1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak odreagować stres po pracy? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Jak odreagować stres po pracy? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. (Fot. iStock)
Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. (Fot. iStock)
W korporacji jak na wojnie. Mamy we krwi za dużo adrenaliny, żeby po pracy spokojnie wrócić do domu. Jak odreagować stres, by zachować zdrowie, nie krzyczeć na dzieci i spać spokojnie? Fitness, aikido, kieliszek wina czy dużo czekolady? Które metody są najlepsze – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kolega menedżer po pracy chodzi na zajęcia ze sztuki walki i tam zmaga się z innymi zestresowanymi mężczyznami. Twierdzi, że to mu pomaga odreagować. Dla mnie taki wysiłek byłby przyczyną dodatkowej irytacji.
Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. I nie są to umizgi ani dobre rady pana od WF-u, instruktora aikido czy pływania, który chce nam wcisnąć karnet na halę sportową lub pływalnię. Fizyczne odreagowanie stresowej mobilizacji to warunek pozostania przy zdrowych zmysłach. Nasze ciała nie ewoluują od tysięcy lat i reakcja fizjologiczna na karteczkę, która spada na biurko: „zrób na wczoraj to, co miałeś zrobić na pojutrze”, jest mniej więcej taka sama jak reakcja myśliwego z ery kamienia łupanego, który spotkał na ścieżce tygrysa. Na skutek zagrożenia w naszym ciele i umyśle błyskawicznie uruchamia się potężny biochemiczny proces mobilizacji do walki lub ucieczki. Wydziela się wiele substancji chemicznych, m.in. adrenalina. Wyłączone zostaje trawienie i inne funkcje regeneracyjne. Mózg rezygnuje z części swojego zapotrzebowania na krew, by skierować ją wraz z cukrem i tlenem do mięśni. Myśliwy był dzięki temu gotów do ucieczki albo – jeśli był silny, odważny i dobrze uzbrojony – do walki.

Ale my po lekturze stresującej karteczki nie możemy ruszyć do walki z szefem ani uciec z krzykiem.
No właśnie. Ciało reaguje tak samo jak u pradawnego myśliwego, ale nasze zachowanie jest inne. Myśliwy, uciekając przed tygrysem lub zwyciężając go, odreagowywał i metabolizował energię stresowej mobilizacji, po czym doświadczał cudownego uczucia ulgi i odprężenia, m.in. za sprawą wydzielenia się endorfin. Organizm współczesnego człowieka musi sobie inaczej poradzić z substancjami, które wydzielił – powoli je metabolizować i wydalić. Ale niezużyta adrenalina wypłukuje się z organizmu prawie dobę. Zanim więc zdążymy sobie poradzić z dawką z poprzedniego dnia, serwujemy sobie następną, jadąc do pracy w korkach po kiepsko przespanej nocy. Dlatego tak ważne jest odreagowanie. Bo nawet jeśli kilka minut po pierwszej karteczce dostaniemy następną: „pomyliłem się, to ma być jednak na pojutrze” – jest już za późno. Fizjologiczna reakcja na stres została odpalona.

Korporacyjny myśliwy ma jednak swoją strategię – ukrytej walki. Czyli uśmiecha się do szefa-tygrysa, ale za tym uśmiechem kryje się postanowienie: „Zniszczę cię, działając za plecami, i nie będzie już twoich karteczek”.
Wroga i mściwa intencja nie pomoże nam odreagować ani stresu, ani frustracji, ani bólu. Dołożymy ich sobie. Ukryty wrogi zamysł będzie nas nieustannie mobilizował i spowoduje, że wokół zobaczymy coraz więcej wrogów. Uwierzymy w iluzję nieustannej walki, która będzie wyzwalać w naszym organizmie ciągłą mobilizację. Do pracy jedzie się wtedy jak na wojnę. Ciało jest naładowane hormonami i gotowe do walki. Jest niewyspane i napięte. Nawet jeśli pozornie jesteśmy mili i życzliwi, niszczące działanie „wojennej fizjologii” trwa i często kończy się depresją oraz zaburzeniami zdrowotnymi. Regularne odreagowywanie napięć poprzez ruch jest najlepszym sposobem zapobiegania takim kłopotom.

Czasem zaprzeczamy złości, bo nie wiemy, jak ją odreagować, by nas nie poniosło.
Tym, którzy pracują we „frontowych” warunkach, zalecam każdego wieczoru poświęcić 20–40 minut na ulubioną formę ruchu. Ważne, by podnosił tętno do podwójnej średniej wartości spoczynkowej – czyli około 120 uderzeń na minutę. (Nie wolno przekraczać tej granicy, zanim nie zdobędzie się dobrej kondycji i jeśli ma się kłopoty z układem krążenia). Wystarczy szybki spacer, trucht, taniec, pływanie. Ważne, aby tętno utrzymać na tym poziomie przez minimum 20 minut. Wtedy energia powstała w korporacyjnych bojach zostanie odreagowana i wyrzucimy adrenalinę i inne hormony stresowe z krwi. Wydzielą się też endorfiny nazywane hormonami szczęścia. To wszystko sprawi, że wrócimy do domu odtruci, odprężeni, z głową uwolnioną od gonitwy myśli, otwarci na kontakt z tymi, którzy tam na nas czekają – i gotowi na regenerujący sen.

 
Ale my nie mamy czasu na sport – bardzo często to słyszę. W jednym z warszawskich wydawnictw klub fitness znajduje się w środku budynku. Mimo to niewiele osób z niego korzysta. Tymczasem stałe utrzymywanie organizmu w stanie mobilizacji zaburza fizjologię. Żeby powściągnąć naturalną reakcję organizmu na stres, czyli działanie, musimy odpowiedzialne za nie mięśnie powstrzymać siłą, czyli mocno napiąć te, które są wobec nich przeciwstawne. W efekcie ciało nam się usztywnia i tężeje. Z czasem przyzwyczajamy się do tego i dopiero, gdy coś nas zaboli, a masażysta czy lekarz, dotykając naszych spiętych mięśni, zapyta: „Zderzył się pan z autobusem?”, zdajemy sobie sprawę, co się stało z naszym ciałem.

A nie wystarczy po pracy położyć się i poczytać przy spokojnej muzyce?
Niestety nie. Nasz organizm jest tak skonstruowany, że albo jesteśmy w stanie mobilizacji, albo regeneracji, te stany są sterowane przez odrębne podukłady autonomicznego układu nerwowego. I jeśli połknęliśmy w pracy kilka żab, to gdy wracamy do domu i chcemy się odprężyć, nie jesteśmy w stanie. Organizm nie może przejść w tryb regeneracji bez odreagowania, bo energia stresowej mobilizacji nadal w nim krąży.

Czyli musimy wylać trochę potu, żeby móc odpocząć. A jeżeli siedząc na rowerku w siłowni, rozpamiętuję wydarzenia z pracy i boję się, co mnie czeka tam jutro?
Ruch uzdrawia tylko wtedy, kiedy angażuje uwagę (zgodnie z zasadą obecności). Ważne jest zatem, byśmy koncentrowali się na tym, co robimy z ciałem. Najlepsze są formy ruchu, które automatycznie skupiają uwagę na działaniu, bo wtedy nasz umysł nie tworzy stresujących scenariuszy. Taką funkcję może spełnić np. nauka tańca albo jazdy na łyżwach. Im więcej świadomości ruchu, tym lepsze odreagowanie – nie tylko na poziomie ciała, ale i głowy. A to ważne, bo jeśli nie pozbędziemy się natłoku myśli, to nawet po intensywnym wysiłku nie zaśniemy.

Wieczorem nic mnie tak nie uspokaja jak jedzenie.
Niestety wielu z nas stosuje zabójczą metodę odprężania się poprzez wieczorne, a nawet nocne obżarstwo. Ale to lekarstwo jest gorsze od choroby. Można się wprowadzić w rodzaj transu trawiennego, bo jeśli zapełnimy żołądek, organizm musi się tym zająć i niechętnie przełącza się na tryb regeneracji. Skutkiem dużej ilości źle strawionego pokarmu jest tycie i płytki, pełen męczących snów sen. Taką samą rolę odgrywa też wieczorne picie alkoholu. Jeśli codziennie musimy po pracy strzelić drinka, w 99 procentach grozi nam uzależnienie. Aby go uniknąć, trzeba zająć się przyczynami napięcia, a one leżą w nieodreagowanym stresie.

Czy dobry sposób na stres nie grozi tym, że zamiast zmienić pracę, będziemy więcej ćwiczyć, aż niezauważalnie przekroczymy granice swoich możliwości?
W latach 60. radykalni psychiatrzy humanistyczni twierdzili, że nie należy leczyć chorych psychiatrycznie, bo psychoza jest adekwatną odpowiedzią na ten zwariowany świat. Leczenie miało też niszczyć motywację do przekształcania świata. Pogląd ten jednak zarzucono, bo okazało się, że ludzie zdrowi mają więcej motywacji i energii do zmieniania świata na lepsze. Tak więc prędzej opamięta się lub zbuntuje ten, kto jest mniej zestresowany. Bo najłatwiej manipuluje się ludźmi osłabionymi, jadącymi na resztkach paliwa. To oni przekraczają granice swoich możliwości i im właśnie grozi wypalenie. Odreagowywanie stresu nie ma pomóc w wyciśnięciu z nas jeszcze więcej, lecz zabezpieczyć przed nami samymi, przed nadmiernym staraniem się i nadużywaniem siebie. Dać nam możliwość panowania nad życiem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Poradzisz sobie z tym – dr psychologii Brian King o sposobach radzenia sobie ze stresem

Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Doktor psychologii i stand-uper w jednym? To jest możliwe, a nawet pomocne. Brian King, autor książki „Na luzie”, twierdzi, że poczucie humoru to jedno z podstawowych narzędzi radzenia sobie ze stresem. To plus dokonywanie świadomych wyborów, właściwe nastawienie oraz poczucie kontroli nad swoim życiem.

Czy jesteś szczęśliwy?
Szczerze mówiąc, to zależy. Jestem szczęśliwy przez większość czasu, a dzięki głębokiej pracy psychologicznej wiem, że doświadczam wyższego poziomu szczęścia niż przeważająca część ludzi, ale jak wszyscy mam też chwile słabości. Pandemia jest trudnym okresem, nawet dla takich ludzi jak ja – optymistycznych, odpornych psychicznie i szczęśliwych.

Piszesz, że stres jest prostą reakcją na postrzeganie zagrożenia, a kluczem do życia w mniej stresujący sposób jest dokonywanie świadomych wyborów.
Kiedy odczuwamy stres, mózg reaguje na sytuację jednym zestawem reakcji. Te reakcje mają nam pomóc przetrwać zagrożenie. Atakujący niedźwiedź jest zagrożeniem. Informacja, że bilety na koncert twojego ulubionego zespołu zostały wyprzedane – już nie. Dokonywanie świadomych wyborów dotyczących naszych reakcji na zagrożenie wymaga chęci zmiany naszego zachowania. Jeśli nasz mózg dostrzega zagrożenie, powodując, że jesteśmy źli, smutni lub przerażeni – możemy poświęcić chwilę na świadomą ocenę sytuacji przed podjęciem decyzji opartej na stresie. Problem polega na tym, że musimy o tym pamiętać. A kiedy jesteśmy pełni negatywnych emocji, bardzo niewielu z nas zatrzymuje się i myśli: „poczekaj chwilę, nie ulegaj pokusie zachowania się ponownie w destrukcyjny sposób!”. Bardzo szybko wykrywamy zagrożenia, a emocje zazwyczaj odczuwamy, zanim zdamy sobie sprawę z okoliczności. Jeśli jednak chcemy aktywnie zmienić nasze zachowanie, mamy możliwość przerwania dowolnej części tego procesu świadomym myśleniem.

Jakie stresujące przyzwyczajenia najtrudniej zmienić?
Im wcześniej nauczysz się nawyku, tym trudniej będzie z nim zerwać. Inną rzeczą, która utrudnia zmianę zachowań, jest potencjał nagrody związany z nawykiem. Mózg uczy się, że każdy wybór może polepszyć nasze życie na różne sposoby. Niektóre wybory są niezwykle satysfakcjonujące, inne są bardziej umiarkowane, a niektóre są po prostu meh. Nie wiem, jak to przetłumaczysz...

Nie przetłumaczę. Zaproponuję czytelnikom, by wypowiedzieli je na głos z grymasem lekceważenia jak ty.
Sprytne! To wrócę do tego, że zachowania, których używamy do radzenia sobie ze stresem, mają potencjał nagradzania. Niezależnie od tego, czy jest to pośpiech odczuwany przy pokonywaniu jakiejś przeszkody, czy też ulga, gdy cofamy się lub ulegamy. Ogólnie rzecz biorąc, im większy potencjał nagrody, tym trudniej przełamać nawyk.

Dlaczego tak się dzieje? Wiemy, że coś jest dla nas szkodliwe, a nie chcemy się z tym rozstać?
Pomyśl o takich zachowaniach, jak palenie lub nadmierne jedzenie. Prawie każdy palacz, którego kiedykolwiek spotkałem, wie, że jest to szkodliwe i chce rzucić palenie, ale tego nie robi. To samo dotyczy prawie każdej osoby z nadwagą, którą kiedykolwiek znałem, łącznie ze mną. A palenie i jedzenie to dwa łatwe do zaobserwowania zachowania, które mają powszechnie znane konsekwencje, czego nie można powiedzieć o zamartwianiu się, wściekaniu lub unikaniu społecznym – ludzie, którzy zbyt często tak się zachowują, mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, dopóki ich zachowania nie rozwiną się w zaburzenia emocjonalne. Do tego czasu zmiana jest trudna, bo wygodniej żyć z nawykami.

