1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Praca – czym naprawdę jest dla ciebie?

Praca – czym naprawdę jest dla ciebie?

Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Chcesz zarabiać na wygodne życie, wyrażać siebie, zrobić coś dla innych? A może rządzi tobą jakaś nieuświadomiona potrzeba? Pragniesz być doceniona, zrozumiana, lubiana lub wybić się ponad przeciętność… Tylko czy praca ci to zagwarantuje? – pyta coach Joanna Godecka.

„W tej firmie nie ma perspektyw”, „Zrobiłabym to, ale nie dostałam wsparcia”, „Szef mnie nie docenia, a koleżanki obgadują za plecami, można się załamać” – to wypowiedzi typowe dla Ofiary, czyli kogoś, kto nie może zbyt wiele zdziałać i zwykle czuje się pokrzywdzony. „Tylko ja tu haruję, wszyscy wychodzą wcześniej, a ja zostaję do nocy”, „Gdyby nie ja, wszystko by się zawaliło” – to kwestie typowe dla Zbawiciela. Podobnie uważa Dominator, który też wykrzykuje, że wszystko jest na jego głowie, bo pracują tu sami dyletanci. Oprócz niego, bo to on jest najmądrzejszy. Rola Dominatora w jego mniemaniu upoważnia go do tego, żeby deprecjonować innych pracowników. No i rządzić. Do dzierżenia władzy nie wyrywa się z kolei Outsider, który trzyma się z boku, raczej milczy i mało angażuje się w działania czy relacje. Trudno mu zrozumieć Czarusia, który wchodzi rano do biura uśmiechnięty i pyta: „Komu kawy, komu herbaty?!” i nie ma zahamowań, żeby głośno wyrażać swoją sympatię: „Jesteście cudowni, jest mi tu z wami dobrze jak w domu, a nawet lepiej”.

To tylko kilka z wielu ról, jakie odgrywamy co dzień w teatrze pracy, często nieświadomie. Dlaczego to robimy? Według Joanny Godeckiej, life coacha, ze strachu. – Ofiara swoją postawą komunikuje: „Nie skrzywdźcie mnie, bo ja już jestem skrzywdzona”. Dominator też się boi, tylko że wybiera atak, on krzywdzi pierwszy. Outsider nie nawiązuje kontaktu, żeby nic złego mu się nie stało. Z kolei Zbawiciel zabezpiecza się swoją rolą, bo kto wystąpi przeciwko ratownikowi? Podobnie działa Czaruś, jest przecież taki słodki i kochany, że nie zasługuje na to, żeby go skrzywdzić – tłumaczy.

Cóż, relacje z ludźmi w pracy wynikają z naszej relacji z samą pracą. – Często zdarza się, że praca nas określa – mówi Joanna Godecka. – Nie myślimy o sobie: „jestem kimś, kto ma swoje wady i zalety”, tylko: „jestem prawnikiem, dyrektorem czy redaktorem”. W takiej sytuacji za dużo od pracy oczekujemy. I jeśli coś się w niej nie układa, odbieramy to bardzo osobiście, bo nasze poczucie własnej wartości uzależnione jest od sukcesu zawodowego.

Praca to nie cała ty

Najzdrowiej jest, jeśli traktujemy pracę jako miejsce, w którym mamy wykazać się profesjonalizmem i zostać za to wynagrodzeni. Ona nie wpływa na to, kim jesteśmy jako ludzie. Joanna Godecka jest zdania, że gdyby wszyscy przychodzili do pracy z założeniem, że są tam po to, żeby wykonać po prostu swoje obowiązki, nie byłoby gierek, intryg, całego tego teatru. Gdyby ludziom przyświecały jasne cele, że chcą wydać dobrą gazetę, zbudować stabilny dom czy zaprojektować piękny park – ziemia byłaby cudownym miejscem. My tymczasem domagamy się od pracy emocjonalnych gratisów: że zostaniemy w niej zrozumiani, docenieni, otrzymamy wsparcie, opiekę, zabłyśniemy, wygramy w jakimś wyścigu. I poczujemy się lepiej.

Jeśli idziemy do biura z taką, często nieuświadomioną, intencją, wchodzimy w role, a w relacjach pojawia się gra. Zaczynamy wymuszać, żeby współpracownicy nas kochali, szanowali, dawali przestrzeń. Taka postawa wynika z wewnętrznych deficytów. Im bardziej pragniemy zaspokoić swoje niezaspokojone potrzeby, tym mniej otrzymujemy. – Na współpracowników warto spojrzeć realnie: przecież oni nie pracują tu po to, żeby nas uwielbiać i dawać nam to, czego właśnie potrzebujemy – konstatuje Joanna Godecka.

Załóżmy, że szef nie okazuje nam szacunku. Zadajmy sobie pytanie, czy my do siebie czujemy szacunek i czy nasza samoocena jest na tyle stabilna, na ile myślimy, że jest. Warto się zastanowić, jaki jest mechanizm tych negatywnych sprzężeń. – Oczywiście, współżycie w grupie jest złożonym procesem i zdarzają się osoby, które są dla nas trudne – mówi Joanna Godecka. – Ale wtedy zamiast przerzucać odpowiedzialność na drugą stronę, pomyślmy, czym nasze reakcje są wywołane. Może opiekunowie nas lekceważyli i teraz jesteśmy na to uwrażliwieni. Tylko czy praca jest miejscem, w którym mamy obowiązek być traktowani ze szczególną uwagą? Być zrozumiani i docenieni?

Zauważ swoją rolę

Z góry określone, sztywne role sprawiają, że funkcjonujemy niczym zdarta płyta, ciągle odtwarzając te same frazy. Uniemożliwiają rozwój i nawiązanie prawdziwych, szczerych relacji. Co zrobić, żeby nie grać w tym teatrze? – Najprostsza metoda pochodząca z praktyki obecności to: „Zauważ, co robisz”. Tylko to: zauważ. Możesz nawet robić to dalej, ale już z miejsca świadomości – mówi Joanna Godecka. Gdy zdamy sobie sprawę ze sztuczności postaw – swoich i innych – ten teatr wyda nam się frustrujący. Jest duże prawdopodobieństwo, że poczujemy się w nim jak w więzieniu. Zatęsknimy za wyrażaniem prawdy o sobie i poznaniem prawdy o współpracownikach. Remedium na odgrywanie ról jest bycie w relacji ze sobą, co polega na tym, że jesteśmy w „tu i teraz” – w każdej sytuacji, też trudniejszej, kiedy stajemy wobec jakiegoś wyzwania. Nie jesteśmy w swoim umyśle, który wysyła strachliwe komunikaty typu: „Powiedziała tak, spojrzała krzywo, wywalą mnie...”, tylko przytomnie odpowiadamy na to, co się dzieje, a nie reagujemy, broniąc się lub atakując na oślep.

Tę różnicę w postawie łatwo rozpoznać. – Kiedy jesteśmy sobą, bywamy różni. W zależności od sytuacji raz się roześmiejemy, innym razem zezłościmy, albo nic nie powiemy – mówi Joanna Godecka. Jesteśmy elastyczni, prawdziwi, i takie są nasze relacje w pracy.

Pamiętajmy jednak, że zespół jest strukturą, procesem grupy, nie ma sensu go rewolucjonizować. Dlatego jeśli odkryjemy swoją rolę, zauważymy grę, skupmy się na tym, by kierować się wewnętrzną prawdą bez chęci totalnej zmiany, bo staniemy się wrogiem numer jeden. Nie miejmy przesadnych roszczeń, bądźmy prawdziwi, ale w sposób płynący z nas, a nie z naszego ego, które chce poczuć się ważne. Nie mylmy epatowania swoimi myślami i emocjami z byciem sobą. Nasza prawda nie jest jedyną.

Na ile się odsłaniać?

Joanna Godecka zauważa, że często nosimy w sobie wyidealizowany obraz zespołu jako ludzi, którzy się wspierają i cieszą przyjazną atmosferą. Czasami tak bywa, ale częściej nie. Lepiej mieć przekonanie, że chodzimy do biura, żeby pracować, a nie otrzymywać emocjonalne podarunki. – Nie oczekujmy, że współpracownicy będą spełniać rolę rodziny zastępczej – mówi Joanna Godecka. – Opowiadanie o swoich problemach domowych, sercowych czy zdrowotnych nie jest na miejscu. Jeśli zdarza nam się jednak zwierzać koleżance z pokoju, zastanówmy się, jaka nieuświadomiona potrzeba nami kieruje.

Chcemy pocieszenia, wsparcia? Lepiej poszukać tego gdzie indziej. Tutaj co innego mamy do zrobienia. Praca powinna być czymś, co lubimy wykonywać, w czym się dobrze czujemy, co nam dobrze wychodzi. Jesteśmy użyteczni, rozwijamy swój potencjał i dostajemy pieniądze. Koniec, kropka. Jeśli angażujemy się w pracę nie z powodu kreatywności i chęci pokazania się takimi, jacy jesteśmy, a dlatego, że chcemy wyleczyć sukcesem nadszarpnięte poczucie własnej wartości – wykorzystujemy ludzi. Tworzymy koterie, węszymy, gdzie są wrogowie, gdzie klakierzy, opracowujemy strategie. Nie ma szans, żeby pojawiła się prawda o nas i żeby relacje przynosiły satysfakcję. Ambicje są budujące, ale przestają być, jeśli wchodzimy w deficyty, w zaburzone poczucie własnej wartości, funkcjonujemy nie jak w pracy, ale jak na scenie.

Lepiej mieć wewnętrzne przekonanie, że jestem na tyle dobra, że mogę pracować w różnych miejscach, ale z jakiegoś konkretnego powodu wybieram właśnie to. Wtedy nie ma w nas napięcia. Nie idealizujmy pracy, nie czyńmy z niej jedynego sensu naszego życia, ponieważ on jest zupełnie gdzieś indziej: w nas samych.

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Jak wewnętrzny sabotażysta blokuje twoje działania? Poznaj jego twarze!

Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Znowu słyszysz głos mówiący, że się nie uda? Poznaj strategie pozwalające w skuteczny sposób radzić sobie z zadaniami, które w pierwszej chwili cię przerastają.

Lęk przed porażką - główny sabotażysta

Dagmara już drugi tydzień odwleka zrobienie prezentacji na pierwsze spotkanie z dużym klientem. Kiedy siada do komputera i próbuje sklecić pierwszy slajd, „diabły siadają jej na rękach” – pojawia się masa drobnych rzeczy, które właśnie wtedy trzeba zrobić: zaległe e-maile nagle stają się bardziej niż bardzo ważne i wymagają natychmiastowych wyczerpujących odpowiedzi, a kłopoty nastoletniej córki koleżanki z działu wdrożeń bezwzględnie wymuszają przedłużenie przerwy kawowej. Termin spotkania zbliża się coraz większymi krokami i myślenie o tym przyprawia Dagmarę o bezsenność. Kiedy pyta siebie, o co chodzi, za każdym razem spod dywanu wychyla się ponury sabotażysta z transparentem „na pewno to schrzanisz”.

Wewnętrzny sabotażysta Dagmary powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając lęk przed porażką. Jego przesłanie to: „nie rób tego, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrósł z silnego, nieuświadomionego przekonania, że niedziałanie jest bezpieczniejsze niż działanie. Za „nie chcę tego robić” Dagmary kryje się „nie chcę się odważyć”, oparte na wyolbrzymianiu zagrożenia. To, czego jej potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ wewnętrznego sabotażysty, to wiara, że możliwy jest dobry skutek podjętej aktywności.

Jak Dagmara pokona swojego sabotażystę? Stosując profilaktykę. Obawa przed zrobieniem czegoś źle, powoduje, że wątpliwości paraliżują. Wtedy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest potraktowanie tych sabotujących myśli i uczuć jako napędu do działania.

Jeżeli najlepszym motywem do tego, by ruszyć z miejsca, jest obawa, dobrze jest skupić się na przykład na uniknięciu strat, grożących w wypadku niewykonania zadania, i starać się zapobiec pogorszeniu swojej opinii w pracy, degradacji w zespole czy zmniejszeniu dochodów. Skoro Dagmara nie może ruszyć z kopyta z prezentacją, niech pomyśli, co się stanie, jeśli tej prezentacji w ogóle nie zrobi. Skupienie się na uniknięciu strat, po przestraszeniu samego siebie konsekwencjami, powoduje, że co prawda samopoczucie jest okropne, ale z drugiej strony człowiek budzi się z letargu. A kiedy już zajmie się robieniem tego, co jest do zrobienia, skupienie na zadaniu zniweluje napięcie.

Kompletnie mi się nie chce - co kryje się za tym odczuciem?

Robert, choć podjął się w ramach wolontariatu pracowniczego zorganizowania zajęć fotograficznych dla dzieci z zaprzyjaźnionego domu dziecka, jakoś nie może wystartować ze swoim projektem. Czas mija, ale ciągle nie udało mu się nawet spotkać z dyrektorką domu, żeby ustalić zasady, nie mówiąc już o spotkaniu się z dzieciakami. Robert ciągle jakoś „nie czuje” tego zadania, nie potrafi się zebrać w sobie. Dyrektor zagadnął go ostatnio na korytarzu o projekt fotograficzny, więc tylko się wymigiwał nawałem spraw zawodowych, co trochę mijało się z prawdą, ale co miał powiedzieć? Że pod biurkiem ma na stałe zainstalowanego podszeptywacza, któremu na imię „Niechcemisie”, a muza jakoś nie nadlatuje?

Wewnętrzny sabotażysta Roberta powstrzymuje go przed działaniem, wzbudzając uczucie zniechęcenia. Jego przesłanie to: „nie rób tego sam, bo nie dasz rady”. Sabotażysta „Niechcemisie” wykiełkował i rozrósł się bujnie na glebie nieświadomego przekonania, że niebranie odpowiedzialności za własne działanie jest bezpieczniejsze niż jej branie. Za: „nie chcę tego robić” Roberta kryje się: „nie chcę być samodzielny”. To, czego mu potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ sabotażysty, to wiara, że bez pomocy z zewnątrz może działać skutecznie i odnieść sukces.

Jak Robert pokona swojego sabotażystę? Sytuacja, w jakiej się znalazł, to tak zwany zupełny brak weny twórczej. W jego wypadku najlepszą strategią będzie ignorowanie własnej emocjonalności i skupienie się na działaniu – krok po kroku.

Tym, co często zniewala, są obiegowe romantyczne wersje opowieści o działaniu w stanie natchnienia. Tymczasem wielu płodnych pisarzy, artystów i wynalazców stworzyło swoje dzieła metodą codziennej, wielogodzinnej pracy. Ważne jest, by znaleźć swój poziom zaangażowania w projekt – i z tego poziomu przystąpić do działania. Jak poradzić sobie z „Niechcemisiem”? Sprawdzić, czy stwarza on konkretne, fizyczne przeszkody do działania. Gdy stwierdzimy bezpodstawność takiego przypuszczenia, należy przystąpić do rzeczy – zadzwonić, zrobić plan, spotkać się. Sposobem na „Niechcemisia” jest ignorowanie swojego niechcenia.

Nie ma sensu tego robić - przekonanie, które wynika z fałszywego postrzegania

Zbliża się termin, w którym Ala musi oddać rozliczenie projektu – czyli wypełnić masę nudnych tabelek, opisać rachunki, posegregować dokumenty. A jeszcze na dodatek w trakcie przekazywania tych wszystkich „pasjonujących” pism będzie musiała wystąpić z wnioskiem o przyznanie jej premii, ale z doświadczenia wie, że jeśli nie będzie o to zabiegać, zarząd sam z siebie na to nie wpadnie. Każdy przyzna, że jej sytuacja nie jest specjalnie komfortowa i w związku z tym trudno się dziwić, że spotkanie z zarządem przesunęła o kolejne kilka dni. Nawet świadomość, że w ten sposób oddala w czasie wpływ środków na swoje niezbyt przeładowane gotówką konto, nie jest w stanie zmusić jej do zrobienia wszystkich tych nieprzyjemnych rzeczy. Jej prywatna „Buka” siedząca na ramieniu szepcze wprost do ucha: „to jest kompletnie bez sensu, te wszystkie papierologie i użeranie się z zarządem to chory wymysł i normalny człowiek nie powinien zajmować się takimi sprawami”.

Wewnętrzna sabotażystka Alicji powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając w niej uczucie złości. Przesłanie, jakim kieruje się Ala, brzmi: „nie rób tego na ich zasadach, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrosło ono z silnego, nieuświadomionego przekonania, że „moje zasady są lepsze od zasad innych”. Za jej: „nie chcę tego robić” kryje się: „nie chcę współpracować” oparte na wyolbrzymianiu alienacji. To, czego jej potrzeba, to wiara w dobre skutki współpracy.

Jak Ala pokona swojego sabotażystę? Dziewczyna całą sytuację postrzega jako bezsensowną. Taki stan ducha wynika z uaktywnienia nieuświadomionego przekonania: „ja wiem lepiej, co jest słuszne”.

Szczególnie trudno jest zabrać się do robienia rzeczy, które postrzegamy jako trudne, nudne lub nieprzyjemne. Często myślimy, że z takimi nielubianymi sytuacjami poradzimy sobie jakoś za pomocą siły woli, że w odpowiednim momencie po prostu zmusimy się do zrobienia tego. Jednak badania pokazują, że ludzie zazwyczaj przeceniają swoją zdolność do samokontroli opartej na sile woli. Dlatego takie zadania dobrze jest rozplanować w czasie, uwzględniając przypuszczalne okoliczności. Planując z góry, zadecydujesz co, gdzie i w jakim terminie masz zrobić. Nie tracisz czasu na zastanawianie się i decydowanie wtedy, kiedy sytuacja zaistnieje. Nie podejmujesz decyzji, czy to zrobić, nie dokonujesz trudnego wyboru, bo wybór został już dokonany w fazie planowania, teraz jest tylko realizowany.

Strategie działania, które przestaną cię osłabiać

Jeśli często miewasz podobne chwile zwątpienia, mam dla ciebie pocieszającą wiadomość: istnieją strategie, pozwalające w sprawdzony i skuteczny sposób radzić sobie z wykonaniem zadań, które w pierwszej chwili wydają się nas przerastać. Dodatkowo te strategie można wybrać właśnie z poziomu swoich „niedoskonałości”, których nie ma powodu w takiej sytuacji trzymać pod dywanem (wykładziną, biurkiem czy na swoim ramieniu).

W pracy używanie argumentu: „nie chcę tego robić” raczej nie sprawdzi się na dłuższą metę. W większości wypadków praca to wykonywanie określonych zadań w drodze do osiągnięcia określonego celu. I raczej nie zdarza się, żeby zadania były nieustannie dopasowywane do naszego nastroju, chęci i aktualnego poziomu silnej woli. A nasi sabotażyści nie ustają w działaniu.

Kiedy boisz się, że „coś schrzanisz”, „nie dasz rady”, gdy kompletnie nie czujesz bluesa i jesteś zniechęcona – jesteś raczej nastawiona pesymistycznie. Jednak nie jest to powód, dla którego twoje zadanie zyskuje status „niewykonalne”. Po prostu z miejsca braku entuzjazmu rzadko daje się ruszyć na hurraoptymistycznym paliwie. Trzeba więc poszukać paliwa innego rodzaju.

Takie strategie, jak myślenie o ujemnych konsekwencjach, ignorowanie swoich stanów emocjonalnych czy angażowanie się w sporządzanie szczegółowych planów mogą wydawać się mało atrakcyjne, a na pewno na początku – mało porywające. Oczywiście, każdy sam dobiera najlepsze dla siebie strategie, które pomagają mu lepiej funkcjonować. Jednak może nie warto z góry odrzucać tych nieatrakcyjnych? Przy wszystkich swoich wadach mają one tę podstawową zaletę, że kiedy się ich używa – okazują się skuteczne. Osłabiają bowiem siłę działania wewnętrznych sabotażystów, odcinając od wpływu nieświadomych, toksycznych przekonań. Dzięki temu jesteśmy w stanie znowu zacząć chcieć.

  1. Psychologia

Stan flow - jak go osiągnąć w codziennym życiu?

Stan flow to doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. (Fot. iStock)
Stan flow to doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. (Fot. iStock)
Czy wiesz ile zajęć, które wykonujesz w ciągu dnia, angażuje cię na tyle, że zapominasz o czasie i żyjesz chwilą teraźniejszą? Mogą to być przeróżne czynności jak: praca, zabawa z dziećmi, taniec, szycie, pisanie, jazda na rowerze. Są to aktywności, które nas mobilizują i przynoszą pozytywne rezultaty. Jak osiągnąć stan flow radzi coach Kasia Wezowski. 

Mihály Csíkszentmihályi, amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia, określa stan flow (w tłumaczeniu na polski - stan „przepływu, uskrzydlenia”), jako doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. Warunkiem osiągnięcia tego stanu jest odpowiedni poziom jego trudności, klarowność wyznaczonych celów i mierzalne rezultaty w postaci możliwości uzyskania odpowiedniej informacji zwrotnej.

Zadanie, które wykonujemy, nie może być za łatwe.
Wtedy bowiem nudzimy się i popadamy w rutynę i odrętwienie. Jeżeli jednak jest za trudne, mamy problem, żeby się na nim skoncentrować i często towarzyszy nam wtedy duży stres. Nie jest więc dobrze zajmować się tylko monotonnymi zadaniami. Z drugiej jednak strony, jeżeli nagle zaczniemy analizować wyniki najnowszych badań ekonomicznych, czy postanowimy po tygodniu treningu zagrać w turnieju w tenisa lub zacząć biegle mówić po chińsku, prawdopodobnie zadanie nas przerośnie i szybko się zniechęcimy.

Nie jest łatwo osiągnąć stan spełnienia w pracy zawodowej.
Prof. Heike Bruch odkryła, że wśród amerykańskich pracowników tylko 10 proc. przeżywa stan flow, co wymaga odpowiedniego poziomu koncentracji i jednocześnie mobilizacji przy wykonywaniu zadań. Aż 40 proc. tej grupy to osoby, które mają odpowiednią mobilizację, jednak brakuje im koncentracji. Kolejne 20 proc. to jednostki, którym nie starcza energii, aby dokończyć rozpoczęte sprawy, a ostatnie 30 proc. to ludzie wypaleni zawodowo i sfrustrowani.

Co zrobić, jeżeli nie osiągamy stanu flow podczas wykonywania pracy?
Dobrze jest przemyśleć, jak lepiej sobie zorganizować dzień pracy, żeby nie odrywać się co chwilę od jednej czynności, aby wykonać drugą. Warto sprawdzić, czy można wyznaczyć sobie oddzielny czas na sprawdzanie maili, rozmowy z klientami czy inne tego typu czynności. Zastanów się też, co mogłoby być dla ciebie wyzwaniem w pracy i dawać ci dodatkową motywację. Rozważ różne możliwości, co mogłabyś zmienić w sposobie wykonywania pracy albo jaką wprowadzić innowację, aby praca sprawiała ci większą satysfakcję. Jeżeli się nudzisz, być może jest to moment na zmianę charakteru pracy lub czas na awans.

Pamiętam, że podczas studiów z reguły albo nie mogłam się zmobilizować, albo skoncentrować.
Nauczyłam się więc wyznaczać odpowiedni czas bardzo blisko egzaminu, aby mieć odpowiedni poziom motywacji, a jednocześnie bardzo precyzyjnie przygotowywałam odpowiednią aranżację pomieszczenia - szybki dostęp do picia i jedzenia, odpowiednia muzyka lub cisza zależnie od fazy nauki. Wielu studentów doświadcza stanu flow nad ranem w noc przed egzaminem. Csíkszentmihályi zbadał, że ludzie najczęściej osiągają go, jeżeli wykonują angażującą pracę lub podczas uczenia się. Ludzie, którzy są aktywni zawodowo i lubią to, co robią, często zachowują lepsze zdrowie i deklarują wyższy poziom satysfakcji z życia.

Nie tylko w pracy możemy się spełniać.
Jeżeli poddamy się interesującej rozmowie z przyjaciółmi, ciekawemu hobby czy aktywności fizycznej, zapominamy o upływającym czasie i przeżywamy stan podekscytowania. Niektóre osoby osiągają flow podczas prowadzenia samochodu, ponieważ zadanie to wymaga jednocześnie koncentracji i umiejętności. Innym ważnym źródłem tego stanu jest sztuka, zabawa, flirt i seks. Wbrew pozorom bierny wypoczynek przed telewizorem lub na leżaku wcale nie przynosi stanu flow. Wiele osób czeka ze zniecierpliwieniem na urlop i marzy, że będzie się wylegiwać na plaży. Jednak to amatorzy aktywnego wypoczynku lepiej pojęli, co przyniesie większą satysfakcję i ciekawe wspomnienia. Spływ kajakowy, wycieczka rowerowa czy zwiedzanie zabytków zapewni nam korzystniejszy przypływ energii. Niektórym się wydaje, że mnisi wiodą spokojne życie w kontemplacji i nie muszą się przejmować zmartwieniami świata codziennego. Wiele osób marzy, żeby sobie tak usiąść w klasztorze i medytować. Nie biorą jednak pod uwagę, że każdy mnich też ma codziennie do wykonania rożne obowiązki, a sama medytacja nie jest tylko biernym odpoczynkiem, ale aktywną koncentracją umysłu wymagającą odpowiedniej motywacji.

Ważnym źródłem flow jest wysiłek fizyczny.
Może to być mecz siatkówki, wyprawa górska czy ćwiczenie jogi. Osobiście potrafiłam zupełnie zapomnieć o wszystkim i skoncentrować się na chwili teraźniejszej podczas wspinaczki górskiej, intensywnych podróży po Azji, kiedy spotykałam po drodze dużo osób lub jeżdżąc na rowerze, szczególnie po lesie albo po nieznanym terenie, kiedy trzeba się skoncentrować na pokonywanej drodze.

Dobrze jest też mieć hobby.
Może być to gotowanie wymyślnych potraw, dekorowanie stołu czy projektowanie ubrań. Niektórzy uwielbiają tańczyć, jeździć na lodzie, uprawiać ogródek, malować czy rzeźbić. Warto mieć przynajmniej jedno takie zajęcie, które sprawia satysfakcję, jednocześnie jest pewnym wyzwaniem. Takie, które wymaga jasno wyznaczonego celu, takie które może dać wyraźne postępy. Wtedy może stać się to równowagą dla niezbyt sprzyjającej flow pracy zawodowej. Marten de Vries, holenderski lekarz psychiatra, postanowił zrobić eksperyment w swoim szpitalu. Dał zadanie pacjentom, aby przez dwa tygodnie zapisywali wszystkie czynności, które wykonują podczas dnia i odnotowywali odczuwane przy nich stany emocjonalne. Pewna pacjentka ze schizofrenią, przebywająca wiele lat w szpitalu, która generalnie nie była zadowolona z niczego, odnotowała parę razy pozytywne emocje, gdy zajmowała się swoimi paznokciami. Marten deVries postanowił pójść za tą informacją. Zafundował pacjentce trening zabiegów kosmetycznych i zaczęła ona dbać o paznokcie całego oddziału. Stan jej zdrowia niespodziewanie szybko się polepszył. Wkrótce została wypisana i po roku zaczęła samodzielnie wykonywać zawód kosmetyczki.

Możliwe, że nadszedł moment, aby zastanowić się, co naprawdę sprawia ci przyjemność, satysfakcję i wyzwanie zarazem. Czasami odkrycie zawodu życia może być bardzo niespodziewane. Jesteśmy przyuczani do pewnych zadań i funkcji od dziecka. Wydaje nam się, że to jest zajęcie, które powinnyśmy wykonywać i jeżeli nam nie wychodzi tak dobrze, jak innym, czujemy się rozczarowani sobą. Być może jednak jest tak, że nie znaleźliśmy jeszcze sposobu, jak wykonywać swój zawód z przyjemnością albo potrzebujemy zająć się inną aktywnością, którą bardziej lubimy.

Ćwiczenie dla ciebie

Przez najbliższy tydzień codziennie wieczorem odnotuj w zeszycie wszystkie zajęcia, jakie wykonywałaś w ciągu oraz określ na skali od 0 do 5, jak bardzo sprawiały ci przyjemność, przy czym 0 oznacza, że nie odczuwałaś żadnej przyjemności a 5, że dużą przyjemność. Na podstawie zebranych przez tydzień notatek, spójrz na te zajęcia, przy których odnotowałaś najwyższą punktację i zastanów się, co zrobić, abyś doświadczała ich częściej.

  1. Psychologia

Praca: kiedy przynosi satysfakcję, a kiedy wypalenie zawodowe?

Między pasją a harówką: kiedy popadamy w wypalenie zawodowe? (Fot. iStock)
Między pasją a harówką: kiedy popadamy w wypalenie zawodowe? (Fot. iStock)
Na pewno nieraz słyszałaś hasło „pracuj z pasją” promowane jako przepustka do zawodowego spełnienia. Tylko dlaczego jednych prowadzi w dolinę szczęścia, a innych na skraj przepaści, jaką jest wypalenie zawodowe?

Basia w swoim życiu zawodowym właściwie od początku podążała za pasją: skończyła biologię i jako wyróżniająca się studentka mogła zostać na uczelni, postanowiła jednak przyjąć posadę w parku narodowym i pracując tam – blisko przyrody, pisać doktorat. Okazało się, że to było bezpieczne miejsce – od niej samej zależało, na ile się zaangażuje, bo dyrekcja nie wywierała wielkiego nacisku. Po jakimś czasie zorientowała się, że większość jej kolegów bardziej markuje pracę naukową, niż ją rzeczywiście wykonuje. Odchodzili od swoich biurek o trzeciej i jechali na obiadek do domu. Nikt nie wykazywał większych ambicji, a ją postrzegali jako osobę nadgorliwą. Jednak dzięki swemu zaangażowaniu została zauważona przez dyrektora jako „ta, której się chce”. Gdy trzeba było zadbać o wizerunek w mediach – delegowano Basię. Kiedy pojawiała się możliwość otrzymania grantu – Basia starała się za siebie i innych. Uczelnia w pobliskim mieście zapraszała naukowców z parku do współpracy – Basia okazała się niezastąpiona. Dużą część aktywności wykonywała nieodpłatnie, bo przecież działała na rzecz spraw, które były jej życiową pasją. Robiła wiele rzeczy, które nie należały do jej obowiązków, ponieważ inni nie byli tak zaangażowani i przekonujący jak ona. Po jakimś czasie zaczęło jej szwankować zdrowie. Znajoma lekarka powiedziała, że ma objawy wypalenia zawodowego i że to może skończyć się bardzo źle. Basia nie wie, gdzie popełniła błąd.

Wszystko czego pragniesz

Agnieszka projektuje wnętrza, chociaż skończyła prestiżowe studia ekonomiczne. Na życiową zmianę porwała się, bo nie umiała się odnaleźć w nudnej atmosferze bankowych pomieszczeń, identycznych w swoim charakterze bez względu na rodzaj banku i kraj. Tuż po podjęciu tej rewolucyjnej decyzji musiała skonfrontować się z rzeczywistością i najbliższymi, którzy nie byli zachwyceni jej lekkomyślną decyzją. – Jakim ty jesteś fachowcem? Projektantem po dwóch semestrach internetowego kursu! Ocknij się, dziewczyno, i zajmij tym, na czym naprawdę się znasz – grzmiał ojciec. – Córeczko, ale jak ty sobie poradzisz ze spłatą kredytu na mieszkanie, przecież do tego trzeba mieć stałe dochody, a ty masz zlecenia od czasu do czasu – wtórowała jęczącym tonem matka. Nie było łatwo to znosić, ale Agnieszka nie uległa. Początkowo pracowała za marne pieniądze, jednak każde zlecenie było nowym początkiem – ciągle uczyła się, czytała, podglądała, jak to robią inni. Czasami rezygnowała ze zlecenia, nawet jeśli bardzo potrzebowała pieniędzy – jeżeli klient próbował wymusić w projekcie zmiany, z którymi się nie zgadzała. Po kilku latach jej firma prosperuje coraz lepiej, a ona czuje, że jest na właściwym miejscu.

