fbpx

Wikiński survival – rozmowa z powieściopisarką Elżbietą Cherezińską

Elżbieta Cherezińska z córką Kaliną podczas festiwalu na Jutlandii. (Fot. Dariusz Chereziński)

Fascynacja historią jest tak naturalna jak oddychanie. Dziwi mnie, jak ludzie mogą się tym nie interesować – mówi powieściopisarka Elżbieta Cherezińska. Sama regularnie podróżuje do przeszłości nie tylko na kartach książek, ale i podczas wczesnośredniowiecznych festiwali i obozów.

Niech zgadnę: w dzieciństwie pani ulubioną książką nie były „Dzieci z Bullerbyn” czy baśnie, tylko „Polska Piastów” Pawła Jasienicy?
Pudło. „Dzieci z Bullerbyn” lubiłam, baśnie Andersena też, ale tylko te bardziej mroczne. Już kiedy miałam ze trzy latka, dziadek zaczął mi opowiadać „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”, zrozumiałym dla mnie językiem streszczał fragmenty, które przeczytał. Dlatego bardzo szybko zaczęłam samodzielnie czytać Sienkiewicza – już w drugiej klasie podstawówki połknęłam „Quo vadis”. Bardzo podobały mi się sceny erotyczne, a opisy okrucieństw musiałam zgłębiać po dwa razy. Pamiętam, że katowałam koleżanki, abyśmy lalkami bawiły się w… „Quo vadis”.

Lalki odgrywały prześladowanych pierwszych chrześcijan?
No (śmiech). I to wcale nie jest takie dziwne, dzieci, a zwłaszcza te, które mają szczęśliwe dzieciństwo, lubują się w bezpiecznych okrucieństwach. Chyba wypełniają tym jakąś tęsknotę. Jako dziecko długo chciałam zostać lekarzem sądowym, bo interesowała mnie sekcja zwłok i to, co wiąże się z duszą człowieka i jego ciałem po śmierci. Naprzeciwko naszego domu stał mały kościół, przy którym wtedy była kostnica. Kiedy kostnica była otwarta, podglądałam zmarłych, uwielbiałam to. Pamiętam, że z bratem namiętnie oglądałam też fotografie pogrzebowe. W ogóle cały obyczaj mnie fascynował: te czarne koronki, świece…. Teraz myślę, że fascynacja śmiercią była fascynacją życiem tamtych ludzi – mogłam sobie w głowie tworzyć ich historie.

Czy to już można zakwalifikować jako pani zainteresowanie historią?
Tak, bo mnie historia kojarzyła się z dobrą opowieścią.

A co było punktem zwrotnym w tej fascynacji?
Mój mąż zajmuje się rogownictwem, czyli rzeźbieniem w porożu, a Skandynawia wikingów zostawiła po sobie sporo takich zabytków. Darek je odtwarza, więc wikińskiej kultury było dużo w naszym domu. Kiedyś złapałam jego arkusze ze wzorami z odkryć archeologicznych. Zastanawiałam się, jak ci barbarzyńcy w hełmach z rogami mogli stworzyć tak wyrafinowany rysunek, tak skomplikowane wzory, z tak bogatą ornamentyką… I mąż zaczął mi opowiadać o kulturze wikingów. To mnie zafascynowało. Ponad 15 lat temu pierwszy raz zabrał mnie na Festiwal Słowian i Wikingów na wyspę Wolin. Przyjechaliśmy w nocy i miałam wrażenie, jakbym weszła w kadr filmu… Potem zaczęliśmy jeździć razem. Poza Wolinem do Danii, Norwegii, Szwecji, Anglii – co roku bywaliśmy na kilkunastu festiwalach. Okazało się to także sposobem na zwiedzanie świata. Z czasem badanie przeszłości przerodziło się w tworzenie scenografii do moich książek.

Wikiński survival - rozmowa z powieściopisarką Elżbietą Cherezińską
W norweskiej wiosce Gudvangen na końcu Nærøyfjordu, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. (Fot. Dariusz Chereziński)

Uczestnicy takich zlotów nie tylko przebierają się za wikingów, ale przez kilka dni czy tygodni żyją jak oni: gotują, jedzą, walczą. Wszystko po to, by wczuć się w tamten świat…
Tak, kąpiemy się w lodowatych fiordach, mieszkamy w płóciennych namiotach – chociaż wikingowie używali ich tylko w podróży, podobnie jak Słowianie. Wozimy ze sobą pięknie rzeźbione skrzynie, stoły, niektórzy nawet łoża. A ci, którzy podróżują z małymi dziećmi, mają dla nich zabawki gliniane i drewniane, takie, jakie znamy z wykopalisk, lub szmaciane laleczki. Rzemieślnicy rozstawiają się ze swoim warsztatem i zajmują się odtwarzaniem dawnych rzemiosł. Wikingowie nie pijali na przykład kawy, Słowianie także, ale my, ludzie współcześni, nie chcemy bez niej zaczynać dnia, więc rano trzeba iść po wodę, porąbać drewno i rozpalić ognisko. Jeśli nie schowało się drewna w suche miejsce, to będzie kłopot… Gotuje się szybko, choć używamy replik dawnych naczyń. Na Wolinie codziennie jest też bitwa. To najbardziej widowiskowy element festiwalu. Istnieje ścisły regulamin tych walk, m.in. można używać wyłącznie tępej broni, ale mimo to zdarzają się wypadki. Niezwykłe są ceremonie, obrzędy – dają poczucie łączności w czasie. Nocą na jednym z norweskich festiwali długim korowodem szliśmy z pochodniami na kopce – a są to prawdziwe groby z epoki wikingów. W ten sposób podtrzymujemy pamięć o nich.

Co jest dla pani najtrudniejsze w tej codzienności?
Ekstrema pogodowe – w Skandynawii gdy trzy dni z rzędu leje i przychodzi silny wiatr, to organizatorzy przynoszą nam zwoje dodatkowych lin, żebyśmy mocniej zacumowali namioty. Wiemy wtedy, że noc będzie bogata we wrażenia. Zdarzały się noce, gdy tak wiało i lało, że w cztery dorosłe osoby trzymaliśmy drewniane maszty historycznego namiotu, bo wiatr dosłownie nim rzucał. Po takich festiwalach powroty są okropne. Zmoknięte płótno namiotu waży 20 i więcej kilogramów, skóry i futra podobnie, wszystko w błocie…. Z mężem i dziećmi przez wiele lat spaliśmy na skórach: z dzika na spód (jest nieprzepuszczalna, twarda i zapewnia niezłe podłoże), a na to miękkie skóry z baranów i owiec. Dzisiaj już sypiam w śpiworze.

Kto przyjeżdża na takie festiwale?
Jest wielu studentów historii, archeologów, ale są też prawnicy, lekarze, biznesmeni, dla których to forma odreagowania codzienności. Niektórzy zajmują się tzw. archeologią eksperymentalną, na przykład Hanna i Paweł Lisowie przez lata badali dawną kuchnię. Używali starych naczyń, dawnych odmian zbóż i próbowali odtworzyć słowiańskie pożywienie. Okazuje się, że Słowianie jedli fantastycznie. Lisowie napisali nawet książkę kucharską („Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków”– przyp. red.), która stała się bestsellerem. Jest połączeniem przepisów z gawędą historyczną, opowiada, dlaczego te, a nie inne zboża się u nas przyjęły i jak to możliwe, że uprawiano brzoskwinie czy winogrona. Wiele osób, ucząc dawnego rzemiosła, zarabia na życie, a jeszcze inni przyjeżdżają, żeby odtwarzać sztuki walki. Jest drużyna elitarnych wojowników, jomswikingów, jednym z jej wodzów jest Polak, Igor Górewicz – wystarczy obejrzeć ich zdjęcia w Internecie, żeby zobaczyć, jak bardzo są zaangażowani.

Wikiński survival - rozmowa z powieściopisarką Elżbietą Cherezińską
Podczas festiwalu na Wolinie, który słynie z ekstremalnych warunków pogodowych. (Fot. Dariusz Chereziński)

Przecież to bardzo odległa historia… Co sprawia, że ludzie tak mocno się w nią angażują?
Dla mnie fascynacja historią jest tak naturalna jak oddychanie. Dziwi mnie, czemu ludzi to nie interesuje…

Czego może nas nauczyć Polska Piastów?
Tożsamości. Choćby taki wątek: gdy Chrobry w 1025 r. został naszym pierwszym królem, to jego siostra Świętosława była już czterokrotną królową: w Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii. Pierwszy jej mąż był królem Szwecji, drugi – królem Danii, który podbił Norwegię, ofiarując ten kraj żonie. A gdy się rozstali, podbił też Anglię i zmarł w Londynie. Wtedy syn Świętosławy, Knut, wrócił po matkę do Polski i wspólnie zdobyli ponownie angielski tron. Knut go utrzymał i przez lata był szanowanym władcą. Jak wiadomo, Anglicy mają wysokie mniemanie o swojej historii i na tamtejszym festiwalu, który jest większy niż nasz woliński, przyjaciele Anglicy wieczorem przy ognisku puszą się swoją historią. Mój mąż zazwyczaj wtedy mówi: „Pokażcie mi Anglika lub półkrwi Anglika na polskim tronie” – i kiedy zapada milczenie, kończy: „Za to siostrzeniec naszego pierwszego króla władał Anglią”. Pierwsi Piastowie nieustannie przesuwali horyzont, nie byli ograniczeni narodowymi kompleksami, parli, by osiągnąć swoje. I robili to w niezwykłym tempie.

To byli krwiożerczy dyktatorzy!
Nie możemy oceniać tamtych ludzi dzisiejszymi realiami. Wojna i zabijanie były elementem walki o władzę. Wszyscy władcy w tamtych czasach byli dużo bardziej okrutni niż obecnie. Oceniamy ich przez pryzmat skuteczności. Gdy Świętosława owdowiała, zaczęli się do niej zjeżdżać zalotnicy. Dwóch, którzy byli zbyt niskiego rodu, kazała spalić w łaźni. Za to poddani nie nazwali jej „okrutną”, ale „Storadą”, czyli „dumną w słowach” albo „pyskatą”.

Cywilizacja łagodzi zwierzęcość człowieka, a jednocześnie interesujemy się i wychwalamy okrutników, którzy swoją drogę znaczyli trupami. Czy nie ma w tym jakiejś sprzeczności?
Często się nad tym zastanawiałam, także myśląc, czemu piszę książki tak okrutne w treści. I obserwując kino amerykańskie pełne horrorów i iluzorycznych strachów, doszłam do wniosku, że syte i bezpieczne społeczeństwo potrzebuje lęku ujętego w bardzo bezpiecznych granicach. Chcemy tego doświadczyć, ale nie na sobie. Najlepiej w kinie, książce czy grze. To one zaspokoją naszą potrzebę przeżycia śmierci czy przerażenia. Podobnie jest z poznawaniem historii. Już nie polujemy, nie zabijamy, by wyrównać sąsiedzkie porachunki, ale pociąg do okrucieństwa gdzieś w nas jest. Choć jesteśmy ubrani w szaty cywilizacji i bardzo często chcemy być lepsi – w sytuacjach ekstremalnych wychodzą z nas pierwotne instynkty. W średniowieczu panowały dwie ścierające się teorie: jedna to taka, że świat się starzeje i jak starość jest coraz gorszy, a druga, że świat się rozwija i jest coraz lepszy… Do dzisiaj nie wiem, która jest prawdziwa.

Wikiński survival - rozmowa z powieściopisarką Elżbietą Cherezińską
Przystań z łodziami wikingów w skansenie Bork Vikingehavn w Danii. (Fot. Dariusz Chereziński)

Jak panią zmieniają te podróże w czasie?
Dzięki nim nabrałam ogromnego dystansu do codzienności, do naszego tu i teraz. Gdy patrzymy na teraźniejszość z punktu oddalonego o tysiąc lat, wszystko zaczyna być mniej istotne. W XXI wieku mamy zarozumiałą pewność, że to my stworzyliśmy ten świat, a ci przed nami byli głupsi. Tymczasem wszystkie największe odkrycia i wynalazki ludzie wymyślili bez prądu. Takie festiwale to okazja, żeby uczyć dzieci i młodzież naszej historii, bo na przykład starożytny Egipt broni się sam – piramidami, my musimy znaleźć własny sposób, żeby przeszłość okazała się równie spektakularna i interesująca.

Elżbieta Cherezińska, pisarka, autorka powieści opisujących czasy Piastów i wikingów. Dotychczas opublikowała 12 książek, w tym cykle powieściowe „Odrodzone królestwo” oraz „Harda królowa”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze