Magda Kuydowicz - Wysłali dziecko na prestiżowe studia, a ono wraca do domu. Wojciech Eichelberger wyjaśnia, kiedy rodzicielski plan przestaje służyć dziecku
00:00
16:02
Miała być genialna inwestycja, a jest wielkie rozczarowanie. O trudnościach młodych ludzi, których rodzice robią z nich projekt swojego życia i wysyłają je na zagraniczne studia, by spełniały ich marzenia – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
- Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czym jest „dziecko projekt” i dlaczego rodzice – choć chcą dla córki czy syna jak najlepiej – mogą nieświadomie oczekiwać, że dziecko zrealizuje ich własne niespełnione marzenia i ambicje.
- Co dzieje się, gdy świetnie wykształcone dorosłe dziecko nie spełnia pokładanych w nim nadziei i wraca do rodzinnego domu? Ekspert mówi także o poczuciu winy po obu stronach, „gniazdowaniu” i trudnym momencie odkrywania własnego pomysłu na życie.
- Rozmowa dotyczy również rodzicielskiej rywalizacji o sukcesy dzieci. Wojciech Eichelberger zwraca uwagę, że zarobki, mieszkanie czy prestiżowa kariera nie są najlepszą miarą sukcesu wychowawczego. „Należałoby raczej troszczyć się o to, czy nasze dziecko jest szczęśliwe” – podkreśla.
- Psychoterapeuta mówi też o kryzysach psychicznych młodych ludzi studiujących za granicą i sygnałach ostrzegawczych, których rodzice nie powinni lekceważyć. Wyjaśnia, dlaczego czasem lepiej pozwolić dziecku zmienić plany, niż za wszelką cenę wymagać ukończenia prestiżowych studiów.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 05/2026
Magda Kuydowicz: Chciałabym przyjrzeć się sytuacji, w której dziecko po studiach za granicą wraca na garnuszek rodziców, bo nie znalazło tam pracy. W rezultacie wszyscy czują się tym rozczarowani i definiują to jako porażkę.
Wojciech Eichelberger: Przypuszczam, że mamy tu do czynienia ze strategią wychowawczą określaną jako „dziecko projekt” albo „dziecko pociecha”.
Prawdopodobnie nadmiernie wymagający rodzice tego absolwenta zagranicznej uczelni mieli bardzo sprecyzowaną wizję kariery swego dziecka, którą narzucili mu uporczywą perswazją lub szantażem emocjonalnym typu: „pokochamy cię/możesz na nas liczyć dopiero wtedy, gdy spełnisz nasze marzenia”.
Czyli wizja i dziecko, które ją realizuje, mają stać się zastępczym spełnieniem rodzicielskich marzeń, potrzeb i aspiracji, które z jakichś powodów się w ich życiu nie ziściły. Oczekują więc, że dziecko wybierze zawód i karierę ich – a nie jego! – marzeń, a przy okazji dźwignie status społeczny i materialny rodziny na wyższy poziom. Rodzice w dobrej wierze dążyli do tego przez wiele lat, a dziecko w dobrej wierze od zawsze posłusznie gra w ich teatrze rolę, jaką dla niego wybrali.
Ale może naprawdę ci rodzice chcieli dla swoich dzieci jak najlepiej?
Oczywiście, że tak. I właśnie na tym polega problem. To z pewnością nie są rodzice, którzy świadomie i cynicznie działaliby na szkodę swoich dzieci. Naprawdę uważają, że ich marzenia są jednocześnie marzeniami córki i syna. W dodatku same dzieci też są przekonane, że będzie dla nich najlepiej, gdy będą spełniać marzenie rodziców. Wiele z nich już od kołyski słyszy, kim będą w przyszłości i jakie starania całej rodziny doprowadzą je do tego celu.
A dzieci po to, aby mieć wsparcie i opiekę rodziców, zrobią dla nich wszystko. Co najmniej do 16.–18. roku życia potrzeba bezpieczeństwa jest najważniejsza, więc robią wiele, aby zaspokajać potrzeby i oczekiwania dorosłych.
Gdyby dziecko zaryzykowało jakiekolwiek przejawy buntu, zanim uzyska choć częściową zdolność przeżycia poza domem rodziców, to konsekwencje byłyby bolesne. Z wielu dobrodziejstw, udogodnień, przysmaków i gadżetów musiałoby wtedy zrezygnować.
Pozbawić się w ten sposób luksusu i komfortu życia? Potrzeba komfortu i przyjemności dochodzi do głosu dopiero wtedy, gdy podstawowa potrzeba bezpieczeństwa zostanie w wystarczającym stopniu zaopiekowana. Bunt przeciwko rodzicielskim projektom zagraża poczuciu bezpieczeństwa. W dzisiejszych czasach, w państwie mało opiekuńczym, gdzie niełatwo o dorywczą pracę, pozwolenie sobie na taki bunt wymaga wielkiej odwagi i determinacji. Nawet 30-latkom trudno sobie na to pozwolić; a co dopiero mówić o nastolatkach. Stąd tak wielu gniazdowników, czyli dorosłych dzieci mieszkających u rodziców i żyjących na ich koszt.
Co ciekawe, rozmawiamy o dzieciach z tak zwanych dobrych domów, w których rodzice dbali o staranne i wszechstronne wykształcenie swoich pociech. Dzieci te miały w zamierzeniu kultywować osiągnięcia zawodowe rodziców – przejąć i rozwijać ich firmę bądź stworzyć jej filię za granicą.
To właśnie w takich zasobnych domach, często będących zarazem rodzinnymi firmami, w domach nadmiernie celebrujących rodzinną spuściznę i tradycję, „dzieci projekty” zdarzają się najczęściej. To tam rodzice dramatycznie przeżywają poczucie klęski wychowawczej, gdy świetnie wykształcone i zaopatrzone dzieci nie idą w ich ślady, nie zakładają rodzin ani nie podejmują pracy – czyli gniazdują. Po części dzieje się tak dlatego, że zasobnych rodziców stać na utrzymywanie dorosłych dzieci, które nie czują presji wynikającej z konieczności zabrania się do jakiejkolwiek pracy, by ratować rodzinny budżet.
Z drugiej zaś strony obciążający się winą za ten stan rzeczy zasobni rodzice nie są w stanie wypchnąć gniazdujących dzieci z gniazda.
Na domiar złego rodzicielskie poczucie klęski wychowawczej sprawia, że gniazdujące dzieci – które i tak mają często zaniżoną samoocenę i poczucie winy za zmarnowany wysiłek i środki rodziców – czują się jeszcze bardziej niewystarczające, nieudane i kłopotliwe. W rezultacie stają się jeszcze mniej zdolne do samodzielnego życia.
Mamy więc sytuację błędnego koła.
W tej sytuacji często jedynym dostępnym dla nich, nieświadomym „wyborem”, który pozwala im uratować poczucie wartości i godności, jest depresja, uzależnienie czy inna choroba. Aby do tego nie dopuścić, rodzice takiego gniazdownika powinni, po pierwsze, zdać sobie sprawę z tego, że ich projekt na uszczęśliwienie dziecka nie wypalił, bo w istocie miał uszczęśliwić tylko ich. Po drugie, przyznać się do błędu, przyjąć z pokorą słuszny gniew dziecka i uwolnić je od poczucia winy. I po trzecie, pomóc dziecku w odnalezieniu i realizowaniu jego własnego scenariusza na życie. Wtedy rodzice uwolnią się od poczucia klęski i winy, a dziecko przebudzi się jak ze złego snu i zda sobie sprawę, że przez wiele lat grało napisaną przez rodziców rolę i że czas zabrać się za swoje własne życie i szczęście.
Czyli przeżyją w swoim życiu bardzo istotny zwrot.
To jest jak „eureka!”, wielkie „wow!”, katharsis. Moment, w którym okazuje się, że człowiek został stworzony do czegoś zupełnie innego niż to, do czego był przez całe dotychczasowe życie przekonywany.
