1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Autonomia, czyli płynę własnym kursem. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Autonomia, czyli płynę własnym kursem. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Jak temu sprostać? (fot. iStock)
Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Jak temu sprostać? (fot. iStock)
Choć świat, w którym żyjemy, ceni indywidualność i niezależność, nie jest w nim łatwo zachować autonomię. Zrzekamy się jej, choćby uzależniając się od tego, jak oceniają nas inni. Jak stać się człowiekiem autonomicznym i dlaczego to jeden z warunków życiowego sukcesu – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Rozmawialiśmy o pokorze, pierwszym etapie podróży, jaką jest program rozwoju Quest. Autonomia ma z niej wynikać, być jej córką.
Właśnie. Ale zanim o tym powiemy, winni jesteśmy czytelnikom przeprosiny. Mówiąc o pokorze, wskazałem na Giordana Bruna, zaznaczając, że jeszcze przed Kopernikiem mówił o tym, że Ziemia nie jest centrum wszechświata. Ktoś mi kiedyś powiedział, że taka była kolejność, a ja tego nie sprawdziłem. Tymczasem Kopernik był pierwszy. Gdyby moja pokora zadziałała lepiej, nie zaufałbym tak bezkrytycznie temu, co mówią inni. Wyciągnijmy z tego naukę, że warto sprawdzać fakty. W tym także przejawia się pokora wobec rzeczywistości, która jest matką kolejnej cnoty Questu: autonomii.

Ale Giordano Bruno jest dobrym przykładem człowieka obdarzonego i pokorą, i autonomią?
Zdecydowanie tak. Z pokorą wyrzekł się dogmatu na rzecz tego, co widział i wiedział. A potem za wierność sobie nie zawahał się zapłacić własnym życiem. Tak więc zarówno pokorę, jak i autonomię miał głęboko uwewnętrznioną.

W potocznym rozumieniu pokora grozi utratą autonomii. W modelu Questu jest odwrotnie. Autonomia wyrasta z pokory. Również z pokory wobec uznanego, autentycznego autorytetu – gdy odkrywamy, że był kimś, kto czasowo reprezentował na zewnątrz to, co zawsze nosiliśmy w sobie. Pokora jest nieustępliwością w zadawaniu sobie pytań, także kwestionowaniem tego, co wiemy o świecie i o sobie, z czym się identyfikujemy. Jest więc cnotą bardziej wewnętrzną. Nie przejawia się w relacjach z innymi. Natomiast autonomia to zdolność do utrzymania naszych wątpliwości i pokornie zweryfikowanych przekonań wbrew wszystkiemu i wszystkim. To wewnętrzna siła, wiara w siebie i spokój, które pozwalają wbrew groźbom, naciskom i oskarżeniom pozostać sobą.

Ale co to znaczy być sobą? Nie ustępować?
Być sobą to nie znaczy być zawsze takim samym i mieć raz na zawsze ustalony pogląd na wszystko. Autonomia nie ma nic wspólnego z zamknięciem się w skorupie dogmatyzmu. Bycie sobą jest procesem dynamicznym. Stawaniem się. Nadążaniem za nieustannie zmieniającą się rzeczywistością. Skoro autonomia jest córką pokory, to być sobą znaczy podążać w swoim kierunku, nawet jeśli wszyscy inni płyną w przeciwną stronę. Jak w żeglarstwie: wyznaczamy sobie cel, a potem płyniemy do niego niezależnie od nieprzychylnych wiatrów. Drogi prowadzące do celów wartych osiągnięcia nigdy nie są proste.

Możemy także spotkać rozbijaczy statków, czyli ludzi, którzy rozpalają ogniska udające latarnie, by skierować nas na skały.
To prawda. Jednak największym zagrożeniem dla naszej autonomii jesteśmy my sami. Jeśli staramy się zadowolić wszystkich, to nigdzie nie dopłyniemy. Nie sposób utrzymać kursu, jeśli przejmujemy się tymi, którzy odbierają nam wiarę.

To nie znaczy, że nie należy słuchać innych. W czasie podróży zawijamy do różnych portów i tak wzbogacamy naszą wiedzę i doświadczenie. Czasami pokornie dochodzimy do wniosku, że gwiazda, na którą obraliśmy kurs, nie była naszą prawdziwą gwiazdą. Czasami zbaczamy z kursu bardzo daleko. Ale jeśli – mimo wszystko, prędzej czy później – odnajdujemy naszą gwiazdę, nasz kierunek, to znak, że autonomia jest z nami.

Bywa jednak, że z uporem płyniemy dalej w niewłaściwą stronę.
Zagrożeniem autonomii jest uzależnienie. Lecz niełatwo to rozpoznać, bo chodzi nie tylko o uzależnienie od substancji chemicznych, ale także od ideologii, sposobu widzenia świata, od swojego wizerunku, sytuacji życiowej itp. Zauważyć i przyznać, że cel, który sobie wyznaczyliśmy, jest wyrazem uzależnienia, nie stanowi dla nas prawdziwego wyzwania, nie jest łatwo.

Wielu ludzi rezygnuje z wędrowania za własną gwiazdą, jeśli nie może tego robić w markowych butach.
Dobrze ugruntowana autonomia często domaga się wyjścia poza strefę komfortu, nie pozwala spocząć na laurach ani przywiązać się do przeszłości. Poświęcenie autonomii dla poczucia bezpieczeństwa i wygody skutkuje stagnacją i – w rezultacie – frustracją i rozpaczą. Bo nie realizujemy swoich prawdziwych potrzeb, lecz pozorne pragnienia generowane przez nasze przywiązania i uzależnienia. Nie ma wiatru. Dryfujemy. Jeśli pokora nam nie podpowie, że to nieprawdziwy kierunek, to jesteśmy zgubieni.

Mój znajomy w wieku 40 lat, zaraz po śmierci ojca, rzucił wysokie stanowisko, rozwiódł się i zapisał na kurs dla psychoterapeutów.
Być może uzależnienie od opinii ojca nie pozwalało mu robić tego, czego naprawdę chciał. Budowanie autonomii to najważniejszy element dorastania. A uniezależnienie się od ograniczającego wymiaru tego, co dziedziczymy po rodzicach, jest tego świadectwem. Oczywiście nie następuje ono automatycznie w chwili osiągnięcia pełnoletności. Na ogół dzieje się to później. Choć znam 70-letnich ludzi, którzy nadal tkwią w emocjonalnej zależności od dawno już nieżyjących rodziców. Autonomia to zdanie sobie sprawy z tego, że my sami decydujemy, jaki jest cel naszego życia i tylko my ponosimy za swoje wybory odpowiedzialność. Czytajmy, słuchajmy, uczmy się, szukajmy, ale pamiętajmy, że wszystko, co przychodzi z zewnątrz, jest tylko podpowiedzią lub drogowskazem. W ostatecznym rozrachunku to my decydujemy, w którą stronę płyniemy.

Quest mówi, że może nam w tym przeszkadzać zbroja. Pojawia się w dzieciństwie, gdy ktoś złamał nam emocjonalny kręgosłup – warunek samostanowienia.
Nie wszyscy, którzy przeżyli trudne dzieciństwo, mają problemy z emocjonalnym kręgosłupem – z autonomią. Warto docenić, ile dzięki temu trudnemu dzieciństwu się nauczyliśmy, jakie właściwości – na ogół unikalne – w sobie rozwinęliśmy. O tym, że w dorosłym życiu nie realizujemy swojego potencjału, decyduje na ogół fałszywe przekonanie, że nasze dzieciństwo było tylko złe, że czegoś zostaliśmy w nim pozbawieni, a niczego nie otrzymaliśmy w zamian. W istocie to od nas zależy, czy uczynimy z siebie ofiarę losu, czy wojownika i poszukiwacza skarbów.

Pedagodzy piszą, że autonomia zależy m.in. od poziomu lęku. A więc nie tylko dla mnie lęk jest największą przeszkodą w ruszeniu własną drogą.
Lęk jest ludzkim uczuciem, mało kto go nie doświadcza. Ale autonomia to też możliwość zarządzania uczuciami. Lęk nie jest dobrym doradcą, z rezerwą słuchajmy jego podpowiedzi, bo może nas pozbawić wolnej woli. Dlatego mimo lęku warto rezygnować z drogi, która wynika z uzależnienia – czasami może to być uzależnienie od lęku lub innej „ulubionej” emocji.

Jak poznać, czym się kierujemy?
Można to tylko poczuć w sercu i brzuchu. A wtedy, nawet gdy wszyscy naokoło pukają się w czoło, wiemy, co mamy robić. Np. zdecydować się na pracę w małej firmie za mniejsze pieniądze, bo jej misja jest bliższa kursowi, jaki wyznacza nasza gwiazda. Decyzje podejmowane przez ludzi autonomicznych bywają radykalne, zmieniają całkowicie sposób i cel ich życia.

Jak zacząć budować swoją autonomię?
Uporczywie zadawać sobie pytania: co jest dla mnie ważne, czego potrzebuję w tym momencie? Czy to, co wybieram, daje mi energię, wiarę, radość? A może tylko służy zaspokojeniu oczekiwań innych? Kiedy znajdziemy odpowiedź, potrzebne nam będą kolejne cnoty Questu: wizja – czyli sprecyzowanie tego, czego pragniemy. I odwaga, by tę wizję urzeczywistnić. To pozwoli nam działać z determinacją. A jeśli coś czynimy z prawdziwym, płynącym z głębi serca przekonaniem, to z pewnością czynimy dobro – choć innym może wydawać się, że jest odwrotnie. Pokora i autonomia są początkiem drogi prowadzącej do współczucia i miłości.

Quest
 to program rozwoju wewnętrznego, który zakłada, że realizacja każdego celu czy marzenia wymaga wykształcenia w sobie ośmiu duchowych cnót (m.in. pokory, autonomii, świadomości). Mówi także, że na przeszkodzie staje nam osiem zagrożeń – cieni tych cnót.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie wszystkim podoba się to, jak żyjesz? I dobrze! Na czym polega zdrowa niezależność?

Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Odrzucenie boli, bo zmusza do uznania trudnej prawdy, że nie wszystkim będziemy się podobać. I dobrze! Najważniejsze, byśmy podobali się sobie. Coach Joanna Godecka radzi, by postawić na indywidualizm, nie tracąc dobrych relacji.

Wszyscy chcemy kochać i być kochani. Gdzieś przynależeć, mieć miejsca, które możemy nazwać „swoimi”. Słyszeć słowa uznania, czuć, że są ludzie, którzy o nas ciepło myślą, którzy chcą z nami spędzać czas. Brak akceptacji i odrzucenie społeczne to najdotkliwsze ciosy w poczucie własnej wartości. Okazuje się nawet, że towarzyszące im cierpienie emocjonalne wykazuje silne podobieństwo do bólu fizycznego. Ale nie da się uciec od oceny innych, także negatywnej, której konsekwencją może być odrzucenie.

Czasem uruchamiamy procesy obronne, które mają prowadzić do tego, by wszyscy nas lubili – dajemy przesadnie uwagę, troskę, zainteresowanie, ale też rzeczy materialne. Jakbyśmy bali się, że kiedy przyjdziemy do kogoś z pustymi rękami czy nie zrobimy tego, czego od nas oczekuje, nie zasłużymy na jego akceptację. Problem polega na tym, że nawet jeśli dajemy siebie, pozwalając się wykorzystywać i nadużywać, to i tak nie mamy gwarancji akceptacji. Gdzie zatem powinna przebiegać granica zdrowego kompromisu pomiędzy zaspokojeniem oczekiwań otoczenia a naszym prawem do bycia sobą? Jak zadbać o to, by zdrowo funkcjonować wśród ludzi, nie tracąc poczucia, że życie należy do nas?

Ja też chcę przynależeć

Osobom, które niechętnie wracają wspomnieniami do okresu szkolnego, zwykle przydarzyło się poznać smak odrzucenia lub chociażby bycia ignorowanym. Powodów mogło być wiele – okulary, nadwaga, rude włosy, najlepsze oceny. I to zwykle tym ludziom najtrudniej jest ustalić zdrową funkcjonalną granicę. Skłaniają się w stronę postawy konformistycznej, polegającej na dostosowaniu się do innych, lub odwrotnie, izolują się i zwiększają dystans.

Jedną z osób, z którymi zdarzyło mi się pracować nad zmianą podejścia do relacji z zespołem, jest Beata – 37-letnia kierowniczka oddziału w pewnej firmie. Oto, jak opisała swoją sytuację: „Ciągle doświadczam uczucia bycia poza grupą. Na ogół staram się nie wyróżniać, tłumaczę sobie, że dostosowanie nie jest problemem. Mimo że jestem szefową, unikam wyrażania swojego zdania, aby nikogo nie prowokować. Ale i tak nie doświadczam przez to integracji z kolegami i podwładnymi. Zastanawiam się często, co o mnie myślą. Łapię się na tym, że każda uwaga dotyka mnie i boli. To wszystko chyba dlatego, że w szkole nie byłam atrakcyjna towarzysko i nie miałam nikogo poza jedną koleżanką, zresztą równie mało przebojową jak ja. Kiedy zdarza mi się odnieść jakiś sukces, czuję się bardziej wyobcowana i mam wrażenie, że nikt się z niego nie cieszy. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje kompetencje kierownicze są dyskutowane, nie wiem, czy nadal będę kierować zespołem. To byłaby wielka porażka, gdyby przesunięto mnie na inne stanowisko”.

