1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Gdy rodzeństwo się nienawidzi

Gdy rodzeństwo się nienawidzi

fot.123rf
fot.123rf
Kiedy konflikty między rodzeństwem świadczą o zaburzeniach w relacjach rodzinnych, a kiedy są przejawem zdrowego rozwoju osobowości? Po czym odróżnić poważną kłótnię od zwykłych rówieśniczych docinków? I najważniejsze – jak sprawić, by w domu na dobre zapanowała harmonia? Wyjaśnia ekspertka magazynu SENS Ewa Nowak.

Jestem mamą dwójki dzieci. Kacper ma trzynaście lat, a Piotruś pięć. Atmosfera w domu jest tragiczna. Chłopcy kłócą się o wszystko. Kacper nie pozwala Piotrusiowi nawet przypadkowo dotknąć swoich rzeczy, zabierają sobie jedzenie przy stole, kłócą się, gdzie który będzie siedział i spychają się, a nawet kopią. Kacper za nic nie chce ustąpić Piotrusiowi. Kiedy tłumaczę, żeby oddał, nie zabierał, pozwolił, ustąpił, wścieka się na mnie. Krzyczy, trzaska drzwiami i jest jeszcze gorzej. Wtedy wkracza mój mąż, przeprowadza śledztwo i zawsze przyznaje rację Kacprowi, a ja uważam, że starszy powinien nauczyć się ustępować młodszemu, więc zaczynamy się kłócić. Sama jestem jedynaczką, nie wiem, co robię nie tak. Teściowa, która lubi do nas wpadać o dziwnych porach, weszła ostatnio w sam środek awantury o linijkę i powiedziała: „Co się dzieje w waszym małżeństwie, że oni muszą się tak kłócić?”. Strasznie mnie to zabolało. Mam wrażenie, że jesteśmy z mężem szczęśliwi. Co zrobić, żeby moi synowie tak się nie kłócili? 

Na początku chciałam Panią uspokoić: współczesna psychologia lubi diagnozować konflikty między rodzeństwem jako odbicie problemów między rodzicami. Czasem tak istotnie bywa, ale niekoniecznie. Kłótnie między dziećmi nie świadczą o zaburzeniach w relacjach rodzinnych. Dzieci robią to dla sportu. To rodzaj normalnej interakcji między nimi. Kłótnia, która przeraża rodziców, dla dzieci często jest świetną zabawą. One ćwiczą na rodzeństwie różne strategie zachowań. Jak działa krzyk, złośliwości, popychanie, przytrzymywanie. Rywalizacja między rodzeństwem jest więc naturalna. Problemem jest tylko jej nasilenie.

Wywoływanie awantur w domu to zawsze rodzaj przejmowania władzy. Warto na to spojrzeć w ten sposób. Jeśli oboje z mężem nawykowo zaczynacie się kłócić z powodu konfliktów między synami, to znaczy, że Wasze dzieci przejęły w domu władzę. One decydują, kiedy będzie w domu dobra atmosfera. Znalazły drogę, jak za pomocą kłótni manipulować rodzicami. W tym sensie teściowa miała rację: daliście się swoim dzieciom podejść. Skoro zdanie teściowej wywołało w Pani tak silną reakcję, warto zastanowić się, czy jesteście usatysfakcjonowani związkiem, domem i panującą w niej atmosferą. Może trzeba po prostu porozumieć się z mężem i ustalić, że nie chcecie takiej atmosfery i macie odwagę powiedzieć to synom: „To mój dom, mam prawo do ciszy i spokoju”.

Następna kwestia to kolejność narodzin. Starsze dziecko, jako pierwsze, powinno być pierwsze. Dzieci w sposób intuicyjny wyczuwają rodzaj porządku rodzinnego. Dla nich bardzo ważne jest, kto ile ma lat, i z miejsca ustawiają się w hierarchii, którą wyznacza właśnie wiek. Na podwórku starsze dzieci rządzą młodszymi i nikogo to nie oburza. Dlaczego w domach rodzice koniecznie chcą zaprzeczać tej prostej zasadzie? Młodsze dziecko doskonale zrozumie, że starszemu wolno więcej. Nie powinni Państwo traktować synów na równi, bo starszy będzie się czuł pokrzywdzony. Młodsze dziecko zawsze jest na uprzywilejowanej pozycji. Nie należy jeszcze tego podbijać. Nic dziwnego, że starszy syn się buntuje. Kacper walczy o to, żebyście dostrzegli, że on jest starszy.

I jeszcze jedno – na etapie dzieciństwa nie da się przewidzieć, jak rodzeństwo będzie się dogadywało w dorosłym życiu. Bywają zgodne rodzeństwa, które po latach nie utrzymują kontaktów. Ale warto po kłótniach wdrukowywać dzieciom pozytywny przekaz: „Za dwadzieścia lat obaj będzie się z tego śmiać”.

Ewa Nowak pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak przygotować dziecko do samodzielnego życia?

Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Podobno to rodzice, nie dzieci, coraz częściej mają problem z odcięciem pępowiny. Jak przygotować się na wyfrunięcie młodych z gniazda? Na przykład skupiając się na przygotowaniu stosownego „posagu”. – Ale tak, by był dla nich podporą, a nie balastem – mówi psychoterapeutka Joanna Wróblewska.

Podobno to rodzice, nie dzieci, coraz częściej mają problem z odcięciem pępowiny. Jak przygotować się na wyfrunięcie młodych z gniazda? Na przykład skupiając się na przygotowaniu stosownego „posagu”. – Ale tak, by był dla nich podporą, a nie balastem – mówi psychoterapeutka Joanna Wróblewska.

Kiedy kończy się dzieciństwo? W naszej kulturze przyjęło się myśleć, że wejście w dorosłość to albo moment, kiedy dziecko zdaje maturę i wychodzi z domu, albo gdy kończy studia i „rusza w świat”, ma pierwszą pracę, zarabia pierwsze pieniądze.

Dla dziecka jest to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. Dla rodziców bywa jednak trudny, ponieważ wiąże się z olbrzymią zmianą w całym systemie rodzinnym. Pozwolenie dziecku na odejście to wysoki próg do przejścia, zwłaszcza że dzisiejsi rodzice mają tendencję do chronienia dzieci przed całym światem, przed wszystkim złymi rzeczami, które mogą im się przytrafić. Bardzo ingerują w kontakty rówieśnicze, ale także w to, jak dziecko funkcjonuje w szkole. Chcą zadbać o to wszystko, z czym kiedyś młodzież radziła sobie świetnie sama.

Takie zachowania rodziców wynikają z chęci chronienia dzieci czy chodzi także o wyposażenie ich w jakiś kapitał? Kapitał, w jaki wyposaża się dziecko, zależy od wartości wyznawanych w rodzinie i od tego, co rodzina postrzega jako ważne i przydatne. W niektórych domach najistotniejszy jest aspekt materialny, ważne jest, aby dziecko miało mieszkanie, samochód czy zabezpieczenie finansowe na start. W innych rodzinach z kolei nacisk położony jest na to, aby dobrze przygotować dziecko do wykonywania pracy, która będzie użyteczna dla innych. Jeszcze gdzie indziej najważniejsze będzie wykształcenie, stąd moim zdaniem zabieganie rodziców o wysokie oceny w szkole, dostęp do prestiżowego liceum postrzegany jest jako zapewnienie dobrego startu w dorosłość.

Czy taki kapitał może stać się balastem? Czasem rodziny wyposażają dzieci w jakiś zawód, bo od pokoleń wszyscy w rodzinie są na przykład lekarzami czy adwokatami. I pojawia się presja, żeby syn czy córka także podążali tą drogą. Wtedy może to być balastem, bo nie każdy młody człowiek musi chcieć kontynuować rodzinną tradycję. Gdy dziecko nie wpisuje się w kanon, może to być trudne dla obu stron.

Ale kapitał będzie wartością, jeśli będą to zasoby, nie tylko materialne, z którymi dziecko będzie mogło zrobić to, co zechce? Każdy „posag” jest cenny. Nawet ciężkie doświadczenia, z którymi w dorosłym życiu możemy się zmierzyć, będą nas rozwijać. Zatem trudne relacje, oczekiwania rodziców pozwalają nam dookreślać się jako dorosłym ludziom. „Posag” może być dwojaki. Można go postrzegać materialnie – jako mieszkanie, samochód, pieniądze, ale zawsze jest też ta część niematerialna, czyli to, jak nauczyliśmy się postępować w trudnych sytuacjach i wchodzić w relacje. To wszystko ma wpływ na to, jak poradzimy sobie w życiu.

W amerykańskich filmach widzimy, że rodzice w miarę możliwości dają dzieciom wykształcenie, ale potem młodzi opuszczają rodzinny dom. W Polsce odcinanie pępowiny trwa dużo dłużej. Są właściwie dwa sposoby radzenia sobie z odchodzeniem dziecka. Jeden jest bardziej naturalny: gdy dziecko wyjeżdża do szkoły czy na studia. Drugi polega na przeciąganiu momentu wychodzenia z domu. Trwa to wtedy w nieskończoność – nawet gdy dziecko założy własną rodzinę i ma własne dzieci, rodzice są wciąż na podorędziu i często ingerują w jego życie, mówią: „Tego nie rób! Źle się zachowujesz!”. Im samym trudno jest przeciąć pępowinę.

To nadopiekuńczość czy przekonanie, że dzieci mają obowiązek „spłacić dług” wobec rodziców? Wielu rodzicom wydaje się, że wychowują dzieci dla siebie, a tak naprawdę my wszyscy wychowujemy dzieci dla świata. To, jakich wyborów będą dokonywać, i jak będą zachowywać się jako dorośli, to ich suwerenna decyzja. Jeżeli stworzymy z nimi dobre relacje we wczesnej młodości i okresie dorastania, to same z siebie będą dzwonić do rodziców, by spędzić z nimi czas, dowiedzieć się, co słychać. Wychowywanie dzieci w duchu, że mają one jakiś obowiązek, sprowadza relacje na niewłaściwe tory – rodzice czegoś oczekują, a dzieci próbują uciekać od tych oczekiwań.

Jak wytłumaczyć dziecku, że „posag” ma nie być dla niego obciążeniem? Niektórzy rodzice starają się wyposażyć dzieci na starcie w pieniądze, mieszkanie, firmę… Jeżeli przekazujemy dziecku jakieś wartości materialne, a czasami – co zdarza się już przecież także w Polsce – są to duże i dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, to warto zadbać, by nie zostało przygniecione ciężarem, sprawdzić, czy faktycznie ono tego chce, oraz przygotować je do przejęcia tego majątku. A jeśli dajemy dziecku na przykład mieszkanie, to nie mówmy mu, jak ma je urządzić. Bo jeśli rodzic zawsze wie lepiej, to dziecko nie jest w stanie sprawdzić się jako dorosły człowiek, poznać konsekwencji swoich wyborów. Jeśli coś dajemy, to dajmy to naprawdę, na własność, pozwólmy dziecku tą własnością zarządzać. Okażmy mu zaufanie, przecież wiemy, jak je wychowaliśmy!

  1. Psychologia

Wychowanie - jak wyznaczać granice i docierać do źródeł problemów?

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Czy wychowywanie dziecka zawsze musi przypominać szkołę przetrwania? Jak nie pozwolić wejść sobie na głowę? W jaki sposób wyznaczać granice? Gdzie szukać źródeł problemów? Psychiatra Robin Skynner w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” daje wskazówki i stawia zaskakujące tezy.

1. To nie geny decydują o podobieństwie, ale deficyty

Zdarza ci się zrobić grymas typowy dla twojej mamy lub usłyszeć: „z ciebie to wykapana babcia!”? Tak, to prawda, masz w sobie wiele cech krewnych, ale nie jest to kwestia genetyki, tylko nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Według Robina Skynnera nastawienia i sposoby reagowania, które dominują w danej rodzinie, są tak silne, że przejmują je nawet adoptowane dzieci czy psy. Co więcej, okazuje się, że dobierając się w pary, szukamy ludzi przypominających nam krewnych, czyli przejawiających podobne do naszych wzorce zachowań. W ten sposób, tworząc nową rodzinę, w pewnym sensie znów odtwarzamy własną. I tu tkwi szkopuł: otóż każda rodzina ma specyficzny sposób traktowania emocji, czyli jedne uważa za „dobre” i te otwarcie wyraża, a inne uważa za „złe” i te chowa – jak to określa Skynner – za kurtynę. Najciekawsze jest to, że dobieramy się właśnie na podstawie rzeczy schowanych za ową kurtyną. Czyli jeśli w twojej rodzinie wszyscy mieli problem z wyrażaniem złości, oczywiście starannie ukryty, najprawdopodobniej ty również go masz i zwiążesz się z mężczyzną, któremu też jest on nieobcy – bo zna go z własnego domu. Dobra wiadomość jest taka, że oboje możecie uświadomić sobie, co trzymacie za kurtyną i i zacząć z tym pracować.

2. Jeśli rodzice ci czegoś nie przekazali, to dlatego, że sami tego nie dostali

W rozwoju każdego człowieka występują określone etapy. Są jak kolejne lekcje, które trzeba odrobić, jeśli chce się uzyskać świadectwo dojrzałości. Zdarza się jednak, że pewne lekcje przegapiamy i są to zwykle te, które przegapili też nasi rodzice. Opuszczony etap będzie „wracał” do nas dotąd, aż go przepracujemy. Na przykład jeśli w okresie dorastania nie otrzymałaś od rodziców solidnej dawki miłości połączonej z dyscypliną, możesz mieć problem z akceptowaniem autorytetów oraz szefowaniem innym. Dlaczego rodzice nie dali ci tego, co powinni? Bo sami tego nie dostali od swoich rodziców, więc skąd mieli wiedzieć, że trzeba. Ale każdą lekcję można odrobić w dorosłym życiu.

3. Najszczęśliwsze małżeństwa nie boją się swoich wad

Każda krytyka trochę boli? Nieprawda! Według Robina Skynnera boli tylko ta, która dotyka rzeczy schowanych za kurtyną. Bo wtedy godzi w mniemanie o sobie. Jeśli zdajesz sobie sprawę z własnych wad, to nie denerwuje cię, jeśli bliska osoba je wytknie. Tacy ludzie tworzą najszczęśliwsze małżeństwa. Świadomość tę mogli zyskać w zdrowej i kochającej się rodzinie lub wypracować na drodze pracy wewnętrznej. Z kolei najbardziej destrukcyjne związki tworzą partnerzy, którzy tak dużo rzeczy chowają za kurtyną, i jest to dla nich tak przerażające, że obydwoje starają się utrzymać ją szczelnie zasłoniętą. Na co dzień nieustannie walczą ze sobą, ale mimo to nie potrafią się rozstać.

4. Najpierw trzeba dawać dziecku dużo bliskości, a potem je od siebie odsuwać

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. – Niemowlę musi przekonać się, co jest wewnątrz, a co na zewnątrz jego osoby. Inaczej mówiąc, musi określić, co jest nim, a co nie jest. I na początek z wielu praktycznych względów to, co „nie jest nim”, to jego mama – pisze Skynner. Dlatego dobrze jest, jeśli w późniejszym rozwoju dziecka matka nie zawsze będzie od razu biegła do jego łóżeczka czy z prędkością światła reagowała na prośby i nalegania. Odrobina frustracji jest dla malucha dobra, bo uczy go radzenia sobie z trudnymi emocjami. Co nie zmienia faktu, że stały i bliski kontakt z matką jest podstawą właściwego rozwoju dziecka w pierwszych etapach życia.

5. Bajki pozwalają maluchom radzić sobie z dziecięcą gwałtownością

Dlaczego bajki dla najmłodszych często są tak okrutne? Dlaczego zaludniają je tłumnie wstrętne kobiety: wiedźmy, czarownice, macochy, złe siostry (no, może poza matkami chrzestnymi)? Te historie tak fascynują dzieci, bo – zdaniem Skynnera – odpowiadają przeżywanym przez nie fantazjom i projekcjom. Kilkulatki zaczynają oprócz miłości do matki odczuwać także złość, a czasem nienawiść. Ale jak można być złym na mamę?! Gdyby nie bajki, w których mogą dać ujście tym nowym, niepokojącym uczuciom i np. bezkarnie nienawidzić inną kobietę – wiedźmę, od razu schowałyby je za kurtynę. Bajki są dla dzieci wentylem bezpieczeństwa: im częściej będą mogły oczyścić się z trudnych uczuć, tym rzadziej będą je okazywać.

6. Pluszowy miś – ważny element dorastania

– Miś to „obiekt przejściowy”, czyli przedmiot, który pozwala dziecku przejść od stanu, w którym nie może długo wytrzymać bez wsparcia emocjonalnego dostarczanego przez matkę, do sytuacji, gdy może zacząć przyjmować je od innych ludzi – pisze Skynner. Gdy matki nie ma w pobliżu, przytulenie do pluszaka pozwala przywołać z pamięci jej dotyk i bliskość. Poza tym maluch, zajmując się swoim misiem, dowiaduje się wielu rzeczy o sobie. Zwykle każe mu „grać” siebie, podczas gdy on sam „staje się” matką misia. Mówi do niego, karmi, tłumaczy, żeby się nie bał… W ten sposób uczy się tego, co jest obowiązkiem matki, a co – dziecka, co jeszcze silniej wyznacza granicę pomiędzy nimi.

7. Wyraźne zakazy sprzyjają rozwojowi dziecka

To nieprawda, że wyrozumiali, wyluzowani rodzice to gwarancja lepszego rozwoju dzieci. Jest dokładnie przeciwnie. Według Skynnera, jeśli rodzice stawiają wyraźne ograniczenia, a zarazem nie przestają dawać dziecku wsparcia emocjonalnego, może ono wypróbować swoją siłę i nauczyć się stopniowo nad nią panować. Jeśli mama i tata nie stawiają wymagań, to jedyną rzeczą, jaka zostaje dzieciom, jest nieustanne sprawdzanie, gdzie są granice. Czyli: im mniej stanowczy dorośli, tym bardziej nieznośne latorośle! Ale uwaga: granice powinny być stawiane na zasadzie pokazania rozsądnej kary za złe zachowanie: „Nie rób tego, bo nie dostaniesz deseru”, a nigdy na zasadzie szantażu emocjonalnego: „Nie rób tego, bo mamie będzie przykro”.

8. Zdrowe rodziny są oparte na partnerstwie rodziców, dysfunkcyjne – na władzy matki

To jedna z najbardziej kontrowersyjnych teorii psychiatry. Sam długo się przed nią wzbraniał, ale doświadczenie wskazywało na jedno: w najzdrowszych rodzinach władza podzielona jest równo pomiędzy dwoje rodziców, w pozostałych przypadkach, gdy jedno z rodziców miałoby zostać szefem, to lepiej, by był nim ojciec, a nie matka. Zdecydowana postawa ojca, który powinien „wkroczyć na scenę”, gdy dziecko dorasta, to podstawa właściwego rozwoju malucha. Po pierwsze, tata wprowadza rządy silnej ręki, w kontraście do mamy, która pozostaje troskliwa i opiekuńcza. Poza tym ojciec ma jeszcze jedną ważną rolę do odegrania: odzyskać żonę, czyli stać się w pewnym sensie rywalem dla malucha. To ważny etap także dla rozwoju seksualności dziecka. Przekaz: „Rodzice się kochają i czasem chcą spędzać czas tylko ze sobą, w  swoim intymnym świecie” to impuls do tego, by miłości, akceptacji i spełnienia zaczęło szukać też w świecie zewnętrznym. Jest to najistotniejsze w tzw. fazie edypalnej, gdy dziecko zaczyna pożądać rodzica przeciwnej płci, czyli mniej więcej w wieku sześciu lat.

9. Lepiej mieć więcej niż jedno dziecko

Maluch, który ma rodzeństwo, uczy się obcowania w grupie i zdrowej rywalizacji. Poznaje zazdrość, uczucie często chowane za kurtynę, i powoli się z nią oswaja. Wprawia się też w zawieraniu kompromisów. Poza tym rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko, rozkładają swoją opiekuńczość, troskę i przywiązanie na więcej niż jedną osobę. Jedynakowi trudniej się od nich uwolnić i uniezależnić.

10. Rodzice powinni przede wszystkim być rodzicami

Nastolatki nie tolerują przekraczania granic pomiędzy tym, co właściwe dla dorosłych, a co dla młodych. Dlatego tak źle reagują na to, gdy mama przychodzi na imprezę szkolną w seksownych dżinsach i obcisłej bluzce. Mama powinna się ubierać i zachowywać jak mama. Nie jak koleżanka czy siostra. Ona reprezentuje to, co rodzicielskie, tym samym dając dzieciom punkt odniesienia, wobec którego mogą określić siebie. Dlatego – według Skynnera – rodzice powinni obstawać przy swoich poglądach, nawet jeśli usłyszą, że są „wapniakami”, a usłyszą na pewno. I bardzo dobrze! Taka kolej rzeczy.

  1. Psychologia

Mądre wychowanie - czyli jakie?

Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, by dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Ani o to, by chronić przed złem całego świata. To o co chodzi w rodzicielstwie? Wyjaśnia psycholog dr Magdalena Śniegulka.

Coraz więcej par odkłada na później decyzję o powiększeniu rodziny. Chcą skupić się na rozwoju zawodowym, życiowych przyjemnościach. Mówią: „To nie jest dobry czas na dziecko”, ale czy kiedykolwiek będzie? Nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Ale też pary, o których pani mówi, nie stanowią większości. Nadal jest sporo osób, które zostają rodzicami stosunkowo wcześnie, tak jak zrobili to ich rodzice i rodzice ich rodziców. Na pewno coraz więcej wiemy o dzieciach i dzieciństwie oraz potrzebach tego okresu. I jest w nas większa gotowość na zaspokajanie tych potrzeb. A to może być trudnym, obciążającym wyzwaniem. Poza tym nasze społeczeństwo staje się coraz bogatsze, a w związku z tym poszerza się oferta skierowana do osób, które chcą, jak to się mówi, korzystać z życia.

Powiedzmy, że jestem młodą kobietą na progu dorosłego życia. Zwykle jeszcze na tzw. dorobku, nie na wszystko mogącą sobie pozwolić. I stoję przed dylematem: czy decydować się na dziecko, które nie tylko zahamuje mój awans zawodowy, ale też któremu nie będę mogła zapewnić tego, co chciałabym? A chciałabym wiele. Dlaczego? Bo jako dziecko łaknęłam dóbr, które nie były dostępne i teraz chciałabym to wynagrodzić mojemu dziecku. Tylko, że ono do szczęścia nie potrzebuje aż tylu rzeczy. Tak naprawdę ono potrzebuje głównie mnie.

Stąd przekonanie, że nie mogę sobie pozwolić na dziecko, dopóki nie będę mogła zapewnić mu dostatniego życia? Właśnie. Odstraszająca może być także świadomość tego, że dziecko potrzebuje uwagi. Jeśli jesteśmy na fali wznoszącej, zadowoleni ze swojego życia, to może nam być bardzo trudno to przerwać i poświęcić się dla dziecka.

Czy tacy „spóźnieni” rodzice będą mieli potem inne podejście do wychowania niż ci, którzy nie zwlekali i zrobili to „na spontanie”? Na pewno, ale ja bym wolała unikać wartościowania. Jest wiele czynników, które wpływają na to, jakimi będziemy rodzicami. Znam wiele badań na temat tego, jaki wpływ na przyszłe życie ma to, czy byliśmy jedynakami czy też pierwszym lub drugim z rodzeństwa. Wiele z nich wykazuje, że tak naprawdę kluczowa jest dojrzałość rodziców. Wtedy zarówno bycie jedynakiem, jak i piątym dzieckiem z rzędu jest zasobem, nie ograniczeniem. Dojrzałość to podstawa i nie zależy ona od wieku czy tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Dojrzałość ułatwia zachowanie dystansu i wyhamowanie ciągot do bycia rodzicem idealnym. Dojrzałość daje wolność i zrozumienie, że naprawdę nie muszę aż tak wiele, jak mi się wydaje.

To, co jest niepokojące, to sytuacja, w której mamy dziecko, czas i pieniądze, żeby je wychować, ale jednocześnie jest w nas wiele niepewności i lęku, więc skupiamy się na usuwaniu wszelkich niedogodności i przeszkód spod nóg dziecka. Wydaje nam się, że zawsze musimy być w stanie pełnej gotowości, że musimy być gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. To może być potwornie męczące i dla rodzica, i dla dziecka. Nie na tym polega nasza rola.

A na czym polega? Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. Bo przecież nie wiemy, jak długo będzie nam dane uczestniczyć w życiu dziecka, czy nas nie zabraknie, a może samo wcześnie wyjdzie z domu. Dlatego od momentu porodu powinniśmy pamiętać, że dziecko nie jest naszą własnością, lecz osobnym bytem. To bardzo trudne zadanie, ale daje też rodzicowi wolność i poczucie „ja też jestem ważny”. Jednak to się nie uda bez akceptacji siebie.

Jakie sprawy trzeba w sobie „pozałatwiać”, żeby przygotować się dobrze do roli rodzica? Pojawienie się dziecka to dobry moment, żeby zastanowić się nad tym, jaką jestem osobą, jakie rzeczy są dla mnie ważne, jakie wartości. Czego będę uczyć moje dziecko? Jak będę je wprowadzać w świat? Ile siły mam w sobie, żeby z tym światem się zmierzyć? Co w ogóle sądzę o świecie?

Ważne jest też to, jaki mamy stosunek do własnego dzieciństwa. Czasem obserwuję pewną postawę u dorosłych, którą można wyrazić słowami: „Taka jestem, bo takich miałam rodziców”. Tak może powiedzieć dziecko, dorosły powinien już rozumieć pewne mechanizmy i mówić raczej na przykład: „Jest mi trudno wyrażać emocje, ale mogę się tego nauczyć”. Miejmy świadomość, że jakkolwiek nasi rodzice nie byli wolni od błędów, to jednak chcieli dla nas dobrze. Bardzo rzadko spotyka się rodzica, który robi dziecku celowo krzywdę, większość chce jak najlepiej. Jedni myślą, że najlepiej to znaczy wyznaczać granice, inni, że należy być przyjacielem, a jeszcze inni, że trzymać dzieci na dystans. Która metoda jest najlepsza? To zależy od dziecka. Bo nasze dziecko to nie my. System wychowawczy, który byłby najlepszy dla nas, jemu może nie posłużyć. Niektóre dzieci są łatwe i przyjemne, uśmiechają się od małego, bardzo szybko odnajdują się w kontekście społecznym, internalizują normy i zasady, są wrażliwe… Inne potrzebują dużo czasu, żeby się tego nauczyć, a na dodatek mają taki temperament, że reagują złością w sytuacjach dla nas neutralnych. Każde z tych dzieci potrzebuje zupełnie innego wzmocnienia, ale każde potrzebuje też akceptacji.

Wielu rodziców jest przekonanych, że dzieci same sobie nie poradzą bez ich ciągłego wsparcia. Chciałabym, żeby współcześni rodzice pozbyli się tej napinki. Żeby potrafili zobaczyć w sobie zasoby, które będą stanowiły dla dziecka oparcie. Żeby byli też gotowi dziecko pooglądać. Nie kierować nim, nie sugerować mu dróg, tylko wspierać w kroczeniu tymi, które samo wybierze. I pozwólmy dziecku być dzieckiem, pozwólmy mu „marnować” czas. Rodzice, którzy boją się, że dziecko sobie nie poradzi, zwykle nie dają mu żadnych możliwości, żeby się nauczyło dawać sobie radę. Bo jak się uczymy najlepiej? Na własnych błędach!

Jakie są największe wyzwania dla współczesnego rodzicielstwa? Media? Świat wirtualny? Myślę, że w każde rodzicielstwo jest wpisane zadanie zmierzenia się z postępem cywilizacyjnym, odnalezienia się w nowym świecie, by potem przeprowadzić przez niego nasze dziecko. Wyjątkowe dla naszych czasów jest to, że młodsze pokolenia są bardziej kompetentne i uzdolnione w kwestii nowych technologii. Dlatego największym wyzwaniem współczesnych rodziców jest umieć słuchać dziecka i przyznać, że w pewnych sprawach to ono jest ekspertem. I nie przesadzajmy z czarnym PR-em. Dostępność Internetu ma wiele pozytywnych aspektów – obecnie można w nim znaleźć w sekundę informację na każdy temat, kiedyś dostęp do takiej wiedzy był utrudniony. Przy umiejętnym pokierowaniu Internet może zachęcić nasze dzieci do pogłębiania wiedzy. Dlatego nie narzekajmy na wirtualny świat, bo nie ma co stawać w poprzek postępowi. Jeszcze sto lat temu wprowadzenie elektryczności uznawano za straszne zagrożenie.

Są rodzice, którzy jednak starają się stawać w poprzek. Ale wtedy wychowują swoje dzieci pod kloszem, z dala od realnego świata, tak jakby Internet, telewizja i gry nie istniały. Przecież wszyscy żyjemy w jakiejś społeczności, nie jesteśmy samotną wyspą. Jeśli dziecko w domu nie styka się z grami czy światem wirtualnym, większego szoku poznawczego dozna, gdy dorośnie i dopiero wtedy pozna zakazany owoc. Poza tym poczuje się wykluczone, jeśli w szkole co chwila będzie słyszało o nowych grach czy filmach. Zrobimy mu większą przysługę, jeśli nauczymy korzystać z nowych technologii w sposób krytyczny. Sama znam kilkulatki, które oglądają reklamy i mówią: „Ale bzdury chcą nam wcisnąć”.

W jakim stopniu dzieci świadczą o nas? A w jakim tylko o sobie? To strasznie trudne pytanie. Bo dzieci są różne, po prostu. Jedne są ciche, dobre, wrażliwe i utalentowane, inne trudne, wybuchowe, powolniejsze. Z tych pierwszych łatwo być dumnym i przyjemnie jest podbijać sobie samopoczucie myślą, że to dzięki nam taki fajny egzemplarz dostał świat. Ale są też sytuacje, w których trudno być dumnym ze swojego dziecko. Zwłaszcza jeśli ma jakieś dysfunkcje, np. ADHD czy kłopot z przystosowaniem się do pewnych form. Znam rodziców, i bardzo ich za to podziwiam, którzy są niezwykle dumni z wysiłku, jakie ich dziecko wkłada w to, by sobie poradzić z tymi dysfunkcjami. Prawda jest taka, że dzieci prócz nas wychowuje świat. Oczywiście rola rodzica jest nieoceniona, ale to, kim się staje dziecko, to już wyłącznie jego zasługa. Na pewno możemy być dumni z tego, że na różnych etapach jesteśmy z dzieckiem i pokazujemy mu pewne narzędzia, a ono korzysta z nich w dobry lub mniej mądry sposób. Myślę, że można być też dumnym z tego, że dziecko nie jest mną, że jest inne, samodzielne.

Dr Magdalena Śniegulska psycholog, dydaktyk ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Dlaczego powinniśmy uczyć dzieci wartości?

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu.

Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu. Czy podpiszesz się pod stwierdzeniem, że świat jest drapieżnym, nieprzyjaznym miejscem, w którym trzeba się mocno rozpychać łokciami? Jeśli tak, to podświadomie będziesz tak wychowywać dziecko, żeby sobie radziło w tych niesprzyjających warunkach, czyli będziesz zachęcać je do forsowania subiektywnego punktu widzenia i unikania odpowiedzialności. Pomyśl, co by było, gdyby udało ci się ukształtować człowieka dobrze dopasowanego do tego „strasznego” świata? Pierwsza byś tego gorzko żałowała. Zamiast dostosowywać wychowanie malca do agresji świata, lepiej wpoić mu system wartości, który nie tylko jest w stanie zmienić ten świat, ale też stanie się najlepszym kapitałem zapewniającym twojemu dziecku szeroko pojęty sukces.

Bagaż pełen zasad

Nie da się wychowywać dziecka na agresywne, pewne siebie wobec świata zewnętrznego i jednocześnie miłe, urocze, empatyczne i prawe w domu. Trzeba się na coś zdecydować. Kształtowanie charakteru w duchu wartości może początkowo wzbudzać obawy: no bo jak to – uczyć dziecko mówić prawdę, zachowywać się kulturalnie, wielkodusznie? Natychmiast inni wykorzystają jego wrażliwość! Te obawy nie są jednak uzasadnione. W długoterminowej perspektywie wygrywają ludzie hołdujący określonym wartościom i im wierni.

Mocno wpojona wartość to życiowy azymut. Nie da się przewidzieć, z jakimi sytuacjami będzie się musiał w przyszłości zmierzyć twój malec, jakie kompetencje będą mu w życiu potrzebne. Bez względu jednak na to, co mu życie przyniesie, porządny system wartości będzie go trzymał w pionie.

Uczciwość, rzetelność, punktualność, szacunek wobec siebie i innych obronią się zawsze. Rynek pracy jest już przesycony młodymi agresywnymi ludźmi – wykształconymi, ale bezwzględnymi i czasem zwyczajnie niemoralnymi. Wielu pracodawców zaczyna stawiać nie na kompetencje (które dziś łatwo nabyć), ale na cechy osobowościowe, takie jak: kultura osobista, pracowitość, systematyczność czy uczciwość.

W sytuacjach kryzysowych wysokie morale zaowocują korzyściami duchowymi. Świadomość, że zachowało się godność, przynosi ukojenie, daje oparcie, siłę wewnętrzną i poczucie sensu życia.

Wartości, które twoje dziecko wyniesie z domu, staną się bazą jego relacji z innymi osobami. Ludziom dobrym chce się pomagać. Wychowując dziecko na porządnego człowieka, powodujesz, że w sposób naturalny przyciąga ono do siebie innych prawych ludzi.

Kręgosłup moralny ochroni je przed demoralizacją, czyli złymi, szkodliwymi czy wręcz destrukcyjnymi wyborami życiowymi. Zamiast tego będzie podejmować słuszne z etycznego punktu widzenia decyzje we wszystkich sprawach i na każdym obszarze życia (wybór przyjaciół, form rozrywki, poglądów, zawodu). Dziecko wychowane bez systemu wartości jest zagrożeniem dla świata. Wpajanie zasad moralnych traktuj więc jak życiową misję.

Zestaw uniwersalnych wartości

Wartości – dobrze, ale jakie? Bez względu na to, jaki masz światopogląd, są uniwersalne zasady, które niezależnie od życiowych okoliczności pomogą dziecku, a potem dorosłemu człowiekowi, być zwyczajnie szczęśliwym i spełnionym. Normy moralne, tradycje religijne, odpowiedzialność, pokojowe nastawienie, uczciwość, szacunek wobec świata – i ludzi, i zwierząt. Zdrowe odżywianie, estetyka w ubiorze, nawyki higieniczne. To wartości, o  których można z całą pewnością powiedzieć, że warto je trwale zaszczepić. Zaowocują w przyszłości – człowiek z zasadami z reguły jest szanowany, lubiany – i wie, co robić w trudnych sytuacjach.

Jest jeszcze… grzeczność! Stanowczo zbyt mało miejsca poświęca się jej w wychowaniu. Uczmy grzeczności – po pierwsze, wobec siebie. Poczucie winy, że za mało czasu spędzamy z naszymi dziećmi, sprawia, że czasem lekceważymy ich zachowanie, nie wymagamy, by spełniały podstawowe standardy grzeczności wobec własnych rodziców czy dziadków. A szkoda.

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. Może będzie to religia, może nienaruszalna prawdomówność, może pracowitość, a może optymizm. Jesteś przewodnikiem i musisz wiedzieć, dokąd prowadzisz swoje stado.

Jak wpoić dziecku wartości

1. Zadbaj o satysfakcję

Dlaczego człowiek ma dokonywać niekorzystnych dla siebie wyborów? W imię czego? Z jakiego powodu ma na przykład nie kraść, skoro nadarza się okazja, albo zrobić coś kosztem innych, skoro nikt się o tym nigdy nie dowie? Żeby dokonywać wyborów według zasad moralnych, trzeba czuć z tego tytułu satysfakcję. Radość z bycia porządnym człowiekiem to podstawa wychowania w wartościach. Daj dziecku przyzwolenie na to, by czuło się dobrze, bo zachowało się prawidłowo. Gdy postąpi właściwie, zapytaj, jak się teraz czuje. Czy przyjemnie jest być w porządku? Wzmacniaj pozytywne zachowania, nagradzaj za prawidłowe postawy, zachwycaj się za każdym razem, gdy dziecko powstrzyma się od złego.

2. Nie bój się wielkich słów

Wielu rzeczy dziecko uczy się okazjonalnie. Tak jest również z moralnością, ale w tym wypadku warto o tym otwarcie mówić. „Moim obowiązkiem jest wychować cię dobrze, moim zadaniem jest…”. Nie bój się używać wielkich słów. Tu są na miejscu. „Nie wolno kraść. Nie wolno nikogo krzywdzić. Zwierzęta trzeba bezwzględnie szanować”. Mów otwarcie o wartościach.

3. Ucz myśleć o innych

Być może sama jesteś ofiarą wychowania w duchu źle rozumianej asertywności. Właśnie wyrosło całe pokolenie ludzi, których nic nie obchodzą inni, a słowo „ja” zajmuje centralne miejsce w ich słowniku. Wychowanie ku wartościom to odwrót od tego pomysłu pedagogicznego. Naucz swoje dziecko przejmować się innymi ludźmi, na tym się skup. To nic, że dookoła, zarówno w przedszkolu, w szkole, jak i na podwórku, będziesz słyszała, że dziecko powinno przede wszystkim wierzyć w siebie i niczym się nie przejmować. Ty skup się na wychowaniu w poszanowaniu dla innych ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego.

4. Obcujcie ze sztuką

Czytajcie książki, wspólnie oglądajcie obrazy, ilustracje, filmy i chodźcie (jeśli to możliwe) do teatru. Nie ma lepszego poligonu do kształtowania kręgosłupa moralnego człowieka niż świat sztuki. Jest tu bowiem masa okazji do nabycia teoretycznej wiedzy na temat obowiązujących norm.

5. Dawaj przykład

Wpajanie wartości to dla rodzica ciężka praca, również nad samym sobą. Mamy w głowie wiele zasad etyczno-moralnych, ale przestrzegamy ich wybiórczo, naginamy do sytuacji i z łatwością znajdujemy okoliczności łagodzące. Ktoś, kto zabrał z pracy paczkę herbaty, nie nazwie siebie złodziejem. Przy dziecku nie działa jednak taryfa ulgowa. Ono widzi fakty: wynosisz z pracy swoje rzeczy czy nie, mówisz prawdę czy kłamiesz, jesteś rzetelna czy leniwa. Moralna ocena dziecka jest czarno-biała. Albo dajesz przykład, albo… nie licz na to, że uwierzy ci, że warto być porządnym człowiekiem.

6. Myśl perspektywicznie

Nie trać z oczu celu wychowawczego. Nie chodzi o to, żeby dziecko nie płakało, tylko żeby zrozumiało, że jeśli będzie biło inne dzieci, to nikt nie zaprosi go na urodziny. „Co z tego wyniknie nie za chwilę, a w wieloletniej perspektywie?” – tym pytaniem kieruj się, rozwiązując codzienne błahe problemy.

7. Zadawaj pytania

„Czy chciałbyś, żeby ktoś zrobił ci coś takiego?”, „Czy chciałabyś, żeby ktoś tak cię potraktował?”, „Co by było, gdyby wszyscy tak postępowali?”, „Chciałbyś się kolegować z kimś, kto tak robi?” – w ten sposób zwrócisz dziecku uwagę na to, jak ważne jest współodczuwanie.

8. Uważaj na opinie

Nie opowiadaj babci, co zjadł twój synek, czy do końca i ile spał, ale że ładnie się przywitał, posprzątał, dokładnie wykonał pracę domową.

Przykład: Pożyczyliście od kolegi film, mieliście dziś oddać, ale jest już późno, trzeba jeszcze zjeść kolację, a poza tym strasznie ci się nie chce wychodzić z domu. Co robić? Wybrać cel krótko - czy długoterminowy? Ma zwyciężyć lenistwo czy poczucie obowiązku? Jako rodzic nie możesz pozwolić sobie na żadne pobłażanie. Jeśli dziś pokażesz, że akceptujesz niesłowność, już nigdy tego nie nadrobisz. Trzeba zatem jechać do kolegi i oddać mu film. Korzyść z takiego zachowania jest olbrzymia. Powiedz dziecku o niej wprost: „Teraz możemy spać spokojnie. Zachowaliśmy się, jak należało”.

Ważne słowo: interioryzacja

Inaczej uwewnętrznienie, czyli: głębokie przyswojenie, uznanie jako swoje własne, pełna akceptacja. Interioryzacja ma szczególne znaczenie w nauczaniu wartości. Nikt nie ma możliwości pilnowania człowieka przez cały czas i we wszystkich sprawach. Dlatego najistotniejszym czynnikiem moralności jest samokontrola. Zasady znane lub stosowane tylko wybiórczo, w zależności od okoliczności, to twoja porażka wychowawcza.

Metoda „Porządny człowiek”

Gdy chcesz dać dziecku wskazówkę albo wyjaśnić, dlaczego powinno zachować się tak, a nie inaczej, używaj argumentu pt.: „Bo porządni ludzie tak robią”. To hasło jest dla dziecka informacją: porządny człowiek tak robi, a tak nie robi. Nie ma sensu tłumaczyć dlaczego, odwoływać się do norm moralno-etycznych. „Nie wolno dla zabawy zabijać lub męczyć zwierząt. Porządny człowiek tak nie postępuje”. Kropka. Dzieci otrzymują od rodziców za dużo informacji, tymczasem one potrzebują tylko jasnych, klarownych i absolutnie jednoznacznych wskazówek, co jest dobre, a co złe.

Przygotuj się na to, że dziecko zacznie zadawać niewygodne pytania. Na przykład w obecności twoich teściów zapyta: „Kim jest dziadek, skoro bije psa? Czy tak postępuje porządny człowiek?”. Dziecko wychowywane ku wartościom będzie wyłapywać wszelkie „złe” zachowania u innych i będzie odczuwać silną chęć wychowywania wszystkich wokół siebie. Niech ludzie, których dziecko diagnozuje jako nieporządnych, sami sobie z tym poradzą. Czasem takie zawstydzenie przez malucha dobrze im zrobi.

  1. Psychologia

Nikt nie zna nas tak dobrze, jak brat lub siostra

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą. (Fot. iStock)
Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą. (Fot. iStock)
Nikt nie zna naszych mocnych i słabych stron tak jak brat czy siostra. Przeżyliśmy razem kawał czasu w podobnych warunkach, mamy wspólne geny i doświadczenia. Nasz związek nie da się porównać z żadnym innym.

Anna, mama Filipa (10 lat), Kacpra (8) i Hani (5): – W naszym domu trwa nieustająca wojna. O wszystko: o to, kto posprząta zabawki, kto dostał więcej łakoci, kto ma pierwszy się umyć. Jestem wykończona nieustanną próbą mediacji, pocieszania skrzywdzonego i karcenia winowajcy. Nie skutkują nasze nauki i upomnienia. Zastanawiam się nawet, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, skoro nie potrafimy sprawić, aby nasze dzieci żyły w zgodzie, żeby były dla siebie nawzajem miłe i życzliwe.

Siostrzyczka głaszcząca braciszka po główce to obrazek tyleż piękny, co nieprawdziwy. Relacje między rodzeństwem są na ogół bardzo skomplikowane. Rozpięte gdzieś między rywalizacją a współpracą, miłością a nienawiścią, zaufaniem a zazdrością. Czasami nienawiść bierze górę – i Kain zabija Abla, Balladyna – Alinę, a główny bohater filmu „Wymyk” Grega Zglińskiego umywa ręce, gdy na brata napadają bandyci.

Zazdrość i rywalizacja

Większość braci i sióstr na różnych etapach życia drze ze sobą koty. Gryzie ich z tego powodu poczucie winy – wszak powinni się kochać. Wyrzuty sumienia pogłębia przekonanie, że w innych rodzinach relacje układają się świetnie. Tymczasem konflikty między dziećmi to w rodzinach chleb powszedni. Eva Rubinstein, córka światowej sławy pianisty Artura Rubinsteina, najstarsza z czworga rodzeństwa, w jednym z wywiadów przyznaje się do trudnych relacji z najmłodszym bratem. Ma z nim sporadyczny kontakt, choć mieszkają w Nowym Jorku. Wyznaje, że konflikt między nimi istniał zawsze. Podobne przykłady można by mnożyć.

Psycholog Beata Skarżyńska: – To relacja nieporównywalna w swojej intensywności z żadną inną. Targają nią silne emocje: kłótnie, godzenie się, zazdrość, tęsknota. I to jest normalne. Co więcej – takie doświadczenia są dla dzieci ważne i im potrzebne.

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą.

Marta Maruszczak w książce „Encyklopedia. Rodzice i dzieci” pod redakcją Marty Pawlus pisze, że zazdrość pojawia się od pierwszego dnia narodzin młodszego dziecka i trwa aż do dorosłości, a nawet do końca życia. Zmieniają się tylko jej formy i natężenie. Maluchy rywalizują o uwagę, czułość rodziców, czas poświęcony każdemu z nich. Kłócą się o zabawki, przysmaki, miejsce przy stole, a nawet „lepszą” rękę mamy podczas spaceru. Kilkulatki dokuczają sobie i spierają się o to, które lepiej potrafi coś robić, które jest mądrzejsze, ładniejsze, bardziej dowcipne i bardziej lubiane przez kolegów. Walczą o przestrzeń we wspólnym pokoju, prezenty, przywileje. Dorastające rodzeństwo konkuruje o przyjaciół, lepszą pozycję w grupie rówieśniczej, powodzenie u płci przeciwnej. Dorośli bracia i siostry porównują swoje pozycje zawodowe, materialne, kto ma zdolniejsze dzieci i lepszych partnerów.

Połączeni na zawsze

Rywalizacja jest kosztowna, wymaga wiele energii, pociąga za sobą nieprzyjemności, wiąże się z psychicznym dyskomfortem. Mimo to dzieci ciągle się kłócą. Co im to daje? Marta Maruszczak wylicza zalety: Na bezpiecznym domowym poligonie dzieci trenują wchodzenie w interakcje, radzenie sobie w trudnych sytuacjach, sprzeczanie się i godzenie – te umiejętności społeczne przydadzą się im potem w życiu. Konkurowanie z rodzeństwem to świetna lekcja asertywności i empatii. Uczy dochodzić swoich praw, ale i respektować prawa innych, co sprzyja rozwojowi inteligencji emocjonalnej, która odgrywa dużą rolę w odnoszeniu sukcesów życiowych. Hartuje, uodparnia na przykrości, ćwiczy refleks, umiejętności formułowania sądów i wyrażania swojego zdania. Uczy radzić sobie z silnymi emocjami (gniewem, zazdrością), zawierania kompromisów i negocjacji. Może dopingować do pracy nad sobą, do wysiłku i wytrwałości.

Rywalizacja jest więc przydatna, ale w rozsądnych granicach. Ta bezpardonowa może wyrządzić nieodwracalne szkody, prowadzić do demoralizacji, poszukiwania rozwiązań poza domem. Może determinować zachowania, uczucia i sposób myślenia o sobie samym w dorosłym wieku. Może przetrwać do końca życia i „rozlać się” na całą rodzinę, co często jest powodem konfliktów, niezgody, wzajemnej wrogości. Dlatego rywalizacji w żadnym razie nie wolno podsycać.

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. Niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger mówi, że każde z dzieci przynależy do rodziny pochodzenia. Według jego teorii na poziomie nieświadomym wszyscy członkowie rodziny są ze sobą połączeni – zarówno żyjący, jak i zmarli. Chociaż wszyscy jako ludzie mamy taką samą wartość, to dla „porządku rzeczy” potrzebna jest hierarchia: z rodzicami na szczycie i dziećmi w kolejności urodzenia: pierworodnym na pierwszym miejscu, urodzonym jako drugie na drugim itd. Ostatnie miejsce, które zajmuje najmłodsze dziecko, wcale nie jest najgorsze, a nawet okazuje się lepsze, bo zapewnia mu czerpanie nie tylko od rodziców, ale i od starszego rodzeństwa. Natomiast najwięcej praw ma pierworodne dziecko. Nie tylko zresztą według Hellingera – w większości kultur to je honorowało się największym majątkiem. Ale i na nie spadały największe obowiązki i odpowiedzialność za rodziców.

Czy kolejność narodzin determinuje życie?

Ronald W. i Lois A. Richardsonowie w książce „Najstarsze, średnie, najmłodsze” odpowiadają na to pytanie twierdząco. Z ich badań wynika, że pierwsze dziecko zazwyczaj identyfikuje się z wyznawanymi przez rodziców wartościami i stara się stać takim człowiekiem, jakim oni chcą go widzieć. Drugie dziecko, zwłaszcza jeśli jest tej samej płci, może być postrzegane jako nie tak „dobre” jak pierwsze – mniej kompetentne w robieniu tego, co cenią rodzice. Czasem, jeśli pierwsze dziecko dobrze radzi sobie z rolą „dobrego” (czyli spełnia oczekiwania rodziców), jego brat czy siostra starają się być zauważeni dzięki odgrywaniu roli tego „złego”. Młodsze dzieci natomiast określają siebie w zależności od tego, jakie terytorium zostało już zajęte przez starsze.

Anna, mama przyznająca się do braku pomysłu na poskromienie swojej trójki, zapewnia: – Każde z dzieci traktuję tak samo i tak samo kocham. Ale każde z nich inaczej reaguje na moje uwagi i dyscyplinujące polecenia. Im bardziej jednak się staram, tym konflikty między nimi są większe.

Autorzy książki „Najstarsze…” nie zgadzają się z podobnie jak Anna myślącymi rodzicami: To nieprawda, że traktujecie dzieci tak samo. Zmieniacie się pomiędzy ich narodzinami, zmienia się też świat i warunki, w jakich żyjecie. Dlatego dzieci wychowujecie w odmienny sposób, choć zazwyczaj nie jesteście tego świadomi.

Z kolei same dzieci zdają się to potwierdzać, domagając się jednakowego traktowania, absolutnej równości praw i obowiązków. A rodzice w odpowiedzi na te żądania – podobnie jak Anna – usiłują „dzielić wszystko po równo”. Czy to dobry kierunek? Niekoniecznie. Skrupulatne mierzenie i ważenie wszystkiego wiąże się bowiem z ciągłym porównywaniem, co rodzi jeszcze większą rywalizację i zazdrość. Tym samym rodzice zapędzają się więc w ślepą uliczkę – dzieciom ciągle bowiem za mało „równości”.

Sprawiedliwie nie znaczy jednakowo  

Marta Maruszczak uważa, że traktowanie wszystkich dzieci tak samo nie jest ani mądre, ani wskazane, ani efektywne. Po pierwsze, każde dziecko jest inne, dlatego tak też powinno się je traktować – jako jedyne i niepowtarzalne. I na przykład spędzać trochę czasu z każdym z dzieci sam na sam, mieć jakieś plany i sprawy z każdym z nich z osobna. Jeżeli nie starczy nam czasu dzisiaj, umówmy się na jutro. Po drugie, nie wolno rodzeństwa porównywać. Nic tak bowiem nie psuje relacji pomiędzy nimi jak stawianie jednego za wzór drugiemu. Wtedy to krytykowane czuje się gorsze i nie lubi tego „lepszego”. A poza tym dzieci w końcu zaczynają zachowywać się zgodnie z przypisywaną im rolą. Po trzecie, zamiast obdzielać je po równo, powinniśmy kierować się ich indywidualnymi potrzebami. Po czwarte, nie zapewniajmy, że kochamy wszystkie dzieci jednakowo, bo trąci to fałszem. „Nie musimy każdej niesprawiedliwości tłumaczyć dzieciom, używając racjonalnych argumentów. One nie przyjmują logicznych wyjaśnień, kiedy czują się rozżalone. Okażmy mu wtedy szczególną troskę i zapewnijmy, że kochamy je wyjątkowo. Ceniąc indywidualność każdego dziecka i ciągle podkreślając jego niepowtarzalność, sprawimy, że każde poczuje się tak, jakby było najważniejsze, i przestanie domagać się sprawiedliwości” – pisze Marta Maruszczak.

Rodzeństwo nie jest od wychowywania

Starsze dzieci odbierają pojawienie się na świecie brata albo siostry raczej jako stratę niż zysk. Nie widzą powodu, żeby kochać kogoś, kogo nawet nie znają. Tymczasem oczekuje się od nich zachwytu, miłości, opieki. Jeżeli wyrażają niezadowolenie, rodzice także są niezadowoleni. Taki jest początek relacji większości rodzeństw i efekty tego pierwszego doświadczenia mogą trwać długo.

Beata Skarżyńska: – Oczekiwanie, że bracia i siostry będą się od początku wspierać i opiekować sobą, jest mrzonką. W dodatku mocno dzieci obciążającą. Dzieciństwo to czas, kiedy potrzebuje się opieki, a nie opiekuje innymi, choćby rodzeństwem. Znam dorosłych, którzy mają do rodziców żal o to, że musieli zajmować się młodszym rodzeństwem. Niektórzy nie decydują się na własne dzieci, bo mają poczucie, że już się nawychowywały. Dlatego zaakceptujmy fakt, że dzieci nie chcą zajmować się młodszym rodzeństwem. Uszanujmy ich potrzebę do wyrażania swoich uczuć, do swojej prywatności, odmienności. Gdy nie będziemy go przymuszać, dziecko samo dojdzie do wniosku, że zachłanność po prostu się nie opłaca.

Życie rodzeństwa jest o wiele bogatsze niż jedynaka. We wczesnym dzieciństwie obfituje w intensywne przeżycia zarówno dobre, jak i trudne, co stwarza jedyną w swoim rodzaju szansę na rozwój. Często docenia się to dopiero w dorosłości. W ogóle dopiero wtedy zbiera się większość owoców życia w rodzinnej gromadzie. Gdy odchodzą rodzice, tylko brat i siostra są tymi osobami, które znają nas najdłużej, które wiedzą o nas najwięcej. Nawet krytyka z ich ust jest źródłem cennej wiedzy o nas. Możemy się kłócić, nie utrzymywać stałego kontaktu, ale gdy znajdziemy się w kryzysie, pierwsi przyjdą z pomocą. Dzięki rodzeństwu czujemy, że nie jesteśmy na tym świecie sami.

Lektury dla rodziców i rodzeństwa: "Encyklopedia. Rodzice i dzieci", Wydawnictwo PPu Park, A. Faber, E. Mazlish, "Rodzeństwo bez rywalizacji", Wydawnictwo Media Rodzina, J. Parker, J. Stimpson, "Rodzeństwo - rywalizacja i miłość", Wydawnictwo Rebis, R. Richardson, „Najstarsze, średnie, najmłodsze”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.