fbpx

Maciej Miecznikowski: zdrowej diecie bijemy brawo z całych sił

Maciej Miecznikowski: zdrowej diecie bijemy brawo z całych sił
Fot. Rafał Masłow

Dzięki temu, że zostałem ojcem, pozbyłem się wielu dylematów, które mnie trapiły jako kawalera. Nie miotam się już między wyborem różnych dróg, mam obowiązki. Dzieci wszystko mi uprościły – mówi Maciej Miecznikowski, muzyk, lider zespołu Leszcze, tata Maćka oraz Zosi.

Fot. Rafał Masłow

– Żeby było jasne: wychowujemy dzieci wspólnie, ale to żona bardziej się udziela na tym polu. Wcześniej lubiłem dzieci, ale tylko z daleka. Kiedy jednak na świat przyszły moje – stałem się ich wielkim fanem. I myślę, że natura dobrze wymyśliła, że ciąża trwa dziewięć miesięcy, bo wraz z rosnącym brzuszkiem żony rosła moja miłość do nich.

Maciusia rodziliśmy razem. Przy Zosi lekarz powiedział, że mogę iść spać, a tu niespodzianka – urodziła się szybko i ten moment przegapiłem. Bardzo żałuję… To niesamowite, nieporównywalne z żadnym innym wydarzeniem – cud narodzin dotykający tajemnicy życia i śmierci. Gdy dzieci były małe, lubiłem się nimi zajmować. Żona pracowała cały tydzień, ja głównie w weekendy, więc się wymienialiśmy. Chodziłem na spacery, poznałem wszystkie matki w okolicy. Najbardziej chyba fachowo ze wszystkich czynności wychodziło mi przewijanie. Teraz moim głównym zadaniem jest muzyczna edukacja dzieci. Maciuś uczy się gry na pianinie, ale kopiemy też razem piłkę, syn trenuje w szkolnym klubie sportowym. Dzięki niemu dowiedziałem się, kim są Messi i Casillas. Gramy też w szachy i w gry komputerowe.

Razem z Maćkiem i Zosią wypróbowuję różne przepisy kulinarne, co uwielbiam, bo od dawna pasjonuję się gotowaniem. Dzieci ważą, mieszają, próbują. Pozwalam im się brudzić, paprać w kuchni. Kiedyś czytaliśmy książkę o misiach, w której mama miś występowała w kuchni w fartuszku, a tata siedział w fotelu przed telewizorem. Zapytałem, niepotrzebnie może, który to jest tata, a która mama. Odpowiedziały bez namysłu, że ten w kuchni to tata. Czy to w porządku?

Wiemy, co jemy

Od roku jestem zaangażowany w działalność Fundacji „Wiemy, Co Jemy – Nauka i Edukacja Społeczna dla Zdrowia”, promującej zdrowe odżywianie i najnowocześniejszą wiedzę naukową, odsączoną od wszelkich mitów na ten temat. Wszystko zaczęło się od determinacji żony. Po tym, jak zmarł na raka jej ojciec, zaczęła się zastanawiać, co mogło przyśpieszyć jego chorobę. Jest z zawodu dziennikarką, więc jak już się do czegoś przypnie, to nie odpuści! Potem dowiedziała się, że Centrum Zdrowia Dziecka organizuje badania analizujące wpływ różnych diet (w tym wegańskiej i wegetariańskiej) na rozwój dzieci.

Żona zgłosiła Zosię i Maćka. Oczywiście, staraliśmy się je zdrowo odżywiać, w mięso i jajka zaopatrywaliśmy się na wsi, ale poruszaliśmy się w tym temacie trochę po omacku. Nie sądziliśmy, że najważniejsze jest bilansowanie produktów, a nie ich pochodzenie. Badania w CZD polegały na tym, że prowadziliśmy tzw. dzienniczek spożycia, zapisywaliśmy w nim wszystko, co dzieci jadły (i w jakich ilościach), a miały jeść to, co dotychczas. Oczywiście, wliczając słodycze, lody, choć akurat o to, aby nie sięgały często po słodycze, bardzo dbaliśmy. Mówi się, że cukier „karmi raka”. To, w jaki sposób odżywiamy dzieci, wpływa na ich przyszłą kondycję i zdrowie – przedwczesne dojrzewanie dziewczynek, na to, że mogą nabawić się miażdżycy, cukrzycy. Wiele osób nie ma o tym pojęcia.

Wyniki badań nas zszokowały. Już na podstawie „dzienniczka” powiedziano nam, że dostają za dużo tłuszczu i białka. A szczegółowe badania krwi tylko to potwierdziły – okazało się na przykład, że Zosia ma 230 mg/dl cholesterolu! Dla porównania – norma ustalona dla dzieci przez Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne – to 170 mg/dl.

Specjalistka medycyny żywienia i dietetyk Małgorzata Desmond, która notabene współtworzy teraz fundację, pokazała nam tabelkę z wartościami odżywczymi różnych dań, na podstawie której można było porównać chociażby wartość odżywczą w tej samej ilości kalorii klasycznego kotleta mielonego, kotleta z kurczaka oraz kotleta z cieciorki i warzyw. Oczywiście, ten ostatni wygrał pod względem najmniejszej zawartości tłuszczu czy cholesterolu.

Strasznie frustrujące było dla nas to, że skoro interesujemy się zdrowym jedzeniem, to dlaczego mamy takie braki w wiedzy? No więc skoro my tego nie wiemy, a jesteśmy otwarci na tę wiedzę, to co z pozostałymi ludźmi, co z ich dziećmi? Rozmowa ze specjalistami stała się dla nas odkryciem na miarę Kolumba. Najpierw był pomysł: to może powiedzmy to wszystko rodzicom w naszej szkole. Powieśmy plakaty, zorganizujmy zebranie… Tak powstała fundacja. Dlatego po raz pierwszy w życiu postanowiliśmy pokazać publicznie nasze dzieci. Działamy na Facebooku, przygotowujemy też poważny serwis internetowy i kilka fajnych akcji „w terenie”.

Nawyki zmienia się małymi krokami

Pochodzę z Kaszub, gdzie jest tradycja jedzenia mięsa, za którym ja nie przepadam. Teraz mam pewność, potwierdzoną badaniami naukowymi, że niejedzenie mięsa niczym nie grozi, wręcz może pozytywnie wpłynąć na nasze zdrowie. Ale fundacja nie zajmuje się propagowaniem wegetarianizmu, tylko tzw. talerza zdrowia Uniwersytetu Harvarda, który dopuszcza jedzenie ryb i drobiu. To bardzo ciekawy, przejrzysty rysunek będący odzwierciedleniem tego, co nauka dziś wie na temat prawidłowego odżywiania.

Wobec naszych dzieci nie jesteśmy radykalni. Czasem zjedzą drożdżówkę czy kiełbaskę przy ognisku. Ale coraz rzadziej mają na to ochotę. Nawyki zmieniają się bardzo powoli, za to skutecznie.

Ulepszyliśmy pizzę. Zamiast szynki – warzywa. Zamiast części białej mąki – mąka razowa. Zamiast żółtego sera – mozzarella i to coraz mniej. Kiedyś coca-cola to było coś. Dziś już im nie smakuje – jest za słodka. Wystarczyło przedstawić wybór: coca-cola albo kino. Ostatnio Maciuś na urodzinach kolegi nałożył sobie kawałek tortu, podzióbał, podzióbał i… nie zjadł! Proces zmiany przyzwyczajeń kulinarnych w naszym domu trwa. Powoli wypróbowujemy nowe przepisy. I zawsze pytamy dzieci o ocenę. A one chętnie bawią się w jurorów i przyznają punkty – od 1 do 10. Ostatnio pasta na kanapki z soczewicy i warzyw dostała 7. To bardzo dużo, bo tylko truskawki mają 10.

Chcemy zachęcić ludzi, żeby zmieniali nawyki żywieniowe małymi krokami: jeśli dziecko je chętniej w trakcie oglądania bajki, to teraz wręczmy mu w takiej sytuacji marchewkę. Chodzi o to, żeby odzwyczaić mózg od połączenia: słodkie – tłuste. Teraz Zosia je marchewkę czy surowe liście kapusty w różnych sytuacjach zupełnie świadomie.

Z mojego rodzinnego domu wyniosłem tradycję uprawiania własnych warzyw i owoców. Pamiętam do dziś przyjemność wychodzenia do ogródka, smak świeżego groszku. Nasze dzieci też lubią skubnąć sobie prosto z krzaczka truskawkę czy agrest. Nasz ogródek w porównaniu z tym mojej mamy to śmiech na sali. Dla nas to raczej hobby, bardziej kontakt z naturą niż jakieś ogrodnicze sukcesy. To także wspólne zajęcia, na przykład wyrzucamy resztki organiczne na kompost, a potem nawozimy nim warzywa. I w ten sposób pokazujemy dzieciom, że wszystko w przyrodzie krąży. Razem się wygłupiamy, tańczymy, dzieci zapraszają nas też na domowe spektakle, które najczęściej wymyślają na bieżąco. Bijemy brawo z całych sił.

A co z dyscypliną? Żona mi w tym pomaga, bo ja, niestety, sobie nie radzę. Mawia, że wbrew swojej woli przyjęła rolę herszta. Czasami się buntuje i mówi: „Z tatą to załatwiajcie, mnie nie ma”. I dzieci od razu dostają małpiego rozumu. Jak chcę, żeby poszły spać o 21, to muszę zaczynać je poganiać o 19. Nie mamy zorganizowanego życia, powrotu z pracy o 17, rutyny, codziennie co innego się dzieje. Często kończę pracę o 2 w nocy i potem rano, kiedy trzeba odwieźć dzieci na 8 do szkoły, mam problem ze wstaniem. Maciuś wziął mnie kiedyś na rozmowę: „tato, nie chcę się spóźniać”. Takie bywają pozytywne skutki niepozytywnych zachowań rodziców…

Talenty, praca i poczucie humoru

Uważam, że w wychowaniu najważniejsze jest to, aby nauczyć dzieci samodzielności, przygotować je na ten moment, kiedy pójdą z domu. Więc jeśli tylko chcą coś zrobić same, zgadzam się bez wahania. Celuje w tym Zosia. Pewnego razu wyszła z psem – stanowczo odmówiła, żeby ktoś jej towarzyszył. I kiedy potem powiedziała, gdzie była, to złapaliśmy się za głowy. Teraz za każdym razem drżymy, kiedy postanawia poczuć się jak dorosła. Maciuś chętnie jeździ na zakupy. Jak tylko zabraknie czegoś w kuchni, to on wskakuje na rower. Często kłócą się, kto ma pójść, każde chce iść samo. Zosia miała pięć i pół roku, kiedy pojechała na obóz. Okazało się, że była wsparciem dla wychowawców, bo zaganiała dzieci do ścielenia łóżek i pilnowała, żeby nie zostawiały po sobie bałaganu. Chociaż sama jest bałaganiarą, nagle bez rodziców stała się taka odpowiedzialna!

Zosia bardziej chyba lgnie do mnie, a Maciuś do Agnieszki. Ale dzieci traktujemy sprawiedliwie, są na to bardzo wyczulone. Jeśli jedno chce na ręce, to za chwilę biorę też drugie, chociaż na moment. Wyliczają nas z każdego gestu. Wszystko trzeba dzielić po równo, co do milimetra. Już prawie zaczęli mierzyć linijką! Mamy dobry patent na uniknięcie kłótni – jedno kroi, drugie wybiera.

Z czego jestem jako tata dumny? Dzieci są takie małe, a już znają języki. Przez rok mieszkała u nas studentka z Niemiec, która zaprzyjaźniła się z dziećmi. Ona nie nauczyła się polskiego, za to Maciek mówi prawie płynnie po niemiecku. Zosia dużo rozumie.

Nie kładziemy nacisku na dobre oceny, ostatnio nawet zdenerwowaliśmy się, gdy Maciek dostał szóstkę z pianina. Dlaczego? Bo w ogóle nie ćwiczył. Żona powiedziała do niego: „Taka szóstka promuje lenistwo”. Na co Maciuś: „Tobie nigdy nic nie pasuje”. Denerwuje nas, że nie pracuje, bo jest bardzo zdolny. Mówimy mu, że dostał dużo talentów, których nie powinien zmarnować. Zapytaliśmy: „Gdybyś był szefem firmy, który chce zatrudnić pracownika i ma do wyboru utalentowanego, ale lenia, który nie dotrzymuje słowa, i drugiego, może nie tak utalentowanego, ale na którym można polegać, to którego byś wybrał?”. „No chyba tego drugiego” – przyznał.

Jest konkurs pianistyczny – trzeba zagrać jeden utwór obowiązkowy, jeden dowolny. Maciuś nie ćwiczy, inne dzieci – owszem. I co się okazuje? Że on dostaje nagrodę. Ale występować? Proszę bardzo. Z nim jest jak z Rachmaninowem, który uczył się gry na pianinie u wiejskiego nauczyciela. Jest taka anegdota, że pewnego razu, kiedy w odwiedziny przyjechał wujek z Moskwy, rodzice poprosili, aby syn zagrał Beethovena. Grał, grał, na koniec rodzice pytają wujka: „no i jak?”. „Świetnie, ale to nie jest ani Beethoven, ani Mozart, tylko dowolna twórczość waszego syna. Był tak leniwy, że zamiast się uczyć, wolał komponować na poczekaniu”. Maciuś chętnie bierze udział w konkursach. My go nie zachęcamy, bo i tak podejmuje się zbyt wielu rzeczy naraz. Jednak on uwielbia ten dreszczyk emocji, niestety, bardziej niż przygotowywanie się.

Dlatego uczymy go, że skoro już do czegoś się zobowiązał, to musi doprowadzić sprawę do końca. Ale nie mówimy: „ty gówniarzu, nic nie wiesz”. Nawet parę razy zdarzyło się, że to ja od niego czegoś się nauczyłem. Wyjeżdżamy z dziećmi w dalekie podróże, od małego. Zosia miała roczek, kiedy byliśmy w Tajlandii, dwa lata później zjechaliśmy wszystkie tamtejsze wyspy bez żadnych rezerwacji z plecakami. Przekonaliśmy się, że dziecko nas nie ogranicza, tylko my sami się ograniczamy. Każdemu wyzwaniu będzie umiało sprostać na tyle, na ile my mu na to pozwolimy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>