1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wypoczynek zgodny z typem osobowości: dopasuj urlop do swojego charakteru

Wypoczynek zgodny z typem osobowości: dopasuj urlop do swojego charakteru

fot.123rf
fot.123rf
Nie wiesz, gdzie pojechać, żeby wypocząć zgodnie ze swoimi potrzebami i charakterem? Spróbuj na chwilę stać się cudzoziemką. Nasza psychozabawa pomoże ci stwierdzić, czy bliżej ci do Francuzki, Włoszki, Szwedki czy Angielki, i podpowie kilka pomysłów na urlop.

Miłośniczka słońca

1. Nie wyobrażasz sobie poranka bez kawy i cornetto, a obiadu o porze innej niż południe. 2. Lubisz powtarzać, że lody są pełnowartościowym, wysokobiałkowym posiłkiem. 3. Nawet przy 40 stopniach upału podczas spaceru brukowanymi uliczkami starego miasta najlepiej czujesz się w 10-centymetrowych szpilkach i eleganckim kostiumie. 4. Nie lubisz się spieszyć. 5. Najważniejsza jest dla ciebie rodzina. 6. Uważasz, że najskuteczniejszy sposób na oczyszczenie atmosfery to zdrowa kłótnia, koniecznie z dużą ilością teatralnych gestów.

– Jeśli zgadzasz się z co najmniej czterema z powyższych twierdzeń, mentalnie jesteś Włoszką – twierdzi Julia Wollner, miłośniczka Włoch i redaktor naczelna magazynu „La Rivista”, który przybliża Polakom kulturę i naturę Włochów.

Włoszki od wieków uchodzą za symbol kobiecości i niewymuszonej elegancji. Są emocjonalne i bardzo przywiązane do rodziny. O bliskich potrafią walczyć jak lwice, w ogóle jak o coś walczą, to tylko jak lwice. Nie uznają półśrodków. Mają wyjątkowe podejście do dzieci, pozwalają im na wszystko i rozpieszczają do granic możliwości, ale też szanują je i liczą się z ich zdaniem. Kochają wszelkie życiowe przyjemności: dobrą kuchnię, modę, muzykę, sztukę, seks. Stronią od życiowych niewygód, a za wygodę są w stanie dużo zapłacić. Na przykład buty – jeśli jesteś Włoszką, w życiu nie założysz brzydkich, tanich i niewygodnych – skoro masz biegać w nich przez cały dzień, niech będą jak twoja druga skóra. Dla Włoszek największą przyjemnością jest życie, po prostu. Ich naturze obce jest zabieganie, przemęczenie, niedojadanie czy zamartwianie się o jutro. Jeśli czujesz się Włoszką, masz w sobie ogromny dar zauważania i doceniania małych codziennych radości. Potrafisz zatrzymać samochód na poboczu drogi, by podziwiać zachód słońca czy delektować się poranną kawą podczas przerwy w pracy. Nie masz też nic przeciwko delikatnie zaokrąglonej sylwetce. W końcu taka figura jest bardzo kobieca, a na dodatek dobrze leżą na niej ubrania.

Najlepiej wypoczniesz: wszędzie tam, gdzie świeci słońce. Odpoczynek to dla ciebie ciepło, dobra kuchnia i nicnierobienie. Julia Wollner mówi, że ukochanym czasem na odpoczynek jest dla Włochów święto Ferragosto, czyli 15 sierpnia. Wszyscy wtedy wyjeżdżają z miasta i oddają się błogiej sjeście. Jako idealne miejsce na wakacyjny odpoczynek poleca jedną z przepięknych, dzikich włoskich plaż, które mogą śmiało konkurować z pejzażami Karaibów. – Słynna plaża Królików, gdzie składają jaja żółwie morskie Caretta caretta, albo bieluteńka, sardyńska Spiaggia La Pelosa, zadowolą nawet najbardziej wybrednych podróżników – zapewnia. – Jeśli, zamiast w turkusowej wodzie, wolisz zanurzyć się w wielowiekowej tradycji włoskich miast, udaj się do Wenecji.

Dama z dystansem

1. Nie znosisz wścibstwa, a twój dom to twoja twierdza, co nie przeszkadza ci każdy dzień zaczynać od przeglądu najświeższych serwisów plotkarskich. 2. Twoje poczucie humoru uratowało cię już z niejednej opresji. 3. Masz swoje zasady i zawsze ich przestrzegasz, no chyba że zdarzy ci się je wszystkie złamać. 4. Największa mordęga to dla ciebie przyjęcie-niespodzianka, na które na dodatek ktoś zaprosił mnóstwo nieznanych ci osób. 5. Zawsze wiesz, jak się zachować, jednocześnie jesteś mistrzynią w popełnianiu towarzyskich faux pas. 6. Uważasz, że Tradycja to naprawdę świetne imię dla dziewczynki.

Jeśli możesz się podpisać pod co najmniej czterema powyższymi punktami – w duszy jesteś Angielką, czyli bladolicą damą, która ma obsesję na punkcie swojego domu i prywatności, a humorem pokrywa towarzyskie skrępowanie.

Taki portret typowej Brytyjki kreśli znana antropolog społeczna, Kate Fox, która zwyczajom i dziwactwom Anglików poświęciła lata badań i książkę „Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania”. Jej zdaniem nieporadność towarzyska to klucz do duszy Brytyjek. Z niej bierze się właśnie ich grzeczność, poszanowanie dla tradycji, ale też nieumiarkowanie w piciu trunków.

Jeśli jesteś w duszy Brytyjką, masz określone zasady dotyczące tego, jakie osoby zaliczasz do grona bliskich, znajomych i przypadkowych przechodniów. Dbasz o swój dom, ale daleka jesteś od nowobogackiego blichtru i luksusu, stawiasz na styl vintage i małe dziwactwa, jak porcelanowa kolekcja figurek psów czy zabawne podkładki pod kubki. Uwielbiasz ogrody, a jeśli mieszkasz w bloku, spełniasz się w hodowli roślin doniczkowych i prowadzeniu parapetowego zielnika. Nie lubisz płynąć głównym nurtem wydarzeń i mody. Stawiasz na indywidualizm i oryginalność. Godzinami możesz rozmawiać o pogodzie, za to unikasz rozmów o pieniądzach, polityce i religii, dzielnie śledzisz losy całej rodziny królewskiej. Nie lubisz ostentacji w okazywaniu uczuć ani przesady w słowach. Twoje poczucie humoru rozładowuje napiętą atmosferę i pomaga ci radzić sobie z niepowodzeniami czy towarzyskimi wpadkami. Jesteś typem domatorki i lokalnej patriotki. Stawiasz na swojskość i tradycję, rutyna cię nie przeraża – wprost przeciwnie, kultywujesz swoje codzienne rytuały – masz ulubiony pub, sklep spożywczy, fryzjerkę i dentystkę. Pociąga cię życie na przedmieściach, prowincji lub na wsi. Kochasz zwierzęta i z pewnością masz ulubionego pupila. W związki angażujesz się powoli i jesteś romantyczką. Czasem zdarza ci się złamać wszystkie powyższe zasady, ale potem znów szybko stawiasz się do pionu.

Najlepiej wypoczniesz: w oryginalnym, urokliwym otoczeniu. Tak jak Anglicy, lubisz poznawać to, co bliskie, ale nieznane. Niestraszna ci zła pogoda. Z chęcią wybierzesz się na wycieczkę górską, spędzisz tydzień w domu w małej nadmorskiej miejscowości lub wyruszysz śladem historycznych postaci. W Anglii możesz skusić się na odpoczynek w Bath, legendarnym morskim kurorcie. Powinnaś też odwiedzić Stratford – miejsce urodzin i śmierci Szekspira – i zobaczyć jedną ze sztuk wystawianych przez Royal Shakespeare Theatre. Spodoba ci się także na trekkingu po Górach Kambryjskich i Penińskich. Znakomitym pomysłem będą też piesze wycieczki przez granitowe wrzosowiska oraz malownicze wybrzeża Devonu i Kornwalii.

Elegancka flirciara

1. Zawsze starasz się wyglądać naturalnie. Nie ma dla ciebie nic gorszego niż wytapetowana twarz i krzykliwy kolor włosów. 2. Stronisz od fitness klubów. Stawiasz na aktywny styl życia. Zamiast tramwaju – rower, a zamiast windy – marsz po schodach. 3. Pochłaniasz tony książek, robisz studia podyplomowe, interesujesz się współczesnymi trendami. Jesteś dumna, gdy ktoś nazwie cię intelektualistką. 4. Twoje motto życiowe to: „nawet jak nie masz kochanka, zachowuj się tak, jakbyś go miała”. Choć lubisz uwodzić mężczyzn, uważasz, że najważniejsze jest być atrakcyjną dla samej siebie. 5. Zawsze zachowujesz umiar w jedzeniu i piciu. 6. W pracy nie lubisz się przemęczać, to, że dziś zostaniesz po godzinach, nie zbawi firmy, a tobie zrujnuje plany na wieczór.

Cztery razy „Zgadzam się” i już wiesz – w duszy jesteś Francuzką. Czyli? Według Heleny Frith Powell, pisarki i dziennikarki, która w książce „Dlatego Francuzki są takie sexy” pokusiła się o przeprowadzenie śledztwa na temat francuskiego stylu, Francuzki mają w sobie to COŚ. Są seksowne, pewne siebie i przy tym eleganckie. Jeśli i ty jesteś Francuzką, masz wrodzoną zdolność przyciągania ludzkich spojrzeń. Bynajmniej nie za sprawą krótkiej spódniczki i butów na obcasie. O nie, u ciebie wystarczy zdecydowany krok, delikatny uśmiech, lekko wydęte wargi i ten niepowtarzalny gest przeczesywania dłonią włosów. Jesteś wierna klasyce i własnemu stylowi. Zawsze starasz się wyglądać jak najbardziej naturalnie, a jednocześnie nie wyobrażasz sobie, by wyjść z domu bez podkładu i w dresie – nawet po bułki. Ze zdziwieniem obserwujesz dziewczyny, które na co dzień biegają w sportowym obuwiu. W ogóle masz dosyć sceptyczne podejście do sportu jako regularnego treningu na sali gimnastycznej, ale też np. joggingu. Biec po to, żeby biec, to dla ciebie kompletnie bez sensu. Wolisz ruch naturalny – jazdę na rowerze, żeglarstwo, no, ostatecznie ćwiczenia na macie typu rozciąganie czy pilates. W końcu czemuś zawdzięczasz swoją szczupłą sylwetkę. Lubisz jeść, ale zawsze zachowujesz umiar. Od stołu wstajesz z lekkim niedosytem. Zwykle przedkładasz jedzenie w restauracji nad to domowe. Nie lubisz robić sobie kłopotu. Myli się ten, kto uważa, że po ślubie będziesz czekała na niego z ciepłym obiadem – prędzej w ładnej sukience, gotowa do wyjścia. Za to twój partner nie będzie się z tobą nudził. Jesteś oczytana, inteligentna, dowcipna, potrafisz prowadzić zajmującą dyskusję, do tego co chwila, niby od niechcenia, bawisz się kosmykiem czy gładzisz się zmysłowym ruchem po szyi. Flirtowanie masz we krwi. Ale uwaga, Helena Frith Powell potwierdza jedną niechlubną cechę Francuzek – specyficzne podejście do wierności i przyjaźni. Otóż piękności znad Sekwany nie widzą nic zdrożnego w przelotnych romansach, także z mężami swoich przyjaciółek. Kto powiedział, że jesteś Francuzką w każdym calu?!

Najlepiej wypoczniesz: wszędzie tam, gdzie będziesz doświadczać codziennie inspiracji. Francja ze swoimi cudownymi regionami i historią w tle ma ci wiele do zaoferowania. Urzeknie cię Bretania z morskim klimatem i historią o królu Arturze i jego rycerzach, zrelaksujesz się nad Lazurowym Wybrzeżem, w Burgundii skosztujesz najlepszego wina, a w Normandii zachwycisz się zbiorami sztuki i barwnymi klifami. No i Paryż, tętniące życiem wielkie miasto, dobre na każdą porę roku.

Wolna i ekologiczna

1. Uważasz, że naszym obowiązkiem jako ludzi jest szacunek do zwierząt i natury. Oraz pomoc słabszym i zniewolonym. 2. Segregujesz śmieci, oszczędzasz energię i nie jesz chronionych gatunków ryb. 3. Mężczyzna powinien być przede wszystkim partnerem. Nie uznajesz podziału na zajęcia „męskie” i „kobiece”. 4. Jesteś mistrzynią small talku, ale żeby wyciągnąć od ciebie jakiś intymny szczegół, trzeba się zdrowo napocić. 5. Uważasz, że seks powinno się uprawiać dla własnego zdrowia psychicznego i fizycznego. Podobnie jak jogging. 6. Niektórzy mają cię za hipokrytkę, bo nigdy nie wiedzą, co myślisz.

Jeśli odnajdujesz się w co najmniej czterech z powyższych stwierdzeń, masz w sobie wiele ze Szwedki. Co najbardziej oddaje twój charakter? Doktor Magdalena Domeradzka, skandynawistka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, twierdzi, że w dużej mierze chęć ratowania świata. Szwedzi nie tylko dbają o środowisko naturalne, ale też walczą o prawa człowieka i równouprawnienie płci. Uważają, że gdyby wszędzie panowało takie prawo jak w Szwecji, świat byłby lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Mają obsesję na punkcie zdrowego żywienia oraz sportu, wszędzie jeżdżą na rowerach (nawet zimą) i namiętnie uprawiają jogging. Ich największą słabością, nie do końca zdrową, jest kawa. Piją ją hektolitrami, a przerwy na kawę są na stałe wpisane w ich dzień pracy. Praca dla Szwedek jest naturalną konsekwencją równouprawnienia, czymś oczywistym i ogólnodostępnym. Podobnie jak partnerstwo w związku. Jak przyznaje dr Magdalena Domeradzka, równouprawnienie na przestrzeni lat doprowadziło do tego, że Szwedki stały się bardziej męskie, a Szwedzi bardziej kobiecy. Zwykle wcześnie opuszczają dom i stają się niezależni.

Samodzielne, pewne siebie i zainteresowane kwestiami społecznymi Szwedki potrafią walczyć o swoje prawa. Jeśli w głębi duszy czujesz się jedną z nich, zwykle radzisz sobie całkiem dobrze finansowo, ale nie lubisz się z tym obnosić. Ubierasz się bardziej wygodnie niż elegancko, nie trwonisz pieniędzy na zbytki. Jesteś towarzyska i rozmowna, ale w głębi duszy skryta. Co nie znaczy, że nie pozwolisz się zaciągnąć do łóżka na pierwszej randce. To ty decydujesz, kiedy, gdzie i z kim, a seks jest w twoim mniemaniu przyjemnością i przejawem dbania o siebie.

Najlepiej wypoczniesz: na łonie natury. Dla Szwedki nie ma lepszego pomysłu na spędzenie czasu wolnego, niż zaszyć się w domku nad jeziorem i korzystać z dobrodziejstw natury. Jeśli marzy ci się urlop po skandynawsku, wybierz się na jedną ze szwedzkich wysepek, np. Gotlandię albo jedną z 24 tys. wysepek Archipelagu Sztokholmskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której dziś żyjemy?

Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
W latach 70. XX wieku wiele osób rozpoznawało swoje lęki, pragnienia i mechanizmy obronne w osobowości neurotycznej opisanej ponad 30 lat wcześniej przez niemiecką psychoanalityczkę Karen Horney. Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której żyjemy dzisiaj – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Kilka dni temu prowadziłam zajęcia z grupą młodych ludzi i na początku jak zwykle zapytałam, z czym zaczynają, co czują, co przeżywają tu i teraz. Większość odpowiedziała, że czuje się dobrze, dwie osoby czuły się źle, bo miały jeszcze jakieś rzeczy do zrobienia i nie wiedziały, czy zdążą po zajęciach.

A więc to tak? Czują się dobrze albo źle, i tyle? Przypomniałam sobie takie rundki z czasów mojej młodości, gdy na pytanie, co czujemy, badaliśmy wnikliwie swoje uczucia, próbując nazwać każde drgnienie duszy, zanurzaliśmy się w siebie, aby wydobyć to, co rozgrywa się w naszym wnętrzu. Działo się to oczywiście w grupach, które szkoliły się do pracy z ludźmi, ale ci młodzi, z którymi miałam kontakt niedawno, również są taką grupą. I gdy w tej grupie doszło do konfliktu między dwiema osobami, który udało nam się zresztą dość zgrabnie rozwiązać, nagle okazało się, że nie wszystkim się podobało, że w ich obecności ktoś przeżywa silne emocje. To chyba jakieś nadużycie, przekroczenie granic i manipulacja, bo prowadząca nie powinna była dopuścić do konfliktu między uczestnikami! A skoro już dopuściła, to powinna go rozwiązać gdzieś na boku, a nie na forum, żeby inni nie musieli tego przeżywać!

„No nie, co wy?!” – chciałam zakrzyknąć, ale to też mogłoby zostać uznane za nadużycie i manipulację, więc pozwoliłam sytuacji toczyć się dalej, aż kilka osób dostrzegło jej absurd i mogliśmy ją już spokojnie omówić. I można by pomyśleć, że była to jakaś szczególna sytuacja i szczególna grupa, bo generalnie ludzie są tacy sami jak kiedyś. Ale nie. Już od jakiegoś czasu w różnych grupach obserwuję tendencję do określania swoich uczuć słowami „dobrze” i „źle”. Zastąpienie tych słów nazwami uczuć często stanowi kłopot, choć wydawałoby się, że z uczuciami mamy bezpośredni kontakt. Czasem ludzie opowiadają o ważnych wydarzeniach ze swojego życia, ale nie potrafią powiedzieć, co wtedy czuli. Zdarzają się też sytuacje, że ktoś rezygnuje z uczestnictwa w grupie terapeutycznej z obawy przed tym, że przeżycia innych uczestników mogłyby go przytłoczyć. Jeszcze kilkanaście lat temu taka postawa należała do rzadkości, dziś spotykam się z nią znacznie częściej. Czyżbyśmy się naprawdę zmienili?

Bez kontaktu

Niedawno w Polsce ukazała się książka Christophera Bollasa „Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia”. Autor jest psychoanalitykiem i z tej perspektywy przygląda się naszej cywilizacji. Próbuje opisać to, co przez wieki działo się z ludźmi, i analizuje to, co dzieje się z nami teraz. Podobnie jak Karen Horney, która swojego czasu opisała osobowość neurotyczną – wyznacza tropy, w których możemy rozpoznać samych siebie i osoby wokół nas. Ta książka pomaga też zrozumieć, co wydarzyło się w tej grupie młodych ludzi, którzy wydali mi się tak różni od swoich rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat.

Christopher Bollas zauważa, że od przełomu XX i XXI wieku w Europie i Ameryce następuje odejście od życia introspekcyjnego. Świadczy o tym chociażby fakt, że znacząca liczba ludzi przyjmuje leki antydepresyjne, które ułatwiają ignorowanie uczuć i związanych z nimi myśli. Dążenie do mniej niepokojącej codzienności doprowadziło do powstania nowej formacji osobowościowej – osobowości normopatycznej.

Osoba normopatyczna chroni się przed życiem psychicznym poprzez zanurzenie w świecie materialnym i dążenie do egzystencji rekreacyjnej. „Od supermarketu do sklepu z żywnością dla zwierząt, od sklepu z ubraniami sportowymi do marketu budowlanego, z lunchu z przyjaciółmi, na którym omawia się szczegółowo podejmowane przez każdego działania, do domu, gdzie ospale sprząta się kuchnię, z meczu tenisowego do jacuzzi – taka osoba może przeżyć życie bez mrugnięcia okiem” – pisze Bollas, który dostrzega zagubienie i osamotnienie tych osób, nawet jeśli żyją w kochającym ich otoczeniu.

Normopata nie przeżywa gwałtownych uczuć jak borderline, nie zalewa go gniew czy uraza, wydaje się zadowolony z życia, ma jednak duży kłopot ze zrozumieniem spraw, które wymagają wglądu w siebie lub w innych. Ktoś z takim typem osobowości wydaje się nieświadomie dążyć do tego, by „stać się przedmiotem w świecie przedmiotów” – stwierdza Bollas. Jego zdaniem pewna część normatycznego społeczeństwa schroniła się na grodzonych osiedlach – dosłownie lub w przenośni – „żyjąc tam bez kontaktu ze zwykłymi ludźmi zamieszkującymi zwykły świat”. Choć nie wszyscy mogą sobie pozwolić na życie w takich enklawach, etos życia na terenach zamkniętych zaczął przenikać do innych warstw społecznych. Nie trzeba już wychodzić do sklepu, można zamawiać przez Internet, w restauracjach nadal można być w swojej bańce, po ulicach własnego miasta można spacerować jak turysta, patrząc z zainteresowaniem lub troską na różne aspekty życia lokalnej społeczności. Takie odcięcie się od świata nie uchodzi jednak bezkarnie. Z czasem ludzie zaczynają odczuwać dolegliwości, bo „mają wszystko, ale nic im to nie daje” – stwierdza Bollas. Brakuje im stymulacji i nowych doświadczeń, ich osobowość staje się niedożywiona, co wywołuje depresję. Znajomi z grodzonego osiedla mogą zapewniać sobie nawzajem podziw i uznanie, ale przy braku nowych przeżyć pojawia się znużenie i ludzie czują się wyalienowani. Jedni próbują się ratować alkoholem, inni sięgają po leki antydepresyjne, jeszcze inni uciekają się do psychoterapii, lecz jest to próba wejścia na teren nieznany.

W świecie fastnetu

Niedawno zgłosiła się do mnie po pomoc kobieta, która generalnie jest zadowolona z życia i z siebie, ale czasem zmienia się w – jak sama to nazywa: „miękką kluchę”, czego nie znosi.

– Kim jest ta klucha? – zapytałam. – No to taka osoba, która nie wie, co powiedzieć, nie umie ripostować, jest rozlazła, niepewna siebie, czasem nawet się maże, ma jakieś wątpliwości, użala się nad sobą albo czegoś się boi lub tęskni nie wiadomo za czym… Nienawidzę tej kluchy, ona nie jest mną, przeszkadza mi skutecznie działać, chciałabym ją wyeliminować... Czy może mi pani w tym pomóc? – Czy dobrze rozumiem, że chciałaby pani być tak sprawna jak maszyna? – Tak byłoby najlepiej! – Wyeliminować tę część siebie, która czasem coś czuje i w ten sposób pani przeszkadza? – upewniam się, czy dobrze rozumiem. – Przecież chyba wszyscy tego chcą, prawda?

Na szczęście jeszcze nie wszyscy, choć zdaniem autora „Znaczenia i melancholii” jesteśmy na dobrej drodze.

Osobowość normopatyczna wyłoniła się jeszcze przed erą Internetu, który sprawił, że ludzie kontaktują się ze światem za pośrednictwem czegoś. Wraz z upowszechnieniem sieci wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna. Stajemy się coraz bardziej zaprogramowani na poruszanie się w świecie „fastnetu”, w którym ważniejsza jest szybkość reakcji niż refleksja czy wyciąganie wniosków. Coraz bardziej wycofujemy się ze swojego świata wewnętrznego, bierzemy udział w spektaklu, w którym nasze selfie jest ważniejsze niż nasze „ja”. Esemesy, emotikony, posty, tweety służą kontaktowi z innymi, a jednocześnie pozwalają unikać bliskości i odsłaniania siebie. Coraz bardziej rezygnujemy z podmiotowości. Świat się zmienia, a my razem z nim.

Ukryci w bańkach

Kierunki zmian osobowości analizowane przez Bollasa mogą nas nie dotyczyć, a przynajmniej możemy ich w sobie nie rozpoznawać. Nie zmienia to faktu, że psychoanalityczna perspektywa pozwala zrozumieć zjawiska polityczne, które nas dotyczą, a które często wydają się niezrozumiałe. Gwałtowny rozkwit fundamentalizmów, nacjonalizmów, ksenofobii można rozumieć jako ucieczkę od złożoności świata.

Życie w „epoce oszołomienia” prowadzi do poczucia alienacji, a jego tempo sprawia, że można mieć dość. Ciągłe dążenie do przyspieszania wszelkich procesów nie uwzględnia wymiaru ludzkiego. Aby znaleźć spokój, ludzie szukają wroga, który nie pozwala im żyć, tak jak chcą. Politycy wskazujący Innego, na którego można skierować złość, mogą liczyć na aplauz tłumów. Inny też reaguje wrogością i pogardą. Zamykamy się w swoich bańkach, nie chcąc nawzajem zobaczyć. Psychoanalityk przypomina, że „wszyscy mamy w swych umysłach te same wymiary pozytywne i negatywne, że aspekty nawet najbardziej odrażających osób lub grup możemy w jakiejś formie odnaleźć w sobie”. Jeśliby uznać, że podział między złem i dobrem nie przebiega między poszczególnymi ludźmi, lecz wewnątrz każdego z nas, nie trzeba by oddzielać się murem pogardy i niechęci od innych. Ale żeby to uznać, trzeba by wejść w głąb siebie, a nie uciekać od własnej podmiotowości.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Jak ocenić i wzmacniać swoje talenty? Pomocny test Gallupa

Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy,
to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy, to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Na odkrycie swojego potencjału nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest też za wcześnie, bo im szybciej zidentyfikujemy nasze naturalne predyspozycje, tym lepiej. Zaoszczędzimy sobie wtedy wielu frustracji, napięć, rozczarowań, a nawet chorób. I poczujemy ogromną ulgę. Jak przy zmianie butów. Bo w dobrze dopasowanych – swoich, nie cudzych – idzie się wartko, nie czując ciężaru wędrówki.

 

Zagaduję ludzi, z którymi mam ostatnio kontakt: – Piszę o talentach, ciekawi mnie, czy jesteśmy ich świadomi. Ty jesteś? Co uważasz za swój talent?

Anna, lekarka, lat 42, odpowiada wymijająco: – Nie nazwałabym tego talentem, ale ulubionym zajęciem, które zresztą nieźle mi wychodzi. Mówią o mnie: „Najlepsza lekarka wśród tenisistek i najlepsza tenisistka wśród lekarzy”, bo na wszystkich turniejach organizowanych w moim środowisku przechodzę do finału. Tak, tenis mi się udał.

Barbara, nauczycielka, 39 lat, stara się podejść do sprawy poważnie: – Nie jestem jakoś szczególnie utalentowana, po prostu lubię śpiewać. Ale śpiewać każdy lubi. Kiedyś udzielałam się w chórze parafialnym, teraz śpiewanie i w ogóle muzykę wykorzystuję w pracy z dzieciakami, podśpiewuję sobie też w domu. Piosenkarką jednak nie zostanę, nie ten głos, nie ten artystyczny kaliber.

Błażej, menedżer w firmie telekomunikacyjnej, obraca pytanie w żart: – Majsterklepkowanie to talent? Bo to mój przypadek. Umiem naprawić pralkę, zmienić uszczelką w kranie, zajrzeć do silnika auta, przybić gwóźdź. Ale żadnych artystycznych zdolności nie mam. Słoń nadepnął mi na ucho, malarz to jestem co najwyżej pokojowy, nie tańczę, nie recytuję. Kiepsko trafiłaś.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Odpuść kontrolę

Wszystkie pozostałe głosy brzmiały podobnie: „Talent? Jaki talent?”. Ten mają nieliczni. Muzycy, malarze, pisarze, tancerze, aktorzy, sportowcy, kucharze. Talent to dar boży. Wyjątkowa umiejętność. Na ogół artystyczna. Coś, co wychodzi nam najlepiej. Ewentualnie to, co uda się zbudować, pracując w pocie czoła nad wyrugowaniem słabości. Tu przywoływano często przykład szefa, który przeszedł drogę od pucybuta i zbudował przywództwo, przepracowując swoje ograniczenia. Gdy sugerowałam, że każdy ma jakiś talent, słyszałam: „No nie, to gruba przesada”.

Takie podejście do naszych mocnych stron to pokłosie edukacji bazującej na błędach, wychowania opartego na karach i powszechnego przekonania, że trzeba pokonywać słabości, a nie wzmacniać siłę. Tymczasem zupełnie inaczej podchodzi do człowieka psychologia pozytywna z jej twórcą, znanym amerykańskim psychologiem, profesorem Martinem Seligmanem z University of Pennsylvania na czele. To głównie za jego sprawą zmienił się w psychologii fokus z badań nad negatywnymi i patologicznymi aspektami życia (lęki, stres, depresja) na akcent pozytywny: zaczęto badać kreatywność, inteligencję emocjonalną, szczęście, mocne strony człowieka. Zamiast odwoływać się do naszych braków, zaczęto bazować na naszym potencjale. Instytut Gallupa poszedł dalej – przez lata badał tajemnice sukcesu kadry menedżerskiej wielkich firm i stworzył słynny test Gallupa, testy neuronalne określające nasze wiodące cechy. Marcus Buckingham i Donald O. Clifton, badacze Instytutu, opisali potem swoje wnioski w książce „Teraz odkryj swoje silne strony”.

Psycholożka Aneta Pietrzak: – Okazało się, że nie potwierdza się to, o czym można przeczytać w podręcznikach biznesu, czyli że menedżerowie potrafią skutecznie kierować firmą dzięki swojej charyzmie, decyzyjności, umiejętności delegowania zadań. To wszystko, owszem, jest przydatne w biznesie, ale to skutek, a nie przyczyna.

– Skutek czego? – dopytuję.

– Tego, że owi szefowie wykorzystują swoje mocne strony – odpowiada psycholożka. – Badacze Gallupa doszli do wniosku, że ludzie zawdzięczają swój sukces i związane z nim dobre samopoczucie nie temu, że pochodzą z ustosunkowanej rodziny, że zrobili ileś certyfikatów albo że zaharowują się na śmierć. Z ich badań wyszło, że prawdziwy, czyli dający szczęście sukces, przychodzi wtedy, kiedy człowiek uruchamia to, co ma w sobie najsilniejszego. Dodam od siebie – i kiedy jest tego świadomy. Uważam bowiem, że bardzo ważna jest świadomość swoich mocnych stron, tak jak ważne jest odpuszczenie sobie pracy na wadach, słabych stronach. Bo nie da się zbudować niczego trwale wartościowego na strachu i słabościach.

Psycholożka tłumaczy to na przykładzie ze swojej praktyki. Pyta klientkę (może to pytanie też do ciebie, Czytelniczko i Czytelniku): „Jaka jest twoja największa wada?”. Ta odpowiada: „To, że jestem leniwa, że mi się nie chce”. „Wyobraź sobie – proponuje psycholożka – że próbujesz tę wadę przezwyciężyć. Co więc robisz? Używasz kontroli, ciągle i ciągle. Ale jak masz słabszy dzień, to kontrolowanie ci nie wychodzi. Jesteś więc sfrustrowana, spada twoje poczucie własnej wartości (bo obwiniasz się z powodu lenistwa). Zatem cały wysiłek włożony w kontrolowanie się idzie na marne!”.

– Jeżeli odpuścimy sobie kontrolę słabości – mówi psycholożka – a zajmiemy się swoimi talentami, to na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

W poszukiwaniu straconej siły

Co to jednak znaczy: talent? Żadna z pytanych przeze mnie osób nie uznała, że to cecha czy sposób myślenia. Tymczasem Katarzyna Bieleniewicz, certyfikowana trenerka Gallupa, wyjaśnia: – Talenty to naturalnie powtarzające się wzorce myślenia, odczuwania czy zachowania, które mogą być produktywnie wykorzystane. Czyli nasze predyspozycje, z którymi przychodzimy na świat.

Aneta Pietrzak: – Według teorii Gallupa wszystko zaczyna się w mózgu, w naszym systemie neuronalnym. Proszę sobie wyobrazić mózg dziecka w łonie matki. Z jakiegoś powodu już na tym etapie rozwoju pewne połączenia neuronalne w mózgu robią się wyraźniejsze. I to dlatego rodzimy się z określonymi predyspozycjami i już jako dzieci chętniej robimy to, co przychodzi nam z łatwością. To, oczywiście, mocno uproszczony opis tego, co się dzieje w naszym mózgu, ale z grubsza opisuje ów „powtarzający się wzorzec”, który powstaje w naszej unikatowej siatce neuronalnej.

Według Gallupa istnieją 34 talenty (np.: odpowiedzialność, komunikatywność, rozwaga, analityczność), pogrupowane w cztery obszary aktywności: wykonywanie, wpływanie, budowanie relacji, myślenie strategiczne. U każdego człowieka występują w innym nasileniu.

Katarzyna Bieleniewicz: – Testy Gallupa są właśnie po to, żeby określić, które z naszych cech są dominujące. Kluczowa okazuje się pierwsza piątka. Ale samo ich odkrycie niczego nie załatwia. To, czy dane talenty wspomagają nas w życiu i pracy, zależy od tego, co z nimi zrobimy, czy w nie zainwestujemy. Bo często bywa tak, że leżą głęboko zakopane, nieużywane.

Psychologowie zauważają, że akurat małe dzieci doskonale wiedzą, co jest ich siłą, ale potem tę wiedzę często niweczą szkoła, rodzice, społeczeństwo. Dlatego ważne jest, żeby nie wtłaczać dziecka w utarte schematy, ale pozwolić mu robić to, co lubi. Pomyślmy o tym właśnie teraz, u progu nowego roku szkolnego, kiedy planujemy mu różne zajęcia. Czy na pewno ma ćwiczyć to, co trenuje syn sąsiadki? Czy musi koniecznie chodzić na balet, skoro woli gotować?

My, dorośli, często skutecznie zapomnieliśmy (wyparliśmy) wiedzę o nas samych. Ale nic straconego. Możemy ją sobie przypomnieć, sięgając po różnego rodzaju testy: testy Gallupa, Hogana, testy psychologiczne (są też dla dzieci i młodzieży).

Aneta Pietrzak: – Statystycznie rzecz ujmując, Polska jest krajem, w którym częściej niż gdzie indziej na świecie w badaniu testem Gallupa wyłania się talent zwany odkrywczością. Okazuje się, że jako populacja jesteśmy bardzo kreatywni. Umiemy z przysłowiowego sznurka zrobić helikopter, ale ten talent może się objawiać w bardziej prozaicznych sytuacjach: znienacka wpadają goście, a my otwieramy lodówkę i potrafimy wykombinować coś z niczego. Zauważyłam też, że wśród osób ze środowisk buddyjskich powszechnym talentem jest współzależność, choć do końca nie wiadomo, czy wzmacnia tę cechę medytowanie i przebywanie w tej społeczności, czy odwrotnie: to owa społeczność przyciąga podobnych do siebie ludzi.

Ciemna i jasna strona mocy

Postanawiam się przetestować. Można to zrobić przez Internet, za opłatą, dostępna jest wersja polska testów Gallupa. Trzeba odpowiedzieć na 177 pytań, a właściwie zakreślić jedno stwierdzenie z pary przeciwstawnych: Np.:  „Czytam uważnie instrukcje” i „lubię natychmiast rozpoczynać pracę”; „Jestem dobrym trenerem” i „jestem dobrym szefem”. Wybieramy, który z opisów jest nam bliższy, i szybko (na odpowiedź mamy 20 s) przechodzimy do następnych. Po mniej więcej godzinie dostaję raport, który przypomina piramidę. Na górze znajduje się pięć dominujących cech, to mój potencjał. Najważniejsza – empatia. Tego akurat się spodziewałam, bo mam intuicję do ludzi, a nawet nieznajomi chętnie mi się zwierzają. Ale sądziłam, że moją siłą okaże się też racjonalność, analityczność, w końcu z jakiegoś powodu wybrałam klasę matematyczno-fizyczną, a liczby to moja ulubiona kraina. Dlatego jestem zaskoczona, że kolejne moje atuty to: rozwijanie innych, współzależność, elastyczność, bliskość, zgodność. Większość z nich dotyczy relacji! Tymczasem zawód, który wybrałam, polega w dużej mierze na samotnej pracy. Muszę więc te wyniki poważnie przemyśleć.

Aneta Pietrzak: – Każdy z talentów ma swoją jasną i ciemną stronę. Jeżeli korzystamy z talentów w umiejętny sposób, to jesteśmy na dobrej drodze do realizacji siebie, do lepszego funkcjonowania w codziennym życiu, nie tylko wtedy, kiedy rozwijamy karierę zawodową. Natomiast jeżeli nic o swoich talentach nie wiemy albo je wypieramy, to w pewnym sensie działamy przeciwko sobie. W moim zestawie pięciu najwyżej punktowanych cech jest empatia, czyli bardzo duża wrażliwość, pozwalająca wyczuć, w jakim stanie emocjonalnym jest ktoś, z kim przebywam, czasem nawet bardziej niż on sam. Podobnie jak każdy empata – czuję to zawsze, ponieważ emocje są moim sposobem doświadczania świata. Osobom o mniejszej sensytywności jest trudniej zidentyfikować swoje emocje, niektórzy więc mówią, że niczego nie czują albo po prostu nie potrafią tego nazwać. Drugą stroną empatii jest to, że nie zawsze wiadomo, co zrobić z tymi cudzymi emocjami: reagować, nie reagować? Jeśli tak, to jak?

Psycholożka podkreśla, że nie ma talentów pozytywnych i negatywnych, każdy talent jest zasobem, natomiast problemem jest ich nierozpoznanie, wypieranie lub nieumiejętne się nim posługiwanie. Weźmy przykład empatii: empata wchodzi do autobusu i czuje emocje ludzi, ale nie potrafi odróżnić tych własnych od cudzych, nie nauczył się mechanizmu działania empatii. Wysiada więc z autobusu nabuzowany lub smutny, ale nie ma pojęcia dlaczego.

– Dla mnie przez jakiś czas empatia też była zmorą – przyznaje Aneta Pietrzak. – Gdy zaczęłam pracować jako psycholożka, śniło mi się, że zalewają mnie fale, że się topię. W taki sposób odchorowywałam trudne rozmowy z moimi pierwszymi klientami. Dopiero moja superwizorka uświadomiła mi, że jako empatka wyczuwam emocje ludzi, z którymi pracuję, a następnie je przejmuję.

Co można zrobić z tą świadomością?

– Potraktować jako informację, która pomoże odróżnić, które emocje są moje, a które nie – odpowiada psycholożka. – I nimi zarządzić. Załóżmy, że przychodzi do mnie ktoś  zdenerwowany, a ja jako empatka natychmiast to wyczuwam. I jeśli wiem o tym, to mogę spróbować stworzyć taką atmosferę, żeby ten ktoś poczuł się lepiej, bo fajnie by było, gdyby rozmowa przebiegła w dobrej atmosferze. Gdybym sama nie była w dobrej formie danego dnia, mogę też takie spotkanie skrócić, żeby nie dopuścić do przekroczenia mojej granicy i nie wejść w grę osoby, która w swojej złości prawdopodobnie będzie mnie prowokować. Z empatami problem jest taki, że gdy widzą człowieka w dole, to automatycznie wchodzą w jego buty i utożsamiają się z jego stanem emocjonalnym. Uważam, że to bardzo szkodliwe. Nie da się pomóc komuś, kto jest zdołowany, jeśli samemu się jest w dole. Nie muszę „schodzić” do kogoś, kto jest w kiepskim nastroju. Mogę powiedzieć: „Widzę, że źle się czujesz”, i jeśli jestem gotowa pomóc, raczej zrzucam linę, by sam się po niej wspiął, zamiast robić to za niego.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Pozwolić sobie na siebie

Teoria talentów neuronalnych może wydawać się deterministyczna. Bo co mogę poradzić na to, że jestem empatką, choć wolałabym np. być pryncypialna? Na niewiele zda się ćwiczenie pryncypialności. Podobnie jak wielkich efektów nie przyniesie ćwiczenie empatii przez kogoś, kto ma tę cechę w niewielkim stopniu rozwiniętą. Czy to nie ograniczające? – pytam Anetę Pietrzak.

– Na talenty można patrzeć deterministycznie, a można jak na swój potencjał. Ale po co tak naprawdę pani ćwiczenie pryncypialności? To przypomina sytuację, w której ma pani na koncie milion dolarów i o tym nie wie, więc tyra za marne grosze. Gallup twierdzi, że może pani zaharowywać się na śmierć, żeby osiągnąć coś, co jest niezgodne z pani talentami neuronalnymi, i nigdy nie będzie pani tak w tym dobra, jakby pani była, gdyby zajęła się czymś, co jest z tymi talentami zgodne.

Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln.
A jeżeli ktoś chce wziąć swoją cechę dominującą w ryzy, bo mu przeszkadza?  – Przeszkadza, bo źle z niej korzysta. Dobrze wykorzystane talenty zawsze pomagają – twierdzi psycholożka. – Badania pokazują, że uwzględnianie swoich mocnych stron wpływa na sukces w około 80 proc. Dlatego warto w końcu odkryć, że ma się ten milion na koncie. Takie odkrycie zawsze jest bezcenne. Ale co człowiek zrobi z tą świadomością siebie, to już inna sprawa. Bo nie każdy jest gotowy w danym momencie życia wziąć za to odkrycie odpowiedzialność. Optymalnie byłoby dokonać go w dzieciństwie i wykorzystać do wyboru drogi życiowej. Ale rodzice, często nieświadomie, uczą dziecko zaprzeczania sobie, wierząc, że robią dobrze. Sądzę jednak, że przynajmniej część dzieci jest na tyle silna, by w pewnym momencie zawalczyć o prawo do bycia sobą. Często na tym właśnie polega inicjacja w dorosłość.

Na ogół jednak poznajemy prawdę o sobie około czterdziestki, gdy przechodzimy kryzys wieku dojrzałego. Niektórzy zmieniają wtedy całkiem swoje życie, a inni, którzy decydują się zostać tam, gdzie są, dzięki pracy ze swoim potencjałem zauważają, że dużo łatwiej się im pracuje, lżej żyje. Od tej chwili przestają się biczować, że coś jest z nimi nie tak. I dają sobie zgodę na siebie takimi, jacy są.

Pewna menedżerka w dużej korporacji miała nieustanne problemy z prowadzeniem harmonogramów, zebrań, nienawidziła tabelek, sprawozdań. Ta praca ją nudziła, a nawet budziła w niej agresję. Zrobiła testy neuronalne i okazało się, że jej kluczowym  talentem jest elastyczność. Czyli że potrzebuje dynamiki, ruchu, że genialnie sprawdza się w rozwiązywaniu problemów, w zarządzaniu kryzysami, bo bardzo szybko reaguje na zmieniające się realia. Dla niej planowanie, nawet na dwa dni naprzód, to koszmar.

– Taki ktoś nigdy dobrze nie nauczy się planowania, choćby go torturowano. Nie będzie też czuł się spełniony w narzuconej roli – mówi Aneta Pietrzak. – Owa menedżerka założyła swoją firmę, zajmuje się doradztwem w kryzysie. Ktoś wcześniej niedobrze ją zrekrutował. Źle na tym wyszła i ona, i firma. Obliczono, że zatrudnienie niewłaściwego pracownika to dla firmy ogromne koszty: jego pensja pomnożona przez półtora roku. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba z dominującym talentem focus, czyli skoncentrowana na celu, a dodatkowo bez żadnych talentów związanych z budowaniem relacji, była dobra w pracy z ludźmi. Ale już w zarządzaniu np. procesami technologicznymi może być bardzo skuteczna.

Każdy jest unikalny

Aneta Pietrzak pracowała ostatnio z mężczyzną o silnym talencie command (dowodzenie), który chciał odpokutować swoją przestępczą przeszłość, pracując w domu opieki. Ta praca ogromnie go jednak frustrowała, choć zdobył odpowiednie kwalifikacje i bardzo się starał. Poganiał ją, żeby szybko poradziła mu, co ma robić. Praca z talentami uświadomiła mu, że ciężkie doświadczenia życiowe nie muszą być ograniczeniem. Teraz pracuje z trudną młodzieżą, co daje mu satysfakcję, a młodzież go uwielbia.

Katarzyna Bieleniewicz: – Odkrycie swojego potencjału przynosi same korzyści: Po pierwsze, pomaga w lepszej komunikacji zarówno w pracy, w relacjach  rodziców i dzieci, jak i między partnerami. Bo poznając swoje (ale i współpracownika, dziecka, partnera) mocne i słabe strony, wiemy, czego się spodziewać, oczekiwać, a co odpuszczać. Jakich używać słów, argumentów, bo do każdego przemawia co innego. Po drugie, mocne strony uświadamiają nam, że każdy jest wyjątkowy, ma swój unikalny styl, więc nie trzeba powielać czyichś pomysłów na życie, porównywać się do innych. Ta prawda jest dla wielu kobiet uwalniająca, buduje ich poczucie własnej wartości, siłę. Po trzecie, poznanie swoich talentów zwiększa nie tylko naszą efektywność, produktywność, ale także przyjemność z tego, co robimy, bo robimy przecież to, co przychodzi nam z łatwością, w czym jesteśmy najlepsi. Czwarta korzyść – to, że odkrywając nasze mocne strony, poznajemy też nasze ograniczenia, obszary do przepracowania albo odpuszczenia. I jeszcze jedna – znajomość siebie pozwala nam lepiej dobierać ludzi, z którymi nam po drodze, zarówno w pracy, przyjaźni, jak i miłości. Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln. Dlatego dobierając się w pary, budując zespoły czy biznes, fajnie jest szukać kogoś, kto uzupełni nam to, czego nie mamy, a my uzupełnimy mu to, czego on nie ma. I w ten sposób wszyscy skorzystamy z tej pięknej różnorodności.

Aneta Pietrzak: – Metod na odkrycie swojego potencjału jest wiele, we wszystkich chodzi o jedno: o odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę jestem. Wrażliwcem, typem przywódcy, czy może człowiekiem do rozwiązywania trudnych spraw? Spełniam się w osiąganiu celów czy w pracy z ludźmi? Gdy tego się dowiemy, dobrze jest zrobić krok następny: zastanowić się, czy znajduję się w miejscu, w którym chcę być. I krok trzeci: podjąć decyzję, jak tę wiedzę wykorzystać. Najgorsze, co możemy zrobić, to zaprzeczyć temu, kim naprawdę jesteśmy. Jeżeli istnieje coś takiego jak grzech, to na pewno to jest grzech ciężki.

 

Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona. Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona.

 

 

  1. Psychologia

Jak prawdziwie wypocząć podczas wakacji?

Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało oraz dostroić się do rytmu natury i życia. (Fot. Getty Images)
Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało oraz dostroić się do rytmu natury i życia. (Fot. Getty Images)
Rozgorączkowany, nawykowy umysł pragnie nowych wrażeń, wciąż i wciąż, nie sposób go zadowolić, nasycić. Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało, dostroić się do rytmu natury, życia. Wrócić do wewnętrznego domu. Odzyskać spokój i radość.

Wyjazd na wakacje może być wydarzeniem mocno frustrującym. Czy dojedziemy bezpiecznie? Czy na miejscu zastaniemy wszystko tak, jak sobie wyobrażaliśmy? Czy nie ulegniemy wypadkowi? Czy nas nie okradną? Jakie będzie jedzenie? Czy nie utyjemy? Czy w hotelu nie będzie zbyt głośno? I tak dalej, i tak dalej. To stres także dlatego, że – na ogół – mamy ogromne wymagania; po miesiącach intensywnej pracy chcemy odpocząć naprawdę.

Na użytek tego tekstu odpytałam wiele osób o wspomnienia z wakacyjnych wyjazdów. Było za zimno albo za gorąco, uciążliwe sąsiedztwo, zatłoczone drogi i zatłoczone plaże, owady, hałas, nuda, zmęczenie. Częściej niż na co dzień kłóciliśmy się z bliskimi, bo wakacje to szczególny czas, gdy problemy niezauważalne w ciągu roku dają o sobie znać ze zdwojoną siłą. Bywało i tak, że po urlopie czuliśmy większe zmęczenie niż przed! Utyliśmy! No i wydaliśmy niemało pieniędzy.

Jakie momenty wspominamy najmilej? „Gdy siedziałam w kawiarni, leniwie popijałam sok grejpfrutowy i obserwowałam ludzi, ich gesty, uśmiechy, zmrużenie oczu, ekspresję ciała, ich stroje… Byli tacy barwni…” „Patrzyłam na wiewiórkę w parku zachwycona jej lekkością, zwinnością, wdziękiem. To tak, jakby tańczyła swoje życie, precyzyjnie, doskonale. Wiewiórki nie tyją!” „Najpiękniejsza podróż? Gdy przystaję i przyglądam się dzieciom, jak każdego dnia się zmieniają”. No i oczywiście wspominamy romantyczne chwile z tymi, których kochamy; gdy patrzymy sobie w oczy, śmiejemy się, rozmawiamy, jesteśmy na luzie. I ucztowanie z przyjaciółmi.

Są jeszcze zabytki. Piękne miejsca, piękne miasta, pałace, katedry, muzea. O nich jednak – na ogół – wspominamy rzadziej. Wakacyjne chwile szczęścia to momenty zatrzymania, kontemplacji, zachwytu. Wiele lat temu czytałam reportaż Anny Grigo o Jacku Kuroniu. Zapamiętałam tytuł: „Najpiękniejsze wyspy świata”. Tak o Jacku mówiła jego druga żona Danuta.

Działanie bez działania

To, czy wypoczniemy, czy wrócimy z wakacji jeszcze bardziej zmęczeni, zależy, oczywiście, od stanu naszego umysłu i serca, od naszego połączenia z naturą, z rytmem życia. Benjamin Hoff w książce „Tao Kubusia Puchatka” pisze, że najpopularniejszy miś świata z powodzeniem może być naszym przewodnikiem po życiu pełnym przyjemności i odprężenia. Puchatek, czyli Miś o Bardzo Małym Rozumku, jest kwintesencją taoizmu, wschodniego systemu filozoficznego nastawionego na spokój wewnętrzny, harmonię, radość, poczucie humoru i pogodę ducha. Puchatek jest właśnie ucieleśnieniem tych cnót, a także czegoś, co w wakacje potrzebne jest nam najbardziej – działania poprzez niedziałanie. Im więcej wysiłku, tym więcej kłopotów, mówi Laozi, twórca taoizmu. Działanie w harmonii z okolicznościami życia (a nie walka z tymi okolicznościami) sprawia, że uczymy się postrzegać to, co negatywne, jako pozytywne; wszystko nas uczy. Warunkiem takiej harmonii jest cichy, spokojny, refleksyjny umysł zwierciadło. Puchatek mimo swojego bardzo małego rozumku jest bardzo skutecznym misiem, ponieważ jego umysł taki jest – prosty. Puchatek ma tę rzadką, a tak bezcenną umiejętność; cieszy się tym, co proste, naturalne i oczywiste. Gdy Puchatek szuka domu, nie przejmuje się tym, że błądzi, bo może błądząc, znajdzie coś, czego wcale nie szuka, i może to będzie właśnie to, czego naprawdę szuka. Jak to się ma do naszych wakacji? Prosty wypoczęty umysł mówi: „Wszystko jest dobre, nie muszę przywiązywać się do tego, jak powinno być, mogę się odprężyć, zrelaksować i powitać wszystko, co się pojawia. Mogę być szczęśliwa”.

Nasz miś – bagatela! – nie zna arogancji i komplikacji, czyli wszystkiego, co wchodzi nam w paradę, uniemożliwiając doświadczanie tej prostej i mistycznej tajemnicy: życie jest radosne. Puchatek cieszy się, że ktoś go zaprosi w samą porę, żeby przekąsić jakieś małe co nieco, i że będzie miał z tego powodu miły dzionek. Albo że odwiedzi przyjaciół z powodu tego, że dziś jest czwartek: „Będziemy chodzić i życzyć każdemu Bardzo Szczęśliwego Czwartku”.

Puchatek nie walczy i nie zwycięża. Nie oczekuje nagrody. Nie narzeka. Robi rozmaite głupstwa, ale zawsze wychodzi mu to na dobre, nie przytrafia mu się nic złego. Także wokół niego wszystko właściwie się układa, mimo że sprawy czasami przybierają dziwny obrót. Cieszy się sobą i własną niepowtarzalnością. Miś umie polegać na sobie, wie, co jest dla niego najlepsze. Dlatego to on, a nie myślący Królik, narzekający Kłapouchy czy Przemądrzała Sowa, wyprowadza przyjaciół z tarapatów, bohatersko ratuje z opresji. Może to zrobić, ponieważ kieruje się sercem, troską i współczuciem. Właśnie serdeczność, przepływ dobrych uczuć naznaczają nasze udane wakacje i udane życie.

Taoistyczny ideał to działanie bez działania, czyli bez „powodowania” czy „zmuszania”. W praktyce znaczy to bez wścibskiego, nachalnego, egoistycznego wysiłku. Niedziałanie to słuchanie własnej intuicji, wewnętrznego głosu i bycie wrażliwym na okoliczności, na naturalny rytm rzeczy. Nasz codzienny umysł funkcjonuje zupełnie inaczej – bardzo się stara, za wszelką cenę chce osiągnąć cel. Dlatego tak szybko ulega zmęczeniu i w końcu staje się słaby. Taki umysł, nawet jeśli inteligentny, nie jest wydajny, ponieważ nie potrafi się skoncentrować. Jesteśmy z dzieckiem, ale planujemy zakupy. Jesteśmy na wakacjach, ale myślimy o służbowych mejlach. I tak dalej, i tak dalej. Żyjemy oddzieleni od rzeczywistości, od świata praw natury, w którym wszystko ma swój porządek i rytm; zasiewów, wzrastania, owoców, odpoczynku.

Miś ze swoim zadowoleniem z tego, kim jest, radością i spokojem przekracza uwarunkowany umysł, jakby powiedzieli taoiści, sięga wprost do źródła, do czystego umysłu. To dlatego działa bez wysiłku.

Nasz miś jest zawsze radosny przed rozpoczęciem jedzenia miodu. Jak nazwać ów moment? Pragnieniem? Oczekiwaniem? Raczej świadomością. Jest to ta chwila, często tylko ulotny moment, kiedy stajemy się szczęśliwi i uświadamiamy to sobie. Ale przecież tę świadomość możemy rozciągnąć. I… dobrze bawić się cały czas, jak Puchatek, bez względu na okoliczności.

Tao, czyli radości, szczęścia i harmonii, nie można zbadać w laboratorium pod mikroskopem. Trzeba wyjść na łąkę i do lasu. Na szczęście mamy lato, wakacje i urlopy.

Jak najprościej

W jaki sposób uspokoić nawykowy, rozgorączkowany umysł, który nieustannie czegoś chce: nowych wrażeń, atrakcji, niezwykłości, czegoś wyjątkowego, ekstra, nie wiadomo czego? W jaki sposób w prostocie odnaleźć spokój i radość, i… odpocząć? Jak pisze Dominique Loreau („Sztuka prostoty”, „Sztuka umiaru”, „Sztuka minimalizmu”): „Spacerowanie bez konkretnego celu, tylko dla przyjemności czucia, że żyjemy, położenie się na łące i patrzenie w obłoki, przypatrywanie się wodzie w rzece, czy jest coś ważniejszego?”. Niech przyroda będzie naszą nauczycielką. Zanurzmy się w niej, poczujmy jej pulsowanie w sobie, rytm życia istniejący poza niecierpliwym umysłem. Poczujmy, że na tym głębszym, pierwotnym poziomie wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Poczujmy ulgę i odprężenie płynące z tego połączenia.

Możemy na przykład zaprzyjaźnić się z drzewem. Drzewo od pradawnych czasów jest symbolem wzrostu, siły, stabilności i wiecznego odnawiania się życia w cyklu przyrody. Artyści, filozofowie i poeci odpoczywali wśród nich, ale też czerpali inspirację i siły twórcze przy „swoich” drzewach. Dla wielu z nas najpiękniejsze, najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa to te, gdy mogliśmy przebywać wśród ich gałęzi, chodzić po konarach, budować na nich gniazda lub domki.

Co dzieje się z nami, gdy przebywamy w pobliżu drzew, gdy nawiązujemy z nimi kontakt? Drzewo jest ogromną pulsującą kulą energii życiowej. Przy drzewie niejako podłączamy się do tej energii, co wzmacnia ciało i oczyszcza umysł, który staje się pobudzony, przejrzysty i przewidujący. Dla naszego myślenia, działania i odczuwania otwierają się nowe, nieznane dotąd przestrzenie twórcze, łączymy się z inteligencją serca. Znów czujemy się częścią większej całości, znika odizolowane, cierpiące „ja”. Stąd las od pradawnych czasów uchodził za „studnię młodości” ludzi.

„Znajdź swoje drzewo, a odzyskasz siły”, powiedziała mi mądra kobieta. Odtąd zaprzyjaźniłam się z pewną brzozą. Być może w wakacje zechcemy wybrać sobie drzewo i odwiedzać je. Być może poczujemy wówczas subtelny świat energii, w którym wszystko i wszyscy są zanurzeni. Jak pisali taoiści, drzewo, roślina czy kamień to nic innego jak skrystalizowana energia życiowa. To dlatego nasi przodkowie traktowali drzewa jako żywe, bliskie istoty. Jeszcze nie tak dawno w polskich pałacach, dworkach i wiejskich chatach sadzenie drzewa w podwórku czy ogrodzie, gdy rodziło się dziecko, należało do świętego rytuału. Ta tradycja znana jest we wszystkich niemal kulturach.

Poobserwujmy świat natury wokół nas, zachwyćmy się tym nieprawdopodobnym bogactwem życia, form, barw. Profesor Konrad Lorenz, austriacki przyrodnik, laureat Nagrody Nobla, mieszkał pod jednym dachem ze zwierzętami, rozmawiał z nimi, bo rozumiał ich język. W swoich książkach pisał o tych bliskich mu istotach z wielką czułością. Na przykład o gęsiach: „Kiedy spoglądam za gęsiami, które lecą nisko nad wodą i znikają za zakrętem rzeki, ogarnia mnie nagle zdumienie, że są mi tak bliskie. Pozostaję w zażyłych stosunkach z ptakiem żyjącym na wolności i fakt ten napawa mnie szczególną radością, odnoszę wrażenie, jakbym doznał małego zadośćuczynienia za wypędzenie z raju”. (z książki Konrada Lorenza „…Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami…”).

Nie żyjemy jak profesor z dzikimi, wolnymi zwierzętami, ale możemy je spotkać w lesie, na łące i spróbować poczuć, że wszyscy żyjemy w rodzinie różnych stworzeń, bliskich i równie ważnych. Ta świadomość przywraca wewnętrzną równowagę.

Chodzenie boso

I jeszcze chodzenie boso. To najlepsze, co możemy sobie dać – donoszą dziś eksperci od geofizyki, biofizyki, elektrotechniki, medycyny (m.in. w książce C. Obera, S. Sinatry, M. Zuckera „Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie”). To dzięki nim wiemy, że energia elektryczna Ziemi utrzymuje ład i porządek w częstotliwościach pól naszego własnego ciała, zupełnie niczym dyrygent, który kontroluje rytm i spójność dźwięków w muzyce orkiestry. Zapomnieliśmy, że ziemia pod naszymi stopami to ocean potężnej, bezkresnej, leczniczej energii. Co się dzieje, gdy przez pół godziny chodzimy, stoimy lub siedzimy boso na ziemi, trawie czy piasku? Ciało chłonie wszechobecną, uzdrawiającą energię matki Ziemi, zostaje wręcz skąpane w ujemnie naładowanych wolnych elektronach, co natychmiast przynosi uczucie spokoju i dobrego samopoczucia. Wystarczy przejść się po polu trawy połyskującej poranną rosą, aby poczuć ożywienie, pulsowanie energii i ciepło. Takie uziemienie przywraca i utrzymuje najbardziej naturalny stan elektryczny naszego organizmu, działa kojąco, wzmacniająco, oczyszczająco i uzdrawiająco na systemy naszego organizmu: sercowo-naczyniowy, oddechowy, trawienny, odpornościowy. Przywraca do życia.

„Podróżować jest bosko”, mawia moja przyjaciółka, która z podróży w nieznane czerpie wiele radości. Ja jednak tegoroczny urlop spędzę pod brzozą rosnącą niedaleko mojego niewielkiego domku, w otulinie Puszczy Kampinoskiej. Będę rozmyślać, czytać taoistów, patrzeć na szumiące osikowe liście podświetlone zachodzącym słońcem. Będę wodzić wzrokiem za motylami, zbierać maleńkie ziarnka wiesiołka, robić bukiety z polnych kwiatów, jeździć na targ i kupować zioła, kwiaty, warzywa, owoce, leśne borówki i grzyby. Będę gotować proste jedzenie, ucztować, świętować z mężem i z przyjaciółmi. Może zrobię dietę arbuzową, po której czuję, jakbym odpoczęła do szpiku kości. Będę chodzić boso. Wieczorem rozpalę ognisko, popatrzę w ogień i w gwiazdy. Będę się włóczyć po polach, słuchać koncertu żab i świerszczy. Pojadę na rowerze do Pola Mocy Dębów i poleżę na Słonecznej Polanie wśród maków i chabrów. Będę obserwować synogarliczki, które uwiły gniazdo na świerku w ogródku. Pójdę na wędrówkę po puszczy żwawym krokiem, ale też – innym razem – powolutku, ostrożnie stawiając nagie stopy w puszystym mchu.

Książki o Kubusiu Puchatku kończą się w zaczarowanym miejscu na skraju lasu. Możemy tam pójść. Zaczarowane miejsce jest tam, gdzie my jesteśmy.

  1. Styl Życia

Wakacje z duszą. Letnie odosobnienie wśród łąk i lasów, czyli sztuka sprzątania głowy

W ciągu ostatnich lat wiele zmieniło się w naszych wakacyjnych priorytetach. Ciągle lubimy wakacje w ciepłych krajach, jednak coraz częściej wybieramy opcję skromniejszą. (Fot. iStock)
W ciągu ostatnich lat wiele zmieniło się w naszych wakacyjnych priorytetach. Ciągle lubimy wakacje w ciepłych krajach, jednak coraz częściej wybieramy opcję skromniejszą. (Fot. iStock)
Mamy już mieszkania, domy, dobre ubrania, samochody, coraz lepsze drogi. Przyszedł czas na potrzeby wyższego rzędu. Stąd zamiast wczasów all-inclusive zapotrzebowanie na letnie odosobnienie wśród łąk i lasów. Zdrowe i cenione.

Pytam córkę, jaki prezent chciałaby dostać na 30. urodziny – opowiada przyjaciółka. – Trzydziestkę obchodzi się raz w życiu, więc chciałam jej sprawić coś szczególnego: może mebel do nowego mieszkania, biżuterię. A ona mówi: „Mama, dołóż mi kilka stówek na wyjazd na tygodniowe odosobnienie”. Ucieszyłam się, wiesz, Asia ostatnio tak dużo pracuje, niech pojedzie, odpocznie, złapie oddech…

W ciągu ostatnich lat wiele zmieniło się w naszych wakacyjnych priorytetach. Ciągle lubimy wakacje w ciepłych krajach, jednak coraz częściej wybieramy opcję skromniejszą: kawałek wakacji w ośrodku medytacyjnym czy klasztorze. Bez wystrzałowych ciuchów, zwiedzania zabytków, telefonów, mejli i rozmów. W ciszy. Ośrodki nakierowane na kontemplację i rozwój wewnętrzny powstają w urokliwych miejscach pośród pól, łąk, lasów, nad jeziorami i w górach.

15 lat temu powstał – największy dziś w Polsce – Ośrodek Tu i Teraz w Nowym Kawkowie na Mazurach. 45 hektarów lasów i łąk otacza domy i pola namiotowe. Maja Wołosiewicz, pomysłodawczyni i założycielka ośrodka (wraz z mężem Jackiem Towalskim), przygląda się ludziom, którzy tu przyjeżdżają.

– Bywają napięci, niespokojni. Oferujemy różne formy pracy wewnętrznej, jednak już sam kontakt z przyrodą niesie ogromne korzyści: ukojenie, uspokojenie. Codzienne spacery po lesie, łąkach i wąwozach, kontakt z dzikimi zwierzętami – sarnami, zającami, lisami, które podchodzą do okien – są jak balsam na zmęczone ciała i dusze.

– Cały czas rozbudowujemy ośrodek – mówi Maja. – Powstają nowe domy, sale warsztatowe, jadalnie. Są pokoje z łazienkami, ale też miejsca w namiotach, na strychach. Naród ciągnie do natury.

Ojciec Konrad Małys z klasztoru benedyktynów w Tyńcu opowiada o medytacjach, rekolekcjach i warsztatach rozwijających duchowość, oferowanych przez tynieckich mnichów. Do klasztoru zjeżdżają ludzie najróżniejszych zawodów, orientacji politycznych i wyznań religijnych; klasztor gościł nawet mnichów tybetańskich. Z każdym rokiem jest coraz więcej młodzieży.

– Początkowo w naszym Domu Gości było kilkanaście miejsc – mówi ojciec Konrad. – Kiedy Polska otworzyła się na świat i powstała autostrada do Krakowa, wybudowaliśmy nowy dom. Dzisiaj dysponujemy 90 miejscami i niemal wszystkie – szczególnie w sezonie wakacyjnym – są natychmiast rezerwowane. Mamy grupy krajowe i zagraniczne. Także firmy chętnie organizują u nas dni skupienia, które rozwijają wewnętrzną wrażliwość. Dużą popularnością cieszą się posty według Świętej Hildegardy. Jako społeczność benedyktyńska żyjemy razem, modlimy się i pracujemy. Nasi goście oddychają tą atmosferą, zanurzają się w innym niż na co dzień wymiarze życia, co sprawia, że później na wiele spraw patrzą inaczej, z otwartym sercem i dystansem do siebie.

Jacek Towalski z ośrodka Tu i Teraz zauważa, że z każdym rokiem przyjeżdża coraz więcej ludzi ciężko pracujących, wielu pracowników korporacji, menedżerowie – mężczyźni i kobiety – z najwyższych szczebli zarządzania. Zajeżdżają przed ośrodek wypasionymi furami, zrzucają garnitury i zagłębiają się w siebie.

– Wyraźnie widać taką tendencję: jako społeczeństwo zaczęliśmy się bogacić, mamy już mieszkania, domy, dobre ubrania, samochody, coraz lepsze drogi – mówi Jacek. – Przyszedł czas na potrzeby wyższego rzędu, poszukiwania czegoś głębiej, odkrywanie wartości nie tylko materialnych. Jeszcze 20 lat temu byliśmy zacofanym krajem, także pod tym względem. To się ogromnie zmieniło, aspirujemy, rozwijamy się.

Zauważa też taką tendencję: najpierw przyjeżdża kobieta, potem jej mąż, były mąż, przyjaciele, znajomi przyjaciół, ktoś z rodziny. Ta energia rozchodzi się jak kręgi po wodzie.

Coraz chętniej odwiedzają ośrodek nauczyciele ze świata. Cenią polską otwartość, ciekawość, nastawienie na wiedzę, na rozwój i podnoszenie jakości życia. Harmonizującą moc odosobnień i medytacji chwalą także celebryci. Szczególną popularnością cieszy się joga jako praktyka medytacyjna, nakierowana na pielęgnowanie wewnętrznej harmonii. Asany są najlepszą metodą zwalczania stresu i pokonywania zmęczenia. Z jogi można czerpać siłę i spokój oraz zdystansować od otaczającego świata i problemów. Najwyraźniej ta forma dbania o siebie przypadła nam do gustu. Poszukujemy, odkrywamy i doceniamy nowe możliwości.

  1. Styl Życia

Jakie zwierzę w tobie mieszka?

Czy jesteś osobą, która pełni nocną wartę, a rano jest nieprzytomna? Jeśli tak - twoim chronotypem jest wilk.
Czy jesteś osobą, która pełni nocną wartę, a rano jest nieprzytomna? Jeśli tak - twoim chronotypem jest wilk.
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mówi się, że jest czas na wszystko: na pracę i odpoczynek, zabawę i refleksję. Tyle że nie wszyscy jesteśmy jednakowi. Pewnie słyszałaś o skowronkach i sowach… Zapomnij, to już passé. Psycholog kliniczny dr Michael Breus proponuje zupełnie nową koncepcję oraz program, który pozwoli ci odnaleźć własny rytm.

O której godzinie wysyłasz maile i jak szybko dostajesz odpowiedzi? O jakiej porze uczysz się nowych rzeczy i jak je wtedy zapamiętujesz? A seks? Bardziej smakuje ci rano czy wieczorem? To wszystko świadczy nawet nie tyle o tym, jaki masz charakter, ale jak działa twój zegar biologiczny. No właśnie – jak?

Gdy chcemy podnieść jakość życia, najczęściej zadajemy sobie pytanie „jak”. Psycholog kliniczny, Michael Breus zwraca uwagę na inny aspekt – „kiedy”. Nasze zegary biologiczne funkcjonują w określonym układzie, który zaniedbujemy, a często nawet go nie znamy. A szkoda, bo działając zgodnie z tym, co Breus nazywa rytmem okołodobowym albo chronometrem, moglibyśmy być zdrowsi, bardziej kreatywni, szczuplejsi i znacznie skuteczniejsi. Może nawet szczęśliwsi?

W ludzkim ZOO

Specjalizujący się w medycynie snu dr Breus zaobserwował, że drobne zmiany, jakie sugerował pacjentom – dotyczące pór drzemek, posiłków, ćwiczeń czy oglądania telewizji – przynosiły znakomite rezultaty. Lepszy sen, nastrój, pamięć, koncentracja, forma fizyczna, waga... Zrozumiał, że wyczucie czasu może odmienić życie, uczynić je prostszym, bardziej naturalnym.

Do tej pory tradycja ludowa wyróżniała dwa podstawowe chronotypy: skowronki, czyli ranne ptaszki, oraz sowy – nocne marki (do tego zestawu dodawano kolibry, czyli osoby niemające preferencji). Po latach badań Breus zdecydował się na opis ludzi według czterech chronotypów i opracował test, który pomaga określić swój typ. Oparł się na danych z całego świata (część badań przeprowadzono w Polsce). Test znajdziesz w książce „Potęga KIEDY” oraz na stronie thepowerofwhenquiz.com, ale może wcześniej rozpoznasz się w którymś z poniższych opisów?

Najpierw DELFINY – ssaki znane z tego, że śpi u nich tylko jedna półkula mózgowa, podczas gdy druga czuwa. Ludzie delfiny śpią płytko, potrzebują niewiele snu i mają szybki metabolizm. Cierpią na bezsenność i budzą się zmęczeni. To perfekcjoniści i neurotycy. Delfiny są pobudliwe, drażliwe i skłonne do martwienia się. Niechętnie podejmują ryzyko. Wyróżniają się wysokim poziomem inteligencji, ale ze względu na obsesyjną naturę, perfekcjonizm i introwertyzm niespecjalnie sprawdzają się w pracy zespołowej. Zwykle bardziej otwierają się w związkach – potrafią być obecne, uważne, wspierające. Chętnie sięgają po środki na bezsenność, za to bardzo pilnują tego, co jedzą, piją i co kupują. Co nie znaczy, że cieszą się jedzeniem (podobnie zresztą jak aktywnością fizyczną). Według szacunków dr. Breusa stanowią 10 procent populacji.

Ludzie DELFINY należą do tej mniej licznej grupy, która powinna kochać się wieczorem (fot. iStock). Ludzie DELFINY należą do tej mniej licznej grupy, która powinna kochać się wieczorem (fot. iStock).

Całkiem inny jest LEW. Jak wiadomo, prawdziwe lwy to poranni myśliwi, dumni królowie sawanny. W ludzkim świecie ten typ reprezentują ci ambitni osobnicy, którzy zrywają się wcześnie rano, odczuwając silny głód i po sutym śniadaniu rzucają się w wir pracy. Praktyczni, zdeterminowani, osiągają wysokie wyniki. To strategiczni przywódcy, stojący często na czele dużych firm i przedsięwzięć. Mają jasne cele, dużo energii i równie wiele optymizmu. Lubią otaczać się ludźmi, byle nie trzeba było przesiadywać z nimi do późna – wieczorem opadają z sił. Bardzo dbają o zdrowie i formę fizyczną, rzadko sięgają po „śmieciowe” jedzenie i alkohol. Stanowią od 15 do 20 procent populacji.

Najwięcej jest NIEDŹWIEDZI: aż połowa społeczności! Działają zgodnie z rytmem wschodu i zachodu słońca – są aktywne w świetle dnia. Potrzebują sporo snu (śpią głęboko i wolno się budzą), a w weekendy chętnie ucinają sobie drzemkę. Lubią podjadać; wciąż rozglądają się za jedzeniem. W pracy to gracze zespołowi – solidni, otwarci na innych i unikający konfliktów. Niedźwiedzie znane są z pogodnego usposobienia i ekstrawertyzmu, trudno im przebywać dłuższy czas w samotności. To dobrzy przyjaciele i czuli, wyrozumiali partnerzy. Nie narzekają na zdrowie czy huśtawki nastrojów i wysoko oceniają swoją satysfakcję z życia.

I wreszcie WILKI. Czyli nocni myśliwi. To osoby, które pełnią późną wartę. Rano są nieprzytomne, szczyt pobudzenia osiągają dopiero pod wieczór, a zmęczenie dopada je zwykle około północy. Podobnie z głodem – rano jest niemal nieodczuwalny, wieczorem może być wilczy. To najbardziej impulsywny ze wszystkich chronotypów, szukający wrażeń i skłonny do podejmowania ryzyka. Emocje wilków są intensywne, a umysł przenikliwy i intuicyjny. Ich mocną stroną jest kreatywność. Lubią przebywać same, ale potrafią też świetnie bawić się w grupie. Mają większą niż inne typy tendencję do zaburzeń nastroju, depresji, lęków i uzależnień. Przyjmuje się, że stanowią 15–20 procent populacji.

Twój zegar biologiczny

Brzmi to wszystko trochę jak charakterystyka bohaterów bajki dla dzieci, lecz sprawa jest dość poważna. Brak synchronizacji z zegarem biologicznym może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie. Sęk w tym, że znaczna część społeczeństwa, jeśli nie większość, żyje według rytmów, które nie sprzyjają produktywności, rozwinięciu skrzydeł. Co z tym zrobić? Michael Breus stawia sprawę jasno: twój chronotyp się nie zmieni, ale możesz wprowadzić pewne modyfikacje w swoim harmonogramie.

Delfinom przyda się podniesienie poziomu energii w godzinach porannych i pohamowanie nerwowości w wieczornych. Zatem ćwiczenia i chłodny prysznic rano, a wieczorem gorąca kąpiel. Śniadanie bogate w białko, kolacja – w węglowodany. Żadnej kofeiny po 13.00, żadnych drzemek w ciągu dnia, żadnego odsypiania w weekendy! Po południu spacer, seks najlepiej po kolacji.

Wydawałoby się, że lwy mają „z górki” – ponieważ rozpoczynają dzień z niezwykłą energią. Sprzyja to karierze, ale niekoniecznie życiu towarzyskiemu czy osobistemu. Po prostu wieczorem padają ze zmęczenia i zostają w domu z poczuciem, że znów ich coś ominęło... A gdyby tak nieco zwolnić rano, przesunąć ćwiczenia fizyczne na popołudnie? Może udałoby się też opóźnić nieco czas obiadu i kolacji (pomocne będzie drugie śniadanie). Najlepsza pora na seks? Zdecydowanie ranek! Jeśli jesteś lwem, spróbuj nawiązywać relacje w godzinach przedpołudniowych. To również dobry czas na spotkania strategiczne.

Niedźwiedzi jest najwięcej. Ten najbardziej popularny chronotyp charakteryzuje się pogodnością i otwartym usposobieniem. (fot. iStock) Niedźwiedzi jest najwięcej. Ten najbardziej popularny chronotyp charakteryzuje się pogodnością i otwartym usposobieniem. (fot. iStock)

Niedźwiedziom zaleca się poranną aktywność fizyczną (z seksem włącznie) i żadnej kawy przed 10.00 (wcale nie pomaga się obudzić, pogłębia tylko roztrzęsienie). Po południu najlepiej krótka drzemka (nie dłużej niż 20 minut). Poobiedni sen nie wchodzi w grę? Może więc uda się wygospodarować 10 minut na relaks (głębokie oddechy, medytacja). Jesteś niedźwiedziem – nie jedz za wcześnie kolacji, nie pij też alkoholu po 20.00. W weekendy nie wstawaj później niż 45 minut po stałej porze pobudki.

I jeszcze wilki. Ważne, by zaczynały dzień bez pośpiechu, najlepiej, gdyby po obudzeniu mogły powylegiwać się przez 20 minut w łóżku. Muszą też zrezygnować z nawyku przesuwania na później śniadania i z porannej kawy. Jeśli jesteś wilkiem, zadbaj, żeby w ciągu godziny po przebudzeniu wyjść na światło słoneczne (choćby na 5 minut). Przed południem nie porywaj się na zbyt absorbujące zadania. Zalecane są: wieczorne ćwiczenia fizyczne, późna kolacja (ok. 20.00), ciepła kąpiel przed snem (wcześniej seks!) i dużo spacerów.

Co daje znajomość chronotypów?

Zdaniem Amerykanina dla każdego chronotypu istnieje idealna pora na każdą aktywność, taką jak: wstawanie, podejmowanie decyzji, medytowanie, przyjmowanie leków, uczenie się, rozmowa z dzieckiem, ważenie, picie drinków, jedzenie czekolady, wizyta w łazience, pisanie maili prywatnych i służbowych, podróżowanie, granie na instrumentach, robienie zakupów, oglądanie telewizji, a nawet zakochanie się, kłótnię  z partnerem czy opowiadanie żartów! Uff, trochę tego jest! Tylko czy można kontrolować rzeczywistość aż do takiego stopnia?  Zwłaszcza że w wielu sytuacjach trzeba jeszcze dostosować się do chronotypu innych osób. Na szczęście sam Breus mówi: „Bądźmy realistami, zejdźmy na ziemię! Nie oczekuję cudów; zrób, ile się da”. Ja wzięłam sobie do serca zalecenie dotyczące wieczornej „godziny bez prądu”. Chodzi o wyłączenie wszystkich urządzeń elektrycznych na godzinę przed planowanym zaśnięciem. Wystarczy, żeby obniżyć poziom kortyzolu, temperaturę wewnętrzną ciała i tętno, zwiększyć wydzielanie melatoniny. Nagroda? Lepsza jakość wypoczynku. Sprawdź –  najlepiej już dziś...

Ciekawostka: kiedy najlepszy czas na seks?

Skąd w ogóle pomysł, by uprawiać seks tuż przed snem, czyli w czasie, kiedy powinniśmy być nieprzytomni? – pyta Michael Breus. Tłumaczy, że wieczorny seks wcale nie umacnia intymności między partnerami – bo zamiast oddać się rozkoszy, walczą wtedy z sennością. Dlatego, choć jesteśmy przyzwyczajeni kojarzyć seks z końcówką dnia, powinniśmy „przenieść“ go na poranki, bo wtedy szczyt osiąga nasz dobowy rytm pożądania. Poza tym seks tuż po przebudzeniu to doskonały sposób na rozpoczęcie dnia – napełnia energią i nasyca mózg hormonami szczęścia na cały dzień. No i sprzyja zdrowiu – antyciała uwalniane podczas seksu przez układ odpornościowy zapobiegają drobnym dolegliwościom i je leczą. Poza tym gdy wzrasta poziom oksytocyny, spada poziom kortyzolu. Czyli im więcej seksu, tym mniej nerwów i chorób powiązanych ze stresem, takich jak otyłość czy choroby serca. Te korzyści często marnujemy, kochając się tuż przed snem. Wyjątek stanowią wilki i delfiny, które czuwają co najmniej do północy, im wieczorny seks może pomóc się zrelaksować.

Każdy chce być lwem?

Lew najwięcej energii ma na starcie. Jednak wieczorami trudno mu brylować w towarzystwie, chyba, że mówimy o takim zjawisku jak lew salonowy... (fot. Getty Images/ Gallo Images) Lew najwięcej energii ma na starcie. Jednak wieczorami trudno mu brylować w towarzystwie, chyba, że mówimy o takim zjawisku jak lew salonowy... (fot. Getty Images/ Gallo Images)

Dr Michael Breus, chronobiolog i psycholog kliniczny, odpowiada na pytania:

Twierdzi pan, że naturalny chronotyp jest nam przypisany od urodzenia, jak temperament. Czy z wiekiem lub na drodze zmian trybu życia można go jednak trochę zmodyfikować?

W mojej książce skupiam się na okresie dorosłości, który trwa od 21. do 65. roku życia. Dorosłe chronotypy są jednak w dużej mierze genetycznie uwarunkowane, co oznacza, że przychodzimy na świat z pewnymi skłonnościami. Ale to tylko skłonności, nie stały zapis. Zdarza się, że dziecko rodzi się z jednym chronotypem, ale w toku dorastania i różnych życiowych doświadczeń zmienia go na inny, ten najbardziej „sąsiadujący” z  dotychczasowym. Ostatecznie nasz indywidualny chronotyp stabilizuje się w okresie 20–25 lat i może ponownie zmienić w wieku 55–60 lat, najprawdopodobniej w chronotyp lwa (osoby wstającej bardzo wcześnie) albo delfina (osoby mającej problemy z bezsennością, co może być efektem przewlekłych chorób lub leków, jakie wtedy zwykle się przyjmuje). Choć wiek ma jak widać pewien wpływ na ewolucję naszego chronotypu, to zmiana trybu życia już niewielki. Znam wiele osób, które codziennie są zmuszone stawiać czoło trybowi życia i pracy nieprzystającym do ich naturalnych predyspozycji biologicznych, zazwyczaj są one naturalnie wilkami, ale muszą dostosować się do grafika typowego dla lwów.

Czy któryś z opisanych przez pana chronotypów jest bardziej lub mniej pożądany w dzisiejszych czasach? 

Na pewno większość osób chciałaby być lwami. Lwy lubią wstawać wcześnie rano, pracują ciężko i solidnie i wcześnie kładą się spać. Są bardzo produktywne, ale zwykle nie starcza im już energii na życie towarzyskie, siedzenie do późna w nocy i bycie przyjaznymi dla innych. Mimo to znaczna część badanych przeze mnie osób zazdrości lwom ich etyki pracy i sukcesów w życiu zawodowym.

Jaki typ pan sam reprezentuje? Czy ta świadomość zmieniła coś w pana życiu?

Jestem wilkiem, ale na szczęście potrzebuję tylko 6–7 godzin snu, więc zwykle kładę się spać o północy i wstaję o 6.30. Zawsze byłem nocnym markiem, dlatego poranne wywiady w telewizji to dla mnie katorga. Nauczyłem się o sobie tego, że nie powinienem zaczynać dnia od sportu, bo nie tylko ćwiczę wtedy bez żadnej przyjemności, ale też jestem bardziej narażony na kontuzje. Dlatego teraz staram się ćwiczyć nieco później, umawiać się na wywiady nieco później, właściwie wszystko robić nieco później. Wtedy jestem bardziej produktywny i szczęśliwszy.