1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dojrzałość szkolna - gotowość dziecka do nauki

Dojrzałość szkolna - gotowość dziecka do nauki

fot.123rf
fot.123rf
Pisać, czytać, liczyć to nie wszystko, aby czuć się dobrze w szkole i radzić sobie jako uczeń. Dziecko przekraczające próg szkolny powinno posiadać zespół umiejętności określanych jako dojrzałość szkolna. Jakie są jej wyznaczniki?

Dojrzałość szkolna to gotowość dziecka do rozpoczęcia systematycznej nauki, wejścia w nowe obowiązki i środowisko. Pod tym pojęciem kryje się dojrzałość fizyczna, umysłowa, społeczna i emocjonalna.

Dojrzałość fizyczna to ogólna sprawność organizmu i zdrowie dziecka. Uczeń powinien dysponować odpowiednim zasobem sił fizycznych i odpornością. Prawidłowo rozwinięte ruchowo dziecko w wieku 7 lat potrafi:

  • przez chwilę stać na jednej nodze,
  • skakać na jednej nodze,
  • przeskakiwać przez przeszkody,
  • sprawnie i szybko biega,
  • dobra koordynacja ruchowa umożliwia mu jazdę na rowerze, na rolkach, na nartach.
Dojrzałość umysłowa przejawia się: zainteresowaniem nauką, zwłaszcza czytaniem, pisaniem, liczeniem oraz zaciekawieniem zjawiskami zachodzącymi w najbliższym otoczeniu.

Dziecko dojrzałe umysłowo potrafi:

  • skupić uwagę przez dłuższy czas na tej samej czynności,
  • z uwagą śledzić treść opowiadanej czy czytanej bajki,
  • bez problemu potrafi porozumiewać się z innymi,
  • zrozumieć przekazywane wiadomości, polecenia, instrukcje czy treści czytanej bajki, lektury,
  • doprowadzić do końca rozpoczętą pracę, bo ciekawi go wynik własnych działań.
  • narysować rysunek bogaty w treść, kolory, zawierający dużo szczegółów.
Dojrzałość społeczna. Mówimy o niej, gdy dziecko:
  • prawidłowo nawiązuje kontakty z rówieśnikami i dorosłymi,
  • potrafi współżyć w zespole, przestrzegać reguł życia w zbiorowości, przestrzegać zawartych umów, charakteryzuje się zdyscyplinowaniem, obowiązkowością,
  • jest samodzielne, ale dotyczy to nie tylko czynności samoobsługowych jak ubieranie się, mycie, czesanie, ale także samodzielnego przygotowania się do lekcji, spakowania tornistra, podejmowania prawidłowych decyzji w różnych sytuacjach społecznych (na przykład przy przechodzeniu przez jezdnię).
  • Od siedmiolatka wymaga się zrozumienia prostych sytuacji społecznych i rozeznania, co jest dobre, a co złe.
Dojrzałość emocjonalna to:
  • zdolność do przeżywania bogatego i zróżnicowanego świata uczuć,
  • odpowiednia do wieku umiejętność panowania nad swoimi emocjami i ich kontrolowania,
  • odczuwanie więzi ze swoją grupą, klasą, z nauczycielką,
  • prawidłowe reakcje na pozytywne bądź negatywne uwagi dotyczące zachowania i postępów w nauce.
Aby stwierdzić, czy dziecko osiągnęło dojrzałość szkolną należy je obserwować i sprawdzać jego umiejętności. Jeśli coś nas zaniepokoi, warto skontaktować się z poradnią psychologiczno- pedagogiczną, w której specjalista dokona diagnozy dojrzałości szkolnej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Styl Życia

Jak żyć długo i szczęśliwie? 9 lekcji na długowieczność od stulatków z Niebieskich Stref

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Kto by nie chciał żyć długo i szczęśliwie? Ale spójrzmy na to realnie: los, nawyki, geny… Mieszkańcy Niebieskich Stref przekonują, że mamy wpływ na jakość i trwałość naszego życia. Niektóre ich rady cię zaskoczą.

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. Dan Buettner, amerykański badacz i pisarz, który interesuje się tematem długowieczności, rozszerzył to pojęcie na inne rejony: Okinawę, Kostarykę, południową Kalifornię oraz grecką Ikarię. Razem z ekipą badawczą wybrał się we wszystkie te miejsca, by poznać sekret długowieczności. – Moim zdaniem to, że dieta, jaką stosują mieszkańcy stref, sposób, w jaki współdziałają, pozbywają się stresu, leczą się, unikają chorób i postrzegają swój świat, zapewnia im dłuższe życie, wcale nie jest dziełem przypadku – pisze Buettner w książce „Niebieskie strefy”. – Wiedza kultur, w których żyją, ewoluowała. I tak jak natura faworyzuje cechy gatunku, które umożliwiają jego przetrwanie, tak moim zdaniem kultura promuje te nawyki społeczności, które najlepiej działają na korzyść długowieczności jej członków.

9 lekcji od stulatków

Buettner na szczęście nie zamierza ukrywać wyników swojego śledztwa. Nie tylko opublikował je w książce, jako 9 lekcji długowieczności, ale też prowadzi dwa pilotażowe programy w ramach projektu Niebieskich Stref. Jak to działa? Na stronie www.bluezones.com obliczysz spodziewaną długość swojego życia oraz liczbę lat, o które możesz je przedłużyć, jeśli zoptymalizujesz jego styl. Najważniejsze jest jednak to, abyś podjęła się stworzenia swojej prywatnej Niebieskiej Strefy. Pomogą ci w tym wskazówki Buettnera oraz jego stuletnich znajomych. Dotyczą głównie diety i regularnego ruchu, ale nie tylko…

Lekcja pierwsza: naturalny ruch

Nie chodzi o to, by raz w roku przebiec triathlon lub trzy razy w tygodniu odwiedzać siłownię (choć oczywiście możesz). Sekret tkwi w umiarkowanej i regularnej aktywności fizycznej, którą niejako wplatasz w swoje codzienne zajęcia. Zamiast podjeżdżać dwa przystanki autobusem, przejdź się, zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje. Przesiądź się z samochodu na rower, a zamiast na kawę, umawiaj się ze znajomymi na spacery. Możesz zapisać się na spokojne, wymagające niewielkiego wysiłku zajęcia, np. pilates, tai-chi czy jogę. Możesz też celowo „utrudniać sobie” codzienne, zwykłe czynności: chodź schodami zamiast jeździć windą, codziennie myć podłogę albo sprzątać jakieś trudno dostępne miejsce, a jeśli masz przed domem trawnik, koniecznie kup sobie grabie i łopatę do śniegu. Stulatkowie stawiają też na uprawianie ogródka.

Lekcja druga: Hara hachi bu

Tę konfucjańską formułkę zwykli wypowiadać przed jedzeniem Okinawczycy, a znaczy ona mniej więcej tyle: zawsze najadaj się tylko w 80 proc. Skuteczność niskokalorycznej diety potwierdzają badania naukowe – jednym z efektów jest zahamowanie niszczenia komórek przez wolne rodniki. Nie mówiąc już o skutku ubocznym, czyli utracie wagi, która z kolei korzystnie wpływa na ciśnienie oraz poziom cholesterolu. Okinawczycy jedzą do momentu, kiedy nie są już głodni, ale nie syci. W wypracowaniu tego nowego nawyku pomoże ci stosowanie mniejszych naczyń i kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach. Nigdy nie jedz też w biegu i na stojąco, przeżuwaj powoli, delektując się smakiem. Największy posiłek zjadaj w pierwszej połowie dnia, najmniejszy – późnym popołudniem lub wieczorem. Tak właśnie robią Sardyńczycy i mieszkańcy półwyspu Nicoya.

Lekcja trzecia: Rośliny rządzą

Większość mieszkańców Niebieskich Stref rzadko ma do czynienia z wysoko przetworzonym jedzeniem, nigdy nie wyrobili sobie też nawyku picia gazowanych napojów czy podjadania słonych przekąsek. Jedzą mało mięsa, także z tego powodu, że zwykle mieli do niego ograniczony dostęp. Podstawą ich diety są wyhodowane we własnym ogródku warzywa, a także twarda pszenica, słodkie ziemniaki, fasola czy kukurydza. Okinawczycy stawiają też na tofu, które dla nich odgrywa podobną rolę jak pieczywo we Francji. Ikaryjczycy z kolei zachwalają ziołowe herbaty, pite nieśpiesznie i regularnie. Ograniczyć mięso nie znaczy całkowicie z niego zrezygnować. W czterech spośród pięciu Niebieskich Stref dużą popularnością cieszy się wieprzowina. Chodzi o to, by nie jadać jej regularnie, a raczej „od święta”. Prawdziwą furorę wśród pokarmów sprzyjających długowieczności robią orzechy, zwłaszcza ziemne, laskowe, włoskie, migdały, pekany oraz pistacje.

Lekcja czwarta: Grona życia

Według badaczy piwo, wino i wódka, pite w niewielkich ilościach, mogą mieć korzystny wpływ na nasze zdrowie. Na Okinawie codziennie pije się czarkę lub dwie sake z przyjaciółmi, a na Sardynii nie wyobrażają sobie, by zjeść posiłek bez szklaneczki czerwonego wina. Zwłaszcza wino jest chwalone za swoje właściwości prozdrowotne, zawiera bowiem polifenole, utrzymujące tętnice w dobrej kondycji, a jego picie podczas posiłku sprawia, że wolniej i mniej jemy. Uwaga – dozwolona ilość to jeden–dwa kieliszki dziennie.

Lekcja piąta: Mieć cel

Różnie można wytłumaczyć zalecenie tej lekcji, generalnie chodzi o powód, dla którego warto budzić się każdego dnia. Silne poczucie sensu i posiadanie motywacji do życia chroni przed stresem, zmniejsza też ryzyko zachorowania na Alzheimera, artretyzm czy udar. Poczucie celu nie musi wynikać z jakiejś szczególnej misji, jaką mamy do wykonania, to może być chęć zobaczenia, jak nasze dzieci dorastają, posiadanie ciekawego hobby czy opiekowanie się psem ze schroniska. Może to być chęć nauczenia się nowych rzeczy: gry na jakimś instrumencie, jazdy konnej czy nowego języka. Warto podejmować się nowych, trudnych na początku rzeczy – to utrzymuje nasz mózg w dobrej kondycji. Dobrze jest mieć też bliską osobę, z którą można o swoim celu porozmawiać.

