1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na czym polega prawdziwe poczucie bezpieczeństwa? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Na czym polega prawdziwe poczucie bezpieczeństwa? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Nasze poczucie bezpieczeństwa nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych.  (fot. iStock)
Nasze poczucie bezpieczeństwa nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych. (fot. iStock)
Poczucie bezpieczeństwa. Jedni mają je, nawet walcząc na ringu, innym brakuje go, gdy wychodzą do sklepu po bułki. Od czego zależy to, czy czujemy się bezpieczni, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czuję się bezpieczna, kiedy jestem w domu z bliskimi. A ty?
Na ogół czuję się bezpieczny. Mam chyba dużą odporność na zagrożenia, bo zdarza mi się słyszeć od bliskich i znajomych, że czasami za bardzo ryzykuję. To poczucie bezpieczeństwa jest zupełnie irracjonalne, bierze się z wyniesionego z zen przekonania i zarazem poczucia, że zmiana jest istotą życia, którym ja też przecież jestem. A jak życie może się bać życia? Jednak utrzymanie tego poczucia wymaga koncentracji i ciszy w umyśle albo zapomnienia się w jakiejś angażującej akcji. Jeśli tego zabraknie, poczucie bezpieczeństwa może prysnąć.

Poczucie bezpieczeństwa nie zależy więc od tego, co dzieje się wokół?
Poczucie bezpieczeństwa, które zależy wyłącznie od zewnętrznej sytuacji, nie jest prawdziwym poczuciem bezpieczeństwa. Co to za sztuka czuć się bezpiecznie w bezpiecznych okolicznościach? Bo też są dwa poczucia bezpieczeństwa: fundamentalne, wynikające ze świadomości, że jesteśmy elementem życia – o nim mówiłem wyżej – i psychologiczne, wynikające z naszych doświadczeń, przekonań i innych uwarunkowań, m.in. systemu rodzinnego, kultury i obyczajowości. Badania z zakresu epigenetyki nad możliwością modyfikacji genotypu przez doświadczenia życiowe wykazują, że nastawienie do życia może być kształtowane na poziomie DNA już w życiu płodowym – przez emocje matki. Być może wtedy powstają podwaliny tego, czy poczujemy się bezpiecznie poza brzuchem matki.

Przeżycia matki wpływają na ufność dzieci do życia?
Eksperymenty na myszach udowodniły, że jeśli matka jest w okresie ciąży pod wpływem silnego stresu, to jej dziecko urodzi się przygotowane genetycznie do walki i do radzenia sobie w sytuacjach niebezpiecznych. Prawdopodobnie matczyne hormony stresu przenikają do krwi płodu przez barierę łożyska. Matka zestresowana rodzi fajtera, u którego bardziej rozwinęło się tyłomózgowie odpowiadające za efektywne sterowanie programem walki i ucieczki.

Natomiast matka bezstresowa rodzi dziecko z rozwiniętym przodomózgowiem odpowiedzialnym za zdolność uczenia się i budowania pozytywnych relacji. Czyli ta matka rodzi intelektualistę i wrażliwca.
Nie można być do końca pewnym, która z tych dwóch myszek będzie miała lepsze wrodzone poczucie bezpieczeństwa. Można jednak przypuszczać, że ta przygotowana genetycznie przez matkę do radzenia sobie z zagrożeniem – czyli myszka fajter – ma silniejsze poczucie bezpieczeństwa od swojego brata wrażliwca. Gdyby ta hipoteza się potwierdziła, to musielibyśmy radykalnie zweryfikować powszechne przekonanie o tym, że sielankowa ciąża najlepiej przygotowuje dziecko do życia.

Hormony, geny… rozumiem. Ale to, czego doświadczamy później, też chyba wpływa na nasze poczucie bezpieczeństwa?
Również przekaz naszego systemu rodzinnego i kultury. W dodatku okazuje się, że ogólne poczucie bezpieczeństwa zależy w ogromnej mierze od ilości czasu i troskliwej uwagi otrzymanych od rodziców szczególnie w trzech pierwszych latach życia, a także od tego, czy tworzyli oni w domu atmosferę spokoju i elementarnego dostatku – szczególnie jeśli chodzi o jedzenie. I optymizmu. Bo poza brzuchem matki też nasiąkamy emocjami i sposobem myślenia rodziców. Tylko wtedy ich lęk, frustracja i cierpienie nie uodparniają nas na ciężkie czasy, lecz przeciwnie – straszą i osłabiają.

Matce nic nie groziło, a zaraziła dziecko lękiem?
Tak, jeśli żyła w systemie rodzinnym, który generował pełną nieufności i lęku postawę wobec przyszłości. Wtedy dziecko uczy się, że świat jest miejscem niebezpiecznym i trzeba się bać przyszłości. W dodatku ulega złudzeniu, że banie się jest skuteczną strategią. Ale to nieprawda. Im więcej murów i zabezpieczeń, tym bardziej się boimy. Lęk ogranicza nasze możliwości poznawcze i twórcze. Skłania do nieświadomego prowokowania agresji otoczenia lub popełniania błędów.

Miałam dwa wypadki samochodowe jednego dnia, bo od rana martwiłam się przyszłością. I, rach-ciach, auto w warsztacie!
No właśnie, to ten mechanizm. Ludzie, którzy mają poczucie bezpieczeństwa, reagują adekwatnie do sytuacji na zasadzie: jak będzie się działo coś wymagającego mojej mobilizacji, to się tym zajmę. Nie zamartwiają się, nie przewidują tragedii. W lecie nie myślą o tym, jak to będzie strasznie, kiedy śnieg zasypie drogi i zrobi się ślisko. Nie tracą energii na zmaganie się z wymyślonymi zagrożeniami, które może nigdy nie nastąpią.

Kiedy czujemy się bezpieczni, jesteśmy bardziej bezpieczni?
Tak jak w twoim wcześniejszym przykładzie: jeśli kierowca wsiada rano do samochodu z przekonaniem, że jazda do pracy wiąże się z wielkim niebezpieczeństwem, to napięcie, jakie wytworzy w ciele i umyśle, może sprawić, że czegoś nie zauważy, za późno zareaguje i rzeczywiście spowoduje wypadek. Dlatego ci, którzy czują się bezpieczni, mają mniej kłopotów i na ogół więcej osiągają. Są pozytywnie skupieni na tym, co robią. Czy to będzie krojenie marchewki, czy jazda na nartach, nie obetną sobie palca i nie złamią nogi. Ich uwaga i energia nastawione są na adekwatne do sytuacji działanie. Wiedzą też o tym, że świat należy do odważnych, osiągają więc to, po co bojaźliwi nie odważą się nawet wyciągnąć ręki.

W książce „Autentyczność. Jak być sobą i dlaczego jest to ważne” Stephen Joseph mówi o zaskakującym „rozwoju posttraumatycznym”. Często ludzie, którzy otarli się o śmierć, odkrywają w sobie nowe możliwości i źródła sił. A nie, jak można by zakładać, ze strachu nie wychodzą z domu.
Ludzie, którzy otarli się o śmierć, dowiadują się, że każde życie kończy się śmiercią niezależnie od tego, jak bardzo zabiegamy o bezpieczeństwo. Oswajają lęk przed śmiercią, który jest podstawą wszystkich innych lęków. Przestają więc się bać życia. Bo lęk przed śmiercią jest tym samym co lęk przed życiem. Jasna świadomość nieuchronności śmierci dodaje odwagi. Podobnie działa świadomość nieuchronności bolesnych doświadczeń, takich jak nieszczęśliwa miłość, rozstanie, śmierć bliskich, ból. Te doświadczenia też dają odwagę do życia. Uczą, że można sobie z nimi poradzić, że wszystko mija. Dlatego rodzice zakładający dzieciom kaski i ochraniacze robią im krzywdę, bo nie budują poczucia bezpieczeństwa w ich psychice. Uczą je tego, że zależy ono od zewnętrznych zabezpieczeń, a nie od tego, co potrafią i co wiedzą o świecie. Nadmierne zabiegi ochronne przekonują, że świat jest groźny i trzeba się przed nimi chronić.

Może broń w domu sprawi, że poczujemy się bezpieczni?
Miło trafić w środek tarczy. W czasach licealnych doświadczyłem wiele radości ze strzelectwa. Podobnie na studenckich obozach wojskowych. Teraz też, gdy mam okazję, chętnie strzelam z łuku czy wiatrówki. Ale jeśli kupujemy broń tylko dlatego, by poczuć się bezpiecznie, to robi się naprawdę niebezpiecznie. Ktoś, kto czuje się zalękniony i zagrożony, nie powinien dostawać broni do ręki. Będzie reagował nadmiarowo i może jej użyć bez potrzeby.

Gdybym miała broń, biegłabym po nią przy każdym trzasku za oknem…
No właśnie. Broń w domu stwarza pokusę, by jej użyć. Możemy nieświadomie szukać do tego okazji albo nawet je prowokować. Powszechna dostępność broni da efekt odwrotny od zamierzonego – zwiększy brak poczucia bezpieczeństwa. Także przez to, że uzależni ludzi od broni i uczyni zbędnym poszukiwanie bezpieczeństwa w sobie, w umiejętnościach, w wiedzy, doświadczeniu i inteligencji, a także w sprawności.

Warto więc się trudzić, by zwiększyć własne poczucie bezpieczeństwa?
Wszyscy nieustannie się w tej sprawie trudzimy. Tylko, jak już powiedzieliśmy, większość z nas w tym trudzie zmierza w złą stronę. Aby nie zbłądzić, warto zadać sobie kilka pytań: Co zrobić, by nie czuć się w życiu jak kierowca jadący w nocy we mgle, bez świateł i prawa jazdy? Co zrobić, by w pełni świadomie, realnie rozpoznawać zmieniające się okoliczności mojego życia? Co zrobić, by trafnie odbierać sygnały zmysłów? Co zrobić, by w porę rozpoznawać potrzeby mojego serca i ciała? Co zrobić, by czuć się bezpiecznie zawsze, nawet w obliczu katastrofy?

Nawiązać kontakt z ciałem zamiast z ubezpieczycielem?
Dobrze jechać samochodem ubezpieczonym i przy dobrej widoczności. Mieć oczy i uszy otwarte – widzieć, słyszeć i czuć to, co dzieje się wokół nas. Uczyć się odróżniać fakty od interpretacji. To się nazywa być w kontakcie z rzeczywistością i to jest niezbędne, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Wtedy unikniemy sytuacji trafnie przedstawionej w pewnym rysunkowym dowcipie. Bogate przedmieście, piękny dom z ogrodem. Elegancka kuchnia, na stole obfite pyszne śniadanie. Radosne dzieci, piękna mama. Pod stołem dokazują uroczy piesek z kotkiem. Słowem: sielanka. Przy stole siedzi mąż i ojciec. W garniturze, z teczką, przygotowany do wyjścia do pracy. Ma przerażoną minę i cały się trzęsie. Żona pyta: „Dlaczego się tak trzęsiesz? Rozejrzyj się dokoła: piękny dom, mądre, zdrowe dzieci, pogoda dopisuje, piękna, kochająca żona, za chwilę jedziesz do pracy, którą lubisz – o co ci chodzi?”. „Właśnie, właśnie 
– mamrocze przerażony mąż – tak zaczynają się wszystkie horrory!”. Jak widać, największym naszym wrogiem są nawykowe interpretacje świata i życia, a nie świat i życie same w sobie. A wielu z nas tak ma, że „im lepiej, tym gorzej”, albo „jest tak dobrze, że to się musi źle skończyć”.

Nawet jeśli wszystko gra, nie potrafimy się cieszyć, bo boimy się tego, że się skończy.
Dlatego trzeba zacząć od pracy wewnętrznej. Nauczyć się nie słuchać lęku. Zdemaskować go jako złego doradcę. Zrozumieć, że jeśli zaczniemy go słuchać, to w końcu wepchnie nas pod nasze własne łóżko. Staniemy się wówczas niewolnikami naszego lęku. Poczucia bezpieczeństwa nie zbudujemy, unikając zagrożeń i ryzyka.

