! A przecież nie tak wygląda rekonwalescencja. Czas jest najlepszym lekarzem, a procesu zdrowienia nie przyspieszy nawet cały zestaw specyfików. – Ciekawe, co się stało z lekarzami z przełomu wieków, którzy zalecali wyjazdy na południe jako terapię dla pomniejszych dolegliwości? Dzisiaj tylko przepisują tabletki, a kiedyś znali pojęcie wywczasów – jedynym przepisanym lekarstwem było robić jak najmniej przez jak najdłuższy czas – pyta Hodgkinson. No właśnie, co się z nimi stało?

Drzemka w środku dnia

Co może być przyjemniejszego niż późna pobudka? Drzemka w ciągu dnia. Ustawowo przydzielone pół godziny snu po obiedzie usprawniłoby pracę w niejednej firmie. Z pewnością zauważyłaś nieraz, że kiedy jesteś zmęczona, a masz dużo pracy, więcej pożytku przyniesie ci zdrzemnięcie się na chwilę, kosztem „cennego” czasu, niż tyranie non stop z na wpół przymkniętymi oczami. Krótka drzemka odświeża umysł, ładuje baterie i daje ciału odpoczynek. Nikt się nie dziwi zwyczajowi „leżakowania” w przedszkolach, ale już wielu krzywym spojrzeniem kwituje potrzebę „przymrużenia na chwilę oczu” dorosłego. A przecież tylko niemądry, gdy ma okazję przespać się w dzień, z tego nie skorzysta. Co istotne, poobiednia drzemka jest bardzo zdrowa, według badań zwiększa odporność na infekcje.

Włóczenie się bez celu

Miewasz czasem ochotę, by po pracy, zamiast wybrać drogę bezpośrednio do domu, po prostu jechać samochodem przed siebie, dalej i dalej, za miasto, na łono natury? Albo rezygnujesz z jazdy autobusem na rzecz niespiesznej wycieczki po ulicach, które mijasz codziennie jako pasażer? Ma to posmak szaleństwa, wagarów wręcz, ale jakie przez to jest przyjemne! Pozorne włóczenie się bez celu ma największy, bo egzystencjalny, sens. Jest nagrodą samą w sobie. Chodzisz, patrzysz i czekasz, co się wydarzy. Może odkryjesz jakiś nowy sklep w okolicy albo trafisz na fajną knajpkę, do której można by wpaść wieczorem ze znajomymi? Czasem nogi same prowadzą (tak jakby były mądrzejsze od głowy) do miejsca, które uleczy skołatane nerwy, da wytchnienie oczom czy po prostu zaskoczy.

Wieczór w domu

W dzisiejszych czasach bywa aktem sprzeciwu wobec wszechogarniającej mody „na wychodzenie”. – Zostać w domu to nowy sposób na wyjście – żartuje Hodgkinson. I nie sposób nie przyznać mu racji. – Decyzja, by zostać w domu, jest małym zwycięstwem dla duszy. Oznacza, że przynajmniej na jeden wieczór zapominamy o świecie i jego pokusach. Mówimy sobie: „Nie dbam o to”. Tworzymy prywatny mały raj z kołdry, telewizji i pizzy, naszą własną twierdzę próżnowania – dodaje.

Sztuka rozmowy

Rozmowy do świtu, zarwane noce, niekończące się wątki, odważne wizje, genialne pomysły, małe i większe olśnienia, zalążki cudownych przyjaźni – dlaczego, ach dlaczego kojarzą nam się głównie ze studiami?! Czyżby dorosłe życie oznaczało koniec niezobowiązującej konwersacji (poza obowiązkowym biznesowym small talk), a początek wymiany informacji? Dobra rozmowa daje przecież dużo więcej. To dzielenie się myślami, przekonaniami, żartem, opowieścią. To bliskość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Zamiłowanie każdego szanującego się próżniaka do rozmawiania jest, niestety, demonizowane przez społeczeństwo, które nade wszystko ceni działania. Autor „Jak być leniwym” komentuje: – Oto nowoczesna mantra: „Nie gadaj tyle, tylko zrób to!”. Na co odpowiadam: „Nie rób, pogadaj o tym. Jeżeli warto to zrobić, na pewno w swoim czasie zostanie zrobione”.