Lekcja szósta: Nie spiesz się

Stulatkowie wiedzą, że kiedy gonimy na oślep za jakimś iluzorycznym celem, jak pozycja zawodowa, prestiż czy sława, omijają nas najcenniejsze chwile w życiu. Kluczem do szczęścia jest umiejętność robienia sobie przerw – choćby pogapienie się na drzewa w parku czy wyjście na smaczny lunch mimo nawału pracy. Zwolnienie jest nam potrzebne, aby mogli uchronić się przed przewlekłym stresem, który jest swego rodzaju stanem zapalnym organizmu. Negatywne skutki takiego zapalenia to m.in. schorzenia typowe dla wieku starczego, jak choroba Alzheimera, cukrzyca i miażdżyca. Dlatego niech każdy weekend czy urlop będą czasem świętym. Nasze ciało nam za to podziękuje. Zwolnieniu obrotów sprzyjają wszelkie praktyki duchowe, jak modlitwa czy medytacja, a także ograniczenie hałasu w miejscach, w których często przebywamy. Bardzo pomocne może być też wypracowanie w sobie nawyku przychodzenia 10 minut wcześniej na spotkania.

Lekcja siódma: Duchowa więź

Nie ma znaczenia, czy jesteś muzułmanką, chrześcijanką, buddystką czy żydówką – szczęśliwe stuletnie osoby zawsze są pełne wiary. Badania przeprowadzone przez „Journal of Health and Social Behaviour” udowodniły, że uczestnictwo w nabożeństwach, nawet raz w miesiącu, pozytywnie wpływa na długość naszego życia. To działanie można porównać do wpływu umiarkowanej aktywności fizycznej. Po pierwsze, osoby wierzące rzadziej przejawiają szkodliwe dla zdrowia zachowania, a uczestnictwo w nabożeństwach skłania do refleksji i wyciszenia. Niebagatelną rolę odgrywa też poczucie przynależności do wspólnoty. Jeśli jeszcze nie znalazłaś swojej duchowej drogi – szukaj, próbuj, to też daje spełnienie.

Lekcja ósma: Bliscy najważniejsi

Długowieczni mieszkańcy Niebieskich Stref zawsze na pierwszym miejscu stawiają rodzinę. Wychodzą za mąż, żenią się, mają dzieci i wspólnie spędzają z nimi czas. Dbają o tych, których kochają, a oni odwdzięczają się im tym samym. Badania potwierdzają, że starsze osoby mieszkające z dziećmi są mniej podatne na choroby i nie doświadczają stresu. Samotność nie sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Dlatego jeśli masz szczęśliwą rodzinę, poświęcaj jej jak najwięcej czasu i dbaj o wasze rytuały: codziennie wspólnie zjedzony posiłek, raz do roku wyjazd na wakacje, raz w tygodniu wspólne wyjście. Stwórzcie też w domu „miejsce pamięci”, czyli np. ścianę z fotografiami przodków. A jeśli nie masz rodziny, stwórz ją ze zdjęć przyjaciół i znajomych.

Lekcja dziewiąta: Wśród swoich

Rodzina to jedno, ważne jest także, by otaczać się ludźmi myślącymi jak my. Więzi społeczne stanowią nieodłączny element kultury Niebieskich Stref. Sardyńczycy każdy dzień kończą w miejscowym barze, gdzie w gronie przyjaciół opowiadają, jak minął im dzień. Silne więzi społeczne są w stanie zrekompensować nawet brak partnera życiowego. Dlatego jeśli chcesz żyć długo i szczęśliwie, określ, kto należy do twojego kręgu „pokrewnych dusz”, czyli kto jest ci przyjazny, otwarty, wspiera cię w twoich postanowieniach, towarzyszy ci w radościach i smutkach – i przebywaj z tymi osobami jak najczęściej. Poza tym nie bądź zrzędą, daj się lubić, nie noś w sobie urazy i nie bądź zazdrosna. Spędzaj przynajmniej 30 minut dziennie z osobą z twojego kręgu.

  1. Psychologia

Jak żyć z ludźmi, ale w zgodzie ze sobą?

Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wyjątkowi i ważni, ale nie najważniejsi. Obok nas żyją równie wyjątkowi ludzie. A wszyscy jesteśmy niczym ziarnko piasku na pustyni, kropla wody w oceanie. Jak ze sobą nawzajem współdziałać, ale i chronić swoje „ja”?

Każdy człowiek pisze swój mit, najczęściej nieświadomie. Dobrze jest go zidentyfikować i „przeczytać”. Bo wtedy możemy zastanowić się, jaką rolę w nim odgrywamy. Pierwszoplanową, drugoplanową, epizod? Konfrontacja z naszym mitem jest jednocześnie konfrontacją ze społeczeństwem.

Konstanty, 40 lat, fizyk nuklearny: – Mój życiowy mit od urodzenia pisali za mnie inni – najpierw rodzice, potem społeczeństwo. Uświadomiłem sobie to z całą jaskrawością jakieś pięć lat temu, ale dopiero teraz, w 40. urodziny, powiedziałem sobie: „Wychodzę na plan pierwszy”. Zawsze ważniejsze było to, co wypada, trzeba, niż to, co czuję i jaki jestem naprawdę. Byłem wrażliwym, zamkniętym w sobie chłopcem. Wychowywała mnie matka, kochająca, ale neurotyczna. Ojciec pojawiał się w moim życiu rzadko, zawsze po to, żeby mnie strofować za to, że jestem „babą, która wiecznie się maże”. Nie miałem ani przyjaciół, ani dziewczyny, już w szkole średniej odkryłem, że jestem gejem. Od kiedy pamiętam, uciekałem w naukę, potem w pracę. Można powiedzieć, że w życiu zawodowym płynąłem i płynę z prądem. Wszystko przychodzi mi dość łatwo, osiągam sukcesy, wspinam się po szczeblach kariery, dużo zarabiam. W życiu prywatnym natomiast do tej pory wiosłowałem pod prąd. Cały swój wysiłek kierowałem na kamuflowanie mojej prawdziwej natury. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że jestem gejem. Nie miałem odwagi przyznać się do tego nawet przed samym sobą. Dopiero kiedy poznałem swojego obecnego partnera, szczęśliwego, wyluzowanego człowieka, który już jako nastolatek zrobił swój coming out, postanowiłem pójść w jego ślady. Pięć lat temu wyznałem prawdę rodzicom. Byli w szoku, zabronili mi pojawiać się z partnerem w ich domach. Odpowiedziałem spokojnie: „Albo przyjeżdżamy razem, albo nie pojawiam się w ogóle”. I konsekwentnie przez pięć lat ich nie odwiedzałem. W grudniu zadzwoniła mama i zaprosiła nas na Wigilię. Z ojcem nie będzie łatwo, ale trudno. Zdecydowałem się także – poprzez Facebooka – powiedzieć całemu światu, że jestem gejem. Wreszcie sam piszę swój mit.

Totalitarne ego

Wielu z nas żyje w podobnej schizofrenii. Spychamy część siebie, która płynie pod prąd, wstydzimy się jej, czasem strasznie jej nienawidzimy. A tak się żyć nie da. Ta część też musi być wyrażona, trzeba się do niej przyznać i ją przed sobą ujawnić. Na przykład to, że jest się gejem. Albo bywa zołzowata wobec partnera. Albo kłamie, żeby było prościej. A my skrzętnie to skrywamy. Amerykański psycholog Leslie Greenberg tłumaczy ten mechanizm reżimem totalitarnego ego. Polega on na tym, że tworzymy obraz siebie w taki sposób, żeby dodawać sobie pozytywnych cech, wybielać swoją  przeszłość. Tymczasem warto zadać sobie kilka pytań na własny temat: Jaka jestem „w całości”? Czy nie jest tak, że coś o sobie wiem, ale uważam to za wstydliwe i nie chcę tego pamiętać, a inne sprawy, cechy, które nie są stuprocentowo prawdziwe, eksponuję, wypaczając prawdę o sobie samej?

Znakomity amerykański psycholog międzykulturowy Harry Triandis uważa, że tak naprawdę żyjemy w miksie trzech „ja”: prywatnego (jak widzę siebie i siebie rozumiem), publicznego (jak widzą mnie inni i jak mnie oceniają, jakim cieszę się prestiżem i jaką odgrywam rolę społeczną) oraz kolektywnego (do jakich grup przynależę i jakie łączą mnie współzależności). Na jednego człowieka napiera tyle sił! Z jednej strony siła „ja” prywatnego, która robi wszystko, żeby być super wobec siebie, bo reżim totalitarnego ego podpowiada: „O tym nie mów, a to powiedz, to umniejszaj, a to podkoloruj”. Z drugiej strony – publiczne „ja” popycha do zakładania masek, przybierania ról. No i „ja” kolektywne chcące zadowolić grupę (rodzinę), do której przynależymy, co czasem może kłócić się z „ja” prywatnym. Efekt? Jesteśmy non stop w totalnym konflikcie. Jakby tego było mało – do głosu dochodzi globalizacja, czyli aspekty polityczne, społeczne i kulturowe, które sprawiają, że do końca nie wiemy, co jest nasze, a co nie. Nasi rodzice i dziadkowie nie mieli tego problemu, pole wyboru ich własnego „ja” było zawężone – syn szewca na ogół zostawał szewcem, mało kto decydował się na radykalne zmiany miejsca zamieszkania. Naszym przodkom żyło się więc pod tym względem prościej. Natomiast współcześni młodzi ludzie mają tak szerokie spektrum perspektyw, tak wielkie możliwości wyboru, kim być, gdzie mieszkać, że dowolnie mogą kształtować swoją tożsamość.