Do tej pory, aby czuć się bezpiecznie i komfortowo, musiał zaspokajać oczekiwania rodziców i realizować ich projekt na swój temat. Teraz chce wreszcie zacząć żyć swoim życiem.
Jest szczęściarzem, że ta realizacja przydarza mu się teraz, gdy jest młody, zanim założy rodzinę, weźmie kredyt na mieszkanie i zacznie pracować nie tam, gdzie by chciał, po to tylko, by ten kredyt spłacać.
Dziecko, które wraca z daleka, ma też kłopot z adaptacją w domu. Jest znowu na garnuszku rodziców, nie ma swojego mieszkania. To dla obu stron musi być trudna sytuacja.
Strasznie trudna. Tym bardziej że takie dzieci nie są gotowe na rozmowę z rodzicami, same czują się winne albo nie są na tyle odważne, by na przykład wprost powiedzieć: „Drodzy rodzice, po powrocie z Cambridge czy Oksfordu zrozumiałem/zrozumiałam, że to nie jest moja droga zawodowa, więc moja kariera i moje życie nie będą wyglądać tak, jak to dla mnie wymyśliliście, wydając na to tyle pieniędzy”.
Niestety, niewielu młodych ludzi odważa się na takie „przebudzenie” i taką rozmowę z rodzicami, bo są przytłoczeni nieadekwatnym poczuciem winy za to, co się z nimi stało, albo/i nie wiedzą jeszcze, czego naprawdę dla siebie chcą.
Wtedy mogą wpaść w regresję, cofnąć się mentalnie i emocjonalnie do dzieciństwa i szukać ratunku w bezradności i uleganiu presji i rozgoryczeniu rodziców, których nadzieje i plany zawiodły. By zapewnić sobie akceptację rodziców, mogą bezkrytycznie przyjąć do siebie ich negatywną ocenę i rozczarowanie i zacząć zachowywać się wobec siebie agresywnie.
W tej sytuacji mądry rodzic powinien wziąć odpowiedzialność na siebie i wiele razy powtórzyć dziecku mniej więcej to: „Nie przejmuj się, to nie twoja wina! Dobrze, że odkryłeś/odkryłaś, że to nie jest twoja życiowa ścieżka. Przepraszam, że ci zrobiłem/zrobiłam niechcący krzywdę, myśląc, że moja propozycja jest dla ciebie najlepsza. Teraz czas, abyś szukał/szukała własnej drogi. Będę cię w tym wspierać. Bo to nie ty mnie zawiodłeś/ zawiodłaś, tylko ja nieświadomie zawiodłem/zawiodłam ciebie, uznając, że wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre. Kocham cię i najważniejsza jest dla mnie twoja droga do szczęścia, przez ciebie wybrana. Według twojej miary, wizji, możliwości i talentów, które w tobie dojrzeją lub które w sobie odkryjesz”.
A co zrobić, aby nie było poczucia, że te zagraniczne studia to był czas stracony? Taki młody człowiek może myśleć: I po co ja się tyle lat męczyłem. Tylko że te trudne doświadczenia zwykle najwięcej nam mówią o nas samych, prawda?
Zdecydowanie tak. Rodzice także, decydując się na dzieci, muszą wiedzieć, że trudne doświadczenia będą ich udziałem. Że jeśli inwestycja finansowa, jaką są na przykład studia na prestiżowej zagranicznej uczelni, nie wypali, to trzeba będzie pomyśleć o innej, kolejnej, która również będzie wymagać czasu i pieniędzy.
Jeśli po latach studiów dziecko wraca w depresji, nieszczęśliwe, to trzeba się pochylić solennie nad pytaniem: Dlaczego tak się stało? A nade wszystko nie dobijać dziecka swoim niezadowoleniem i poczuciem klęski wychowawczej.
Słyszałam też o rodzicach, którzy zainwestowawszy w swoje dzieci, teraz rywalizują między sobą o to, które z nich wychowało większego czempiona. Tworzą taki nieformalny ranking dzieci sukcesu w swoim gronie.
