1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Piękno to pojęcie względne. Pożegnaj swojego wewnętrznego krytyka

Piękno to pojęcie względne. Pożegnaj swojego wewnętrznego krytyka

Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody, pokochasz siebie na nowo. (Fot. iStock)
Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody, pokochasz siebie na nowo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sztuką jest dostrzec piękno tam, gdzie nikt go nie szuka, bo piękno jest względne: zgodnie z definicją to stan umysłu. O tym właśnie mówi historia pewnej budowli, która przez długie lata była nienawidzona przez mieszkańców miasta, w którym powstała.

Potępiali ją intelektualiści, architekci, artyści i robotnicy. Protestowali już w trakcie budowy, chcąc doprowadzić do jej odwołania, argumentując to tym, że oszpeci to pozostałe zabytki miasta. Dodatkowo cała konstrukcja wykonana została z żelaza, uznawanego za nieszlachetny materiał budowlany. Mieszkańcy znaleźli nawet obraźliwe określenia dla niej: „nieudana latarnia uliczna'', czy też „fabryczna rura”.

W projekcie zakładano, że po 20 latach od budowy zostanie rozebrana. Jednak jej założyciel, stworzył na niej laboratorium meteorologiczne, dzięki czemu uchronił ją przed zniknięciem. Dziś jest jednym z bardziej znanych obiektów architektonicznych i stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych dla ludzi z całego świata. Wieża Eiffla.

Bywa, że nieraz jesteśmy jak wieża Eiffla - atuty naszej urody nie są docenione. Próbując na siłę dopasować się do obowiązujących trendów i źle interpretowanej definicji piękna, nie dostrzegamy tego, co w nas piękne i wyjątkowe.

Jak widać po historii słynnej budowli, pojęcie piękna jest tylko kwestią umowną.

Każda z nas może być piękna na swój własny sposób. Zamiast skupiać się na swoich kompleksach i niedoskonałościach, lepiej znaleźć pozytywne aspekty.

Może nie masz figury modelki, ale twoim atutem są kobiece kształty, które możesz wyeksponować na kilka różnych sposobów. Może jesteś posiadaczką kręconych włosów, a marzysz o prostych i nie dostrzegasz tego, czym obdarzyła cię natura? Może posiadasz piękną cerą, a ciągle narzekasz na swoje włosy. Te przykłady można mnożyć. Co kobieta to inna historia.

Jedno jest pewne: wiele kobiet nie dostrzega swoich atutów.

Czy kiedykolwiek czułaś obawę przed tym, że nie jesteś wystarczająco piękna? Czy towarzyszą ci natrętne myśli na temat twoich niedoskonałości, które spędzają Ci sen z oczu? Czas pożegnać swojego wewnętrznego krytyka... Jeśli chcesz dobrze czuć się w swojej „skórze”, powinnaś opanować wewnętrzny głos, który ciągle podważa twoją atrakcyjność. Daj sobie przyzwolenie na to, że nie musisz być idealna.

Zatem wytęż wzrok, spójrz na siebie w inny sposób. Znajdź inspiracje wśród znanych osób, które są do ciebie podobne. Może masz kobiece kształty, niczym Kim Kardashian, albo piękne rude włosy, niczym Jessica Chastain. Może jesteś figlarną kobietą, podobnie jak Eva Longoria, a może jesteś kobietą dojrzałą, podobnie jak Meryl Streep. Odważ się użyć słowa „piękno” w kontekście swojej osoby. Nie myśl o tym, co powiedzą inni, nie zastanawiaj się, czy czasem nie podważą tego oceniającym spojrzeniem. Nie potrzebujesz karmić się negatywnymi opiniami przypadkowych ludzi, wystarczy ci, że masz swojego własnego krytyka.

Podobno ciało słucha umysłu, stąd ulega ono zmianie, bądź nie, w zależności od tego, co myślisz i mówisz o sobie. Pozytywne wzmacnianie jest niezbędne w drodze do wykreowania w swoim umyśle pozytywnego wizerunku, co bezpośrednio stanie się widoczne dla innych. Im mocniej uwierzysz w swoje piękno, tym wyraźniej będzie ono zauważalne dla innych. Dlatego pracę nad doskonaleniem swojego wizerunku powinnaś zacząć od siebie, zamiast przeglądać się w oczach innych ludzi.

Kiedy tylko odkryjesz atuty swojej urody i zrozumiesz, co oznacza słowo piękno, to przyjdzie taki moment, że pokochasz siebie na nowo. Dlatego bądź dla siebie najlepszą przyjaciółką, opiekuj się sobą, mów sobie miłe rzeczy. Nie pozwól sobie wmówić, że nie zasługujesz na to, by stać się niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju.

Aleksandra Necel-Kozioł: certyfikowana trenerka i osobista stylistka, która pomaga kobietom poczuć się wyjątkowo i wyglądać pięknie, a także znaleźć mocne strony swojej osobowości i wykorzystywać je w życiu zawodowym i prywatnym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Mamo, jestem brzydka

Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Jak w głowie dziewczynki powstaje obraz własnego ciała? Czemu tak często jest negatywny? O tym, jaki wpływ na to mają matki – z dr hab. Katarzyną Schier rozmawia Ewa Pągowska. 

"Jestem brzydka”. Jak takie przekonanie powstaje w głowie kilkuletniej dziewczynki?
Jednym z głównych powodów może być zaburzony proces kształtowania się obrazu ciała. Obraz ciała jest częścią „ja cielesnego”, czyli pierwszego „ja”, jakie buduje człowiek. Przyjmuje się, że powstaje około 6. roku życia. Przez pierwsze lata zyskujemy wiedzę m.in. o tym, jak jesteśmy zbudowani, świadomość, że np. mamy twarz, chociaż możemy ją zobaczyć tylko w lustrze. Budujemy stosunek emocjonalny do ciała i jego poszczególnych części. Co ważne – to wszystko tworzy się relacyjnie, a więc w bliskości z drugą osobą.

Jak to się dokładnie odbywa?
Ogromną rolę w kształtowaniu obrazu ciała odgrywa dotyk. Dowiedziono, że jeśli jest częsty i czuły, małe dziecko otrzymuje informację, że jego ciało, a więc ono samo, jest piękne i warte miłości. Pomiędzy niemowlęciem a jego głównym opiekunem, czyli najczęściej matką, dochodzi do bardzo dużej liczby epizodów interakcyjnych – małych, codziennych sytuacji, w których dziecko uczy się, jak jego ciało jest odbierane. Dotyk pomaga też nauczyć się granic, czyli tego, gdzie kończy się ono samo, a gdzie zaczyna druga osoba. Ma to bezpośredni związek z późniejszą umiejętnością określania granic na poziomie emocjonalnym. Dlatego zabiegi pielęgnacyjne, takie jak przewijanie i kąpiel, nie powinny być tylko mechanicznym wykonywaniem koniecznych czynności. Ani, co gorsze, wykonywane z dezaprobatą, jak to zdarzyło się w przypadku pewnej dziewczynki. Kiedy była niemowlęciem, rodzice nie radzili sobie z zapachem jej kupy i przewijając dziecko prychali z obrzydzeniem. Dziewczynka później, w wieku kilku lat, myślała, że jest wstrętna, bo śmierdzi, chociaż nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Czyli dziewczynce, która czuje się brzydka, we wczesnym dzieciństwie zabrakło dotyku matki?
Możliwe, ale dotyk to jeden z wielu elementów. Jak twierdził brytyjski pediatra i psychoanalityk Donald Woods Winnicott, szalenie ważne jest to, co dziecko widzi w oczach matki. Czy siebie jako wcielenie Wenus lub Apolla – czy przerażenie, chęć rywalizacji, depresję, wycofanie lub nawet echa konfliktu z partnerem. Jeśli nie ma tam miejsca na miłość i akceptację, to emocjonalny ból, jaki odczuje dziecko, można porównać do sytuacji porzucenia.

A kiedy dziewczynka ma już kilka lat, znaczenia nabierają słowa, zwłaszcza mamy…
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. Łatwo sobie wyobrazić, jak będzie myśleć o sobie córka matki, która wiecznie się odchudza. Takiej, która wciąż narzeka na swój wygląd, nigdy nie ma się w co ubrać i za każdym razem, kiedy staje przed szafą, dochodzi niemal do katastrofy.

Przekazami, które mogą utrudniać dziewczynce akceptację jej ciała, są też te negujące kobiecość np.: „kobiety mają ciężko”, „zobaczysz, urodzisz dziecko, to też przytyjesz”. Często wypowiadają je mamy, które podświadomie są niezadowolone z tego, że urodziły córkę. Mogą postrzegać ją jako rywalkę. Zachowują się więc jak macocha z bajki, która chce usunąć Królewnę Śnieżkę, żeby pozostać najpiękniejszą. To wcale nie taka rzadka sytuacja, kiedy matka nie radzi sobie z tym, że córka dorasta, i próbuje nieświadomie zniszczyć w niej kobiecość. Z zazdrości o jej młodość i szanse, jakie ma przed sobą. Oczywiście na kształtowanie się prawidłowego obrazu ciała źle wpływają też negatywne uwagi na temat wyglądu, jak np.: „z takim kołtunem na głowie nie wyjdziesz”, „fatalnie wyglądasz w tych spodniach”, „jesteś za gruba – mówię to dla twojego dobra”.

Na forach internetowych znalazłam sporo wypowiedzi mam, które pisały, że ich córki są „grubasami” i „nie mogą przestać się obżerać”.
Jeśli nie stwierdzono, że przyczyną otyłości czy nadwagi dziecka (te dwa stany należy różnicować) jest jakaś choroba, a tylko, jak określa to mama, fakt, że jej dziecko „się obżera”, to ja pytam: dlaczego to dziecko musi się obżerać? Dlaczego poprzez jedzenie musi regulować swoje napięcie? W psychologii klinicznej otyłość prosta jest często wiązana nie tylko ze złymi nawykami żywieniowymi i brakiem ruchu, ale także z zaburzeniami więzi. Zamiast koncentrować się na technikach odchudzania, zajęłabym się poszukiwaniem rzeczywistych przyczyn takiej otyłości. Zwłaszcza gdy mama używa określeń, jakie pani zacytowała. Jeśli ona jest wściekła, że ma „grubego, brzydkiego bachora”, to nawet gdy nie powie tego dziecku, ono to wyczuje i tak właśnie będzie o sobie myśleć.

Skąd u matki biorą się takie odczucia?
Prawdopodobnie z jej osobistych doświadczeń. Być może w dzieciństwie wstydziła się otyłej mamy albo sama cierpi z powodu nadwagi – szczególnie gdy słyszy krzywdzące komentarze od partnera. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że zatrważająco często mężczyźni mówią do swoich kobiet „gruba babo” lub „znów się nażarłaś”. Nic dziwnego, że później widok córki z nadwagą budzi w tych kobietach lęk, niechęć i wstyd, że są złymi mamami, skoro do tego dopuściły.

Na kształtowanie się obrazu ciała ogromny wpływ mają też rówieśnicy.
Ostatnio słyszałam o czterolatce, która chciała się odchudzać, bo usłyszała w przedszkolu, że ma duży brzuszek. Podobała mi się reakcja jej taty. Nazwał to wszystko grandą, a potem pokazał córce w gazetach i książkach jej rówieśniczki. Wytłumaczył, że w tym wieku wszystkie dzieci mają podobne brzuszki. To wystarczyło. Tata zadziałał jak tarcza.

Rodzice muszą pełnić funkcję korektywną wobec informacji z zewnątrz. Także tych płynących z mediów. Przecież już małe dziewczynki starają się dopasować do lansowanego wzorca piękna. Chcą wyglądać jak Barbie, a to przecież niemożliwe. Ta lalka ma proporcje, które w naturze nie występują! Proszę zobaczyć, jak trudno w takiej sytuacji być zadowoloną ze swego wyglądu. Czasem zdarza się wręcz, że mała dziewczynka obejrzy konkurs piękności dla małych dzieci, oceni, że nie miałaby w nim szans i stwierdzi: „jestem brzydka”. Przy okazji chciałabym stanowczo odradzić wysyłanie małych dziewczynek na konkursy piękności. One nie rozumieją tego, co się dzieje i bardzo przeżywają porażkę. Czują, że sprawiły zawód mamie i tacie, i cierpią.