Połączyć się ze sobą

Dzisiaj wszystko jest niejednoznaczne, nieoczywiste, niekonkretne, zmienne. Także perspektywy budowania własnego „ja”. Bo do głosu dochodzą także „ja” idealne i powinnościowe, które to budowanie „ja” realnego komplikują. A przecież wielki wpływ wywierają na nas także rodzice, dziadkowie. Jak rozpoznać, co jest moje, prawdziwe, a co nie?

Warto uświadomić sobie koszty, jakie ponosimy, gdy któreś „ja” całkowicie nas zdominuje. Olga, lat 42, dziennikarka, właśnie wniosła sprawę o rozwód. Przez 22 lata małżeństwa łudziła się, że jej mąż (znany polityk) przestanie romansować. Tak jej zresztą obiecywał zawsze, ilekroć wyszło szydło z worka. Kiedy życzliwi ludzie donieśli jej o ostatnim romansie męża, trafiła do szpitala z niedowładem nóg. Dopiero gdy ciało odmówiło posłuszeństwa, odważyła się na rozwód. Wcześniej słuchała „ja” publicznego – pilnującego wizerunku znanej rodziny – za co płaci dzisiaj dotkliwe koszty.

Justyna, lat 32, nauczycielka, poddała się z kolei „ja” kolektywnemu. Skutek? Jej ciało też powiedziało „nie”. – Do niedawna żyłam pod dyktando rodziców. Gdy zdałam maturę, tata sędzia nakazał mi studiować prawo, a mama  lekarz – medycynę, choć marzyłam od dziecka, żeby uczyć polskiego. Sprzeciwienie się rodzicom było nie do pomyślenia! Dlatego studiowałam dwa wybrane przez rodziców kierunki, co było tak obciążające, że nieustannie chorowałam. Skończyłam studia, wiedząc, że na dłuższą metę nie wytrwam w żadnym z tych zawodów. Pracowałam przez rok jako lekarka, a jednocześnie, w tajemnicy przed rodzicami, zaczęłam studia polonistyczne. Wszystko to okupiłam ciężką chorobą. Właśnie przeszłam operację guza tarczycy, czeka mnie chemioterapia. Od roku pracuję w wymarzonym zawodzie, ponieważ udało mi się – w wyniku terapii – rozpocząć dialog z „ja” kolektywnym, skonfrontować się z rodzicami, którzy w końcu zaakceptowali moje wybory. Teraz wiem, że mogłam postawić się im dużo wcześniej. Bałam się jednak walczyć o swoje. I to był straszny błąd.

Psychologowie mówią, żeby nie bać się konfliktów, ponieważ konflikty prowadzą do kryzysów, a te z kolei są drogą do rozwoju. Lawrence A. Pervin, autor „Psychologii osobowości”, uważa, że człowiek ma poczucie własnej jedności (jest w tzw. stanie unity). To znaczy, że potrafi łączyć się ze sobą, podtrzymywać ciągłość siebie w czasie i przestrzeni. Pomimo zmiany ról, rangi, warunków życiowych człowiek wie, kiedy jest sobą, a kiedy nie, choć ta wiedza może się różnie przejawiać.

Na skrzyżowaniu dróg

Erich Fromm nazwał nasze wybory ucieczką od i do wolności. W pierwszym przypadku podporządkowujemy się zbiorowości, szukając złudnej więzi. W drugim – kierujemy się pragnieniem realizacji swojej osobowości, którą Fromm  nazywa samorealizacją. Obie te drogi są mocno przez nas idealizowane. Bo to nie jest tak, że można osiągnąć szczęście, podporządkowując się społecznym wymogom albo zupełnie się od nich odwracając.

Dobrze być świadomym, że równie mocno naciskają na nas dwie siły – wewnętrzna potrzeba samorozwoju i zewnętrzna społeczna i kulturowa presja. Nigdy nie jesteśmy bowiem w stanie „czystym”. Zawsze pozostajemy na skrzyżowaniu dróg – pomiędzy wolnością a podporządkowaniem. Zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Robić karierę w korporacji czy ryzykować własny biznes? Poświęcać czas partnerowi czy zapisać się na kolejne warsztaty? Dążyć do założonego celu, realizować swoje ambicje czy dbać o rodzinę? Ponieważ jedno uniemożliwia drugie, stoimy w rozkroku.

Psychologia zorientowana na proces zakłada, że wszystko, co nam się wydarza, jest pewną opowieścią, historią, mitem, przez który nasze życie chce się wyrazić. I nie zawsze tym, kto przeze mnie dobija się do głosu, jestem ja.

Dlatego dobrze spojrzeć na swoje życie jak na opowieść. I zapytać siebie: Co jest tą siłą, która się przeze mnie wyraża? Co się w mojej historii powtarza, jakie wydarzenia, wartości? Czemu służę? Miłości, potrzebie zadowalania innych, ambicjom, zazdrości?

Bo może być tak, że żyjemy jakby porwani przez wydarzenia, przez ludzi, że jesteśmy ich zakładnikami, bezwolnie egzystując. Uświadomienie sobie tego faktu jest ważne, ponieważ niejako wymusza ustosunkowanie się wobec niego. I wtedy możemy albo zamknąć ten rozdział, albo w nim trwać, wyciągając z niego jakąś lekcję. Iść pod prąd albo z prądem. Uciekać od wolności albo do wolności. Ważne, żeby ten wybór był świadomy. Bo kiedy jestem świadomy tego, co się ze mną dzieję, CZUJĘ, ŻE ŻYJĘ.

Joanna, lat 48, lekarka, matka trójki dorosłych dzieci, ma w sobie coś magnetyzującego. Wszędzie, gdzie się pojawi, skupia uwagę innych. Przychodzi na przyjęcie, siada z boku i za chwilę otacza ją wianuszek ludzi. Nic nie robi, żeby być w centrum, a w przedziwny sposób w nim jest. Pacjenci ją uwielbiają, współpracownicy cenią, znajomi podziwiają. Przyjaciółka Barbara tak tłumaczy fenomen Joanny: „Ona nikogo nigdy nie udaje. Prawdziwa do bólu, nawet jak jej z tą prawdą nie do twarzy. Nie napina się, nie napiera, po prostu jest. Niepokorna i – o paradoksie – właśnie dlatego wszędzie wszyscy ją kupują, wcale nie musi się do nikogo dostosowywać. Absolutnie niezależna, ale jednocześnie mocno związana z rodziną, przyjaciółmi, pacjentami. Nie widziałam jej nigdy skupionej na swoich sprawach – ciągle zajmuje się chorymi, rodziną, znajomymi. A oni odpłacają jej to z nawiązką”.

Joanna przypomina mędrca z przypowieści mistrza tao Lao-tse, który – jak go opisuje w książce „Odmień swój umysł. Odmień swoje życie” Wayne W. Dyer – „innych stawia na pierwszym miejscu, o nic nie prosi w zamian i całym sercem służy. W ten sposób wyraża swoim życiem odwieczny paradoks tao – dając nieproszony, otrzymuje wszystko, czego mógłby pragnąć i potrzebować”.

Od relacji tego, co prywatne, z tym, co społeczne, zależy nie tylko nasze życie, ale i też życie innych. Rozbuchane ego może nieść ludziom cierpienie, natomiast nadmierny respekt dla tego, co społeczne – ograniczać nasz rozwój. Cały sekret tkwi w tym, jak zachować właściwe proporcje.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka  

  1. Psychologia

Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
Czy imię człowieka ma znaczenie? Jak najbardziej – wiele mówi o... planie wychowawczym rodziców! Warto się temu przyjrzeć, choćby pod kątem najczęściej wybieranych imion. 

Imię, tytuł życia

Istnieje ścisły związek między tym, jakie imię wybierają dla dziecka rodzice, a jakie podejmą wobec niego działania wychowawcze. Zwrócił na to uwagę twórca psychologii transakcyjnej Eric Berne (autor kultowej książki „W co grają ludzie?”). Jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice układają w głowie scenariusz, kim ono będzie, co osiągnie, stworzy, jakie role życiowe przyjmie na siebie itp. Imię jest symbolicznym nośnikiem idei rodziców dotyczącej nie tylko tego, na co w związku z dzieckiem liczą, ale też  sposobu, planu wychowywania.

Dziś wielu młodych rodziców w Polsce szuka dla swoich dzieci imion międzynarodowych, pozbawionych polskich znaków diakrytycznych (Ewa, Anna, Iwo, Adam, Marek). Podświadomie zakładają, że ich dziecko w przyszłości być może wcale nie będzie mieszkać w Polsce, będzie pracować w międzynarodowych koncernach. Następnie konsekwentnie posyłają do międzynarodowych przedszkoli, nagradzają za naukę języków, uczą jeździć na nartach, przyzwyczajają do zdrowego stylu życia. Imię w tym przypadku staje się niejako tytułem życia dziecka.

Rodzice dający dziecku (jako drugie) imię dziadków lub nawet pradziadków świadomie lub nieświadomie decydują się na bardzo konkretne działania wychowawcze. Chcą podkreślić ciągłość i spójność rodziny i w takim duchu wychowują dziecko. Dużo czasu poświęcają na rodzinne opowieści, odwiedzają miejsca związane z rodziną, znają drzewo genealogiczne, doskonale orientują się w historii życia swoich antenatów, doszukując się w nich podobieństwa fizycznego lub psychicznego do różnych członków rodziny. Razem z imieniem dziecko otrzymuje zobowiązanie do kontynuowania tradycji rodzinnych.

Dość często jesteśmy ofiarami stereotypów dotyczących imion. Wierzymy, że imię niesie ze sobą konkretne cechy charakteru (Ewy to ciepłe kobiety, Jacek zawsze ma ścisły umysł itp.). Wówczas wychowywanie dziecka przebiega w taki sposób, żeby podsycać rozwój cech, których spodziewamy się po imieniu. Ten związek badał i opisał Philip Erwin. Rodzice oczekują, że dziecko będzie mieć konkretne cechy charakteru, i wzmacniają takie zachowania, które mają ten stereotyp potwierdzić. Następuje zjawisko samospełniającego się proroctwa. Mama, która uważa, że wszystkie Dorotki to ciekawskie osóbki, być może za kilkanaście lat ocknie się, mając wścibską córkę. Nie zauważy jednak tego, że to ona sama tę cechę u córki konsekwentnie rozwijała.

Imię – pole łamania rodzicielskiego scenariusza

Dzieci intuicyjnie czują, że imię symbolicznie reprezentuje plany i pomysły ich rodziców. Kiedy się buntują przeciw życiu, jakie im zaplanowano, zaczynają od... odrzucenia swojego imienia. Przykład z literatury: niezapomniana Gieniusia z powieści Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”. Genowefa Pombke vel Bombke vel Zompke w rzeczywistości nazywa się Aurelia Jedwabińska. Gdy czytelnik poznaje jej zimną matkę – nauczycielkę matematyki, oraz stereotypowego, nieobecnego ojca – bez wyjaśnień rozumie, jaki plan wychowawczy skrywa w sobie to wyszukane, eleganckie imię i dlaczego kilkuletnia dziewczynka się przeciw niemu zbuntowała.

Innym przykładem jest syn głównego bohatera filmu Woody’ego Allena „Koniec z Hollywood” – Tony. Na znak całkowitego zerwania z przeszłością przyjmuje pseudonim artystyczny obrażający jego samego – każe się nazywać Świnią X…

Jeśli dziecko deklaruje, że nienawidzi imienia lub brzmienia jednej z jego form („Nie mów do mnie »Kasik«, mam na imię Katarzyna!”), to jeszcze nie bunt. Prawie 50 procent dzieci okresowo nie jest zadowolonych z wyboru imienia (podczas gdy w populacji dorosłych tylko 6 proc. deklaruje niezadowolenie), chce je zmienić lub rzeczywiście zmienia. Okres dorastania to czas mierzenia się właśnie z planami, jakie wobec dziecka mają rodzice.

Mówiąc o polu walki, jakim jest wybrane przez rodziców imię, warto jeszcze przypomnieć o badaniach Charles’a Jouberta. Pokazują, że

sympatia do swojego imienia jest jednym z mierników samooceny. Kto je lubi, akceptuje, jest zadowolony ze swojego imienia – podobny stosunek ma do siebie samego.
Jeśli zatem jest taka zależność, warto, żeby człowiek lubił swoje imię. Bez względu na to, jakie imię wybraliśmy dziecku, pomóżmy mu je polubić.

 

Chęci a możliwości

Ula i Mirek, młode małżeństwo, biedne, pozbawione wsparcia rodzin. Ich wielką radością było pojawienie się córki, dali jej na imię Andżelika. Po 12 latach oboje skończyli studia, pogodzili się z rodzicami, weszli w krąg ludzi zamożnych i wykształconych. Kiedy urodziła się druga córka, nazwali ją Zofia Feliksa. Zmieniła się moda czy może gust rodziców? Nic podobnego. Zmienił się ich status. Jak pokazują badania socjologów Stanleya Liebersona i Jürgena Gerharda, wybór imienia dla dziecka odbywa się poza gustami osobistymi i ma uwarunkowania czysto społeczne. Wybieramy imiona według nasypującego klucza:
Ludzie wykształceni chętnie nadają dzieciom imiona nawiązujące do tradycji i kultury.
W polskich warunkach często także więcej niż jedno – choć używa się jednego, bo okrzyk: „Mateuszu Janie, wyłaź z piaskownicy”, brzmiałby zabawnie. Często zapoznają dziecko z wiedzą o patronie lub o rodzinnej tradycji (U nas pierwszy syn zawsze jest Paweł, Ryszard, Maciej; u nas zawsze pierwsza wnuczka nosi imię po babci ze strony ojca itp.). W następstwie takiego wyboru dziecko będzie nagradzane za poszanowanie tradycji, będzie mu wpajana duma z domu rodzinnego, nakłaniane będzie do nauki, eleganckiego stroju z okazji uroczystości. Według tych samych badań osoby słabiej wykształcone lub żyjące w biedzie znacznie częściej nazywają swoje dzieci imionami obecnych gwiazd i idoli show-biznesu. Co za tym idzie, wierzą w sukces komercyjny zbudowany bardziej na szczęściu niż na ciężkiej pracy. Prawdopodobnie będą bardziej dzieci  rozpieszczać, przygotowując je do przyszłego, wygodnego życia. Pamele i Andżeliki nie zostały przecież tak nazwane, by wdrażać je do harówki. Jeśli będą tego chciały, czeka je trud łamania scenariusza, który wymyślili dla nich rodzice.