Spirala w górę, spirala w dół

Tym, co najmocniej sprzyja zachowaniu równowagi w relacjach, jest rozwijanie w sobie poczucia własnej wartości. Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. Bierzemy pod uwagę opinie otoczenia, o ile są dla nas konstruktywne, reagujemy na krytykę, rozważając jej zasadność, angażujemy się we wspólne działania, gdy je akceptujemy. Potrafimy też nie uginać się pod presją, jeśli czujemy, że nasze „ja” jest zagrożone. Każde wydarzenie, które dowodzi umiejętności zachowania równowagi, sprawia, że spirala idzie w górę. Z kolei obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Im większej sprawności nabywamy w zaprzeczaniu sobie, tym szybciej uzależniamy się od otoczenia. I spirala idzie w dół. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

Człowiek, istota społeczna

Jak pisze psychiatra Christophe André w książce „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi”: „Nie istnieje dobre poczucie własnej wartości bez innych. Ale niemożliwe jest również dobre poczucie własnej wartości zbudowane przeciwko innym czy na plecach innych”. Nie możemy żyć obok ludzi, walczyć z całym światem czy być skłóconymi z najbliższymi osobami – i na dłuższą metę czuć się dobrze. Zdrowa niezależność polega nie na odseparowaniu się, ale bardziej na znalezieniu swojego miejsca wśród innych. Zawodowo i prywatnie.

André porównuje życie do przyjęcia, na którym można zaobserwować różne typy gości. Ci o niskim poczuciu własnej wartości trzymają się na uboczu, czekając, aż inni do nich podejdą i zrobią im miejsce. Osoby o wysokim poczuciu własnej wartości zagarniają przestrzeń dla siebie. Natomiast osoby o dobrym poczuciu własnej wartości podchodzą do wszystkich grup na przyjęciu, zabierają głos, lecz i słuchają. Zapominają o sobie, zanurzając się w atmosferze, spotkaniu, kontaktach. Ale to zapomnienie nie jest nieobecnością – przeciwnie, cudownym poczuciem bycia integralną częścią świata.

Jak budować zdrową niezależność? 7 porad

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:

Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)? Co o tym sądzę? Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu? Czego najbardziej się boję? To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

  1. Psychologia

Przyznaj sobie prawo do "nie wiem"

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Konkretna, zdecydowana, pewna swego… Nie zawsze musisz taka być. A może coraz częściej nie potrafisz. Za każdym razem, gdy bezradnie rozkładasz ręce, dajesz sobie prawo do bycia człowiekiem. Bo mylić się, błądzić, szukać – to rzecz ludzka. Tak jak i wreszcie się odnaleźć.

Od czasów podstawówki przez wiele lat śniłam ten sam koszmar – jestem wywołana do tablicy, pada pytanie, a w głowie pustka i jedno zdanie: „Nie wiem”. Czuję, że jeśli wypowiem te słowa na głos, świat przestanie istnieć. Być może właśnie owe sny miały decydujący wpływ na wybór przyszłego zawodu. Chciałam wiedzieć wszystko o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, motywach zachowań i wpływie emocji na nasze życie. Fantazjowałam, że będą przychodzić do mnie pogubieni w meandrach życia, bezradni, a ja dam im gotową receptę na szczęście…

W jednym się nie myliłam. Gdyby podsumować problemy większości pacjentów, którzy do mnie trafiają, wspólny mianownik brzmiałby właśnie: „Nie wiem”. Nie wiem, czego chcę, nie wiem, co mam teraz zrobić, nie mam pojęcia, co dalej – czyli jeden wielki znak zapytania i oczekiwanie, że ja będę wiedziała albo przynajmniej powiem, jak się dowiedzieć.

John Wayne i Calineczka

Kiedy staje w drzwiach wyprostowana, ubrana na sportowo i po męsku ściska mi dłoń, czuję, że mam do czynienia z silną kobietą. – Michalina – mówi donośnym głosem. „Nawet imię ma męskie” – myślę. – W czym mogę pomóc? – pytam. – Brakuje mi pewności siebie – odpowiada. Jestem zaskoczona.