Niektórzy skomentują: „Eichelberger się wymądrza o duchowości! Niech lepiej powie rodzicom, jak przestać się bać o dziecko”…
Jeśli będziemy się tylko bać o dzieci i zabezpieczać je na wszelkie sposoby, to zarazimy je swoim lękiem, a kiedy dorosną, nie będą się nigdy i nigdzie czuły bezpiecznie. O bezpieczeństwo dzieci trzeba się troszczyć, ale mądrze, trzeba przygotowywać je do życia, uczyć samodzielności, sprawczości, radzenia sobie z trudnościami, zagrożeniami i bólem. Zamykanie dzieci w bezpiecznym domu w kasku na głowie z ochraniaczami na tyłku, kolanach i łokciach jest wyłącznie karkołomną, daremną i w gruncie rzeczy okrutną próbą radzenia sobie z własnym lękiem. Jeśli my, rodzice, sobie z nim nie poradzimy, to nie nauczymy tego naszych dzieci i zainfekujemy nim następne pokolenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie.
Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób?
Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa.
Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie.
A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba?
Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami?
Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza.
Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością.
Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji.
Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy.
Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc?
To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność.
Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje?
Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć?
Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości.
Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia?
Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”.
Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości.
Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy?
Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia?
Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach...
Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków.
To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście?
Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi.
Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu?
Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz.
Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

  1. Materiał partnera

Zadbaj o bezpieczeństwo swojego dziecka – sięgnij po szyte na miarę ubezpieczenie

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Ubezpieczenie dziecka zapewnia kompleksową ochronę od skutków nieszczęśliwych wypadków i różnych urazów. Na rynku działają różni ubezpieczyciele, którzy oferują zróżnicowane ubezpieczenia. Każdy zainteresowany może wybrać coś dopasowanego do swoich indywidualnych potrzeb.

Ubezpieczenie dziecka powinno być „uszyte na miarę”, by jak najlepiej oddać indywidualną potrzebę zabezpieczenia. Przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych kwestii.

Urazy, które są objęte ochroną ubezpieczeniową

Pierwszą istotną kwestią jest zakres ochrony ubezpieczeniowej, a więc to, jakie przypadki są objęte umową i kiedy otrzymamy odszkodowanie. Informacja na temat zakresu ochrony jest integralną częścią Ogólnych Warunków Ubezpieczenia (OWU). Lektura OWU ułatwi podjęcie właściwej decyzji. Urazy, które są objęte zakresem, wymieniane są w kilku różnych pakietach. Dzięki temu, biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe oraz charakter dziecka, możemy wybrać ubezpieczenie idealnie dopasowane do naszych potrzeb.

Pakiety rozszerzające ochronę ubezpieczeniową

Ubezpieczenie „szyte na miarę” obok odszkodowania za uraz dziecka pozwala również na uzyskanie szeregu innych świadczeń. Wystarczy tylko przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem dokładnie przeanalizować świadczenia dostępne ramach dodatków. W takich pakietach rozszerzających powinny się znaleźć m.in.:

- wizyty lekarskie w placówce medycznej lub w miejscu pobytu dziecka,

- wizyty pielęgniarki,

- pomoc psychologiczna (szczególnie przy ciężkich urazach),

- transport medyczny dziecka oraz transport leków,

- transport artykułów spożywczych do mieszkania (po ich uprzednim opłaceniu),

- konsultacje lekarzy specjalistów różnych specjalności,

- badania laboratoryjne,

- badania radiologiczne i ultrasonograficzne,

- zabiegi ambulatoryjne,

- tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny,

- świadczenia rehabilitacyjne.

To jednak nie wszystko, na co możemy liczyć w ramach ubezpieczenia dziecka! Ubezpieczyciele wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów, coraz bardziej rozszerzają swoją ofertę w kwestii dodatkowych świadczeń, określonych w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia.

Ubezpieczenie z odszkodowaniem bez względu na miejsce, w którym wystąpił uraz

„Szyte na miarę” ubezpieczenie dla dziecka powinno zapewniać odszkodowanie bez względu na miejsce, w którym wystąpił wypadek. Często do złamań, skręceń, zwichnięć lub urazów innych narządów może dojść również wtedy, gdy dziecko przebywa za granicą. Z takim ubezpieczeniem, nawet gdy wycieczka szkolna do Hiszpanii lub rodzinne narty w Alpach skończą się urazami u dziecka, możemy liczyć na sprawną wypłatę odszkodowania. Wystarczy tylko wypełnić odpowiednie formularze i dokonać zgłoszenie do ubezpieczyciela w formie zdalnej.

Ubezpieczenie szyte na miarę w Nationale-Nederlanden – skuteczna ochrona, dopasowana do potrzeb rodziców i opiekunów

Dobór ubezpieczenia z dopasowanymi warunkami zapewnia skuteczne wsparcie w razie następstw wypadków dziecka, które często wymagają nakładu finansowego. Z takim ubezpieczeniem nie trzeba się martwić o to, że nie uzyskamy odszkodowania lub dodatkowych świadczeń po wystąpieniu określonego zdarzenia. Szyte na miarę ubezpieczenie dostępne jest np. w Nationale-Nederlanden TU. S.A. „Ubezpieczenie dziecka bez przerwy”, o którym mowa, oferuje 3 pakiety z różnym zakresem ubezpieczenia i ceną (Standard, Optimum i Premium). To ostanie zapewni szerokie wsparcie przy łagodzeniu skutków bardzo wielu urazów. Oprócz złamań, zwichnięć, skręceń, oparzeń i ran wymagających szycia wypłata odszkodowania następuje również przy jednoczesnych urazach wielu narządów. Ubezpieczenie w Nationale-Nederlanden TU S.A. zapewnia także szeroki zakres świadczeń w zaawansowanych pakietach. Czy wiesz, że przy skorzystaniu z zaawansowanych pakietów dostępnych w ramach ubezpieczenia dodatkowego w Nationale-Nederlanden TU S.A., uzyskasz zwrot niektórych kosztów wycieczki, w której dziecko nie mogło uczestniczyć ze względu na wypadek? Ciekawą opcją dostępną w ramach ubezpieczenia dodatkowego w Nationale-Nederlanden TU S.A. jest również organizacja imprezy urodzinowej dziecka na koszt ubezpieczyciela (obejmująca np. rezerwację pomieszczeń i ich dekorację, DJ-a, catering i transport gości), jeśli dziecko było długo hospitalizowane i w tym okresie przypadały jego urodziny.

Wymieniona umowa ubezpieczenia dostępna jest Nationale-Nederlanden Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. Szczegółowe informacje na temat wymienionej umowy znajdują się w: Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia Dziecka Bez przerwy. Wszystkie powyższe dokumenty dostępne są na https://www.nn.pl/dla-ciebie/ubezpieczenie-dziecka.html Nationale-Nederlanden Towarzystwo Ubezpieczeń S.A.; ul. Topiel 12, 00-342 Warszawa; tel. +48 22 522 71 24, fax +48 22 522 11 11, www.nn.pl; Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy; XII Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego KRS 0000647311, NIP: 525-26-85-595; Kapitał zakładowy – 28 500 000 zł, wpłacony w całości. Materiał nie stanowi oferty w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego.

  1. Materiał partnera

Kalkulator ubezpieczeń i inne narzędzia – jak mogą ci pomóc?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Czy wiesz, jak wybrać ubezpieczenie turystyczne? Skorzystaj z praktycznych narzędzi, takich jak kalkulator ubezpieczeń.

Ubezpieczenie podróżne – niezbędne na każdy wyjazd

Krajobraz w czasie pandemii znacząco różni się od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. I choć o wiele trudniej teraz podróżować, to za jakiś czas znów beztrosko będziemy mogli wyjechać na wymarzony urlop czy spędzić weekend poza domem. Nieważne, gdzie chcesz jechać, na jak długo i co planujesz robić na miejscu – taki wypad zawsze jest przygodą i ogromną przyjemnością, której wprost nie możemy się doczekać.

Oczywiście do każdej podróży trzeba się odpowiednio przygotować. Musisz zaplanować, gdzie pojedziesz, jak się tam dostaniesz, co możesz robić na miejscu, a to przecież nie wszystko – zasadniczo przygotowań do wyjazdu jest całkiem sporo, szczególnie jeśli jesteś osobą skrupulatną i dokładną.

Niestety wiele osób na etapie przygotowań pomija zakup ubezpieczenia turystycznego. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Może uważają, że przecież każdemu może przydarzyć się coś złego, tylko nie im? Nieważne, jaki jest powód tego zaniechania, zawsze jest ono jednak błędem. Podczas wyjazdu, a szczególnie wyjazdu zagranicznego, ubezpieczenie turystyczne jest zawsze niezbędne.

Aby wybrać najlepsze ubezpieczenie turystyczne, dobrze skorzystać z praktycznych i użytecznych narzędzi, które pomogą ci podjąć najlepszą decyzję. Jednym z takich serwisów jest kalkulator ubezpieczeń, a przykładów jest znacznie więcej.

Co może ci pomóc znaleźć i wybrać ubezpieczenie turystyczne?

Jeśli chcesz kupić ubezpieczenie turystyczne, w pierwszej kolejności rozejrzyj się w sieci. Rozwiązanie to polecane jest nie tylko w czasie pandemii, a gdyby tego było mało, w większości przypadków wszystkie formalności możesz załatwić bez wychodzenia z domu.

Przeglądając dostępne ubezpieczenia, bardzo pomocny okaże się kalkulator ubezpieczeń. Jak działa? Otóż w ramach tego serwisu trzeba wpisać jedynie kilka podstawowych informacji dotyczących planowanego wyjazdu, tj. miejsce pobytu, termin podróży czy liczba uczestników. Po zaledwie jednym kliknięciu otrzymasz przybliżoną cenę ubezpieczenia. Możesz wybrać kilka wariantów ubezpieczenia, aby w jak najlepiej dopasować oferowane parametry do swoich potrzeb. Nie ulega wątpliwości, że kalkulator ubezpieczeń jest łatwy w obsłudze i nadzwyczaj przydatny podczas poszukiwań ubezpieczenia.

Jeśli szukasz dobrego ubezpieczenia na wyjazd, skorzystaj też z innych pomocy. Użytecznymi narzędziami są chociażby różnego typu wyszukiwarki i porównywarki. Oba rozwiązania pozwalają ci na sprawdzenie dostępnych ofert polis turystycznych, ich sortowanie, a także porównywanie pod kątem danych elementów. Dzięki temu o wiele łatwiej sprawdzisz, która z propozycji jest najkorzystniejsza i którą z nich lepiej wybrać.

Cena zakupu ubezpieczenia turystycznego może być znacząco różna zależnie od tego, jaki pakiet wybierzesz lub na które biuro się zdecydujesz. Zazwyczaj koszt zakupu jest uzależniony od takich czynników jak okres obowiązywania, miejsce wyjazdu oraz zakres polisy. Podstawowa polisa podróżna powinna natomiast zawierać:

  • ubezpieczenie kosztów leczenia,
  • ubezpieczenie assistance,
  • ubezpieczenie NNW, czyli następstw nieszczęśliwych wypadków.
Jeśli masz taką potrzebę, ubezpieczenie możesz rozszerzyć o kolejne warianty polisy, dzięki czemu zapewnisz sobie i bliskim lepszą ochronę. Przykładem dodatkowych polis jest np. ubezpieczenie od uprawiania sportów ekstremalnych czy ubezpieczenie kosztów rezygnacji z wyjazdu. Zanim podejmiesz decyzję, zapoznaj się ze wszystkimi ofertami i wybierz tę, która w największej mierze odpowiada na twoje potrzeby.

  1. Materiał partnera

Jak odbudować poczucie bezpieczeństwa?

Edyta Dziankowska (fot. materiał partnera)
Edyta Dziankowska (fot. materiał partnera)
Rozmowa z Edytą Dziankowską, doradcą ubezpieczeniowym firmy Aviva.

Twoja praca doradcy ubezpieczeniowego polega w dużym stopniu na rozmowach z ludźmi o ważnych sprawach życiowych. Co się zmieniło w tych rozmowach, odkąd żyjemy w cieniu pandemii?
Znacznie wzrosła rola naszych najbliższych, rola rodziny, naszego domu. Dom zawsze był i jest ostoją bezpieczeństwa. Teraz też stał się miejscem pracy i nauki dla naszych dzieci, a nie tylko miejscem  odpoczynku. Martwimy się o przyszłość, która nie jest pewna, dlatego szczególnie teraz wzrasta rola ubezpieczeń.

Od kilku lat pracuję jako doradca ubezpieczeniowy, obsługuję dużą grupę klientów. Z doświadczenia wiem, że pierwszym tematem podczas każdej rozmowy z doradcą powinno być zabezpieczenie finansów naszej rodziny. Przede wszystkim dlatego, że rodzina to nasze bezterminowe i najważniejsze zobowiązanie finansowe. Każdy majątek można odbudować, rozbity samochód wymienić na nowy, ale skutków wypadku, chorób czy śmierci nie jesteśmy w stanie już sami odwrócić. Możemy jednak zapewnić środki na leczenie, rehabilitację i utrzymanie osób najbliższych oraz na spłatę kredytów i innych zobowiązań finansowych.

Czego teraz ludzie bardziej obawiają się niż jeszcze rok temu?
Obawy ludzi w czasie pandemii są związane z utratą pracy, poważną chorobą w najbliższej rodzinie, utratą najbliższej osoby. Coraz ciężej dostać się do lekarza i trzeba korzystać z prywatnych placówek. Klienci chcą mieć gwarancję wypłaty środków, zarówno w drobnych przypadkach, jak wycięcie wyrostka, jak i w razie bardzo ciężkiej choroby, takiej jak wylew, zawał, nowotwór, czy niewydolność oddechowa, która może być powikłaniem po przebytym zakażeniu SARS-Cov-2. Najważniejsze, by mieć kompleksowe ubezpieczenie, które daje gwarancję wypłaty w momencie diagnozy, pokrywa koszty leczenia, a także rekompensuje utratę dochodów w momencie niezdolności do pracy.

A co w tym czasie daje ludziom poczucie bezpieczeństwa?
Poczucie bezpieczeństwa daje przede wszystkim świadomość, że rodzina jest zabezpieczona finansowo na wypadek choroby lub śmierci; że nie zostanie sama z problemami. To jest możliwe właśnie dzięki ubezpieczeniom. Co ciekawe, większe znaczenie ma teraz dla ludzi ich sąsiedztwo, społeczność lokalna. Bardziej doceniają zalety natury w swoim otoczeniu czy regionie. Dalekie podróże zeszły na dalszy plan. To daje do myślenia, że warto zwiększyć poziom bezpieczeństwa tego, co podstawowe – czyli zdrowia i życia najbliższych, domu, czy swojego biznesu narażonego na nadzwyczajne turbulencje.

Czy chcemy zrobić coś konkretnego dla siebie, rodziny, żeby czuć się spokojniej, pewniej? Żeby nie zostać bez wsparcia w razie problemów zdrowotnych, finansowych?
Zdecydowanie tak – zauważam dużo większe zainteresowanie rozwiązaniami proponowanymi przez firmy ubezpieczeniowe. Mam więcej spotkań i zawieram więcej umów. Klienci są bardziej świadomi.

