Jak dziś wychowywać dziecko?

fot. istock

Jak to jest, że tak wielu rodziców ma problemy z przekazaniem swoim dzieciom ważnych zasad i wartości, choć wkładają w to dużo wysiłku? Możemy wszystko zwalić na Internet albo tempo życia, ale lepiej zobaczyć własne błędy.

Po ciężkim roku spędzonym w ciągłym pośpiechu moja znajoma pojechała z dziećmi na wymarzone wakacje. A ponieważ dzieci są w różnym wieku – piętnastoletnia córka i pięcioletni synek – uległa namowom córki i zaprosiła na ten wyjazd jej przyjaciółkę, no bo trudno wymagać od nastoletniej dziewczyny, żeby się nie nudziła w towarzystwie mamy i małego braciszka.

Łatwo przewidzieć, co było dalej, ale dla porządku opowiem. Dziewczynki żyły swoim życiem, nieco irytującym. Wstawały koło pierwszej, kiedy znajoma z synkiem już dawno byli na plaży, zjadały to, co znajoma ugotowała na obiad, na przykład wszystkie pierogi z jagodami, bo przecież po co robić śniadanie o tej porze, skoro obiad gotowy, a pierogi są takie pyszne, po czym znikały, zostawiając po sobie bałagan. Wracały późno, znajoma próbowała z nimi rozmawiać, one grzecznie wysłuchiwały i nadal robiły swoje.

– A może jutro popłyniemy statkiem? – proponowała znajoma.

Nie, my wolimy zostać – mówiły dziewczynki, i tyle.

A co byście chciały robić?

Możesz nas zawieźć do miasta, to pochodzimy sobie po sklepach.

Całą czwórką pojechali do miasta, znajoma myślała, że pochodzą razem, ale dziewczynki szybko zniknęły w czeluściach galerii handlowej, nie odbierały telefonu, wróciły po pięciu godzinach. Znajoma zrobiła córce awanturę, choć mocno stonowaną, bo jak tu wrzeszczeć przy obcej dziewczynce, ale dziewczynki i tak się obraziły, bo przecież mówiły, że chcą pochodzić po sklepach. I tak dalej.

Wspólne wakacje się skończyły, wrócili do domu, córka obwieściła, że dla odmiany jedzie z przyjaciółką i jej rodzicami na działkę, nie wie, kiedy wróci, ale przecież ma telefon, to zadzwoni. Znajoma próbowała coś ustalić, ale nie dało się, więc odpuściła. Widocznie jednak naciskała za bardzo, bo córka wyszła obrażona i nie dzwoniła przez tydzień. W końcu znajoma do niej zadzwoniła, pytając, kiedy wróci.

Nie wiem, może za tydzień.

Przez ten tydzień znajoma wysyłała esemesy, pytała, jak jest, córka czasem coś odpowiadała, ale rzadko. Telefonów nie odbierała ani nie oddzwaniała. Rodzice przyjaciółki mówili, że wszystko jest dobrze, więc czekała. Córka nie odpowiadała na esemesy, po dwóch tygodniach napisała, że wraca za tydzień, czyli tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Znajoma zadzwoniła do mnie roztrzęsiona i opowiedziała mi tę historię.

I co ja mam jej powiedzieć, jak wróci? – zapytała.

Uciesz się, że wróciła.

No co ty? Po tym wszystkim, co zrobiła?

No to co chcesz jej powiedzieć?

– Że nie odpowiadała na esemesy, że nie odbierała telefonu, na wakacjach w ogóle się ze mną nie liczyła…

– A jak już to powiesz, to co będzie dalej?

– Znów będzie miała focha i zamknie się w swoim pokoju…

– I o to ci chodzi?

– Nie.

– A chcesz, żeby wróciła?

– No jasne! Przecież cały czas na to czekam!

– No to uciesz się, że wróciła, a o tej sytuacji porozmawiacie, gdy już trochę pobędziecie ze sobą.

Nie da się wychowywać kogoś, kto nie liczy się z naszym zdaniem, może nawet w ogóle nas nie słucha. Najpierw trzeba zadbać o to, żeby chciał nas słyszeć, żeby to, co mówimy, było dla niego ważne. Bo inaczej to na nic nasze wysiłki.

Niedawno ukazała się książka Gordona Neufelda i Gabora Maté „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów”, która pozwala zrozumieć, dlaczego wychowanie stało się takie trudne, choć tak naprawdę powinno być łatwe. A kiedy zrozumiemy, będziemy w stanie naprawić naszą relację z dzieckiem. Bez poradników, wizyt u specjalistów, naklejania etykietek naszym dzieciom. Będziemy mogli zaufać samym sobie.

„Nasi rodzice byli bardziej zdecydowani, bardziej pewni siebie, mieli na nas większy wpływ – dobry albo zły” – stwierdzają autorzy.

A my? „Jako rodzice czujemy się skrzywdzeni i odrzuceni. Winimy siebie za nieudolność w pełnieniu funkcji rodzicielskich, winimy dzieci za krnąbrność, telewizję za to, że odciąga ich uwagę, albo system szkolnictwa za niewystarczającą dyscyplinę. A gdy nasza niemoc staje się nie do zniesienia, sięgamy po uproszczone, autorytarne rozwiązania”. Coś w tym jest, prawda? Wiedzą o tym rodzice nastolatków, ale czasem już młodsze dzieci nie uznają naszej władzy rodzicielskiej. Nie są zainteresowane tym, co im chcemy przekazać, bo ważniejsze jest dla nich zdanie rówieśników.

„Po raz pierwszy w historii młodzi ludzie zwracają się po wskazówki, wzorce i porady nie do matek, ojców, nauczycieli i innych odpowiedzialnych dorosłych, ale do ludzi, których natura nigdy nie widziała w roli wychowawczej – własnych rówieśników. Dzieci nie dają sobą kierować, nie chłoną od nas wiedzy i nie dojrzewają, bo przestały czerpać wzorce od dorosłych. Zamiast tego są wychowywane przez inne niedojrzałe osoby, które nie są w stanie poprowadzić ich ku dojrzałości. Wychowują się nawzajem. Pojęcie, które opisuje to zjawisko trafniej niż jakiekolwiek inne, to zorientowanie na rówieśników. To ono stłumiło nasze rodzicielskie instynkty, nadwątliło naturalny autorytet i sprawiło, że zaczęliśmy wychowywać nie sercem, lecz głową – na podstawie podręczników, porad »ekspertów« oraz niejednoznacznych oczekiwań społeczeństwa” – piszą autorzy, pokazując wspólny rodzicielski problem.

Dlaczego tak się dzieje? Wynika to ze zmian naszej kultury, które wszyscy jakoś odczuwamy, ale nie potrafimy się im przeciwstawić. Autorzy książki analizują te procesy, a ja chcę tu tylko powiedzieć, że w wychowaniu najważniejsza jest więź między rodzicem a dzieckiem. I o jej utrzymanie musimy walczyć, jeśli chcemy mieć wpływ na nasze dzieci, a nie zostawiać ich samym sobie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »