1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Twoje dziecko potrzebuje 60 minut ruchu każdego dnia!

Twoje dziecko potrzebuje 60 minut ruchu każdego dnia!

123rf.com
123rf.com
Międzynarodowe badania wskazują, że problemem występującym niemal we wszystkich krajach rozwijających się jest hipoaktywność, czyli zbyt niski poziom aktywności fizycznej u dzieci i młodzieży w stosunku do ich potrzeb.  Jak więc zachęcać dzieci do ruchu oraz jakie korzyści daje najmłodszym aktywność fizyczna - zapytaliśmy znaną psycholog dziecięcą i specjalistkę ds. żywienia, Magdalenę Chorzewską.

Czy możliwe jest określenie optymalnego poziomu aktywności fizycznej u dzieci? Albo inaczej - ile wysiłku i w jakiej formie potrzebuje dziecko w różnym wieku?Magdalena Chorzewska: Według wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia, dziecko w wieku 5-17 lat potrzebuje minimum 60 minut różnorodnego wysiłku dziennie. Ponadto 5 razy w tygodniu powinno wykonywać przez pół godziny bardziej intensywny wysiłek, po którym pojawi się uczucie zmęczenia. W przypadku młodszych dzieci, WHO zaleca 15 minut takiego wysiłku 3 razy w tygodniu.

Jeżeli chodzi o formę aktywności, wszystko zależy od możliwości dziecka i ewentualnych ograniczeń. Szczególnie zaleca się jednak ćwiczenia ogólnorozwojowe, które są dobre dla wszystkich. Mam tu na myśli np. pływanie, które nie obciąża układu kostno-stawowego, a przy tym rozwija wszystkie cechy motoryczne. Przebywanie w wodzie i trenowanie w takich warunkach dodatkowo hartuje organizm poprzez zmianę środowiska. Oczywiście wszystko powinno odbywać się w konsultacji z trenerem pływania.

A inne przykłady dyscyplin, w których kładzie się nacisk na ćwiczenia ogólnorozwojowe? Na pewno mogę polecić judo czy gimnastykę. To dyscypliny, w których jest dużo ewolucji gimnastycznych, co przygotowuje organizm ogólnorozwojowo. Dzieci, które je uprawiają, w przyszłości będą miały świetną bazę do uprawiania każdego sportu.

Z pewnością wiele zależy od wieku dziecka, stanu jego zdrowia i warunków życiowych. Czy istnieje prosta i skuteczna recepta na to, jak zachęcić młodego człowieka do sportowego trybu życia? Najlepiej poprzez modelowanie, czyli uczenie dziecka na własnym przykładzie. Trudno jest opowiadać podopiecznemu o zbawiennym wpływie sportu na nasze życie i zachęcać do jego uprawiania, jeśli sami prowadzimy kanapowy tryb życia i narzekamy, kiedy trzeba wejść po schodach na drugie piętro.

Ważne jest, aby dziecko przez cały czas aktywności fizycznej dobrze się bawiło. Wtedy wysiłek nie będzie przykrym obowiązkiem, a nagrodą i wyczekiwanym momentem w ciągu dnia. Trzeba oczywiście pamiętać też o częstym uzupełnianiu płynów, w czym może pomóc wygodna butelka z korkiem niekapkiem.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę, zachęcając dziecko do ruchu? Ważne jest motywowanie do sportu poprzez dawanie dziecku pozytywnej informacji zwrotnej, na zasadzie „świetnie ci idzie, tak trzymaj!”. Powinniśmy też umożliwiać podopiecznym uprawianie sportu w przyjaznym środowisku czy otoczeniu. Istotne jest też wsparcie grupy, w której dziecko ćwiczy. Warto też poszukać wspólnie z dzieckiem jego sportowego wzoru, autorytetu i pokazanie na jego przykładzie, jak ważna jest aktywność i co wnosi w nasze życie.

A czy pani ma swój pomysł jak dotrzeć do rodziców, a może raczej nauczycieli i zredukować rosnącą liczbę zwolnień z lekcji WF-u? Jeżeli chodzi o coraz większą liczbę zwolnień z lekcji wychowania fizycznego, trzeba odwołać się do przyczyn takiego stanu rzeczy. Często jest tak, że na prośbę o zwolnienie wpływają nudne lekcje i nauczyciel, który nie ma pomysłu na zajęcia, a także przyzwolenie rodziców. Kluczowy jest też wiek, w którym dzieciaki zaczynają unikać ćwiczeń - niechęć pojawia się najczęściej około 12-13. roku życia. Często dzieje się tak z powodu narastającego lęku społecznego, strachu przed wyśmianiem, oskarżeniami o niezdarność itp. Żeby usunąć przyczynę, trzeba odwołać się do źródła. Atrakcyjnie prowadzone lekcje i motywujący nauczyciel mogą zdziałać cuda. Korzystanie z pomocy ekspertów może być nieocenionym źródłem wsparcia dla rodziców i nauczycieli w tym zakresie.

Dobroczynny wpływ aktywności fizycznej na nasze ciało jest dość oczywisty. Uprawianie sportu wpływa jednak nie tylko na poprawę kondycji ruchowej, ale także intelektualnej. Liczne publikacje z zakresu medycyny i psychologii potwierdzają tę tezę. A jak teorie naukowe przekładają się na życie codzienne? O wpływie aktywności z punktu widzenia psychologii jest bardzo dużo publikacji. Mowa w nich o pozytywnym wpływie uprawiania sportu na funkcje poznawcze - myślenie, zapamiętywanie, przetwarzanie informacji, koncentrację uwagi. Sport ma także wpływ na kształtowanie postaw i zachowań. Aktywne dzieci lepiej pracują w grupie, lepiej radzą sobie z porażkami, wykazują się większą cierpliwością i rozumieją, że na nagrodę za wysiłek trzeba czasem trochę poczekać. Z mojego doświadczenia wynika dodatkowo, że rzadziej trafiają do mnie dzieci z diagnozą zaburzeń nastroju, które aktywnie uprawiają sport.

Miałam kiedyś 12-letniego pacjenta, który czynnie uprawiał pływanie i trenował po dwa razy dziennie 5-6 razy w tygodniu. Chłopiec miał niezwykle silną wewnętrzną motywację, nikt go do tego nie zmuszał.

Trudno jest oddzielić przymuszanie od motywowania? Co by pani podpowiedziała w tej sprawie rodzicom? Bardzo często jest niestety tak, że rodzice przekładają swoje niespełnione ambicje na dzieci i nieumiejętnie motywując, skutecznie zniechęcają swoje pociechy do sportu. Motywacja działa wtedy, kiedy odwołuje się do wewnętrznej motywacji dziecka. To znaczy, że zadziała wtedy, kiedy to „coś” będzie faktycznie ważne dla naszego dziecka. Będąc rodzicem należy skupiać się na pozytywach, pokazywać plusy i chwalić, gdy malec wróci zmęczony z treningu. Powinniśmy podkreślać, że podoba nam się to, co robi i zauważać progres – chwalić, gdy dziecko przebiegnie 6 okrążeń, zamiast zwyczajowych 3 – a także podkreślać pozytywny wpływ aktywności. Tak jak mówiłam, najważniejsza jest pozytywna informacja zwrotna.

We wszystko to, o czym pani mówi, idealnie wpisują się takie akcje jak „Rusz się z Kubusiem!”, w ramach której marka Kubuś mobilizuje dzieci i wspiera ich mamy w propagowaniu ruchu oraz aktywnego i  szczęśliwego dzieciństwa. Przykładem dla najmłodszych są właśnie ich idole, piłkarze - Kamil Grosicki, Bartosz Kapustka i Michał Pazdan, którzy zostali ambasadorami akcji, a ich wizerunek jest też dostępny na specjalnej wodzie smakowej Waterrr Sport, idealnej np. na trening. Dokładnie tak. Jeśli brakuje nam inspiracji, nie bójmy się skorzystać z wiedzy specjalistów i idoli. Warto śledzić tego typu akcje i szukać w nich tego, co zainteresuje nas i nasze dziecko. Myślę, że piłkarze mogą dawać dzieciom bardzo dobry przykład: ważny jest ruch każdego dnia i jest on dobrą zabawą, a zmiany naszych przyzwyczajeń zależą tylko od nas.

mat.pras.akcji „Rusz się z Kubusiem!” 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Skuteczne odchudzanie i trening - jak utrzymać motywację?

To, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. (Fot. iStock)
To, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W życiu jak na sali treningowej – często na półmetku przychodzi moment zwątpienia. Odzywa się wewnętrzny troll: „Nie dasz rady!”, „To nie ma sensu”. A ja mówię, że ci się uda! Musisz tylko przetrzymać tę najcięższą próbę. I najlepiej – na złość trollowi – właśnie teraz podkręcić jeszcze bardziej śrubę!

W życiu jak na sali treningowej – często na półmetku przychodzi moment zwątpienia. Odzywa się wewnętrzny troll: „Nie dasz rady!”, „To nie ma sensu”. A ja mówię, że dasz radę! Musisz tylko przetrzymać tę najcięższą próbę. 

Możesz mieć wrażenie, podczas diety i treningu, że efekt nie jest taki, o jaki ci chodziło. Ale spokojnie – wszystko idzie zgodnie z planem, ustalonym już wcześniej w artykule: Skuteczne odchudzanie – jak zaplanować trening i dietę?

Jesteśmy w ważnym momencie: zakładając, że podążasz za moimi wskazówkami, masz już za sobą cztery tygodnie treningu połączonego z dietą redukcyjną. I jako trener wiem, że właśnie teraz mogą zacząć się schody. Bo często właśnie na półmetku robi się trochę pod górkę – szczególnie na diecie redukcyjnej, na której, tak jak ustaliliśmy, mniej spożywasz niż spalasz, żeby bilans był zawsze ujemny, co po czterech tygodniach może owocować momentami zwątpienia, czyli: „Po co ja to robię?”, „Mam dosyć! Jestem zmęczona, jestem wkurzona i wkurzam wszystkich dookoła”. Do tego możesz gorzej wyglądać, bo po czterech tygodniach takiego wysiłku dla organizmu tak naprawdę nikt nie ma prawa jeszcze wyglądać super, za to pojawiają się pewne zmiany, które odbierasz jako negatywne, czyli wychudzona buzia, przekrwione oczy, mniejsze piersi i zmęczenie. Wiem, wygląda to fatalnie, natomiast nie ma innej drogi, żeby dojść do celu. To tak, jakbyś wyważyła pierwsze drzwi i poruszała się po ciemnym pokoju jeszcze po omacku. Ale wiesz już, gdzie jest światełko, do którego dążysz.

W tym momencie warto sobie włączyć następujący program: 1) tuningujemy dietę, 2) intensyfikujemy treningi, bo to jest właśnie ten moment, kiedy trzeba jeszcze bardziej podkręcić śrubę i 3) mentalnie pracujemy nad pewnością siebie.

Pomyśl, jak chcesz wyglądać, bo już jesteś blisko, to półmetek, cel masz już na wyciągnięcie ręki! To wyobrażenie pomoże ci się wzmocnić i obudzić wewnętrzną pewność siebie. Ta pewność siebie może zadziałać jak przyspieszacz. To będzie taki dodatkowy kop, motywacja dodająca ci sił w połowie górki, na której aktualnie się znajdujesz, żeby nie spaść w dół z lawiną, tylko się wspiąć jeszcze wyżej i dojść na szczyt.

Nie rezygnuj!

Zrobiliśmy już dużo – dzięki diecie redukcyjnej wyrzuciłaś ze swojego jadłospisu większość śmieci, czyli przekąsek, podjadaczy i cukru, ale właśnie po trzech, czterech tygodniach następuje też adaptacja organizmu. Wycisnęliśmy z niego, co mogliśmy, i przychodzi moment zatrzymania, który jest często odbierany jako sygnał, że już nam nie idzie. Tymczasem to, że waga się zatrzymuje, nie oznacza, że popełniłaś jakiś błąd – to jest naturalny proces fizjologiczny i jeżeli trzymasz się planu, na pewno po krótkim przestoju waga znowu ruszy. Wystarczy kontynuować dietę, aż organizm powie „dobra, wygrałaś, jadę dalej!”. Możesz w tym momencie – to wersja dla zaawansowanych, do której zachęcam – zintensyfikować ćwiczenia. Czyli plan minimum: dalej robisz swoje i za kilka dni zaczniesz zauważać nowe efekty. Plan maksimum: zwiększasz intensyfikację treningową, czyli robisz 2–3 razy w tygodniu po 2 treningi dziennie – np. rano przed pracą 45 min aerobów, a po pracy 30–40 min ćwiczeń wzmacniających.

Przykładem osoby, która uzyskała świetne wyniki dzięki takiemu systemowi treningowemu, jest Olga Bołądź, która przygotowując się do roli agentki w „Służbach specjalnych”, przeszła na dietę redukcyjną i trenowała przez trzy miesiące niemal każdego dnia po dwa razy dziennie, żeby osiągnąć tak piękną metamorfozę. I tu ukłony dla trenera, który Olgę zmotywował i wykonał z nią totalną pracę – wymagało to ogromnego rygoru, pilnowania diety i odpowiedniej motywacji.

W tym przypadku oczywiście trening jest inny, mniej intensywny, gdyż chodzi o to, żeby cały czas rozkręcać metabolizm i cały czas spalać. Nie ma odpoczynku. Przy tym cały czas pracujesz nad umysłem, czyli walczysz z dystraktorami – „zjadłabym coś słodkiego” itp.

Ważny jest trening aerobowy, który najlepiej wykonywać rano, bo wtedy osiągamy błyskawiczne efekty – po nocy, w fazie katabolizmu, najszybciej redukujesz tkankę tłuszczową, bo już nie ma węglowodanów, które spaliły się przez noc na tzw. podstawową przemianę materii. Kiedy rano dorzucasz jeszcze trening, to spalasz właśnie tłuszcz, a gdy robisz trening po południu, to przez pierwsze 20–30 min spalasz najpierw węglowodany, żeby dopiero do tego tłuszczu dotrzeć.

Trening 2 x dziennie - propozycja dla wytrwałych

Ćwicz w systemie pn., wt., czw., pt. i sb. po dwa razy dziennie, a śr. i ndz. – wolne. Pierwszy trening rób rano, tuż po obudzeniu, czyli przed pracą, zrobieniem śniadania dzieciom itp.

Jeśli to konieczne, wstań o 5 rano i zrób 45 min. aerobów, czyli spokojnego wysiłku (rowerek, trucht itp.).

Wskazówka: kontroluj tętno! Pamiętaj, aby podczas ćwiczeń nie przekraczało 65% maksymalnego tętna, co można wyliczyć ze wzoru: 220 minus wiek (to jest twoje maksymalne tętno) i z tego oblicz 65%. Czyli zakładając, że masz 40 lat, to ze 180 wyliczasz 65%.

Drugi trening (w ciągu dnia) to 45 min. treningu obwodowego.

  1. Zdrowie

Błonnik - jak wpływa na nasze zdrowie?

Zjedzenie jednego dużego jabłka dziennie (zawiera ok. 3g błonnika) obniża zawartość cholesterolu we krwi o 8–11 proc., a włączając do codziennego jadłospisu dwa jabłka, możemy zmniejszyć ten poziom nawet o 16 proc. (Fot. iStock)
Zjedzenie jednego dużego jabłka dziennie (zawiera ok. 3g błonnika) obniża zawartość cholesterolu we krwi o 8–11 proc., a włączając do codziennego jadłospisu dwa jabłka, możemy zmniejszyć ten poziom nawet o 16 proc. (Fot. iStock)
Może uzdrowić problemy z trawieniem i pomóc pozbyć się zbędnych kilogramów. Błonnik – dostępny na wyciągnięcie ręki. 

Kiedyś owsianka na śniadanie, kasze i surówki na obiad, a sałatki i świeżo wyciskane soki owocowe jako przekąski – były częścią codziennego jadłospisu. Potem nauczyliśmy się jeść byle co w fast-foodach, gotowe dania odgrzewać w mikrofalówce albo co chwila przechodzić na superdietę odchudzającą. Nic dziwnego, że nasz układ pokarmowy wariuje i czuje się bezradny. A wystarczyłoby do codziennego menu dorzucić kilka pozycji z odpowiednią ilością cudotwórczego, choć zupełnie prostego składnika, jakim jest błonnik.

Z badań przeprowadzonych przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) wynika, że w Polsce spożywamy zaledwie 15 g błonnika dziennie. Dla porównania: mieszkańcy Afryki przyjmują go wraz z posiłkami aż 60 g dziennie. Warto to zmienić.

Czym jest?

Błonnik stał się dziś gwiazdą – poświęca się mu się coraz więcej uwagi, choć jest dość niepozornym związkiem różnych substancji znajdujących się na ścianach komórkowych roślin, który w dodatku nie podlega trawieniu ani wchłanianiu przez układ pokarmowy człowieka. Ta ostatnia cecha jest jednak bardzo cenna.

Według fachowej nomenklatury, błonnik dzielimy na rozpuszczalny w wodzie (pektyna, inulina, gumy i kleje roślinne, polisacharydy roślin morskich) i nierozpuszczalny (hemiceluloza, celuloza, skrobia, ligniny). Oba rodzaje włókien pokarmowych – jak inaczej nazywa się błonnik – mają do wykonania ważne zadania. Na przykład obecne w owocach rozpuszczalne pektyny obniżają poziom cholesterolu we krwi, regulują gospodarkę kwasów żółciowych i chronią przed nowotworami. Z kolei nierozpuszczalna celuloza występująca w ziarnach zbóż, warzywach i owocach ułatwia przemianę materii, usuwa zaparcia, wyrównuje poziom glukozy we krwi, ogranicza przyrost masy ciała oraz pomaga pozbyć się z organizmu toksyn. Większość roślinnych produktów spożywczych zawiera, w różnych proporcjach, oba rodzaje błonnika. Natomiast produkty całkowicie go pozbawione to np. mięso, ryby, mleko, nabiał, jaja, oleje, masło i alkohole.

Jak działa?

Substancje błonnikowe wędrują przez cały układ pokarmowy, nie ulegając praktycznie żadnym zmianom. Jednak po drodze wchłaniają wodę i pęcznieją w żołądku, co ma swoją zaletę, gdyż pozostawia uczucie sytości i hamuje nadmierny apetyt. Włókna pokarmowe, wypełniając jelita, przyspieszają ich ruchy, dzięki czemu ułatwiają regularne wypróżnianie. Do tego wchłaniają produkty fermentacji jelitowej, regulując rozwój flory bakteryjnej. To podstawowa rola błonnika, którą – przy odpowiedniej diecie – można szybko docenić: znikają zaparcia, biegunki, zmniejsza się ryzyko wystąpienia hemoroidów...

Ale to dopiero początek… Błonnik rozpuszczalny, np. pochodzący z owoców, ma zdolność wyłapywania i usuwania kwasów żółciowych z jelit, które wątroba wykorzystuje do produkcji cholesterolu. Zjedzenie np. jednego dużego jabłka dziennie (zawiera ok. 3 g błonnika) obniża zawartość cholesterolu we krwi o 8–11 proc., a włączając do codziennego jadłospisu dwa jabłka, możemy zmniejszyć ten poziom nawet o 16 proc.!

Błonnik rozpuszczalny pomaga także regulować poziom glukozy we krwi, spowalniając tempo, w jakim pożywienie opuszcza żołądek, a tym samym blokując dostęp glukozy do krwi i opóźniając przemianę węglowodanów. Dzięki temu zmniejsza się wydzielanie insuliny i organizmowi łatwiej utrzymać w ryzach poziom cukru. Natomiast włókna pokarmowe nierozpuszczalne obniżają poziom trójglicerydów we krwi, zmniejszając ryzyko miażdżycy.

Błonnik pełni też ważną rolę ochronną. Broni nas przed toksynami bakteryjnymi, jonami metali ciężkich (np. ołowiu, rtęci) – działa jak absorbent i nie dopuszcza do ich wchłonięcia przez jelito. Pomaga również wydalać niebezpieczne substancje rakotwórcze, między innymi azotyny.

Gdzie go szukać?

WHO zaleca dostarczanie organizmowi ok. 20–40 g błonnika dziennie. Jego dostępnych źródeł jest wiele. Pamiętajmy przede wszystkim o owocach i warzywach – świeżych, suszonych czy przetworzonych na soki. Warto też czasem zamienić zupę pomidorową na fasolową czy grochówkę, ziemniaki na kaszę i ryż, a kajzerkę na kromkę chleba pełnoziarnistego. Jednym z najcenniejszych dostawców błonnika są płatki i otręby zbożowe – porcja na śniadanie może zaspokoić nawet jego dzienne zapotrzebowanie.

Na zakupach zwracajmy uwagę na etykiety i pamiętajmy, że wiele produktów roślinnych zawiera średnio ok. 5 g błonnika na 100 g swojej masy – ale… w formie nieprzetworzonej! Podczas przetwarzania jego poziom spada, czasem nawet do zera. Dotyczy to szczególnie pieczywa i soków owocowych. Wybierajmy więc te najbardziej naturalne i najmniej ulepszone!

Niedobór błonnika można też uzupełnić, dodając go do posiłków w postaci sproszkowanej – dostępny jako suplement diety w aptekach i sklepach ze zdrową żywnością. Łyżka dodana do jogurtu czy zupy od razu podniesie wartość dania. Jednak trzeba uważać, by nie przesadzić. Bo błonnik można przedawkować, szczególnie przyjmując suplementy w niekontrolowany sposób. Regularne przekraczanie dawki 40 g dziennie może doprowadzić do wzdęć, podrażnienia jelit, bólów brzucha, biegunek i odwodnienia. Może też dojść do obniżenia poziomu minerałów, takich jak wapń, żelazo czy cynk. Zbyt duża ilość błonnika potrafi także utrudnić wchłanianie niektórych leków. Przy diecie wysokobłonnikowej osoba dorosła powinna pić co najmniej 2 litry wody dziennie! Przeciwwskazaniami do diety bardzo bogatej w błonnik są również nieżyty żołądka, choroby zakaźne, zapalenie trzustki i dróg żółciowych oraz choroby wrzodowe żołądka i dwunastnicy. Dlatego lepiej zdać się na dobrze zbilansowany jadłospis, bo co za dużo, to zawsze niezdrowo.

  1. Zdrowie

Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe?

Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej ARLETTA WALCZEWSKI.

Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej Arletta Walczewski.

Syn mojej koleżanki ostatnio bez przerwy choruje. Ma objawy grypy, czasem problemy z oddychaniem, przez chwilę podejrzewano u niego nawet astmę. Badania nic nie wykazują, antybiotyki nie działają. Co to może być?
Trzeba wykluczyć wszystkie te przyczyny, których dotąd nie brano pod uwagę. Na przykład nietolerancje pokarmowe.

Chłopiec wszystkie testy alergologiczne ma za sobą.
Właśnie – alergię pokarmową często myli się z nietolerancją. A to dwa zupełnie różne zagadnienia, choć objawy tu i tu bywają podobne. W dodatku niektóre pokarmy mogą wywoływać i nietolerancję, i alergię. Na przykład krowie mleko. Są osoby z alergią na krowie białko (np. na kazeinę) i są takie, które nie powinny pić mleka ze względu na nietolerancję laktozy.

W czym tkwi różnica?
Alergia to bunt organizmu, jego reakcja na obce białka [tradycyjna, dziś już tylko historyczna nazwa alergii to „skaza białkowa” – przyp. red.]. Natomiast przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. Na przykład jeśli brakuje ci enzymu laktazy, nie strawisz obecnej w mleku laktozy. Na podobnej zasadzie możesz reagować na gluten, fruktozę, histaminę.

O nietolerancji glutenu i laktozy, oczywiście, słyszałam. Ale histaminy? Znam tylko leki antyhistaminowe.
I tu znowu trzeba rozdzielić alergie i nietolerancje. Nasz organizm produkuje naturalną histaminę, żeby chronić nas przed wieloma szkodliwymi czynnikami. Przy ostrych reakcjach alergicznych produkcja histaminy wzrasta jednak tak gwałtownie, że organizm nie jest w stanie sobie z tym poradzić i wydalić nadwyżki. Histamina odkłada się wtedy w tkankach i powoduje ich obrzęk. Może się to skończyć atakiem astmy. Wtedy właśnie musimy wziąć leki antyhistaminowe. Natomiast jeśli pacjent cierpi z powodu nietolerancji, to nie trawi histaminy zawartej w jedzeniu i piciu. W czerwonym winie, piwie, serach, kefirach, kiszonej kapuście, pomidorach, czekoladzie, kiwi, chili, truskawkach, cytrusach.

A fruktoza? Mówi się przecież, że to zdrowsza alternatywa dla cukru. Że powinniśmy jeść jak najwięcej owoców, pić świeże soki, słodzić miodem.
Fruktoza była niegdyś odkryciem, uważano, że sprawdza się jako zamiennik w przypadku diabetyków, ponieważ nie podnosi poziomu cukru we krwi [podnosi, ale w minimalnym stopniu – przyp. red.]. Nie wolno jednak zapominać, że fruktoza jest węglowodanem i przy jej trawieniu powstają intensywne procesy fermentacyjne, w wyniku których wytwarza się alkohol. U osób wrażliwych dochodzi do zatrucia podobnego do kaca, szczególnie kiedy jedzą surowe owoce, surówki czy sałatki na noc, przed snem. Jeśli cierpisz na nietolerancję fruktozy, możesz mieć też takie objawy, jak: biegunka, wzdęcia, zmiany skórne, obniżenie nastroju. Albo właśnie katar, kaszel, nieżyty gardła i ucha, chrypę, bóle głowy, problemy ze strunami głosowymi.

Jakim cudem to, co jem, ma związek z tym, że cieknie mi z nosa? Jak to możliwe, że przyczyną podobnych objawów może być niewłaściwa dieta?
Odpowiedź jest bardzo prosta: gardło i przełyk to jednocześnie przewód pokarmowy i oddechowy. Jeden wspólny odcinek, dwie różne funkcje. Natura bardzo sprytnie to rozwiązała, u wejścia do żołądka mamy naturalną tamę, zwieracz. Gorzej jeśli pojawiają się przewlekłe problemy z trawieniem i ta naturalna tama staje się nieszczelna.

W latach 70. XX wieku prowadzono badania nad dziwnymi przypadkami. Śpiewacy operowi tracili głos, a po jakimś czasie go odzyskiwali. Po kolei wykluczano różne teorie, dlaczego tak się dzieje, aż odkryto związek z dietą badanych. Pacjentów skutecznie leczono m.in. środkami neutralizującymi kwasy żołądkowe. To ważne odkrycie w dziedzinie otolaryngologii pociągnęło za sobą dalsze, bardziej zaawansowane badania udowadniające, że gastryczne dolegliwości mogą mieć wpływ na nasz głos.

Mówisz o odzyskiwaniu głosu, a co z objawami kojarzącymi się bardziej z przeziębieniem czy grypą?
Gardło połączone jest przecież z nosem, uszami. Załóżmy, że twojemu organizmowi brakuje odpowiedniego enzymu i nie toleruje fruktozy. Ty o tym nie wiesz, a przecież pilnujesz tzw. zbilansowanej diety, więc codziennie pijesz soki, jesz świeże owoce. Nic z tych rzeczy się w twoim przewodzie pokarmowym nie rozkłada, a więc zalega, następują procesy gnilne, a niestrawione resztki na różne sposoby cię trują. Zwieracz, czyli ta naturalna tama, o której mówiłyśmy, przestaje prawidłowo funkcjonować, a zawarty w sokach żołądkowych kwas solny podrażnia struny głosowe, błonę śluzową gardła, nosa. Błona śluzowa puchnie, masz katar, kaszel, chrypę.

W problemach z metabolizmem najbardziej zdradliwe jest właśnie to, że ich objawy niekoniecznie muszą być klasyczne: palenie w przełyku, wzdęcia, bóle brzucha, biegunki albo zaparcia. Pamiętam pacjentkę, atrakcyjną kobietę po pięćdziesiątce. Była pewna, że ma kłopoty z sercem, wciąż czuła ucisk na wysokości mostka. Badania nic nie wykazały. Niby była zdrowa, ale czuła się coraz gorzej. Zapytałam, co je. Tylko ciemne pieczywo, sałatki, owoce, żadnego alkoholu, zamiast słodyczy – jogurty z owocami (dla osób nadwrażliwych najgorsze z możliwych połączeń, fruktoza plus laktoza to niezwykle intensywne procesy fermentacyjne). Miała problem z utrzymaniem właściwej wagi. Jak to możliwe, skoro jadła tak „zdrowo”? Okazało się, że ma trudności ze strawieniem niemal wszystkiego. Pacjentka doszła do siebie, jedząc białe pszenne bułki i gotowane posiłki. Skąd wzięły się jej objawy? Odruchowo myślimy, że jelita to tylko dolna część brzucha. A to nieprawda – jeden z odcinków jelita leży dokładnie pod sercem. Nagromadzone w jelitach gazy mogą uciskać narządy, nerwy kręgosłupa. Taki ucisk może też promieniować na inne części ciała. Miałam już pacjentów skarżących się na bóle pod łopatką, na zesztywniałe ramię, promieniujące drętwienie aż do ucha, dolegliwości mylone z migreną, duszności, płytki oddech, obniżone lub podwyższone ciśnienie, kołatanie serca. Robili EKG, prześwietlali kości, chodzili na USG i nic.

Dobrym przykładem jest też refluks, czyli cofanie się treści żołądka do przełyku, który wcale nie musi się objawiać zgagą. Równie dobrze może skutkować objawami podobnymi do ataku astmy. Zresztą naukowcy do tej pory próbują rozwikłać zagadkę związku między tymi dwoma dolegliwościami.

Jeżeli traktujesz organizm i zachodzące w nim procesy jako całość, znacznie łatwiej znaleźć źródło cierpienia.

Jak sprawdzić, czy rzeczywiście mam nietolerancję pokarmową?
Wodorowy test oddechowy (WTO) pozwala wykluczyć lub potwierdzić nietolerancję na laktozę i fruktozę. Dostajemy do wypicia specjalny roztwór i dmuchamy w urządzenie podobne do alkomatu. Trwa to nawet ponad dwie godziny, ale wyniki są znane od razu po zakończeniu badania. Nietolerancję histaminy wykrywa się zwykle, określając poziom diaminooksydazy (DAO) we krwi. Badania w kierunku nietolerancji glutenu zleci specjalista gastroenterolog.

Załóżmy, że zdiagnozowano u mnie nietolerancję. Co teraz?
Trzeba wprowadzić odpowiednią dietę, dzięki której wreszcie poczujesz się dobrze. Chodzi też o to, żeby uspokoić organizm, pozwolić mu dojść do równowagi. A do tego potrzebna jest nie tylko dieta eliminacyjna, ale też bardzo delikatna, lekkostrawna. Całkowite wyeliminowanie glutenu, histaminy, fruktozy czy laktozy uważam za mit. Można je za to ograniczyć do minimum, to bardziej realny plan. Tym bardziej że niektóre zamienniki, na przykład wiele produktów bezglutenowych, to czysta chemia. Poza tym doradzałabym, żeby uzupełniać dietę witaminami i probiotykami (pod kontrolą lekarza) oraz regularnie stosować naturalne środki na trawienie. Te same, z których korzystały już nasze mamy i babcie. Tu także dobrze się konsultować, bo preparaty ziołowe mają przeciwwskazania. Trudniej jest, kiedy u pacjenta występuje kilka nietolerancji naraz. Nie może jeść na przykład glutenu, pieczywo żytnie czy pszenne mógłby zastąpić pieczywem z mąki gryczanej, tylko że w gryce jest mnóstwo histaminy, której on też musi unikać.

Brzmi jak wyrok. Nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego pacjenta.
No to teraz dobra wiadomość. Organizm jest wspaniałomyślny, potrafi się zregenerować. Nietolerancja to jego wołanie o pomoc: „Hej, hej, traktowałaś mnie źle, zobacz, do jakiego stanu mnie doprowadziłaś!”. Pamiętajmy, że nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich. Coś, co świetnie odżywia zdrowego 20-latka, może osobę po pięćdziesiątce, która ma już spowolniony metabolizm, doprowadzić do poważnego kryzysu. Z mojej praktyki wynika, że – wbrew pozorom – najłatwiejszymi pacjentami są w przypadku nietolerancji dzieci, bo to u nich objawy znikają najszybciej. Pamiętam chłopca faszerowanego przez rodziców jogurcikami, serkami i koktajlami zwiększającymi ponoć odporność. Był spuchnięty, ociężały i coraz grubszy, chociaż uprawiał kilka razy w tygodniu sport. Oczywiście, nie trawił laktozy. Wrócił do formy już po sześciu tygodniach. Matki się boją, że dziecko nie będzie mogło jeść tego samego, co koledzy, że będzie się czuło nieakceptowane, a potem okazuje się, że ta specjalna dieta to jest szpan, coś, czego inne dzieciaki im zazdroszczą. Oczywiście, nie mówię o nietolerancjach wrodzonych, które objawiają się już u noworodków lub bardzo małych dzieci i o których nie można zapominać do końca życia, bo każde zaniedbanie może doprowadzić do przewlekłych chorób autoimmunologicznych. Ale większość przypadków, z którymi miałam do czynienia w swojej praktyce, to były krótkotrwałe kryzysy. Kiedy ciało się oczyszcza, znowu staje się ufne, przestaje się bronić. Objawy mijają, polepsza się cera, poprawia nastrój, lepiej śpimy. Możemy poczuć się tak, jakbyśmy właśnie wyszli z depresji. Urozmaicajmy wtedy naszą dietę ostrożnie, powolutku, cegiełka po cegiełce.

Kiedy wiadomo, że znowu możemy wszystko jeść?
Nawet jeśli możemy, to czy musimy, ryzykując powtórkę z rozrywki? Nowe nawyki żywieniowe wchodzą w krew i stają się sposobem na życie. Swoim pacjentom, nieważne z czym do mnie przychodzą, powtarzam: „Spróbujcie jeść skromnie jak chłopi w XIX wieku”. To trochę żart, ale dużo w nim prawdy. Dzisiaj wybór jest tak duży, że tracimy zdrowy rozsądek. Jemy za dużo, mieszamy wszystko ze wszystkim, przesalamy, przesładzamy, dodajemy za dużo przypraw. Do tego dochodzą wypełniacze, konserwanty. To nie przypadek, że mamy dosłownie epidemię alergii, nietolerancji i różnych innych kłopotów z przemianą materii. A przecież my naprawdę jesteśmy tym, co jemy.

Arletta Walczewski dyplomowany lekarz medycyny naturalnej (heilpraktiker). Na co dzień pracuje w Naturheilzentrum Sandmann [Centrum Medycyny Naturalnej Sandmann] w Düsseldorfie.

  1. Zdrowie

Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach rozwiniętych rak prostaty przewodzi w niechlubnym rankingu zagrożeń nowotworowych wśród mężczyzn. Dobra informacja jest taka, że prawidłowo zdiagnozowany ma bardzo wysoką wyleczalność. O nowoczesne metody leczenia pytamy urologa dr Pawła Salwę. 

Dzięki rozwojowi nauk medycznych wszyscy żyjemy dłużej. To jednak stawia przed medycyną kolejne wyzwania, ponieważ pojawia się więcej przypadków chorób związanych ze starszym wiekiem. Wiek wskazywany jest jako jeden z czynników ryzyka m.in. raka prostaty. Dopiero od niedawna głośno o nim mówimy, a jak się okazuje, to bardzo powszechna choroba.

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. To może wynikać z tego, że Polacy mniej się badają, co zmienia statystyki, ale niekoniecznie oznacza, że zachorowań jest rzeczywiście mniej niż na Zachodzie.

Rak prostaty to bardzo niejednolita choroba, bo choć wszystkie postacie są złośliwe, to na bardzo różnym poziomie. Pojawiają się więc opinie, że z tą chorobą można żyć. I rzeczywiście dla mocno starszego pacjenta, który skarży się na wiele innych poważnych problemów zdrowotnych, niewielki rak prostaty może mieć mniejsze znaczenie. Ale zupełnie w innej sytuacji jest na przykład sześćdziesięcioletni mężczyzna, przed którym jeszcze wiele lat życia. Ważne jest więc, żeby wykryć raka na etapie, gdy możemy go skutecznie leczyć, i to w najmniej inwazyjny sposób, a dziś mamy metody, które gwarantują zachowanie dobrej jakości życia na długo po leczeniu. Jeżeli chodzi o czynniki ryzyka wystąpienia raka prostaty to naukowo udowodnione są dwa: wiek oraz występowanie tej choroby w rodzinie.

Dlaczego ryzyko zachorowania wzrasta z wiekiem?
Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wystąpienie choroby wiąże się z funkcjonowaniem gruczołów płciowych, które są stworzone do współdziałania przy reprodukcji. Kiedy okres reprodukcyjny się kończy, załóżmy około 40. roku życia, to te narządy nie są używane w pełni zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W efekcie może dojść do zmian nowotworowych, ale jako lekarze nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnej przyczyny zachorowania. Oczywiście do tego prowadzą pewne mutacje genetyczne, ale nie wiemy, dlaczego w pewnym wieku do nich dochodzi. Pojawia się wiele hipotez, na przykład ta związana z liczbą wytrysków (bo z wiekiem mężczyzna ma mniej wytrysków) i wydzieliną, która zalega w narządzie, co ma wywoływać nieprawidłowy profil substancji chemicznych. Ale to bardzo skomplikowane zagadnienia, jeszcze niesprawdzone naukowo... Wiemy tylko, że z wiekiem ryzyko rośnie i nie mamy metod skutecznej profilaktyki.

Jako drugi czynnik ryzyka zachorowania na raka prostaty wskazał pan przyczyny genetyczne. Czy możemy powiedzieć, na ile zwiększa on ryzyko zachorowania?
Choroba w rodzinie kilkakrotnie zwiększa ryzyko zachorowania u męskiego potomka. Współczynnik zmienia się w zależności od stopnia pokrewieństwa, ale ryzyko jest znaczne. Choroba może też pojawić się wcześniej. Sam mam pacjentów poniżej 40. roku życia. Przypadki zachorowań w młodym wieku są zresztą bardziej agresywne.

W ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania genetyczne. Można dzięki takim badaniom wykryć skłonność do zachorowania na raka prostaty?
Faktycznie, te badania idą do przodu. To może być przydatna wiedza, ale trzeba być ostrożnym w interpretacji, ponieważ za zachorowanie nie odpowiada jeden gen – jak BRCA 1 i 2 w przypadku raka jajnika czy raka piersi, który notabene również podwyższa ryzyko zachorowania na raka prostaty – lecz pewien zespół genów. A z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci, którzy dowiadują się o podobnych predyspozycjach, żyją od tego momentu z pewnego rodzaju piętnem. Skutki psychologiczne takiej wiedzy są dość ciężkie. Osobiście uważam, że ważne jest to, co dzieje się tu i teraz.

Skoro mówimy o psychologii, to na ile pańskim zdaniem diagnoza raka prostaty wpływa na psychikę mężczyzn?
Na pewno zależy to od typu człowieka, ale sądzę, że generalnie dotyka ich dużo mocniej niż inne choroby, i to bardziej niż chcieliby się przyznawać, bo to choroba w obszarze narządów płciowych, co dodaje jej w opinii publicznej element tabu. Jako lekarze pracujemy nad zmianą tego odbioru, bo bardzo przeszkadza w leczeniu. Mężczyźni wstydzą się mówić o raku prostaty, a dodatkowo wizja powikłań funkcjonalnych, czyli nietrzymania moczu i braku erekcji, wywołuje dużą presję i lęk u pacjentów. Ten lęk jest uzasadniony o tyle, że starsze metody leczenia, takie jak operacja otwarta czy laparoskopowa, rzeczywiście często prowadziły do takich zaburzeń. A one bardzo dotykają mężczyzn – i fizycznie, i psychicznie.

