1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pomyślę o tym jutro

Pomyślę o tym jutro

fot.123rf
fot.123rf
Zwlekanie dzieli się na ogół na dwa etapy. Pierwszy to impuls, by przełożyć jakąś sprawę na później. Drugi etap następuje zaraz po pierwszym. Człowiek tłumaczy sobie, że później znaczy lepiej. Paradoksalnie, częste wymyślanie wymówek i fałszywych usprawiedliwień pochłania więcej energii niż potrzeba do wykonania odkładanego zadania.

Jak długo można zabierać się do pisania artykułu? Najpierw nie mogłam zacząć, bo właśnie wróciłam z wakacji. A przecież nie da się tak od razu zabrać do pracy… Musiałam trochę po urlopie odpocząć. Podczas gdy termin oddania zbliżał się nieubłaganie, ja zajmowałam się rozpakowywaniem rzeczy i doprowadzaniem mieszkania do porządku. Gdy wreszcie udało mi się ogarnąć wszystkie sprawy, okazało się, że nadszedł weekend. Letnie weekendy nie służą siedzeniu w domu – lepiej pojechać na Mazury… W poniedziałek doszłam do wniosku, że wtorek będzie idealny. Wtorek minął niepostrzeżenie, a w środę rano uznałam, że mogłabym napisać artykuł na nowym laptopie. Tylko że on nie ma jeszcze zainstalowanego systemu… Zabrałam się więc do instalacji.

W końcu zirytowana na samą siebie zmusiłam się, żeby zasiąść do pisania. Nawet jednak to nie przeszkodziło mi jeszcze pięć razy sprawdzić poczty, przejrzeć internetowego wydania gazety i spędzić kwadransa na jedzeniu drugiego śniadania. Gdy przeanalizowałam cały ten proces zabierania się do pracy, dotarło do mnie, że usprawiedliwianie mojego zwlekania opanowałam do perfekcji. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zwlekanie jest stałym elementem mojego życia.

Zwlekanie czy strategia?

Ludzie zwlekają z różnych powodów. Może to być niska tolerancja na frustrację i uciekanie przed dyskomfortem, brak pewności siebie, warunkowe poczucie własnej wartości lub perfekcjonizm.
Nie zawsze odkładanie spraw na później ma charakter zwlekania. Powolne działanie ma sens wtedy, gdy wkraczamy na nieznany obszar. Gdy np. postanawiamy kupić samochód, warto na spokojnie przyjrzeć się ofertom na rynku, porównać je z własnymi potrzebami i możliwościami finansowymi, niż tak po prostu udać się do najbliższego salonu i kupić pierwsze lepsze auto. W takim przypadku to raczej strategiczne opóźnienie. Prawdziwe zwlekanie to sztuka czynienia spraw większymi, niż naprawdę są, do momentu, gdy staną się czymś więcej, niż powinny.

Czyhające zagrożenia

Każdy zwlekający odczuwa skutki swojego działania. Niekiedy wydaje mu się, że konsekwencje dotyczą tylko jego osoby. Takie skutki dużo łatwiej usprawiedliwić przed samym sobą. Właśnie dlatego kwestie dotyczące rozwoju osobistego leżą z reguły odłogiem. Przecież nikt (poza mną) nie cierpi z tego powodu, że obiecałam sobie schudnąć, ale jeszcze nie zaczęłam diety ani ćwiczeń, ani z powodu tego, że od 10 lat nie zaczęłam się uczyć angielskiego („może w przyszłym roku – w tym już nie mam kiedy”). Najdotkliwszy może się okazać moment uświadomienia sobie, że całe życie przeżyłam jako osoba z 20-kilową nadwagą, a marzenia o pracy w Australii zostały zaprzepaszczone tylko z powodu nieustannego przekładania nauki angielskiego na później.

Zdemaskowane przyczyny

Ludzie zwlekają z różnych powodów. Może to być między innymi niska tolerancja na frustrację i uciekanie przed dyskomfortem, brak pewności siebie, warunkowe poczucie własnej wartości lub perfekcjonizm.

Jedna z moich przyjaciółek od kilku lat nie może uporać się z napisaniem pracy magisterskiej. Niektórzy znajomi mają już na swoim koncie doktorat, a ona w wieku 31 lat ma nadal średnie wykształcenie. Mimo że poświęciła pięć lat życia na studiowanie filozofii.