Codzienna medytacja

Nie musisz zapisywać się na kurs, czytać książek na temat medytacji, nie potrzebujesz maty i relaksującej muzyki. Wystarczy okno. Przeczytaj wiersz, znajdź wygodne miejsce do siedzenia i spójrz przez okno. Pozwól myślom błądzić. To najpiękniejsze chwile, jakie możemy sobie podarować. W oderwaniu od tego, co było i co będzie, w skupieniu na tym, co jest. Hodgkinson poleca wykorzystywać na medytację różne „bezpańskie” chwile w ciągu dnia. Gdy stoisz na przystanku autobusowym, czekasz w kawiarni na koleżankę czy ugrzęzłaś w korku – spróbuj się wyłączyć i wejść na wyższą częstotliwość z samą sobą. – Im częściej praktykujemy zmienianie pustych chwil w rozkoszną, zamyśloną bezczynność, tym lepiej nam to wychodzi – radzi Hodgkinson. Bo leniuchowanie, tak jak każdą umiejętność, można i trzeba ćwiczyć.

  1. Kultura

Męskie Granie Orkiestra prezentuje nowy singiel

W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy  koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
Za nami premiera tegorocznego hymnu trasy koncertowej Męskiego Grania. Singiel „I Ciebie też, bardzo” wykonują Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino.

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać, nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd” – śpiewają Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino, czyli Męskie Granie Orkiestra 2021. Daria Zawiałow występowała już w zeszłorocznym składzie, z którym również pojawi się na czterech koncertach zaplanowanych na sierpień. Dawid Podsiadło również był już członkiem orkiestr Męskiego Grania – wykonywał single „Elektryczny”, „Wataha” oraz „Początek”, który do tej pory został wyświetlony na YouTube ponad 120 milionów razy. Z kolei Vito Bambino rozpoczyna dopiero przygodę z Męskim Graniem. Jego obecność nie powinna jednak dziwić nikogo, kto śledzi polską scenę muzyczną. Zarówno jego ostatnia solowa płyta, jak i działalność w ramach zespołu Bitamina oraz liczne artystyczne kooperacje, cieszą się dużą popularnością.

„I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy Męskie Granie. Do utworu nakręcony został pierwszy na świecie teledysk w pełni zrealizowany z pokładu drona FPV oraz kamery RED Komodo.

Trasa Męskie Granie 2021

Najpopularniejsza polska trasa koncertowa – Męskie Granie – powraca po rocznej przerwie spowodowanej pandemią. W te wakacje, ze względu na ograniczenia pandemiczne, muzycy zagrają w czterech miastach, a koncerty odbędą się zarówno w piątki, jak i soboty. Już w sierpniu Męskie Granie zawita do: Krakowa (6-7 sierpnia, Muzeum Lotnictwa), Warszawy (13-14 sierpnia, Tor Służewiec), Poznania (20-21 sierpnia, Park Cytadela) oraz Żywca (27-28 sierpnia, Amfiteatr pod Grojcem). W tym ostatnim mieście, 28 sierpnia, zrealizowany zostanie streaming na żywo.

Podczas każdego z wydarzeń odbędą się cztery solowe koncerty, a zwieńczeniem wieczoru będzie występ zespołu Męskie Granie Orkiestra. W tym roku regularne koncerty zagrają aż dwie orkiestry – Męskie Granie Orkiestra 2020, która w ubiegłym roku, ze względu na pandemię, wystąpiła tylko podczas streamowanego koncertu w Żywcu oraz Męskie Granie Orkiestra 2021. To oznacza, że w piątki będzie można usłyszeć Męskie Granie Orkiestra 2020 w składzie: Daria Zawiałow, król, Igo, Kasia Piszek, Piotr Rubik, Jakub Wojtas, Thomas Fietz, Michał Kush, Monika Muc oraz Arek Kopera. W soboty przed publicznością zaprezentuje się natomiast Męskie Granie Orkiestra 2021.

Męskie Granie 2021 – line-up

  • 6 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, król, Jarecki, Bluszcz
  • 7 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, Daria Zawiałow, BAASCH, WaluśKraksaKryzys
  • 13 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2020, Artur Rojek, król, Kasia Lins, Niemoc + goście
  • 14 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2021, BRODKA, RALPH KAMINSKI, Zdechły Osa, Shyness!
  • 20 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2020, ZALEWSKI, Maria Peszek, Vito Bambino, Kaśka Sochacka
  • 21 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, król, Muchy, BAASCH
  • 27 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, WaluśKraksaKryzys, Bluszcz
  • 28 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2021, ZALEWSKI, RALPH KAMINSKI, Natalia Przybysz, Kaśka Sochacka
  1. Kultura

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.