Jakie argumenty, przeżycia czy też emocje skłaniają ludzi teraz do ubezpieczenia się?
Powiem wprost: motywuje obawa o siebie, o rodzinę, o zdrowie, czy wręcz o życie. Dystans społeczny i konieczność izolacji potęgują poczucie samotności, strach o przyszłość. Nie wiadomo, kiedy dzieci i młodzież wrócą do szkół, na ile ucierpią firmy, czy uda się zrealizować rodzinne plany. Tak już jest, że trudne doświadczenia dotykające nas lub osoby bliskie skłaniają do ubezpieczania się. Ważna jest też ogólna świadomość zdrowotna, finansowa – a ta ostatnio wzrosła.

A gdy klienta jednak spotka coś niedobrego, jaka jest wtedy Twoja rola?
To są najważniejsze, a zarazem najtrudniejsze chwile w pracy doradcy. Moją rolą jest konkretna pomoc klientowi i jego bliskim, a także dodanie otuchy, że nie jest sam. Pomagam załatwić formalności ubezpieczeniowe, czyli skompletować i złożyć dokumentację medyczną z wnioskiem. Kilka miesięcy temu klientka zadzwoniła, że ma diagnozę choroby nowotworowej i zaczyna leczenie w szpitalu w Wieliszewie – pojechałam do niej, odebrałam dokumentację medyczną i przekazałam do firmy. Po 3 dniach klientka miała już pieniądze na koncie. Pomogły jej na dalszym etapie leczenia, a także na bieżące rachunki i spłatę zobowiązań. Ma wolny zawód, czyli jak nie pracuje, to nie zarabia. Takie sytuacje dla mnie są priorytetem, to wtedy sprawdza mnie klient – sprawdza, czy wcześniej dobrze wykonałam swoją pracę, która pomaga ludziom, gdy najbardziej tego potrzebują.

Kobieta żyjąca samodzielnie – czy potrzebuje ubezpieczeń i jakich?
Kobiety singielki, jak wszyscy, mają kredyty i zobowiązania – i jak wszyscy potrzebują ubezpieczenia, szczególnie, jeżeli nie chcą w razie swojej choroby obciążać najbliższych kosztami leczenia. Ubezpieczenie dla nich powinno działać dwutorowo – z jednej strony dawać gwarancje finansowe osobie ubezpieczonej na wypadek zdarzeń losowych, z drugiej strony zabezpieczać najbliższych. Taka polisa powoduje, że w razie choroby czy wypadku dostaniemy konkretne pieniądze na leczenie, na jego organizację i na leki. Gdy nie mamy wokół nas osób, które wezmą za nas odpowiedzialność, kiedy żyjemy na własny rachunek, to też same musimy polegać na sobie. Taka kobieta powinna wybrać rozwiązanie ubezpieczeniowe, które zadziała w każdej sytuacji, zagrażającej zdrowiu – takiej jak wypadek, poważna choroba, uszczerbek, operacje, pobyt w szpitalu, a nawet opieka pielęgniarki czy organizacja rehabilitacji. Poczucie bezpieczeństwa daje kobiecie możliwość podjęcia leczenia w najlepszych klinikach świata. Nie musi czekać w kolejkach na rehabilitacje czy operację, a dzięki temu będzie mogła szybciej wrócić do zdrowia, do aktywności zawodowej i być nadal samodzielna i niezależna. Warto też rozważyć ubezpieczenie niezdolności do pracy, bo gdyby do takiej sytuacji doszło, renta z ZUS absolutnie nie wystarczy i dodatkowe pieniądze będą na wagę złota.

Edyta Dziankowska – od 5 lat pracuje jako doradca ubezpieczeniowy firmy Aviva. Czuje się spełniona zarówno jako przedsiębiorca, jak i kobieta. Wie, w jaki sposób pomóc ludziom, rodzinom i firmom zaplanować i osiągnąć cele i marzenia poprzez odpowiednie rozwiązania finansowe. Żona i matka trójki dzieci. Autorka wielu artykułów, prelegentka, mentorka. Wielokrotnie nagradzana za wybitne osiągnięcia w sprzedaży i obsłudze klientów. Kontakt: 501 033 977; dziankowska.edyta@aviva.com.pl.