Jacy mężczyźni zgłaszają się do pana po diagnozę?
Najczęściej ci, którzy dowiedzieli się o raku prostaty od innych mężczyzn z podobnym problemem i leczyli się u mnie lub u innych kolegów. Oni są już odpowiednio uświadomieni i działają trochę jak ambasadorowie. Zawsze proszę pacjentów, żeby zachęcali do badań kolegów. Niech to nie będzie temat tabu ani wstydliwy. Dziś mamy już możliwość dobrej diagnostyki, świat nie kończy się na badaniu PSA ani badaniu palcem. Metodą, która nam najbardziej pomaga, jest rezonans magnetyczny prostaty. To pozwala lepiej wykryć nowotwór, a potem lepiej go zoperować.

Na czym polega profilaktyka?
Nie ma udowodnionych metod skutecznej profilaktyki raka prostaty. Na pewno na zdrowie, a więc i na mniejszą zachorowalność na tę chorobę, dobrze wpływa zdrowy styl życia, czyli choćby odżywianie i ruch, ale nie da się jeszcze tego skwantyfikować i w sposób odpowiedzialny stwierdzić, jakie konkretnie działanie i w ilu procentach zmniejsza ryzyko zachorowania.

Dużą popularnością cieszą się pewne szwedzkie badania, z których wynika, że pięć wytrysków tygodniowo zmniejsza ryzyko zachorowania o 20 proc. Pięć wytrysków w prawdziwym życiu to więcej niż średnia, a jeszcze każdy tydzień z gorszym wynikiem załamuje statystykę, a z drugiej strony – redukcja o 20 proc. nadal oznacza wysokie ryzyko.

Znalazłam informacje w „The Journal of Epidemiology” z 2001 roku o badaniach przeprowadzonych w Waszyngtonie na grupie mężczyzn ze zdiagnozowanym nowotworem prostaty w wieku od 40 do 64 lat, których pytano o liczbę dotychczasowych partnerek seksualnych. Ci, którzy deklarowali współżycie z ponad 30 partnerkami, mieli bardziej agresywną formę raka.
Badania epidemiologiczne są bardzo trudne do interpretacji. W przytoczonym przypadku można by doszukiwać się przyczyny zachorowania w zakażeniu wirusowym, bo choć przy prostacie nie udowodniono dotychczas istnienia takiego czynnika, to jest on wyobrażalny, a przy takiej liczbie partnerek ryzyko jest wyższe... Jeszcze inny trop – skoro pacjenci mieli wiele partnerek, to mieli duży popęd, czyli wysoki testosteron, a o raku prostaty mówimy, że karmi się testosteronem... Być może określone zachowanie przyczynia się do wystąpienia choroby, ale związek przyczynowo-skutkowy nie został udowodniony, więc traktowałbym taką wiedzę w kategoriach ciekawostki, zwłaszcza że przy dzisiejszym rozwoju nauk medycznych 2001 rok to zamierzchła przeszłość. Najważniejsze jest wczesne wykrycie, bo to pozwala na skuteczne leczenie, gwarantujące dobrą jakość życia później.

Kiedy najlepiej zgłosić się do lekarza na badania kontrolne?
Jeśli w rodzinie były zachorowania, to dobrze jest zbadać się w wieku 45, a nawet 40 lat, a w każdym przypadku nie później niż w wieku 50 lat. Badanie jest wskazane także wtedy, gdy pojawią się jakieś dolegliwości ze strony układu moczowego, takie jak np. problemy z oddawaniem moczu, które same w sobie mogą być efektem łagodnego rozrostu prostaty, a nie raka. Jednak jedno drugiego nie wyklucza, więc dobrze wykorzystać wizytę u urologa, żeby się przebadać.

Jak często należy powtarzać badania?
To zależy od wyniku. Jeżeli jest rewelacyjny, to można kontrolować stan prostaty raz na pięć lat, ale generalnie warto badać poziom PSA częściej, na przykład przy okazji innych badań kontrolnych albo okresowych. Norma różni się w zależności od wieku, ale ogólnie mówi się, że wynik powyżej 4 nanogramów na mililitr jest patologiczny i wymaga, żeby zająć się problemem.

A co powinno być sygnałem alarmowym?
Rak prostaty nie daje spektakularnych objawów, w przypadku 90 proc. diagnoz pacjenci czuli się doskonale... Jeżeli ktoś ma objawy, to może mówić o szczęściu, bo choroba nie rozwija się w sposób ukryty. Do lekarza powinny zawsze skierować nas ostre objawy urologiczne, ślady krwi w moczu lub nasieniu, które mogą świadczyć też o raku pęcherza. Badanie PSA i wizyta u urologa pozwalają wykryć chorobę na wiele lat przed objawami. Dobrze zdiagnozowany rak prostaty ma wysoką wyleczalność, nawet jeśli jest to postać agresywna.

Na czym polegają obecne metody leczenia raka prostaty?
Obowiązują dwie główne metody: leczenie operacyjne i radioterapia. Jako urolog wolę wypowiadać się na temat metod operacyjnych. Operacyjne usunięcie nowotworu polega na usunięciu całej prostaty wraz z nowotworem. Przy okazji usuwa się również pęcherzyki nasienne, a niekiedy także węzły chłonne odpowiedzialne za prostatę. To zależy od stopnia agresywności nowotworu. Prostatektomia otwarta, czyli operacja skalpelem, jest znana od ponad 100 lat. Metoda została oczywiście przez lata ulepszona, ale idea pozostała bez zmian. Jej rozwinięciem jest laparoskopia, stosowana od około 30 lat. To technika mniej inwazyjna, ale trudna. Opiera się na zastosowaniu prostych zminiaturyzowanych narzędzi na długich wysięgnikach. Najnowszą metodą, która święci triumfy od kilkunastu lat, jest metoda robotyczna da Vinci. To doskonałe narzędzie, które pozwala na przeprowadzenie operacji pod powiększeniem dziesięcio- czy dwudziestokrotnym, gdy usuwa się chorą tkankę, a zostawia tę pożądaną, odpowiedzialną za trzymanie moczu i erekcję. Jednak trzeba podkreślić, a dowodzą tego wyniki badań, że to nie robot gwarantuje sukces, tylko doświadczony operator, czyli taki, który przeprowadził ponad 500 operacji. Tak zwana krzywa uczenia jest bardzo długa i te 500 operacji oznacza wiele lat nauki pod opieką mentora, który wprowadza w tajniki metody.

Jak przebiega rehabilitacja?
W przypadku zastosowania metody da Vinci pacjent wychodzi ze szpitala po trzech, czterech dniach po operacji i może już normalnie funkcjonować: prowadzić samochód, chodzić, prowadzić aktywność fizyczną. Zalecamy jednak sześć tygodni „oszczędzania się”, co oznacza m.in. powstrzymanie się od jazdy na rowerze, na nartach, gry w tenisa, chodzenia do sauny czy dźwigania ciężarów przekraczających 10 kg. Prawidłowe leczenie pozwala w większości przypadków przeżyć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat od diagnozy, czyli tyle, ile wynosi oczekiwana długość życia, tak jak gdyby raka nie było.

