Kosmetyki naturalne, wegańskie, organiczne – co to właściwie znaczy?

Kosmetyków z hasłem "naturalne" na opakowaniu przybywa. Czy tak naprawdę wiemy co kupujemy? (Fot. iStock)

Kosmetyk naturalny, czyli właściwie jaki? Produktów z hasłem „naturalne” na opakowaniu lawinowo przybywa. Tylko czy wiemy, co kupujemy?

Kosmetyki mogą być naturalne, ekologiczne, wegańskie. Co to właściwie znaczy? Nad definicją kosmetyku naturalnego pracowała specjalna komisja unijna. Tyle że nic z tego nie wynikło. „Definicji nie udało się stworzyć. Wynikiem kompromisu było opracowanie normy ISO 16128. Pierwsza część, która weszła w życie w lutym 2016 roku, definiuje, czym są surowce naturalne i surowce pochodzenia naturalnego oraz w drodze jakich reakcji chemicznych można je pozyskiwać. Określa też, co nie może się znaleźć w kosmetyku naturalnym (m.in. pochodne ropy naftowej). Druga część tej normy weszła w życie dopiero niedawno, bo we wrześniu ubiegłego roku. Opisuje ona, jak wyliczyć indeks naturalności kosmetyku”, mówi Renata Piotrowska, członkini grupy roboczej Claims przy Polskim Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Dla nas, klientów, powstanie takiej normy niewiele zmienia, ponieważ jej przestrzeganie jest dobrowolne – nie można tego prawnie wyegzekwować. „Znalazłam tylko jedną niemiecką markę, która na opakowaniu umieszcza informację, że produkt jest zgodny z normą ISO 16128”, mówi Magda Hajduk, właścicielka marki Naturativ.

Z kolei wyliczenie indeksu naturalności jest tak skomplikowane, że na razie nawet ci producenci, którzy mają dobre chęci, wciąż się tego uczą.

Dlatego jeśli nie mamy doktoratu z chemii, który pozwala nam biegle czytać składy, lepiej jest szukać produktu z certyfikatem. „Certyfikat daje gwarancję, że skład jest sprawdzony. Trzeba tylko nauczyć się rozpoznawać symbole certyfikacji, bo jest ich kilka. Na produktach spożywczych od kilkunastu lat funkcjonuje jeden znak graficzny – zielony listek, który oznacza żywność organiczną. W branży kosmetycznej nie udało się stworzyć jednego znaku”, mówi Magda Hajduk. Certyfikat NaTrue powstał z inicjatywy największych producentów kosmetyków naturalnych w Europie: Dr.Hauschki, Weledy, Lavery i Primavery. Dziś certyfikuje już kilkaset firm. Drugie logo, które gwarantuje nam naturalność kosmetyku, to COSMOS (COSMetic Organic Standard). Zrzesza pięć organizacji certyfikujących: niemieckie BDIH, francuskie Cosmebio oraz Ecocert, włoskie ICEA i brytyjski Soil Association). Kryteria certyfikacji opierają się na podobnych podstawach. W skład kosmetyku naturalnego mogą wchodzić surowce roślinne, zwierzęce i mineralne, przetworzone w niewielkim stopniu – pozyskiwane z roślin i minerałów za pomocą prostych procesów tzw. zielonej chemii, czyli poprzez wyciskanie, destylację parą wodną itp. „Warto pamiętać, że w kosmetykach naturalnych można używać tylko składników pozyskiwanych bez szkody dla zwierząt – wosku, lanoliny, miodu, colostrum”, dodaje Magda Hajduk.

Wymagania certyfikatów jasno określają, ile w kosmetyku musi być substancji całkowicie naturalnych, a ile pochodzenia naturalnego. Te drugie są identyczne z naturalnymi, ale mogą być tworzone laboratoryjnie. Służą do nadania produktowi odpowiedniej konsystencji (emulgatory).

„Poza tym organizacje certyfikujące wyszczególniają dozwolone konserwanty – są to substancje identyczne z naturalnymi. Najczęściej te same konserwanty stosowane są też w produktach spożywczych”, wyjaśnia Renata Piotrowska. Zanim kosmetykowi zostanie przyznany certyfikat, skrupulatnie sprawdzany jest i jego ostateczny skład, i pochodzenie każdego składnika. „Weźmy na przykład olej z oliwek. W składzie zawsze opisany jest on jako oil of olives. Tymczasem olej olejowi nierówny. Jedne pozyskiwane są przez wytłaczanie, inne za pomocą chemicznego katalizatora. Różnią się ceną, dlatego niektórzy producenci chętnie wybierają tę drugą, tańszą wersję”, mówi Magda Hajduk.

Kosmetyki organiczne

Wiemy już, czym jest kosmetyk naturalny. Co w takim razie kryje się pod nazwą „organiczny”? Można powiedzieć, że to kolejny stopień wtajemniczenia. Składniki organiczne są jeszcze mniej przetworzone niż naturalne. W praktyce często oznacza to, że gdy kupisz kolejny słoiczek organicznego kremu, może on mieć inny kolor i zapach niż ten pierwszy. Między innymi dlatego, że rośliny użyte w formule rosły i dojrzewały w innych warunkach. Czasem na dnie kosmetyku, np. olejku, zbiera się osad. Jest to zjawisko typowe. Problem z utrzymaniem powtarzalności formuły jest ceną organiczności, trzeba się na to przygotować, żeby nie przeżyć rozczarowania.

Kosmetyki wegańskie

Wegańskie? „Kosmetyk wegański jest pozbawiony składników pochodzenia zwierzęcego, nie jest też nimi zanieczyszczony. Sam produkt (i jego składniki) nie jest testowany na zwierzętach, nie zawiera również składników modyfikowanych genetycznie”, tłumaczy Renata Piotrowska. Jednak nie wyklucza się składników syntetycznych. Dlatego zdarza się, że kosmetykowi wegańskiemu daleko do naturalności.

Naturalne, czyli ekologiczne?

Ostatni punkt to kwestia eko. Okazuje się bowiem, że to, co naturalne, nie zawsze jest ekologiczne. Za to odpowiada kolejny certyfikat Ecolabel (znak unijnej margerytki). Przyznawany jest on tym markom, których produkty w jak najmniejszym stopniu obciążają środowisko – od momentu powstania po utylizację. Bierze się też pod uwagę np. zużycie energii i wody przy produkcji, sposób transportu, skład opakowania.

Jeśli chodzi o kwestie prawne związane z kosmetykami, od stycznia tego roku w Polsce weszła w życie Ustawa o produktach kosmetycznych, która wprowadziła kary za stosowanie nieuczciwych deklaracji marketingowych. Jako konsumenci możemy poczuć się bezpieczniej, bo producentów, którzy piszą na opakowaniach bajki, czekają dotkliwe kary. „Nie można nazwać produktu miodowym kremem, jeśli tego miodu nie ma realnie w składzie”, podaje przykład Renata Piotrowska. Możliwe, że z etykiet kosmetyków znikną też słowa „nietestowane na zwierzętach”. Dlaczego? Bo od 2013 roku w UE żaden kosmetyk ani składnik nie jest testowany na zwierzętach. Podobnie jest z deklaracją „testowane dermatologicznie”. „Każdy kosmetyk musi być przebadany, bo inaczej nie zostanie dopuszczony do sprzedaży. Żaden safety assessor (osoba oceniająca skład kosmetyku od strony chemicznej i toksykologicznej) nie pozwoli sobie na wystawienie pozytywnej oceny recepturze, która nie ma testów dermatologicznych”, wyjaśnia Magda Hajduk.