Ona, niestety, nie daje sobie rady z przyjęciem uwag od niezadowolonej promotorki. Dlatego za każdym razem, gdy ma pójść na spotkanie i przedstawić nową wersję pracy, czuje się nieswojo już na samą myśl o tej sytuacji. Z częstotliwością raz na tydzień (akurat w środy, gdy wypada dyżur promotorki) Ania musi zostać dłużej w pracy, zrobić babci zakupy lub jechać z psem do weterynarza. Takie czynności zastępcze przynoszą nagrodę w postaci natychmiastowej ulgi. Z miesiąca na miesiąc Ania coraz więcej uwagi poświęca niepokojowi. Krytyczne uwagi promotorki stają się barierą nie do przejścia, a Ania rozwija swoją strategię unikania.

Inna przyjaciółka, Kasia, od kilku lat nosi się z zamiarem założenia knajpy, która odpowiadałaby potrzebom rodziców z małymi dziećmi. Ma świetny pomysł, lokal, a wizję zdążyła już dopracować w najdrobniejszych szczegółach. Wiadomo, jakie powinno być menu, jakie meble. Kasia znalazła już nawet osobę, która zgodziłaby się zamienić zwykłe okna w urokliwe witraże. Perefekcyjny plan gotowy. Gdy spotykamy się w gronie kilku najbliższych koleżanek z klasy, pytamy tylko: „No i kiedy?”. Nigdy nie przyszłoby nam do głowy, że Kaśka po prostu boi się porażki. Najlepsza uczennica, jedynaczka, nade wszystko boi się zawieść siebie i innych. W jej głowie istnieje prosta zależność między poczuciem własnej wartości i spełnianiem określonych standardów. Te wysokie oczekiwania, wyczulenie na błędy i pomyłki sprawiają, że ludzie tacy jak Kaśka żyją z „wszczepionym” wykrywaczem usterek. Skupiają się na tym, co poszło nie tak w przeszłości, co obecnie szwankuje i co złego może stać się w przyszłości. Taka nadmierna wrażliwość owocuje tendencją do zwlekania.

 
Niektórzy perfekcjoniści, załamani opóźnieniami spowodowanymi przez zwlekanie, starają się nadrobić stracony czas. Okresowo wywierają na siebie ogromną presję. Nie odczuwają jednak przy tym satysfakcji z realizowanych zadań. Inni rzucają się w wir pracy, ale skupiają się na sprawach, które wcale nie są najważniejsze (ryzyko, że coś nie wyjdzie, jest wtedy mniejsze).

Perfekcjonizm u Kaśki powoduje, że czeka ona na moment, w którym ryzyko związane z samodzielnym otwieraniem biznesu zniknie, a sukces jej przedsięwzięcia będzie gwarantowany. Obawiam się jednak, że takich cudów nie ma.

Większość z zadań, które przed nami stoją, to owoc naszych wcześniejszych decyzji. Będzie ci łatwiej, gdy zastąpisz słowa „powinienem”, „nie mogę” na „wybieram” i „decyduję, że nie”.

Podobnie dzieje się w przypadku osób, które mają niskie poczucie własnej wartości. One także unikają wyzwań i możliwości, jeśli nie mają pewności, że odniosą sukces. Takie osoby potrafią oceniać czekające je wyzwania jako przeszkody niemożliwe do pokonania. Odkładają więc w nieskończoność zadania, które wydają im się niewykonalne.

Spóźnienie to też zwlekanie

Nawyk zwlekania dotyka niemal wszystkich. Najpopularniejszym przykładem jest spóźnianie się na spotkania. Niektórzy ludzie spóźniają się, ponieważ działają zgodnie z zasadą, którą można by nazwać „w ostatniej chwili”. Przed wyjściem z domu zachowują się tak, jakby najważniejsze nie było wcale wyjście, ale załatwienie masy drobiazgów. Inni są w stanie wyjść z domu o zaplanowanej godzinie, ale zupełnie nie biorą pod uwagę tego, ile czasu zajmie im założenie butów, dojście do samochodu albo rozgrzanie samochodu zimą. Jeszcze inni rezerwują zbyt mało czasu na przygotowania. Kiedy nadchodzi moment, w którym powinni już wyjść, podrywają się znad filiżanki herbaty, zaczynają gorączkowo szukać dokumentów, kluczy i dopiero wtedy decydują, w co się ubrać. Część osób spóźnia się celowo, bo tak nie znosi czekać.

Na szczęście każdy człowiek posiada zdolność zmiany własnego zachowania. I choć przezwyciężenie nawyku zwlekania wiąże się z dużym wysiłkiem, owocuje większym poczuciem wpływu na własne życie. Oto kilka rad, jak zmienić ten nawyk:

1. Nie łudź się: zadanie, które przed tobą stoi, nie wykona się samo.

2. Zastanów się, jakie korzyści daje ci odłożenie spraw na później. Dlaczego to robisz? W jakich sytuacjach najczęściej? Porozmawiaj o tym z przyjacielem. Wspólnie opracujcie plan działania. Umów się, że będziesz dzwonił, jeśli w jakiejś ważnej dla ciebie sprawie złapiesz się na chęci przełożenia jej na później.

3. Nie ulegaj mitowi „po prostu zrób to”.Gdyby rozwiązanie problemu było proste, nikt by się nim nie przejmował.

4. Zrób listę rzeczy zaległych. Zaznacz te, które są dla ciebie naprawdę ważne. Przy każdej z nich zapisz korzyści, jakie będziesz miał z ich zrobienia. Pamiętaj, że zwlekanie polega na ogół na zastępowaniu rzeczy ważnych i niezbyt pilnych rzeczami pilnymi, ale nieważnymi.

5. Najpierw to, co najważniejsze.Gdy masz poczucie, że zwlekasz, zadaj sobie pytanie: „czy jest coś pilniejszego i ważniejszego od tego, co robię teraz?”. Przyjęcie zasady wykonywania rzeczy najważniejszych w pierwszej kolejności jest dobrym punktem wyjścia do rozpoczęcia prawdziwej walki ze zwlekaniem.

6. Pamiętaj, że język, którego używamy, ma wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości. Będzie ci łatwiej, gdy zastąpisz słowa „powinienem” i „nie mogę” na „wybieram” i „decyduję, że nie…”. Większość zadań, które przed nami stoją, to owoc wcześniejszych decyzji. Zdecydowałeś się na kurs angielskiego, prowadzenie szkolenia, pisanie doktoratu czy posiadanie psa. I gdybyś naprawdę chciał, możesz się z tego wycofać. Ale może w ostatecznym rozrachunku korzyści przeważają?

7. Zastosuj „metodę pięciu minut”: zacznij od poświęcenia pięciu minut na rozpoczęcie czekającego cię zadania, którego chciałbyś uniknąć. Wyznacz pierwszy etap zadania i wykonaj go. Po tym czasie zadaj sobie pytanie, czy jesteś w stanie zdecydować się na kolejne pięć. Powtarzaj tę procedurę aż do chwili, gdy postanowisz przerwać pracę lub zakończyć zadanie. Jeśli zechcesz zakończyć wykonywaną czynność przed ukończeniem zadania, poświęć pięć minut na ustalenie, co zrobić, by następnym razem było ci łatwo do niej wrócić.

8. Jeśli zdarza ci się odkładać drobne sprawy (odpisanie na e-mail, wysłanie SMS-a czy włożenie naczyń do zmywarki po śniadaniu), postaraj się wykonywać je najszybciej, jak to możliwe.

Istnieje szansa, że uda ci się przezwyciężyć ten nawyk. Jeśli nie odłożysz tego „na później”…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Psychologia

Wyluzuj – rady dla perfekcjonisty

Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd – mówi psycholog Paweł Fortuna.

Łatwo rozpoznaje pan perfekcjonistę?
Od razu. Spotykam ich najczęściej w korporacjach, w trakcie wspólnych warsztatów i konferencji. Są zawsze akuratni. Ci z nich, którzy są perfekcjonistami skierowanymi na innych, a więc wymagają poprawności od współpracowników, elektryzują atmosferę, a w konsekwencji ochładzają klimat.

Jakiś przykład?
W jednej z firm spotkałem menedżera perfekcjonistę. W takich instytucjach wszystko jest jak w pudełeczku – na czas, na miejscu i na pewno. Ten menedżer robił cykliczne egzaminy swoim handlowcom z wiedzy o produkcie, podczas których kazał im używać szablonowej argumentacji. Sprzedawcy karnie wykonywali swoje zadanie, po czym szli do klientów i podpisywali umowy na spore dostawy, w ogóle nie stosując formułek, z których byli egzaminowani. Żyli w dwóch innych światach.

Od wielu lat pracuje pan jako wykładowca akademicki i trener biznesu. Ale przyznam szczerze – Pawła Fortunę kojarzyłam jako autora tekstów i kompozytora, między innymi albumu „Dziewczyna Szamana”. Dlaczego zajął się pan perfekcjonizmem?
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Stawiałem sobie bardzo wysokie wymagania. Na przykład w liceum miałem zespół Revolutio Cordis, w którym wokalistką była Justyna Steczkowska, ale nie można usłyszeć żadnych nagrań tej formacji, ponieważ wciąż uważałem, że jeszcze jest sto detali, które należy w nich dopracować. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd. Potrafię określić próg wystarczalności i w pewnym momencie kończę każdy projekt – również muzyczny. Dzisiaj zamieszczam w Internecie utwory, które wiele lat temu pewnie bym się wstydził komukolwiek pokazać.