Jak wykryć nowotwór prostaty?

  • Badanie PSA (ang. prostate specific antigen): proste badanie polegające na pobraniu krwi i oznaczeniu w nim stężenia PSA.
  • Badanie per rectum: jest wykonywane na leżąco przez odbyt, lekarz delikatnie bada palcem okolicę, w której znajduje się prostata.
  • Rezonans magnetyczny: urządzenie przypomina wyglądem tomograf komputerowy. Pacjent leży na ruchomym stoliku, który wjeżdża i wyjeżdza z „tuby” rezonansu. Badanie trwa ok. 40 minut, w jego trakcie podawany jest kontrast przez dostęp do żyły.
Dr Paweł Salwa ekspert urologii robotycznej, ordynator Kliniki Urologii w Medicover Warszawa. 

  1. Zdrowie

Zespół cieśni nadgarstka - przyczyny, objawy, leczenie

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Zaliczasz się do grupy współczesnych „korposapiens” i spędzasz  wiele godzin dziennie, stukając palcami w klawiaturę? Uważaj, bo może ci grozić zespół cieśni nadgarstka. 

Kiedyś zespół cieśni nadgarstka rozwijał się u kobiet w wieku 50–60 lat i to na ręce dominującej (tzn. częściej używanej, a więc u praworęcznych był to prawy nadgarstek). Obecnie ze względu na pracę z komputerem dotyka on wszystkich „korposapiens” i to już w okolicach trzydziestki! Przy czym kobiety mają większe tendencje do rozwoju cieśni ze względu na wahania hormonów: w drugiej połowie cyklu i w czasie ciąży, kiedy we krwi krąży więcej progesteronu, nasze ciała mają skłonność do obrzęków.

Jak do tego dochodzi?

Kanał nadgarstka można porównać do zwężenia na autostradzie. Jest na niej spory ruch: nerwy i ścięgna to całkiem gruba wiązka komunikacyjna. Biegnie swobodnie, ale w kanale nadgarstka jest tunel i zwężenie jezdni. Kiedy choć jeden z elementów przebiegających przez ten tunel ulega pogrubieniu, reszcie przestaje być wygodnie: robi się już nie tylko ciasno, elementy zaczynają się nawzajem uciskać. Najczęściej pogrubieniu ulegają pochewki ścięgien mięśni zginaczy – czyli, ogólnie mówiąc, grubieją ścięgna. Dlaczego? Z przepracowania: nasze ścięgna w kanale nadgarstka przechodzą niezłą siłownię przez wiele godzin dziennie: prowadzenie samochodu, głaskanie psa czy wreszcie praca na klawiaturze to właśnie taka siłownia. Wszystko, co zmusza nadgarstki i palce do wykonywania powtarzalnych i wielokrotnych ruchów, prowadzi w końcu (zwykle po latach) do pogrubienia ścięgien, a w rezultacie zespołu cieśni nadgarstka.

Jakie są objawy?

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. Drętwienie początkowo dokucza w bezruchu, dlatego pojawia się głównie w nocy. Jest na tyle nieprzyjemne, że potrafi obudzić! Myślimy wtedy zazwyczaj: „Mocno spałam, leżałam na ręce, krążenie osłabło” i staramy się rozmasować zdrętwiałą dłoń. Wiele osób mówi, że pomaga strzepywanie palców – określają to „strzepywaniem bólu”. Ale takie zabiegi pomagają tylko na początku. W kolejnych stadiach ból i drętwienie pojawiają się także w ciągu dnia; z czasem dołącza do nich problem z precyzyjnym chwytem – potrafi nam nawet wypaść szklanka z ręki. Ten etap wymaga już interwencji chirurga.

Czy mnie to dotyczy? Zrób test Phallena

Jeśli drętwieją ci dwa najmniejsze place, to raczej oznacza problem z nerwem łokciowym, a drętwienie całej ręki wskazywałoby na kłopoty z kręgosłupem szyjnym lub barkiem. Jeśli chcesz sprawdzić, czy dotknął cię zespół cieśni nadgarstka, możesz zrobić bardzo prosty test Phallena: wyciągnij ramię przed siebie i zrób maksymalne dłoniowe zgięcie nadgarstków (dłoń wygnij w kierunku wnętrza i przytrzymuj drugą dłonią). Wytrzymaj tak do dwóch minut. W ten sposób zamkniesz kanał nadgarstka, czyli zwiększysz ucisk na nerw pośrodkowy. Jeżeli pojawi się ból i drętwienie, to prawdopodobnie masz zespół cieśni nadgarstka. Ponieważ jednak jeden test nigdy nie daje całkowitej pewności, najlepiej jest zrobić też USG nadgarstka, by zbadać przepływy nerwu pośrodkowego.

Jak zapobiegać? Jak leczyć?

Ulgę w cierpieniu z pewnością przyniosą odpowiednie ćwiczenia. Można je również traktować jako profilaktykę. Warto przynajmniej 2-3 razy w tygodniu wykonywać okrężne ruchy nadgarstka przez kilka minut, a poprawi się ukrwienie i zapobiegniemy powstawaniu przykurczów. Regularna gimnastyka sprawi, że nadgarstki będą w dobrej kondycji i uchroni je przed kontuzjami i przeciążeniami. Wskazane są także krótkie przerwy przy długotrwałej pracy nadgarstków, podczas których ćwiczy się ręce, szyję i barki.– Pomocne mogą okazać się także zimne okłady zmniejszające obrzęk. Zdecydowanie należy unikać ciepłych kompresów. Jeśli dopada mrowienie, pomaga zginanie i prostowanie palców – radzi dr Alina Blacha, specjalista ortopedii. Zastrzega jednak, że jeśli profilaktyczne ćwiczenia okażą się niewystarczające, konieczna jest wizyta u lekarza, który skieruje na odpowiednie badania. Ważne jest, aby nie zwlekać z decyzją o diagnostyce i leczeniu tego schorzenia, gdyż zbyt długo trwający ucisk nerwu prowadzi do nieodwracalnych zniszczeń w samym nerwie.

W zapobieganiu pojawienia się zespołu cieśni nadgarstka lub jego leczeniu pomogą także ergonomiczne akcesoria komputerowe, takie jak podkładka pod nadgarstek wypełniona żelem czy funkcjonalna klawiatura. Dzięki ergonomicznej klawiaturze ręce układać będą się w naturalnej pozycji i umożliwiać palcom bezwysiłkowe naciskanie klawiszy. Ale podstawą jest właściwa pozycja. Przy pisaniu na klawiaturze ręce powinny być zgięte pod kątem prostym w taki sposób, aby nadgarstki były ułożone równolegle do blatu biurka. Ważne, aby mieć proste plecy i nie pochylać do przodu ramion a nogi zginać w kolanach pod kątem prostym.