Wspominasz też, że kluczową rolę w radzeniu sobie ze stresem odgrywa nastawienie. A co, gdy pojawia się panika?
Widziałem kiedyś reportaż, w którym kobieta mówiła, że kiedy przechodziła przez ulicę, samochód minął ją w bliskiej odległości. Była bardziej zdenerwowana tym, co mogło się stać, niż zadowolona z tego, że nic się ostatecznie nie stało. W większości przypadków, gdy doświadczamy stresu, nie ma rzeczywistego zagrożenia. Martwimy się „niczym”, żyjemy w strachu przed „niczym” i przygotowujemy się na to, że „nic” się nie wydarzy. Nastawienie jest wszystkim, wyznacza sposób, w jaki mózg reguluje stan emocjonalny. Utrzymywanie pozytywnego nastawienia oznacza, że mózg nie będzie interpretował ruchu ulicznego lub braku biletów na koncerty ani żadnej nieistotnej sytuacji jako zagrożenia. Nigdy nie jest za późno, aby nauczyć się patrzeć na świat inaczej. Jednak nie ufałbym też nikomu, kto twierdzi, że jest w stanie przejść od paniki do uspokojenia w jednej chwili. To wymaga czasu.

Na czym polega znaczenie poczucia kontroli w radzeniu sobie ze stresem? Czy to nie prowadzi do obsesyjnego kontrolowania i zachowań kompulsywnych, które ostatecznie tylko wzmagają stres?
Poczucie kontroli nie jest tym samym, co sprawowanie kontroli. Właściwe poczucie kontroli wynika z przekonania, że jeśli coś się wydarzy, to dam sobie radę. W większości sytuacji mam poczucie kontroli lub pewność, że poradzę sobie z tym, co prawdopodobnie napotkam. Bo przez całe życie mój mózg napotykał wiele problematycznych sytuacji i skutecznie z nimi sobie radził. To poczucie jest też nazywane odpornością psychiczną – a nie obsesyjnym kontrolowaniem. Kompulsywne zachowania często wynikają z poczucia, że nie kontrolujemy tego, co robimy. Jeśli będę się martwił, że zapomnę zamknąć drzwi do samochodu i obsesyjnie o tym myślał, to będę to sprawdzał i sprawdzał. Kiedy niepokój ustępuje, mój mózg uczy się, że po wyjściu z samochodu muszę x razy sprawdzić zamek. To nie jest poczucie kontroli, to próba przejęcia kontroli. Ludzie, którzy kontrolują, są irytujący i jeśli ktokolwiek z czytelników identyfikuje się jako taki, pozwól mi powiedzieć mu: „przestań, zatrzymaj się, zrelaksuj się trochę!”.

A co, jeśli ktoś nadal czuje się przytłoczony? Radzisz, by oddychać, ćwiczyć i uśmiechać się, a nawet zmuszać do uśmiechania. Jak zmuszanie się do uśmiechu ma rozwiązywać problemy?
Nic nie mówiłem o rozwiązywaniu problemów. Zalecam uśmiech, aby pomóc ludziom uspokoić się w obliczu stresu. Istnieją pewne rzeczywiste problemy i żadna doza oddechu ani uśmiechu nie zrobi nic, aby je rozwiązać. Wymuszanie uśmiechu uczy mózg czucia się szczęśliwym, co nie jest niczym innym jak uczeniem mózgu, jak chodzić na siłownię.

A mówię to z tym większą pewnością, że jedyną rzeczą, którą udaje mi się robić dobrze przez całe życie, jest rozśmieszanie ludzi. Neuronauka nie była moim powołaniem, zainteresowałem się nią przez przypadek na studiach. A kiedy zacząłem występować jako stand-uper, od razu poczułem się, jakbym odnalazł swoje powołanie. Zrobiłem doktorat i jednocześnie zyskałem trochę rozgłosu jako komik, co zaowocowało możliwością wygłoszenia serii zabawnych wykładów na psychologiczne tematy.

Kiedy ostatnio uratowało cię poczucie humoru?
Podczas pandemii moje występy zostały zredukowane do zera. Biorąc pod uwagę, że tak zarabiam na życie, można to uznać za uzasadnioną przyczynę stresu. Mam dużo wolnego czasu, więc zacząłem pracować na pół etatu jako kierowca autobusu w małej firmie. Niedawno pewien pasażer nawiązał ze mną rozmowę. Powiedziałem mu, kim jestem i co robiłem przed pandemią, a on wydawał się zszokowany. Odpowiedziałem: „Widzisz, a ludzie pytają mnie, co możesz zrobić po doktoracie z psychologii. Prowadzić autobus!”. Jestem więc psychologiem, komikiem, piszę książki i kieruję autobusem. No dobrze, może to nie było szalenie zabawne, ale jeśli nie będziemy umieli znaleźć humoru w tych absurdalnych czasach, to kiedy?

Brian King, dr psychologii, neurobadacz, autor książek, wykładowca, od ponad 10 lat występuje jako komik, drbrianking.blogspot.com.

Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.
  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.