Imiona dwupłciowe

Justyna (prawnik): „Chciałam córki i nie wstydzę się tego. Wymyśliłam sobie, że to będzie Kamilka. Gdy urodziłam syna, przez jakiś czas nawet nazywałam go Kamilką”. Kamil jest tegorocznym maturzystą. Wybiera się na projektowanie odzieży. Jest uśmiechnięty, tryska erudycją i poczuciem humoru, z obojgiem rodziców jest w serdecznej komitywie. Justyna wychowała dziecko, tak jak planowała. Płeć niczego tu nie zmieniła. Ale to, że ma na imię Kamil, nie pozostało bez znaczenia – imię zdeterminowało zachowania rodziców. Brzmi nieprawdopodobnie, bo czy to możliwe, że w zależności od tego, jak dziecko ma na imię, będziemy je inaczej traktować, przydzielimy inne obowiązki, narzucimy różny styl kontaktów? Okazuje się, że tak! Badania (analiza wspomnień dorosłych kobiet) Ewy Stanisławiak, Dominiki Modzelewskiej i Krystyny Doroszewicz potwierdzają przykład mamy Kamila. Badaczki pokazały, że ojcowie dziewczynek, którzy oczekiwali chłopca, a urodzonym dziewczynkom dali imiona zapożyczone od imion męskich (Karolina, Kamila, Dominika, Stanisława, Kazimiera, Henryka), stosowali odmienny styl wychowania i weszli w głębszą i serdeczniejszą komitywę z córkami niż ojcowie dziewczynek o imionach klasycznie kobiecych.

Innym przykładem tego, w jak bardzo bezpośredni sposób imiona determinują styl wychowania, jest wypowiedź Karoliny (dziś 33 lata, dermatolog): „Gdy urodził się młodszy ode mnie o dwa lata Karol, staliśmy się nierozłączni i byliśmy wychowywani bez różnicowania płci. Mama często mówiła: »Niech przyjdzie któreś z was i pomoże mi nakryć do stołu«. Tata robił tam samo: »Idę umyć samochód, które mi pomoże?«. Dziś oboje umiemy wszystko. Karol, tak jak ja, też jest dermatologiem”.

Jak twoje dziecko mówi do ciebie?

Nasze dzieci też mają wizję kontaktów z rodzicami. Ich również dotyczy teoria Erica Berne’a. Już jako kilkulatki mają pomysł, jaka będzie jakość kontaktów międzypokoleniowych, i ten pomysł odzwierciedla sposób zwracania się dziecka do ciebie. Jeśli dzieci mówią do ciebie: „mamuś”, „maminko”, albo żartują: „Matko ty moja, dorób mi kanapek”, lub jeśli słyszysz: „Jesteś zdecydowanie moją ulubioną matką”, masz prawo do satysfakcji. To twój sukces. Udało się wychować szczęśliwego, akceptującego siebie człowieka.

Aby dziecko polubiło swoje imię

  • Opowiedz mu, jak je wybieraliście. Zdradź motywy. To jeden z elementów budowania tożsamości.
  • Zachęć, żeby wysłuchało innych członków rodziny. Okaże się, że prawie każdy pamięta to inaczej (najczęściej sobie przypisując autorstwo imienia).
  • Powiedz szczerze, co ci się w nim podoba. Brzmienie? Pochodzenie? Skojarzenie z kimś konkretnym?
  • Opowiedz, jakie imiona rozważałeś, jakie odrzuciłeś (ale nie używaj stereotypów w rodzaju: wszystkie Magdy, które znałam, zawsze były próżne”).
  • Niech dziecko wie, że wybór imienia był dla rodziców poważnym zadaniem.
  • Zwracaj się do dziecka różnie, w zależności od sytuacji. Niech jego imię przechodzi różne fazy. Dzieci, które pamiętają, że rodzice nazywali je ślimaczkami, promyczkami, żuczkami, bez trudu odczytują informację, że były chciane i oczekiwane.
  • Wyposaż dziecko w jak najwięcej rozmaitych historii związanych z jego narodzinami (Całą ciążę się męczyłam, jakby cię tu nazwać, i nic. A gdy wzięłam cię na ręce, od razu wiedziałam, że ty jesteś właśnie Bartosz!).
  • Jeśli wybór imienia jest przed tobą, zadbaj o to, żeby nim nie obciążyć dziecka (O, ty przecież masz na imię Napoleon...).

Jakie imiona były najbardziej popularne w 2020?

Od kilku lat na liście najczęściej wybieranych imion prym wiodą te same imiona - zmieniają się tylko ich pozycje. W 2020 roku, na liście imion żeńskich, Zuzia np. spadła z pierwszego miejsca na drugie. Jeśli chodzi o chłopców, to pierwsze miejsce nadal utrzymuje Antoni.

Top 10 imion dla dziewczynek:

  1. Julia – 3649
  2. Zuzanna – 3639
  3. Zofia – 3588
  4. Hanna – 3364
  5. Maja – 3244
  6. Lena – 2633
  7. Alicja – 2564
  8. Oliwia – 2395
  9. Maria – 2372
  10. Laura - 2049
Imiona najchętniej wybierane dla chłopców:
  1. Antoni – 4037
  2. Jan –  3823
  3. Jakub –  3614
  4. Aleksander – 3541
  5. Franciszek - 3499
  6. Szymon – 3107
  7. Filip  - 2744
  8. Mikołaj – 2587
  9. Stanisław – 2522
  10. Wojciech – 2416
Rebeka, Lotta i Soraja – to dziewczęce imiona, które pojawiają się najrzadziej. Natomiast wśród chłopców możemy spotkać m. in. Zbyszka, Tymura, czy Platona.

Źródło: dane Ministerstwa Cyfryzacji z września 2020 r.

  1. Psychologia

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.