Kim jest przodownik pracy?

Dlaczego – chociaż obie wyszły z tego samego punktu – chęci pracowania z pasją, skończyły w tak rozbieżnych miejscach?

Pasja w swoim pozytywnym znaczeniu zawiera w sobie zawsze jakiś wzniosły pierwiastek (fascynację czymś pozytywnym, chęć głębszego poznania, chęć zrobienia czegoś dobrego dla ludzi, pierwiastek dobra, piękna, użyteczności, zgłębiania tajemnicy). Praca w interesującym obszarze jest wtedy drogą do celu, gdzie wydarzają się rzeczy dobre i piękne. Podążanie tą drogą wymaga jednak podejmowania ryzyka, że nie przez wszystkich będzie się uwielbianym i akceptowanym. Wymaga posiadania swoistego firewalla (czyli: zapory sieciowej), który nie dopuszcza toksycznych wpływów otoczenia. Wymaga bycia osobą wewnątrzsterowną – umiejącą powiedzieć sobie i innym: „Wiem, kim jestem, co mi służy, a co nie, mam mechanizmy, które nie pozwalają mi się zatracić”. Jeśli tego nie masz w sobie, łatwo możesz wpaść w pułapkę bycia „przodownikiem pracy”.

Na co powinien uważać każdy przodownik pracy? (fot. IStock) Na co powinien uważać każdy przodownik pracy? (fot. IStock)

Kiedy dopada nas wypalenie zawodowe?

Przodownik pracy też – szczególnie na początku – kieruje się pasją rozumianą jako bardzo silne upodobanie do czegoś, zajmowanie się tym z namiętnością. Jednak ma pewną cechę – która jak brak firewalla – czyni go podatnym na toksyczne wpływy otoczenia. Daje się sprowokować do działania opartego na rywalizacji („Dam radę, będę najlepsza, nie dam się”). Miesza narzędzie, jakim jest praca, z celem, jakim jest dążenie do wprowadzania w świecie pozytywnych zmian. Praca staje się wtedy celem samym w sobie, a przodownik pracy jest coraz bardziej zewnątrzsterowny, brakuje mu empatii dla innych i dla siebie – nie potrafi odmawiać, łatwo nim manipulować. Wszystko to prowadzi do wypalenia zawodowego, depresji i kłopotów ze zdrowiem. Brakującą zaporą jest uległość w relacjach z innymi, szczególnie ze znaczącymi osobami z otoczenia (rodzice, współmałżonek, szef).

Uległość to postawa charakteryzująca się respektowaniem praw innych i lekceważeniem własnych, czyli nieuwzględnianiem swoich potrzeb, poglądów i odczuć. Zachowujemy się ulegle, ponieważ boimy się reakcji innych na nasze decyzje i utraty ich aprobaty albo uważamy, że jest to właściwe, grzeczne zachowanie (czyli chcemy uniknąć konfliktu). Jednak uległa i unikająca postawa prowadzi do tego, że pomału tracimy poczucie własnej wartości, coraz częściej doświadczamy poczucia krzywdy, złości, frustracji, a tym samym – paradoksalnie – zachęcamy innych do dominacji nad sobą. To skłonność do uległości spowodowała, że Basia podporządkowała się regułom otoczenia, które poszukiwało kogoś, kogo da się wykorzystać. Nieumiejętność stawiania granic, brak firewalla, jakim jest zdrowa asertywność, zaowocowała tym, że toksyczny wpływ osób, które traktowały ją instrumentalnie, przeniknął do jej świata i go zatruł. Zamiast prowadzić badania i wdrażać projekty, które wniosłyby coś pozytywnego w funkcjonowanie przyrody, od lat „gasiła pożary” wynikłe z nieudolności otaczających ją osób i tym samym tę nieudolność ciągle wspierała. Jej praca pozbawiona była tego niezbędnego pierwiastka wzniosłości, poczucia, że robi się coś ważnego i dobrego, że to ma sens, i płynącej stąd satysfakcji, dającej energię do dalszego działania. Pozytywnym lub negatywnym wzmocnieniem stało się dla niej zadowolenie lub niezadowolenie dyrektora, który wykorzystywał ją do budowania obrazu firmy na zewnątrz, ale nie był zainteresowany jej dobrostanem.

Cała ta sytuacja, będąca podręcznikowym przykładem okoliczności prowadzących do wypalenia zawodowego, nie miała szans skończyć się inaczej, jak właśnie epizodem zdrowotnym, który pełni rolę ostrzegacza. Od tego, czy Basia to ostrzeżenie usłyszy, zależy nie tylko jej dalsza kariera zawodowa, ale całe jej życie.

Ewa Mażul: coach, doradca, ekspert ds. komunikacji w biznesie.