Jak udało się panu pozbyć tego perfekcjonistycznego rysu?
Przede wszystkim trzeba tego chcieć. Bardzo pomogło mi wspólne mieszkanie z osobami, które podchodziły z dystansem do życia. Zobaczyłem, że w stwierdzeniu „świat się nie zawali, jeśli tego nie zrobisz” jest wiele prawdy. Można być punktualnym i pilnować priorytetów, jednocześnie nie zamęczając się każdym detalem. Podróżowałem po Europie autostopem, a potem wyjeżdżałem na wyprawy zupełnie bez planu – znałem tylko pierwszy punkt programu. Potem każdego dnia wybierałem spontanicznie kierunek podróży. W ten sposób poznałem spokój płynący z doświadczenia, że zawsze dam sobie radę. Zrozumiałem też, że najciekawsze rzeczy na świecie spotkamy w jego „bocznych uliczkach”. I w końcu wiele zawdzięczam moim nauczycielom. Jeden z profesorów, widząc, jak męczę się nad znalezieniem najlepszego z możliwych początku artykułu, podszepnął: „Zacznij od drugiego zdania”. Uff… Jak dobrze jest się wyzwolić z tyranii doskonałości. Dbałość o detale pozostaje, ale napięcie ustępuje miejsca radości życia.

To doświadczenie pomaga panu w pracy z biznesem?
Na pewno. Dla perfekcjonistów mam wiele zrozumienia, ale też współczucia. Dzięki nim świat jest piękniejszy, „dokładniejszy”, bardziej wypolerowany. Płacą jednak za tę doskonałość własnym życiem i ogromnym stresem. Można się pokusić o metaforyczne stwierdzenie, że nasz mózg wcale nie chce, żebyśmy byli perfekcyjni.

Dlaczego w takim razie hodujemy w sobie takiego wewnętrznego krytyka? Przecież nikt nie rodzi się perfekcjonistą.
To prawda, ale na nasze dyspozycje znacząco wpływa sposób wychowania. Dlatego w trudnej sytuacji jest dziecko, które rodzice często krytykują, a mało chwalą, jednocześnie wysoko zawieszając poprzeczkę. Chce sprostać ich oczekiwaniom i w mig wychwytuje wszystkie sygnały dezaprobaty. To może być spojrzenie, syk, wyraz twarzy, nawet głębszy oddech. Rodzic może jeszcze dodać: „Co ja z tobą mam! Ile razy ci powtarzałem!”. Dziecko wie, że musi działać bardzo poprawnie. Tylko że rodzic nie pompuje równocześnie wiary w siebie przez pokazywanie mocnych stron i sił psychicznych. Nie mówi na przykład: „Zobacz, nie dawałeś rady, a teraz świetnie sobie poradziłeś. Jestem z ciebie dumny!”. W dziecku uruchamia się więc motywacja defensywna: nie chodzi o to, żeby osiągnąć nagrodę, ale żeby uniknąć kary. I to się utrwala, dzień po dniu. Dlatego perfekcjonizm jest tak oporny na zmiany w dorosłym życiu.

Przypomina mi to scenę z filmu „Whiplash”, w której nauczyciel mówi: „Nie ma nic gorszego, jak powiedzenie komuś: »dobra robota«”.
Wiele osób uważa, że tak zwany zimny chów daje najlepsze efekty. Fakt, takie dziecko przyniesie dużo dumy rodzicom: będzie genialnym perkusistą, zagra w najlepszej orkiestrze, zostanie pierwszym skrzypkiem. Często płaci za to własnym życiem, tylko na to już nikt nie zwraca uwagi. Wielu rodziców, którzy „hodują” perfekcjonistę, ma takie założenie, że dziecko będzie miało dobre życie, jeśli będzie ulepszoną wersją ich samych. Skoro ja znam jeden język, to żeby ono znało pięć; jeśli się nie dostałem na medycynę, to niech ono się dostanie z pierwszej lokaty. To będzie wtedy świadczyło dobrze o nas jako rodzinie. Co ciekawe, rodzice perfekcjonistów zawsze wiedzą, co jest najlepsze dla ich dziecka. Dlatego w dorosłym życiu perfekcjoniści zachowują się trochę jak ludzie, którzy zatracili instynkt, stali się zewnątrzsterowni. Trudno im podejmować decyzje, ogromną wagę przywiązują do autorytetów, uwielbiają przewodniki czy gwiazdki na Filmwebie. Perfekcjonista często musiał odczytywać z otoczenia, jakim być, żeby nie zostać odrzuconym. Rzadko zadaje sobie pytanie: A jakie ja mam w ogóle potrzeby?

Uderzyła mnie ostatnio analiza wyników prawie 80 badań przeprowadzonych na świecie, które pokazują, że milenialsi mają dużo większe skłonności do perfekcjonizmu niż poprzednie pokolenia. Wielu przypięło im łatkę wyluzowanego „pokolenia sojowego latte”, a to są alarmujące dane.
Badania pokazują, że studenci w Polsce też cierpią na wysoki poziom stresu. Do tego często mają zaniżone poczucie własnej wartości i stawiają sobie nierealistyczne cele. I to jest bardzo niepokojące, bo zbyt wysokie standardy są tak samo złe jak zbyt niskie. Najważniejsze jest optimum – dla każdej osoby inne. W psychologii rozwojowej mówi się o sferze najbliższego rozwoju. Dziecko, które raczkuje, powinno ćwiczyć stawanie z podparciem, potem bez niego, a potem dopiero pierwsze kroki. Jeśli od razu będziemy zachęcali je do chodzenia, wtedy każdy upadek może je zniechęcić do dalszych starań. Taki model jest destrukcyjny także z innego powodu – nie uczy, jak radzić sobie z porażką.

Ilustracja Magdalena Chołaścińska 'Autogrzywa'. Ilustracja Magdalena Chołaścińska "Autogrzywa".

Pokolenie dzisiejszych nastoletnich perfekcjonistów za kilka lat wejdzie na rynek pracy. Jak poradzą sobie w dorosłym życiu? Wyobraźmy sobie, jak wygląda rozmowa kwalifikacyjna, na którą przychodzi perfekcjonista.
Zachowuje się jak student na egzaminie, który musi mieć świadectwo z czerwonym paskiem. Jest bardzo dobrze ubrany, spięty, wcześniej przećwiczył odpowiedzi na potencjalne pytania, uważnie słucha i generalnie wypada dobrze – sprawia wrażenie, że będzie rzetelnym pracownikiem.

I rzeczywiście może nim być?
Oczywiście. Perfekcjonistów porównałbym do robotów, którym trzeba wgrać program i wtedy pracują lepiej niż jakakolwiek inna osoba, która w połowie by się rozkojarzyła i powiedziała, że to nuda. Każdy szef szybko zauważy, że taka osoba może być bardzo użyteczna dla firmy, bo jest konsekwentna, wytrwała, co prawda potrzebuje więcej czasu niż inni, bo wszystko musi dokładnie sprawdzić, ale jest niewiarygodnie rzetelna. Jest wiele działów, w których cenione są stabilność, przewidywalność i rutyna – tam perfekcjonista wcale nie musi się męczyć.

Ale – jak pokazują szczególnie ostatnie miesiące – żyjemy w mało stabilnym i przewidywalnym świecie.
A perfekcjoniści są mało elastyczni. Gdy tylko pojawia się widmo zmiany, typu fuzja firm, rotacja stanowisk albo szef zaprosi go do jakiegoś nowatorskiego działania – zupełnie się gubią. Szefa, który myśli szybko i wizjonersko, może to doprowadzić do szaleństwa. Będzie przekazywał informacje w stylu: „Proszę zrobić tak, żeby było dobrze”. Wyśle e-mail o treści: „Popraw to jeszcze”. A perfekcjonista spyta: „Ale co mam poprawić?”. On oczekuje bardzo precyzyjnej instrukcji. Podobno dyrygent Jerzy Maksymiuk usłyszał kiedyś od skrzypaczki: „Ja nie potrzebuję informacji, że gramy »Jezioro łabędzie«, ja potrzebuję wiedzieć, jaki ma być nacisk smyczka na strunę”.

Zaczynają się bezsenne noce?
Metaforycznie rzecz ujmując, to jest walka z pościelą. Wrzucony w niepewną sytuację perfekcjonista zamiast spać, w głowie będzie odtwarzał ten sam film: sytuacje z pracy, rozmowy z przełożonymi, jakieś uwagi. Przyjmie różne strategie: zacznie odkładać rzeczy na później albo będzie się ciągle doszkalać – zrobi kolejnego MBA, zapisze się na dziesiątki weekendowych warsztatów. Nie ma odpoczynku, nie ma relaksu. Za to często są bóle brzucha, zaburzenia nastroju, niekiedy konieczna jest terapia.

Znam związek, w którym rozgrywa się właśnie taki scenariusz. Tylko tu on – perfekcjonista o analitycznym i ścisłym umyśle – awansował i jest odpowiedzialny za kreowanie strategii. Po niezliczonych kursach doszkalających ma już bóle brzucha. Jak ona może mu pomóc?
Związki z perfekcjonistami są bardzo trudne. To jest tak, jakby sąsiad ciągle wiercił wiertarką. Zawsze coś: kolejne studia, kolejne szkolenie, a nadal jest na początku drogi. Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. Perfekcjoniści często słuchają wszystkich, tylko nie najbliższych: bo coś ważniejszego powiedział profesor w jednej z przeczytanych książek. I jak ktoś zauważa, że jego wsparcie do perfekcjonisty nie dociera, to ma trzy wyjścia: może machnąć ręką i zacząć prowadzić równoległe życie, pójść z nim na terapię albo odejść.

Załóżmy, że pójdą na terapię.
Jest duża szansa, że to pozwoli mu odzyskać kontakt z samym sobą. Może zacznie zadawać sobie proste pytania: Co lubię? Co mi sprawia przyjemność? On potrzebuje „uwalnianki od życia”. Musi zobaczyć, że są ludzie, przy których nie trzeba się gimnastykować i niczego udowadniać. Druga sprawa: potrzebna jest zmiana optyki. Nie może ciągle patrzeć na tę poprzeczkę, tylko spojrzeć za siebie i zobaczyć, jaką drogę już przeszedł i ile już wie. Może też nauczyć siebie innych ludzi. Tak jak robi osoba, która jest wegetarianinem. W firmie wszyscy się o tym dowiedzą: ty potrzebujesz konkretnych komunikatów i więcej czasu. Tak samo jak dla wegetarianina jest osobna potrawa.

A prywatnie? Wakacje bez planu?
Tak, spontaniczność jest bardzo ważna! Szef jednej firmy, w której było dużo rutynowo działających perfekcjonistów, spytał, czy mógłbym przeprowadzić dla nich warsztat, który pomógłby im obudzić w sobie dzieci.

I co pan zrobił?
Powiedziałem, że zaczynamy od tego, żeby każdy przyszedł w takich ciuchach, jakie nosił, kiedy był nastolatkiem. Przyszło sporo hipisów. Zaproponowałem im różne typowo harcerskie zadania. Chodziło o to, żeby przestali pytać o cel, korzyści, a bawili się tym, co robią. Bo zarówno proces, jak i cel są ważne. Perfekcjoniści skupiają się tylko na efekcie. A przecież jak gotujemy, dobrze by było, żeby było smacznie i żeby się nam fajnie gotowało. Efekt był taki, że ze spotkania na spotkanie stawali się coraz bardziej „wyluzowani”, pozwalali sobie na eksperymentowanie i improwizację. Zaczęli się spontanicznie uśmiechać. Ot tak, bez klarownego dla całego świata powodu! To jakby widzieć czyjeś narodziny.

Paweł Fortuna, psycholog, trener biznesu, autor nagradzanych książek z zakresu psychologii, także kompozytor.

  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Nadgorliwe i zbyt dokładne - jak pomóc dziecku, które za bardzo się stara?

Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Skrupulatność, rzetelność, dokładność – to styl pracy z gruntu pozytywny. Ale czy zawsze? W edukacji szkolnej dziecko obarczone nadmiernym perfekcjonizmem, nazbyt dokładne, a nawet nazbyt rzetelne, nie ma lekkiego życia i wymaga solidnego wsparcia domu i szkoły.

Przed dzieckiem, które zaczyna edukację, stawia się wiele rozmaitych zadań. Jednym z nich jest praca w określonym tempie. Gotowość szkolna dziecka to nie tylko dojrzałość inteligencji, poziom abstrakcyjnego myślenia, zasób słownictwa, ale właśnie wykonywanie zadań w określonym czasie. Z tym nasze dzieci mają ogromy problem.

Jeśli twoje dziecko ma problem nadmiernie perfekcyjnego wykonywania poleceń w szkole, postaraj się mu pomóc. W jaki sposób?

1. Przede wszystkim nie prowokuj

•    Nie nagradzaj za perfekcjonizm. Nie zachwycaj się, że pięknie wykonał kolorowankę, nad którą siedział cztery godziny. •    Nie opowiadaj, że najbardziej cenisz prace staranne. Takie uwagi są wskazane tylko dla niektórych dzieci – bałaganiarzy, rozproszonych i chaotycznych; małemu perfekcjoniście wyrządzą tylko krzywdę. •    Zapytaj swoich znajomych i rodzinę, czy ty jesteś perfekcjonistką. Jeśli tak, nie wymagaj od dziecka tego, czego wymagasz od siebie.

2. Zdiagnozuj problem

Najważniejsze to poznać przyczynę – odkryć, co składnia twoje dziecko do poświęcania się, żeby dopracować szczegóły. Etiologia tego zjawiska może być różna i często pozornie zupełnie niezwiązana z tym, co określmy dziecięcym perfekcjonizmem.

Obserwuj życie towarzyskie swojego dziecka. Czy ono jest lubiane? Czy ma kolegów? Tylko pozornie perfekcjonizm i popularność nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości dzieci nadmiernie skrupulatne często są samotne, czują się odtrącone i perfekcjonizmem rozładowują wynikającą z tego frustrację. Perfekcjonizm pozwala również dzieciom odrzuconym unikać kontaktu z rówieśnikami.

Dzieci popularne towarzysko nie popadają w przesadny perfekcjonizm, bo szkoda im na to czasu.

3. Pomóż, ale mądrze

To będzie bardzo trudne, ale nie pomagaj mu w wykonywaniu prac domowych. Trzymaj się z daleka od jego zeszytów. Uważaj, byś nie wpadła w pułapkę rodziców małego perfekcjonisty: „Jak mam mu nie pomagać, skoro on sam z niczym nie może zdążyć?”. Właśnie niech ma niezrobione, niech nauczycielka zobaczy, że tempo pracy klasy przekracza możliwości twojego dziecka. Jeśli ty będziesz kończyła za dziecko, nauczycielka będzie myślała, że twoje dziecko nie ma problemów z tempem pracy. Jeśli masz wątpliwości co do słuszności tej strategii, zadaj nauczycielce pytania: „Skoro on nie daje rady, to czy ja mam to za niego robić?”.

W domu koniecznie wyznacz dziecku obowiązki. Podlewanie kwiatów, ścieranie kurzy, odkurzanie, nakrywanie do stołu – to zajęcia wspaniale rozładowujące napięcie, wykształcające sprawność motoryczną. Pamiętaj też, że w przypadku dzieci starszych perfekcjonizm może być ucieczką od obowiązków: „Jak mam ci pomóc, skoro jeszcze nie dokończyłem pracy domowej?”.

Egzekwuj obowiązki domowe właśnie u dziecka, które ma problem z pracą w tempie, nie zwalniaj z prac domowych tylko dlatego, że ono pracuje wolno.
Mały perfekcjonista potrzebuje też ćwiczeń ukierunkowanych na usprawnienie motoryki drobnej. Ciastolina, plastelina, masa solna, szycie, wszelkie nawlekania przedmiotów drobnych na drucik czy igłę, układanie puzzli, majsterkowanie, a nade wszystko prace kuchenne. Jedno samodzielne obranie marchewki zastępuje kilka godzin rysowania szlaczków.

Zadbaj o jego dłonie. Dzieci mają coraz mniej okazji do wypracowania koordynacji ruchów. Nie skupiaj się na tym, żeby dokończyło. Wręcz przeciwnie – postaw na sport. Wszelkie gry z piłką znakomicie rozwijają dzieci ruchowo.

W domu wciąż wymyślaj zabawy na czas. Kto szybciej założy buty, kto szybciej zbiegnie na dół, kto szybciej zmieni powłoczkę na jaśku. Nie mów dziecku, czemu to służy, ale pamiętaj, że w ten sposób dyskretnie wysyłasz dziecku informację, że czas jest równie ważny jak styl wykonania zadania.

4. Poszukaj pomocy

Nie ukrywaj przed szkołą tego problemu, nie maskuj go. Obowiązkowo poinformuj nauczycielkę, że twoje dziecko nie może nadążyć z wykonywaniem poleceń, bo skupia się na idealnym wykonaniu graficznym. Pokaż zeszyty z niekończonymi pracami. Zapytaj, jak ona chce rozwiązać ten problem. Czasem wystarczy tylko pół linijki szlaczka (zamiast całej) i perfekcjonista wykona zadanie równo z innymi dziećmi.

Poproś nauczycielkę, żeby nie szafowała poleceniem „dokończyć w domu”; brzmi ono niewinnie, a twojemu dziecku zabiera trzy godziny dzieciństwa. Ustal, żeby nagradzała twoje dziecko za zadania o innym charakterze niż te, w których istotą jest perfekcyjne wykonanie.

Dowiedz się od pani, w czym twoje dziecko jest dobre. Jeśli tylko w dokładności, masz odpowiedź, dlaczego na tym się skupia – perfekcjonizm chroni je przed wykonywaniem zadań, w których nie czuje się pewnie. Być może słabo liczy, ma problemy z czytaniem, nie rozumie poleceń…

5. W ostateczności… poproś o radę psychologa

Jeśli twoje dziecko nie chce podejmować żadnych innych zadań poza ponadprzeciętnym wykonywaniem prostych, ale żmudnych zadań, skonsultuj się z psychologiem. Nie popadaj od razu w przerażenie, że to cechy autyzmu wczesnodziecięcego. Tak nie musi być. Pamiętaj, że strach przed kolegami, matematyką, czy nawet czytaniem na głos, może przyjąć formę ucieczki w perfekcjonizm.

  1. Psychologia

Odkładanie rzeczy na później - jak pokonać ten nawyk?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Czy zdarza ci się zmieniać termin na późniejszy? Czy może przekładasz pewne sprawy na jutro i pojutrze? A może myślisz tak też o wymarzonych wakacjach czy zamieszkaniu w nowym miejscu, jak będzie to cudowne, kiedy najpierw zgromadzisz pieniądze, zmienisz pracę, wyślesz dzieci do pierwszej klasy? Ile razy potem to nigdy nie nadchodzi?

„Odkładacze” - do tej kategorii zaliczamy się w takich sytuacjach. Ja sama czasem jestem „odkładaczem”. Wiele osób odkłada na później aplikowanie na wymarzone stanowisko czy realizowanie jakiegoś swojego planu. Ciągle czują się nie gotowi, nie dość dobrzy, za mało przygotowani. Jedna osoba przez sześć lat pracuje byle gdzie, bo nie może się zdecydować na zmianę. Inna składa projekt unijny i w ostatnim momencie rezygnuje. Ktoś chce wysłać maila, ale cały czas link na jego stronie nie jest gotowy i stronę trzeba jeszcze poprawiać. Kolejna osoba myśli, że jak zrobi kolejny kurs, to już będzie mogła zacząć. Ale potem orientuje się, że może jeszcze jeden kurs by się przydał albo jeszcze coś.

Miałam tak z nauczeniem się nowego języka. Mówiłam sobie, że może później będę mieć więcej czasu albo że najpierw trzeba zająć się czymś innym. Mijało parę miesięcy, a ja nadal stałam w miejscu. W końcu powiedziałam sobie: „dziś zaczynam” i zaczęłam. Wiadomo, że na początku jest trudno, bo trzeba się przyzwyczaić do nowej aktywności, która wydaje się trochę nienaturalna i wcale nie taka przyjemna. Po pewnym czasie widać jednak efekty. Każdy, kto włoży ileś czasu w naukę języka, zrobi postępy. Tak jest ze wszystkim - trzeba zacząć i systematycznie kontynuować. Pewnego dnia pojawi się poczucie biegłości. Zależnie od typu nowej czynności, po dniach, miesiącach, latach praktyki, ale pojawi się. Spójrz w tył, ile czasu już straciłeś i nie trać go więcej.

Cokolwiek nowego robimy, jest to zmiana w naszym trybie życia i na początku pojawia się często poczucie, że jest się nie na miejscu, nie tam, gdzie przyzwyczailiśmy się być. Nawet wzięcie ślubu może być trudnym z początku przejściem, jeżeli wiąże się z całkowitą zmianą trybu życia. Nie mówiąc już o urodzeniu dziecka, kiedy już nic nie jest takie jak dawniej, bo mały człowiek organizuje wszystko wokół siebie. To jest też powód, dlaczego ludzie zwlekają nie tylko z obowiązkami, które ze swej natury bywają trochę uciążliwe, ale też z realizacją marzeń. Wydawałoby się, że to świetna rzecz wybudować domek na wsi albo pojechać sobie w daleką podróż do Indii i wspaniale się o tym myśli. Jednak okazuje się, że wydaje to nam się za dużą zmianą, żeby tak zaraz to zrobić. To jest charakterystyka postępowania „marzycieli” lub „odkładaczy marzycieli”, którzy marzą o czymś, co będzie później, żeby umilić sobie chwilę teraźniejszą, która nie jest aż taka przyjemna. Jak wielu „marzycieli” spełnia swoje marzenia?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, w którą jak się wpadnie, to ciężko wyjść, bo już tyle rzeczy odłożyliśmy, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć nasze działanie. Jeżeli jednak podejmiesz tę decyzję, że „od dziś”, to wtedy zastanów się, co jest dla ciebie teraz najważniejsze, od czego chcesz tak właściwie zacząć. I zacznij. Nawet jeżeli na początku będzie to szło „jak po grudzie”, to po paru tygodniach zobaczysz efekty swojego nowego działania. A jak spojrzysz wstecz, od razu poczujesz się lepiej po dokonaniu zmiany. Plan wykrystalizuje się w trakcie. Przy odkładaniu polecam najpierw zacząć, a potem tworzyć plan, bo inaczej będziemy tak długo planować, że nie zaczniemy. I do dzieła!