Michalina jest reżyserką. – Jaki twórczy zawód – mówię. – Wszystkim tak się wydaje – oburza się. – W praktyce to niezła harówka: użeranie się z producentem, aktorami i chmarą innych ludzi, którymi musisz rządzić twardą ręką, bo jak nie, to cię zjedzą. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, wahania czy jakąkolwiek słabość.

Michalina musi być alfą i omegą nie tylko w pracy. W życiu pełni rolę pogotowia ratunkowego, ludzie dzielą z nią troski i kłopoty, proszą o radę, wsparcie, pomoc. – A ja już powoli nie daję rady – mówi.

Próbujemy pracować nad zasadami asertywności, ale Michalina w ogóle tego nie przyjmuje. Tłumaczę, że relacja to wymiana: dajemy, ale mamy prawo też brać czy dostawać, a ona na to, że świetnie radzi sobie sama i że chodzi jej o to, jak być jeszcze bardziej pewną siebie, jeszcze bardziej wydajną w pracy, jeszcze bardziej odporną na stres. Rozkładam bezradnie ręce i mówię: „Nie wiem, jak pani pomóc”. I nagle widzę, jak Michalina z silnego Johna Wayne’a przemienia się w bezradną, słabą Calineczkę, którą każdy chętnie się zaopiekuje. Przez chwilę trwamy w ciszy, jakby moje „nie wiem” przykryło jej sztuczną siłę, nadmierną pewność siebie, przymus bycia wszechwiedzącą – przykryło i roztopiło.

– Uff – po raz pierwszy nabiera powietrza głęboko, do brzucha. – To „nie wiem” nie jest wcale takie złe. Jakby mi z pleców spadł ciężki kamień. Doznanie „nie wiem” pozwoliło jej, być może po raz pierwszy, stanąć w pozycji „spocznij”, skontaktować się ze swoją słabością i przekonać się, że świat z tego powodu nie przestaje istnieć.

Działać, działać, działać

Kiedy Kasia odkryła zdradę męża, wpadła w wir działania. Na każdej sesji relacjonowała mi, co powiedział prawnik, na ile agent wycenił ich dom, jak zabezpieczyła ich wspólne oszczędności. Czułam, że w ten sposób broni się przed cierpieniem, że jest w szoku i jedyne, co mogę na razie zrobić, to cierpliwie jej wysłuchać. Na zakończenie każdej sesji pytałam ją o samopoczucie: czy ma apetyt, czy dobrze śpi. Odpowiadała, że budzi się o trzeciej nad ranem, je niewiele, ma bóle w mostku. – Ale to przecież naturalne, jestem w stresie – ucinała każdą moją próbę rozmowy o uczuciach.

Ciało krzyczało coraz głośniej, ale ona nie chciała słyszeć. Zaniepokoiła się dopiero, kiedy pojawił się uciążliwy odruch wymiotny. – Nie wiem, co się dzieje, przydarza mi się to coraz częściej, ostatnio w czasie spotkania z klientem – żaliła się, ale nadal była w wirze. Wreszcie pewnego dnia usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała: – Nie wiem, co dalej. Nie wiem, co czuję w związku ze zdradą, nie wiem, czy kocham męża, nie wiem, czy chcę ratować związek, czy się rozwieść.

To totalne „nie wiem” na wszystkich frontach, choć bardzo trudne dla pacjentki, było cudownym zatrzymaniem jej kompulsywnego szaleństwa działania, załatwiania, racjonalizowania. Dało upust emocjom, uwolniło ciało od napięcia, wrzuciło w kobiecą słabość, stworzyło przestrzeń do namysłu i nareszcie pozwoliło przyjąć wsparcie i pomoc.

Pilna uczennica

– Wreszcie dojrzałam do długoterminowej terapii indywidualnej – powiedziała Anka i wyjęła pokaźny notes. – Relacje z mamusią i tatusiem załatwiłam w terapii grupowej, z odrzuceniem przez partnera pogodziłam się na zajęciach z choreoterapii, konflikty z córką rozpuszczam w medytacji…

Nie byłam w stanie słuchać dalej tej wyliczanki. Ania wydawała się zdyscyplinowanym żołnierzem, który systematycznie odhacza kolejne zadania. W szkole była najlepszą uczennicą, na studiach robiła dwa fakultety równocześnie, a kiedy urodziła córkę, przez trzy lata zajmowała się tylko dzieckiem. – Kiedy córka wyjechała na studia, pomyślałam, że teraz pora zająć się samorozwojem; warsztaty dla kobiet, taniec, praca z ciałem i wreszcie przyszła pora na terapię.

Ania sprawiała wrażenie bardzo pilnej pacjentki. Upominała się o zadania domowe, prosiła o listę lektur do przeczytania, jej zeszyt z notatkami powoli się zapełniał, ale czułam, że to wszystko trafia jedynie do jej głowy, ciało spało. Terapia stała w miejscu, nie bardzo wiedziałam, co dalej. Pewnego dnia Ania zezłościła się: – Ja to wszystko rozumiem, wiem, jak powinno być, ale moje życie wcale się nie zmienia. Nie wiem, kim jestem, czego tak naprawdę chcę od życia. Nie mam żadnego poważnego problemu, który mogłabym rozwiązać w terapii, nie czuję się szczęśliwa. – A co czujesz? – zapytałam. – Nie wiem. Czy to bardzo źle? – odpowiedziała. – Nie, to cudownie!

Otwórz się na pustkę

Przyznanie sobie prawa do „nie wiem”, do tego, że nie zawsze musisz wiedzieć, czego chcesz, jak ma wyglądać twoje życie za 10 lat, czy chcesz mieć dziecko teraz, a może w ogóle – to bardzo ważny moment zatrzymania się w biegu przez życie. Czas do zastanowienia, błogosławiony odpoczynek dla głowy, zerwanie z mitem o wszechmocnej potędze wiedzy, siły i pewności siebie. Zrobienie miejsca na czucie, posłuchanie doznań płynących z ciała, otwarcie się na nowe i zaufanie do tego, co się pojawi. Zdaję sobie sprawę z tego, że takie bezradne rozłożenie rąk to wejście w pustkę, której wszyscy się boimy. Ale to z tej pustki rodzą się niezliczone możliwości. Kiedy odważnie mówisz: „Nie wiem”, świat zaczyna ci podsuwać najbardziej smakowite kąski.

Medytuj „nie wiem”

Kiedy masz do podjęcia trudną decyzję, usiądź przed białą, pustą kartką i wpatruj się w nią uważnie. Spokojnie oddychaj. Poczuj, co dzieje się w twoim ciele. Zwróć szczególną uwagę na doznania w klatce piersiowej, splocie słonecznym, brzuchu. Jeśli w którymś z tych miejsc poczujesz dyskomfort, po prostu spokojnie oddychaj. Wytrzymaj do momentu, kiedy poczujesz, że pusta kartka nie wywołuje już niewygodnych doznań w ciele. Poczuj, że jesteś jak ta kartka, na której może pojawić się wszystko. Moment tuż przed tym, zanim artysta postawi na niej pierwszą kreskę, jest jak początek narodzin świata.

  1. Psychologia

Wyrzuć bagaż nieautentycznych potrzeb. Wojciech Eichelberger o tym, jak być bliżej prawdziwego siebie

Pandemia nauczyła nas pokory i dała szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy nasze wybory faktycznie były nasze. (Fot. iStock)
Pandemia nauczyła nas pokory i dała szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy nasze wybory faktycznie były nasze. (Fot. iStock)
W ostatnim czasie dostaliśmy od życia lekcję pokory, ale też szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy wybory, których do tej pory dokonywaliśmy, były naprawdę nasze. Jak wykorzystać to doświadczenie, by być teraz bliżej prawdziwego siebie – pytamy psychologa Wojciecha Eichelbergera.

Sądzisz, że czas odosobnienia i pandemii pomoże nam zatrzymać się i zadać sobie pytanie: Czy ja żyję swoim życiem? A jeśli odpowiemy: nie, to będziemy umieli wprowadzić potrzebne zmiany?
Odbieram wiele sygnałów, że to właśnie się teraz z ludźmi dzieje. Oczywiście te sygnały przychodzą do mnie ze środowiska tzw. poszukujących. Ale już pierwszy tydzień odosobnienia skłonił wiele osób do zadania sobie nowych, ważnych pytań. Byliśmy tak rozpędzeni i zahipnotyzowani „dobrobytem”, który się już roztaczał przed naszymi oczyma i wybiegał hen, w świetlaną przyszłość, że nagłe STOP w postaci kwarantanny i myśl o recesji, która nas czeka, dały wszystkim silny asumpt do tego, by zacząć się reflektować. W czym myśmy właściwie brali udział? O co tam chodziło? Dlaczego wcześniej nie widziałem swojej rodziny i najbliższych? Dlaczego nie miałem czasu, by z nimi po prostu pobyć, a jedyną naszą rozrywką były wspólne zakupy? Czy tworzyłem jakieś dobro na tej Ziemi? W jaki sposób firma, w której pracuję, przyczyniła się do tego kryzysu? Dlaczego w tej zbiorowej konsumpcyjnej hipnozie zapomnieliśmy, że narasta pełzająca pandemia chorób cywilizacyjnych, że już nawet dzieci cierpią na depresję, że wysychają rzeki i wymierają całe gatunki zwierząt? Teraz więc mamy wreszcie czas na to, by ten wymiar naszego istnienia do nas dotarł. I jeśli tak się stanie, to jest szansa na to, że także nasza zbiorowa świadomość zacznie się zmieniać. Miejmy nadzieję, ufajmy, że świat po koronawirusie będzie lepszy. To zależy od każdego, kto skorzysta z tego unikalnego czasu na refleksję. Zmiana na dobre zaczyna się zawsze w ludzkich sercach i umysłach.

Sama zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory często zajmowaliśmy się rzeczami z kategorii luksusu, zbytku. Nie skupialiśmy się już na kwestiach podstawowych, tylko na dodatkowych, choćby na sprawianiu sobie przyjemności. Na przykład pracowaliśmy coraz dłużej, by zarabiać więcej pieniędzy, które przeznaczaliśmy na zakup nowych modeli sprzętów, które były całkiem dobre. Emocjonowaliśmy się sprawami, które wirus zupełnie unieważnił: skandalami, plotkami, meczami piłkarskimi...
A teraz nie będzie Euro 2020 i świat się nie zawali. Może nawet skorzysta, bo będzie mniej ruchu lotniczego. Powtórzę to raz jeszcze: dostaliśmy ogromną szansę na to, by przewartościować wiele spraw. I wierzę, że tak się stanie, pod warunkiem że to nas nie zaprowadzi do wielkiego kryzysu ekonomicznego, który wzbudzi archaiczne, egoistyczne postawy typu „muszę walczyć o swoje przetrwanie i nic więcej mnie nie obchodzi”.

Takie ryzyko oczywiście jest, ale póki kryzys jeszcze się nie rozszalał - i może się nie rozszaleje - warto się zastanowić, co zrobimy, kiedy sytuacja wróci do względnej normalności. Wielu z nas doświadcza sporych zmian w swoim życiu, tych planowanych i tych nie. 
Pewnie niewielu z nas świadomie wybrałoby izolację w domu, by oddać się planowaniu radykalnych zmian w naszych życiach. Ale chcąc nie chcąc, i tak będziemy musieli to zrobić. Bo bardzo wielu już nie ma pewności, jak będzie wyglądała ich praca w przyszłości i czy ta praca w ogóle będzie. Pod znakiem zapytania staje też perspektywa taniego latania, jeżdżenia po świecie i wydawania coraz więcej na przyjemności i zabawę. Pojawia się więc pytanie, w co w tym odzyskanym czasie będziemy chcieli włożyć ręce i serce.

Jesteś zwolennikiem hasła "twoje życie powinno być swoje"? Jednak żyjemy wśród innych i nie jesteśmy omnipotentni. Może to tylko złudzenie, że nasze życie jest tylko nasze.  
To nie takie proste. Żebyśmy mogli zacząć żyć własnym życiem, to trzeba by się najpierw dowiedzieć, jakie są nasze prawdziwe potrzeby i co jest naprawdę zgodne z naszym sumieniem. Większości z nas wydaje się tylko, że wie, jak by żyła, gdyby mogła żyć własnym życiem. Wyobraża sobie dni pełne wolnego czasu, lenistwa i przyjemności. Sądząc, że jedynie brak pieniędzy nam to uniemożliwia. To złudzenie. Takie życie nie daje bowiem poczucia sensu, spełnienia i przynależności. Doświadczenie tych, którzy od zarania ludzkości poszukiwali życia zgodnego z ich potrzebami i sumieniem, pokazuje, że nie jest to z pewnością żywot egoistycznego sybaryty, lecz życie z misją, pomocne innym i skromne – czyli zostawiające po sobie najmniejszy możliwy ślad węglowy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli. Innymi słowy, życie zgodne z naturą i szanujące wszelkie inne formy życia. Jakiś czas temu wydałem książkę „Życie w micie”, zbiór moich rozmów z Beatą Pawłowicz ze „Zwierciadła”. Przesłanie tej książki stało się dzisiaj bardzo aktualne. Jest tam też rozmowa o złudzeniu autonomii, w której dochodzimy do wniosku, że jedyny autonomiczny sposób bytu na tej planecie został już dawno wynaleziony. Jest nim samowystarczalne gospodarstwo rolne starego typu, gdzie wszystko się do czegoś przydaje i wszystko się nawzajem sobą karmi. Kto wie, czy okoliczności nie skłonią nas w przyszłości do powrotu do tych wzorców.

Słyszałam, że już powoli wracają...
To dobry znak. Bo aby móc żyć własnym życiem, trzeba też być maksymalnie samowystarczalnym i niezależnym, a dzięki temu niepodatnym na wszelakie manipulacje, naciski i kaprysy rynku oraz polityków. Czas więc pozbyć się bagażu nieautentycznych potrzeb, a te, które nam zostaną, umieć zaspokajać samodzielnie lub we współpracy z lokalną społecznością.

A jednak wiele osób żyje ciągle pod naciskiem sił, które wydają się dla nich nie do pokonania. Są pod wpływem rodziców, partnerów, konwenansów, presji społecznej... Często dopiero w obliczu zbliżającej się śmierci zdają sobie sprawę, że przeżyli nie swoje życie.
Można powiedzieć, że przeżywamy teraz zbiorowe memento mori, gdyż nagle okazało się, że to nasze złudzenie panowania nad życiem, śmiercią, przyrodą i kosmosem – rozpadło się w pył. To kolejny wymiar pandemicznej lekcji pokory. Do wielu ludzi dotarło, że ich życie – mimo cywilizacyjnych zdobyczy i zabezpieczeń – nadal jest i zawsze będzie kruchą igraszką przyrody i że może się w każdej chwili skończyć. Można mieć nadzieję, że ta świadomość każe nam się zastanowić nad tym, w jaki sposób i w imię czego warto spędzić resztę swoich dni.

Chyba Konfucjusz powiedział, że człowiek ma dwa życia i to drugie zaczyna się wtedy, kiedy uświadomi sobie, że ma tylko jedno. 
Mądre. W psychologicznej pracy nad poszukiwaniem prawdziwej hierarchii wartości i prawdziwych potrzeb pyta się ludzi: „Gdybyś znał termin swojej śmierci, jak by wyglądał ostatni dzień twojego życia; albo ostatni miesiąc czy ostatni rok?”. Warto sobie zadawać takie pytanie, bo pozwala sporo się dowiedzieć o tym, co jest dla nas najważniejsze i bez czego możemy się spokojnie obejść.

Jak sądzisz, co myślą ci, którzy planują teraz, co będą robić w pierwszy dzień po pandemii? "Wyjdę z domu i się wreszcie zabawię"? Czy: "Wyjdę z domu i zmienię swoje życie"?
Ktoś dawno temu zauważył, że ludzie reagują na kryzys na zasadzie „jak trwoga, to do Boga”. Zawsze coś. Ale niestety, kiedy trwoga przechodzi, to często drapiemy się w głowę i dziwimy się sami sobie: „Co też za głupoty człowiekowi chodzą po głowie w stresie”. Po czym otrzepujemy się i wracamy do starych nawyków i starego sposobu życia. Jeśli tak większość ludzi na świecie zareaguje, to potrzebna będzie jeszcze większa i dużo groźniejsza pandemia, abyśmy się w końcu opamiętali.

Jest coś, co możemy zrobić, żeby tak się nie stało? Jak nie stracić ważnych wniosków, do których teraz dojdziemy?
Jeśli będziemy mieć jednoznaczne poczucie, że wnioski i doświadczenia z pandemii pozwoliły nam rozeznać się w tym, co jest naprawdę w zgodzie z nami, że dzięki temu jesteśmy bliżej prawdziwych siebie – to jest nadzieja, że się już nie cofniemy, bo serca nas będą boleć, a sumienie spać nie da. Ale sądzę, że również kryzys przyrody będzie pomagać nam w tym, abyśmy nie zapomnieli tej lekcji. Bo wygląda na to, że czas beztroskiego imprezowania na koszt naszej cierpliwej planety definitywnie się skończył.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, założyciel Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie, autor wielu książek z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego, najnowsza to "Wariat na wolności. Autobiografia" (wyd. Znak).