A jeśli dziewczynka mówi: „jestem brzydka” i to nie ma nic wspólnego z konkursem piękności?!
Trzeba dowiedzieć się, dlaczego uważa się za brzydką. Można poprosić, żeby siebie narysowała. Potem razem obejrzeć rysunek i porozmawiać o poszczególnych częściach jej ciała. Zapytać, co konkretnie i dlaczego jej się nie podoba. Odpowiedzi mogą być naprawdę zaskakujące. Może na przykład nie podoba jej się fakt, że rosną jej piersi. To z kolei jest spowodowane lękiem przed dorosłością, którego dziecko sobie po prostu nie uświadamia.

My jednak możemy się domyśleć, że ta postawa wynika np. z matczynej dezaprobaty dla własnej kobiecości i swojego życia. Bez względu na przyczyny, warto częściej powtarzać córce, że dla nas jest najpiękniejsza. Ale takie słowa muszą wypływać z potrzeby chwili i być wypowiadane z miłością.

A starsze dziewczynki? Mam wrażenie, że „zadowolona ze swego wyglądu nastolatka” to oksymoron.
Trochę tak. Ale pamiętajmy, że z okresem dojrzewania wiąże się też wiele dobrego, jest uważany za drugą rozwojową szansę. W tym czasie wszystko się przebudowuje, kształtuje się osobowość, zmienia sposób widzenia świata. Mama może wtedy stanowić ważne wsparcie w rozwoju „ja” seksualnego. Jeśli we wcześniejszym okresie były jakieś problemy w relacji mama – córka, to teraz można je naprawić.

Dorastające córki ze swoimi matkami najczęściej się kłócą. Może lepiej powstrzymać się od wszelkich uwag dotyczących wyglądu nastolatki?
To zależy, czego dotyczą i w jaki sposób będą wypowiedziane. Warto zachować delikatność, ale nie milczenie. Wczesną wiosną widziałam w metrze dziewczynkę w okresie dorastania, która była bardzo lekko ubrana. Dekolt jej bluzki był tak duży, że niemal wychodził z niego biust. Jej strój nie pasował ani do miejsca, ani do temperatury. W moim odczuciu ta dziewczynka była całkowicie niezaopiekowana. Zabrakło kogoś, kto by z nią porozmawiał, zanim wyszła z domu. Mama w trosce o bezpieczeństwo i zdrowie córki musi czasem pozwolić sobie na pewne uwagi. Nie tyle krytykować i zabraniać, ile mówić o ewentualnych konsekwencjach.

Czasem wydaje nam się, że córka ubrała się po prostu brzydko.
Zasada jest prosta: małe dzieci się ubiera, starszym daje ubrania do wyboru, a strój nastolatka się toleruje. Styl ubierania tego ostatniego jest częścią poszukiwań własnej tożsamości, sposobu wyrażania siebie. Warto powstrzymać się od komentarzy: „znów na czarno, nałóż wreszcie coś kolorowego”. Nie ma nic gorszego niż matka, która ma w głowie idealny obraz nastolatki. Tego, jak powinna wyglądać, ubierać się i zachowywać. I która do takiego wyimaginowanego obrazu stara się dopasować swoją córkę.

A jeśli rodzice od zawsze powtarzają, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. To źle?
Skąd. Dziewczynka powinna żyć w przekonaniu, że dla swoich rodziców jest najpiękniejsza na świecie, że jest ich królewną. Trzeba więc prawić jej komplementy, prawdziwe. Koncentrować się na tym, co ma dobrego, ładnego... Ona nie może żyć w iluzji, bo kiedyś ktoś powie jej prawdę i zupełnie nie będzie umiała sobie z tym poradzić. Trzeba pokazać jej, że ma np. piękną buzię i trochę mniej zgrabne nogi. Powiedzieć prawdę.

Jeśli uwagi matki wynikają z jakichś nie do końca uświadomionych uczuć – lęku, zazdrości czy złości – to wtedy bolą. Ale jeśli kieruje się dobrymi intencjami i troską o córkę i jej wygląd, to zwykle bez problemu potrafi sformułować zdania, które nie ranią. Niedobrze mówić np.: „masz brzydką cerę”. Lepiej powiedzieć: „coś ci się zrobiło na buzi, chodź pójdziemy z tym do kosmetyczki”. I iść!

Dr hab. Katarzyna Schier psycholożka, psychoterapeutka. Podstawowe obszary jej zainteresowań naukowych: relacja psychika – ciało, czyli problematyka rozwoju i zaburzeń Ja cielesnego oraz geneza i leczenie zaburzeń psychosomatycznych; ukryte formy przemocy w rodzinie (odwracanie ról czyli parentyfikacja); mechanizmy rządzące psychoterapią. 

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.

  1. Psychologia

Wewnętrzna presja, odrzucenie, samokrytyka. Jak pokochać siebie?

Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą. (Fot. iStock)
Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą. (Fot. iStock)
Często stajemy się mistrzami samokrytyki, zapominając, że podobnie możemy ćwiczyć się w miłości i akceptacji. Jak to wygląda u ciebie? Czy twoja szklanka jest zazwyczaj do połowy pusta czy do połowy pełna?

Certyfikaty niepokoju

Ludzie są dobrzy z natury, ale większość dorosłych w to nie wierzy. Często czujemy się mniej lub bardziej niewłaściwi i niepewni siebie. Nauczyliśmy się, że jesteśmy w jakiś sposób niewystarczający. Trudno nam prawdziwie i bezwarunkowo pokochać oraz zaakceptować siebie. Samo sformułowanie „pokochać siebie” kojarzy się z popularnymi poradnikami, które dobrze się czyta, ale które na dłuższą metę niczego nie zmieniają w uczuciach do siebie samych. Przyzwyczailiśmy się, że na szacunek, uwagę, miłość musimy zasłużyć. W wielu przypadkach naprawdę ciężko na nie pracujemy. Wspinamy się na kolejne szczyty, nabywamy nowe umiejętności, zaczynamy kolejne studia, zdobywamy certyfikaty. Staramy stać się doskonalsi, lepsi, bogatsi, bardziej certyfikowani, bardziej godni podziwu, szacunku, uwagi. Inni niż jesteśmy teraz. Działamy pod wpływem jakiejś wewnętrznej presji i niepokoju. Często wydaje nam się, że gdy tylko osiągniemy to, co sobie zaplanowaliśmy, to w końcu osiągniemy spokój, będziemy mogli rozluźnić się, uznać, że w końcu zasłużyliśmy na…. no właśnie: na co? Finał starań zdaje się wcale nie nadchodzić. Po pierwszym certyfikacie przychodzi następny, a na kolejnych szczytach wcale nie znajdujemy tego, czego w głębi serca szukamy. Dlaczego wpadamy w błędne koło?

Historie „zawstydzeń”

Prawie każdy z nas ma swoją własną historię „zawstydzeń” i krytyki. Składają się na nią wszystkie sytuacje, w których czuliśmy się bezwartościowi, nieadekwatni, niekochani. Kiedy czuliśmy wstyd lub poczucie winy. Historię tę tworzą zdarzenia, w których coś, co robiliśmy, lub to, jacy byliśmy, spotykało się z czyimś (np. rodziców, nauczycieli, rówieśników) niezadowoleniem, krytyką, reakcją, przed którą nie potrafiliśmy obronić się w danym momencie i która wywoływała w nas uczucie wstydu, winy i tego, że jesteśmy niechciani tacy, jacy jesteśmy. Szkodliwe komunikaty to takie, które w uproszczeniu mówią nam: „Nie kocham cię takim, jakim jesteś”. Najczęściej nie dzieje się to wprost. Przykładowo mogliśmy słyszeć „taki duży chłopak, a płacze jak baba” lub „nasza Krysia jest dzieckiem zbyt wrażliwym”. Zdania te przekazują komunikat o tym, że nasza wrażliwość i uczucia to wada, coś złego. W konsekwencji możemy czuć wstyd i poczucie winy, kiedy płaczemy lub jesteśmy wrażliwi. Słyszymy też na przykład: „Dzieci i ryby głosu nie mają”, zdanie, które mówi nam, że nie mamy prawa do bycia wysłuchanym, że nasz głos się nie liczy. Albo „Co z tobą jest nie tak? Popatrz, jak Krzysiu sobie świetnie radzi!”, komunikat, który mówi, że nie jesteśmy tacy, jak trzeba, choć nie wiadomo dlaczego, oraz zachęca nas do rywalizacji z Krzysiem w poszukiwaniu akceptacji i pochwały. Powtarzające się przez długi czas doświadczenia tego rodzaju mogą prowadzić do poczucia, że to, jacy jesteśmy, nie wystarcza do tego, aby być kochanym. Z czasem, kiedy dorośniemy, może zdarzyć się, że sami siebie zaczynamy traktować w podobny sposób, kwestionując swoje uczucia czy prawa i dopingując się do spełniania kolejnych standardów doskonałości. Często ciężko jest nam nawet dostrzec, że sami sobie to robimy.

Szklanka do połowy pełna

Dzieci i zwierzęta są, jakie są. Ich zwyczajność sprawia, że obserwuje się je przyjemnie i że są po prostu piękne w swojej naturalnej postaci. Dla nich szklanka zazwyczaj jest do połowy pełna. Wydaje się, że są to świetni nauczyciele tego, jak po prostu być i kochać bezwarunkowo. Z biegiem naszego życia szklanka robi się coraz bardziej „do połowy pusta”. Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą, czuć, odmawiać, ponosić porażki, nie osiągać kolejnych sukcesów na pokaz.

Wszystkich, którzy zmagają się z problemem wewnętrznej presji i odrzucenia, samokrytyki, przymusu zasługiwania zachęcam do „siłowni dbania i doceniania” oraz do obserwacji, że szklanka tak naprawdę jest zarówno do połowy pusta, jak i do połowy pełna. W codziennym wirze zajęć łatwo jest o tym zapomnieć.

„Siłownia” dbania i doceniania

  • Pozwalaj sobie na to, aby doceniać siebie i innych (np. za każdym razem doceń choć jedną rzecz w tym, co krytykujesz lub czego nie lubisz − zrób to choćby w myślach).
  • Codziennie zadbaj o coś lub o kogoś (np. zrób komuś kawę, pozwól sobie na długą kąpiel, dbaj choćby o kwiatek i zauważaj, że to robisz).
  • Wybaczaj sobie to, o co się obwiniasz.
  • Zauważaj, jakie dobre intencje stoją za tym, co robisz. Obserwuj, jak to robią dzieci i zwierzęta.
Autorka jest psychoterapeutką, prowadzi praktykę psychoterapeutyczną w Gdańsku. 

  1. Psychologia

Zdrowa pewność siebie - na czym polega?

Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Aby stać się świadomym siebie, dojrzałym człowiekiem, warto przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie. Brakuje ci wiary we własne siły? Pora na młodzieńczy bunt!

Wszyscy znamy te historie… Brawurowy kierowca przejeżdża przez tory tuż przed rozpędzonym pociągiem, zarozumiały kapitan pasażerskiego statku wykonuje ryzykowny manewr ogromnym kolosem, by popisać się swoimi umiejętnościami, i doprowadza do tragedii. Zbyt pewni siebie chcą zrobić wrażenie na innych, ale i na sobie. Po co, skoro są tacy wspaniali? Bo żeby uwierzyć w swoją moc, potrzebują poprzeć ją zachwytem w oczach innych.

Na drugim biegunie są osoby skrajnie nieśmiałe, które boją się powiedzieć zdanie w towarzystwie w obawie, że się zbłaźnią. Nie potrafią upomnieć się o wyższą ocenę, choć wiedzą, że im się należy, a potem latami czekają na awans w pracy. Niepewni siebie nie wierzą, że mogą się komuś spodobać, od swoich partnerów oczekują nieustannych potwierdzeń. Kosztem niskiej samooceny są też życiowe wybory prowadzące donikąd – praca, która nie cieszy, małżeństwo, które frustruje, chroniczne lęki, depresje, rezygnacja z marzeń.

Co jest pośrodku? Zdrowa pewność siebie. Na czym polega? W skrócie: na adekwatnym i stabilnym poczuciu własnej wartości. Na łatwości mówienia o sobie dobrze, ale też świadomości swoich wad i otwartości na krytykę. Na umiejętności rozdawania, ale i przyjmowania komplementów. Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. I o to chodzi!

Walizka na życie

Pewność siebie jest cechą bardzo pożądaną – pozwala żyć w psychicznym i fizycznym dobrostanie. Problem w tym, że na pewność większości z nas wpływ ma to, co powiedzą lub pomyślą o nas inni. Szukamy potwierdzeń w świecie zewnętrznym – niby to nic złego, bo miło być docenionym, pochwalonym. Ale dopóki pewność siebie nie będzie płynąć ze zdrowych przekonań na własny temat i wynikających z nich działań, dopóty samopoczucie, ścieżkę kariery czy dobór znajomych, a nawet partnerów, będziemy uzależniać od tego, czy inni są z nas zadowoleni, a nie my sami.

Skąd się to bierze? Jak większość naszych przekonań – z dzieciństwa. To, co mówi o nas i do nas najbliższe otoczenie: rodzice, wychowawcy, rówieśnicy – kształtuje myślenie o sobie i życiowe postawy. – Poznajemy świat poprzez to, jak nam zostaje przedstawiony – mówi psycholog i coach rodzicielski Ingrid Dahl-Głodowska. – A nawet więcej, poprzez to, jakie uczucia w nas wywołuje. Im silniejsza emocja – pozytywna lub negatywna – tym głębiej się utrwala komunikat. Dlatego bardzo ważne jest, czy dziecko jest wspierane, karane, czy nagradzane, czy ktoś się w ogóle nim interesuje. Ale też dobrze jest, gdy pozwala się mu w pewnych granicach eksperymentować, polegać na sobie, ponieważ nadmierna opiekuńczość i wyręczanie w najprostszych czynnościach może budzić brak pewności siebie („nie wiem, czy sobie poradzę, bo nigdy tego nie próbowałem”). Dobrze by było, by każde dziecko wchodziło w życie z przekonaniem, że jest wartościowe takie, jakie jest. Niestety, nie jest to norma. Drugim ważnym okresem, w którym kształtują się przekonania i pewność siebie, jest czas dojrzewania i związana z tym burza hormonalna. Dorastając, musimy zaprzeczyć wszelkim autorytetom, przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie, zbudować się jako samodzielnie myślącą i biorącą odpowiedzialność za swoje czyny osobę.

Dobra wiadomość jest taka, że nawet jeśli nie udało ci się wypracować zdrowego poczucia pewności siebie w dzieciństwie czy okresie dojrzewania, to masz jeszcze na to całe życie!

6 filarów pewności siebie

Nathaniel Branden, kanadyjski psychoterapeuta i pisarz, autor „Sześciu filarów poczucia własnej wartości”, twierdzi, że samoocena powinna być oparta na sześciu aspektach:

1. Świadome życie – dokonujesz wyborów ze świadomością ich konsekwencji, nie unikasz odpowiedzialności.

2. Samoakceptacja – jesteś swoim sprzymierzeńcem, dbasz o siebie, o to, co o sobie myślisz (samoakceptacja nie oznacza aprobaty dla wszystkich działań, jest wezwaniem do pracy nad sobą), troszczysz się o swoje odczucia i pragnienia, jesteś świadoma własnych przeoczeń, ale nie obwiniasz się zanadto.

3. Odpowiedzialność za siebie – to od ciebie zależy twoje życie, ty nim kierujesz, a nie ślepy los, twoi rodzice czy mąż. Ponosisz odpowiedzialność za realizację swoich marzeń, za swoje postępowanie, decyzje, jakość relacji z innymi, wartości, zgodnie z którymi żyjesz, a nawet za swoje szczęście.

4. Asertywność – wyrażasz emocje, nie naruszając psychicznego terytorium innych osób, dbasz też o nienaruszanie twoich granic i szacunek dla siebie.

5. Życie celowe – wykorzystujesz wszystkie swoje zdolności do osiągania zaplanowanych celów i realizowania marzeń, obserwujesz wyniki swoich działań i sprawdzasz, czy prowadzą cię tam, dokąd postanowiłaś iść.

6. Spójność – integrujesz wartości, standardy i przekonania ze swoimi zachowaniami (codzienne wybory).

Stabilna, silna samoocena jest najlepszą drogą do zdrowej pewności siebie. Pozwala podejmować wyzwania, bronić swoich wartości, stawiać ambitne cele, wierzyć, że dasz sobie radę, nawet jeśli sukces czy realizacja planów nie przyjdą od razu. Nie poddajesz się i masz przeświadczenie, że nikt inny, tylko ty, najlepiej wiesz, co jest ci w życiu potrzebne i jaka jesteś.

Coś większego niż ty

– Całkowite poczucie pewności wymaga wiary w siebie, w ludzi obecnych w twoim życiu oraz w coś większego niż ty – twierdzi Tim Sanders, popularny mówca, szef firmy doradczej, autor książki „Moc pewności siebie. Osiągaj zamierzone cele i poczuj siłę spełnienia”. – Kiedy zdobędziesz te wszystkie trzy rodzaje wiary, będziesz się cieszyć zrównoważoną pewnością siebie, która przeprowadzi cię przez wszelkie kłopoty i okresy zawirowań. Zawsze, kiedy to możliwe, miej świadomość poziomu swojej pewności siebie w każdej z tych trzech kategorii, uzupełniając te z nich, które ciągną resztkami sił.

Poprawiając obraz samej siebie (przekonania na swój temat), zaczynasz wierzyć, że jesteś wystarczająco dobra, by kochać, odnosić sukcesy i przewodzić innym.

Wiara w siebie to twój fundament, decyduje o jakości twojego życia. Twój obraz siebie wyznacza granice, w ramach których jesteś zdolna kierować swoim losem.

Wiara w innych jest potrzebna, bo zdrowa pewność siebie to także świadomość własnych ograniczeń. Nie musisz za każdym razem udowadniać (sobie i innym), że sama ze wszystkim sobie poradzisz. Poproś czasem o pomoc.

Wiara w coś wyższego – dla każdego może być czymś innym. Chcemy czy nie, wierzymy czy nie, jesteśmy częścią większej całości – systemu społecznego, politycznego, ekonomicznego, odwiecznego rytmu przyrody, moralnego porządku, systemu duchowego, religijnego itd. Reguły rządzące światem są nam potrzebne, wnoszą stały element, do którego można się odnieść lub na który można się powołać. Ci, co grają nie fair, nie szanują tych reguł, prędzej czy później tracą – tak jak np. firmy liczące na szybki zysk, oferując marny produkt czy usługę. Ci, którzy ignorują to, że mogą się nauczyć czegoś od innych, zostają w tyle lub prędzej czy później są ignorowani.

– Liderzy, którzy nie poddają się komuś lub czemuś większemu niż oni sami, upijają się w końcu fałszywym poczuciem własnej mocy – mówi Tim Sanders. – W rezultacie ludzie ci stają się własnymi bóstwami. Kiedy wierzysz, że stoi za tobą ktoś lub coś większego niż ty sama, to ta wiara daje ci energię i entuzjazm, których potrzebujesz, by iść naprzód.

Wszystko, czego potrzebujesz, by być pewną siebie, już masz. Tylko sobie to uświadom. Kiedy osiągniesz zdrową pewność siebie, potrzeba bycia najlepszą albo lubianą zejdzie na dalszy plan, ustępując miejsca celom, jakie chcesz w życiu osiągnąć. Twoim celom.