To najpewniej przejaw narcyzmu rodziców podbijających swoje słabe poczucie wartości osiągnięciami i sukcesami dziecka, pod którymi się podpisują. Z reguły koncentrują się wówczas na sukcesach materialnych i statusowych, takich jak: wysokość zarobków, standard mieszkania, samochodu, wakacji. Ale to nie są ważne parametry z punktu widzenia sukcesu wychowawczego. Należałoby raczej troszczyć się o to, czy nasze dziecko jest szczęśliwe. Tym bardziej że, jak widać w statystykach chorób i dolegliwości psychicznych młodych ludzi i po narastającej liczbie prób samobójczych, ze szczęśliwością naszych dzieci radzimy sobie coraz gorzej – zarówno w skali indywidualnej, jak i zbiorowej.
Nikt nas nie uczy bycia rodzicem, może nie wszyscy się do tego po prostu nadają?
50 proc. wsparcia, 50 proc. wymagań, plus dużo rodzicielskiego czasu nasyconego spokojem i uwagą, rozmową, wspólną pracą i zabawą – to najlepsza recepta na szczęście naszych dzieci. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego dać dzieciom, to niezbędna jest terapia lub co najmniej odpowiednie kursy i warsztaty. Im wcześniej, tym lepiej, bo, jak ostrzega trafne powiedzenie, „małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot”.
W sytuacji kryzysu psychicznego dziecka rodzic powinien pierwszy udać się po opinię i ewentualnie także pomoc psychoterapeutyczną.
Dobry terapeuta szybko się zorientuje, że trzeba pomóc zagubionemu młodemu człowiekowi odnaleźć swoją pasję, ukryty talent. Uzbroić w narzędzia do odszukania swojej drogi w życiu. Zadaniem terapeuty jest również przekonanie rozczarowanych dzieckiem rodziców do wsparcia dziecka w tym nowym przedsięwzięciu i do uwolnienia go od poczucia winy.
Jak uniknąć łączących się z uzależnieniami, traumą czy depresją problemów młodych ludzi studiujących za granicą, związanych z adaptacją w obcym kraju albo ujawniających się po powrocie do domu?
Czytać sygnały ostrzegawcze. Pamiętam podobny problem z mojej praktyki. Dziecko studiujące na Harvardzie przez cały pierwszy rok wysyłało poważne sygnały zagrożenia nietrafioną inwestycją.
Chłopak pisał, dzwonił po nocach, mejlował, dawał nieśmiało rodzicom do zrozumienia, że to, co studiuje i gdzie studiuje, mu nie odpowiada, że nie może spać, stracił apetyt, czuje ogromną presję i nie ma z kim pogadać. Rodzice lekceważyli te sygnały, sądząc, że to przejściowe problemy adaptacyjne. Dziecko studia ukończyło, wróciło do rodziców uzależnione od używek, nie podjęło żadnej pracy i przez kilka lat praktycznie nie wychodziło z domu.
Takich sygnałów nie wolno lekceważyć. Przecież każdy plan czy cel można zmienić lub nawet porzucić, jeśli są sygnały, że osiągnięcie tego będzie zbyt kosztowne. Wymuszenie na dziecku ukończenia za wszelką cenę niechcianych przez nie studiów kosztem jego cierpienia, wspierania się używkami, środkami przeciwbólowymi, psychotropami prowadzącymi do groźnych uzależnień i zrujnowania relacji z dzieckiem – to kiepski interes.
Co możemy powiedzieć na koniec takim rodzicom pokiereszowanych psychicznie dzieci, które nie zrealizowały planu na życie swoich bliskich?
Że zapobieganie jest znacznie tańsze niż leczenie. Bardzo się opłaca pracować nad swoimi rodzicielskimi kompetencjami. To najlepsza profilaktyka. Z moim udziałem powstawała kiedyś książka „Jak wychować szczęśliwe dzieci”. Główną tezą tej książki jest: Jeśli chcesz wychować szczęśliwe dzieci, musisz być sam/ sama choć trochę szczęśliwy/szczęśliwa. Bo inaczej będziemy wychowywać dzieci „pocieszki” i „projekty”. Poza tym nie mam już nic do dodania.
Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl)