1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 12 kroków do spełnienia marzeń. Krok 5: Zwycięstwo motywuje, a porażka uczy

12 kroków do spełnienia marzeń. Krok 5: Zwycięstwo motywuje, a porażka uczy

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz, jak wiele już zrobiłaś. Brawo! Sprecyzowałaś swoje marzenie, zwizualizowałaś je, podzieliłaś na etapy i zrobiłaś ten pierwszy, najtrudniejszy krok. Dzięki niemu przekroczyłaś granicę pomiędzy biernym marzeniem w myślach, a osiąganiem upragnionego celu. Bezsprzecznie możemy powiedzieć, że jesteś już po drugiej stronie, czyli w świecie ludzi realizujących marzenia. Jak się w nim czujesz? Powinnaś także wiedzieć, że nie ma znaczenia, czy pierwszy krok zakończył się sukcesem, czy niepowodzeniem. Każde z tych doświadczeń jest lekcją daną Ci przez życie. Pamiętaj, nic nie dzieje się bez powodu. Najważniejsze jest jednak to, że zrobiłaś ten pierwszy krok. I teraz, nawet jeśli nie jesteś zadowolona z wyników, nie ma już odwrotu – bo przekroczyłaś magiczną granicę lęku przed realizacją marzeń. Jedyne co Cię teraz czeka, to sukces.

Zobacz Krok 1: dobrze opracuj cel!, Krok 2: podziel swój cel na etapy!, Krok 3: wizualizacja, Krok 4: zaczynasz działać

Dlaczego ten felieton będzie mówił i o zwycięstwie, i o porażce? Ponieważ jesteś albo zwyciężczynią pierwszego etapu, albo osobą, która doświadczyła ogromnej lekcji, potocznie zwanej porażką. Dlatego rozbiję go na dwie części. Pierwsza część, to sytuacja w której właśnie udało Ci się pokonać początkowy etap i czujesz się jak „Królowa tego świata”. Drugi akapit dotyczy przypadku, kiedy Twoje działania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. To czas, gdy powinnaś wyciągnąć wnioski z tego, co Ci się przytrafiło. Bo to, czego doświadczyłaś to nic innego jak wspaniała lekcja, z wartości której może jeszcze nie zdajesz sobie sprawy.

Zwycięstwo

Z uśmiechem na twarzy gratuluję Ci tego, co osiągnęłaś. Precyzyjnie określiłaś czas potrzebny Ci na wykonanie pierwszego etapu. Dzięki temu, przy pomocy ChouChou, zrealizowałaś wpisany w nie cel. Oznacza to nie tylko, że zrobiłaś pierwszy krok, ale także, iż jesteś gotowa na następny. Czujesz już jak podnosisz drugą nogę? Zanim jednak zaczniesz działać, spójrz na swoją listę, na której wcześniej wypisałaś kolejne etapy. Zastanów się ponownie, czy aby na pewno jesteś gotowa, by przystąpić do realizacji właśnie tego etapu? Mierz swoje siły na zamiary. Nie przeceniaj się. Muszę się przyznać, że często jest to mój błąd. Stawiam sobie zbyt ambitne cele i później mam wielkie problemy z ich zrealizowaniem. Zdarza się tak, że wykończona padam na łóżko z myślą, że „już nie mogę”. Na całe szczęście przypominam sobie wtedy radę mojej coach „wyznacz sobie cel realny i ambitny”. Co to oznacza?

Cel realny to taki, który możesz zrealizować łatwo, przy systematycznej pracy. Na przykład, jeśli wpiszesz sobie „stracić 3kg w miesiąc” i podejmiesz kroki, na które możesz sobie pozwolić czasowo i finansowo, to jest to coś, co możesz osiągnąć - czyli cel realny. Celem ambitnym będzie np. „stracić 5kg w miesiąc” przy tych samych założeniach czasowo-materialnych. Cel nierealny to np. „stracić 30 kg w miesiąc”.

Dlatego proszę, byś nie ulegała uczuciu euforii zwycięzcy i z dystansem przeanalizowała kolejny krok. Nie osiadaj na laurach. Przed Tobą wciąż długa droga, ale co najważniejsze, teraz już wiesz, że jej podołasz. A zatem – tasiemka z kolejnym etapem gotowa, zawiązuj ją na nadgarstku i działaj. Jak myślisz, w jakim czasie zrealizujesz obecny etap?

Sama satysfakcja ze zrobienia pierwszego kroku, to nie wszystko. Czekają na Ciebie dodatkowe bonusy. Jesteś szczęśliwa, a to powoduje, że ludzie chcą z Tobą przebywać. Każdy pragnie mieć koło siebie dobrą energię. Realizując swoje marzenia otwieramy się także na nowych ludzi.

Jeżeli zechcesz, podziel się ze mną swoją historią. Z niecierpliwością na nią czekam!

Porażka?

Drugi akapit, to ten, który opowiada o wspaniałej lekcji, jaką dostałaś od losu. Przede wszystkim pogratuluj sobie odwagi. Zrób sobie nagrodę za pracę jaką wykonałaś, bo byłaś naprawdę dzielna. Uwierz mi, wszystko czego dokonałaś do tej pory świadczy o twojej odwadze. Podjęłaś ryzyko, a nie każdego na to stać. Na dodatek, fakt, że nie udało Ci się zrealizować celu, który sobie zaplanowałaś, wcale nie oznacza, że nie znajdziesz motywacji do działania. Wręcz przeciwnie, teraz zaczniesz pracować nawet ze zdwojoną energią. A od czego zaczniemy Twoją walkę? Od kartki papieru i czegoś do pisania.

Odpowiedz proszę na pytania:

  • Dlaczego według mnie samej mi się nie udało?
  • Jakie popełniłam błędy?
  • Czy etap, który wybrałam był na pewno etapem łatwym?
  • Czy był to cel „realny”, „ambitny”, a może „nieracjonalny”?
  • A co z czasem, który sobie wyznaczyłaś? Czy nie był za krótki?
  • Co robiłaś, gdy spoglądałaś na swoją wstążkę lub ChouChou? Czy „odkładałaś na później” to, co jest w nie wpisane?
  • Czy pracowałaś nad celem w tym samym tempie, w którym ono się dematerializowało? Czy byłaś systematyczna w swoich działaniach?
Pamiętaj, nic tak nie pomaga, jak wypisanie sobie swoich błędów i przeanalizowanie ich. Dzięki temu, podejmując kolejną próbę zrealizowania tego samego etapu, uda Ci się go pokonać. Nie zapominaj, jesteś tylko człowiekiem. To normalne, że popełniasz błędy. Mało tego, popełniasz je po to, by wyciągnąć z nich lekcję i nie popełnić ich drugi raz. A nawet jeśli popełnisz ten sam błąd 10 razy, to najważniejsze jest to, że za jedenastym razem wyciągniesz z niego wniosek i już więcej tego nie zrobisz. Tom Kelley powiedział „Ponoś porażki często, abyś mógł odnieść sukces szybciej.” – bo na nich właśnie się uczysz. A ja postąpię z Tobą tak, jak mój trener narciarstwa alpejskiego ( jako dziecko jeździłam zawodowo na nartach). Na jednym z letnich treningów, po przeskoczeniu przez skrzynie, złamałam sobie rękę. I wiesz co on zrobił, jak tylko przyszłam na zajęcia po rehabilitacji? Rozłożył przede mną tę samą skrzynie, zdjął z niej kilka poziomów, co spowodowało, że stała się mniejsza i powiedział – skacz. Bałam się jak cholera, chociaż ta skrzynia była o dwie trzecie niższa, niż tamta, na której się połamałam. I zaczęliśmy powoli, powoli przeskakiwać przez skrzynię przełamując barierę leku. W końcu przeskoczyłam przez dokładnie taki sam obiekt, jak ten, na którym połamałam się sześć miesięcy wcześniej.

Dlatego teraz stajesz na tej samej czerwonej linii, na której stałaś przed uczynieniem pierwszego kroku. Teraz jednak jesteś bogatsza o nowe doświadczenie. Jak uważasz, czy etap który wybrałaś wtedy do realizacji jako pierwszy, powinnaś rozbić na jeszcze mniejsze kawałki? A może tym razem powinnaś dać sobie więcej czasu?

Zobacz jak silna jesteś, po raz kolejny podejmujesz się wykonania pierwszego kroku. Twoja chęć walki oznacza także, że cel który sobie wyznaczyłaś nie jest tylko kaprysem, ale prawdziwym marzeniem. Po raz kolejny świadomie podejmujesz wysiłek, aby go osiągnąć.

Trzymam za Ciebie kciuki!

Kamila Kubiak jest absolwentką Wydziału Grafiki na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pracowała w najlepszych agencjach reklamowych świata w Paryżu, Nowym Jorku, Moskwie i w Warszawie. Jest laureatką wielu międzynarodowych nagród m. in. Cristal Award w Nowym Jorku. W 2010 roku porzuciła świat reklamy, by rozpocząć pracę nad długometrażowym filmem animowanym, którego jest pomysłodawcą, scenarzystą i współreżyserem. Jest właścicielką marki ChouChou Like Me, która ma swoje korzenie w coaching’u i pomaga innym realizować ich marzenia i osiągać cele.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom".
Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra...
...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło...
A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna...
Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki.
Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka?
Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi?
Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada.
Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości?
Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu?
No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości?
Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii.
Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda?
Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość.
Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić.
Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi?
Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii – 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem... W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem? Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Szczęście jest zaraźliwe. Jak się nim dzielić?

Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największy dar, jaki możemy komuś ofiarować, to wyrazić to, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, bo w ten sposób przekazujemy pałeczkę szczęścia dalej – mówi trenerka rozwoju osobistego Małgorzata Jakubczak.

Dlaczego o wiele łatwiej nam wyrzucić z siebie złość, niż podzielić się z kimś radością? Czasem zachowujemy się tak, jakby radość była czymś wstydliwym.
W dramatycznych sytuacjach, w których targają nami trudne emocje, wspiera nas chemia, czyli hormony stresu. Działają one tak silnie, że reagują niejako za nas. Natomiast w sytuacjach emocjonalnie mniej gwałtownych do głosu dochodzi serce, czyli coś niezwykle intymnego. Kiedy poczujemy się wspaniale, spokojnie, bezpiecznie, kiedy doświadczamy stanów wzruszenia, wdzięczności, szczęśliwości, to jest to coś tak osobistego, co dotyka naszych najgłębszych pokładów odczuwania, że trudno nam dopuścić do tego innych ludzi.

Żeby dzielić się uczuciami z drugim człowiekiem, trzeba się najpierw przed nim otworzyć. A my się tego boimy.
To po pierwsze. A po drugie – tak naprawdę wzrusza nas i raduje to, co jest związane z naszymi najgłębszymi pragnieniami i wartościami. Kiedy mówimy o tym, co nas cieszy, to tak naprawdę mówimy o tym, co jest dla nas bardzo ważne. Oto dostąpiliśmy radości, która wynika z zaspokojenia naszych wartości i potrzeb. Moim zdaniem może rodzić to swego rodzaju wstydliwość. Po trzecie – nie mamy za dużego doświadczenia w wyrażaniu uczuć, w których nie chodzi o zmienianie drugiego człowieka. Bo kiedy się na kogoś złościmy, to tak naprawdę naszą ukrytą motywacją jest chęć zmiany osoby, wobec której złość wyrażamy. A w momencie, kiedy mówimy: „Jestem uradowana, szczęśliwa, rozczulona” – to niczego od nikogo nie chcemy, poza tym, żeby się podzielić dobrym słowem, radością. Nie mamy wtedy poczucia, które tak naprawdę jest ułudą, że możemy jakoś zarządzać sytuacją (takie poczucie mamy, gdy się złościmy). Wyrażenie radości niczego nie zmienia na poziomie faktów – nikt nie zacznie przepraszać, ubolewać, wstydzić się, więc nie stanie się nic takiego, co mogłoby dać nam poczucie sprawczości. Myślę, że to dlatego wyrażanie radości jest takie trudne.

Powinniśmy pamiętać, że złość zawsze rodzi złość, a uśmiech – uśmiech.
To prawda. Jesteśmy bowiem genetycznie wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane, które sprawiają, że mamy naturalną zdolność do empatii, do odczuwania tego, co czuje drugi człowiek. Czyli w momencie, kiedy ktoś cierpi, my też współcierpimy, a gdy ktoś się raduje, my też zaczynamy się radować. To dlatego dzielenie się radością, wdzięcznością, szczęściem jest takie cenne. Tak naprawdę największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej.

To bardzo twórcze zadanie!
Także wartościowe i cenne społecznie. Ludzie, którzy wyrażają otwarcie dobre uczucia, multiplikują je tak, jak się multiplikuje wszystko, w czym się synergicznie uczestniczy. W ten sposób pozwalamy radości płynąć szerokim strumieniem.

Do wyrażania ciepłych uczuć potrzebne są jednak jakieś narzędzia, a my ich nie mamy.
Pierwszym krokiem jest oswojenie słów, które pomogą nam powiedzieć, że na przykład czujemy rozrzewnienie, wzruszenie, wdzięczność, radość, ulgę, szczęście. Bez słów trudno wyrazić to, co czujemy. Uważam, że powinniśmy uczyć się mówienia zdań typu: „Bardzo się cieszę. Jestem ci wdzięczna. Mam dla ciebie dużo uznania. Ufam ci”. Jeżeli będziemy ćwiczyć się w ich używaniu, jeżeli powtórzymy je raz, drugi, trzeci, to zadomowią się w naszym aktywnym słowniku, co z kolei spowoduje, że następnym razem łatwiej nam będzie po nie sięgnąć. Rada więc jest bardzo prosta: dzielić się przyjemnymi uczuciami z jak największą liczbą osób.

Pokazałaś mi w praktyce, jak to się robi. Kiedy zadzwoniłam do ciebie po miesiącach milczenia, nie zareagowałaś wyrzutem, tylko wykrzyknęłaś z radością: „Jak się cieszę, że dzwonisz!”. Dlaczego jedni potrafią okazywać radość, a inni nie?
Myślę, że ma to związek z poziomem samoświadomości. Wierzę, że kiedy człowiek jest bardziej świadomy siebie, tego wszystkiego, czego doświadcza, jaką moc ma nasz umysł, to po prostu wie, że każdą sytuację, na przykład to, że ktoś nie dzwoni przez rok, można zobaczyć i zinterpretować na sto sposobów. Ja wolę wybierać jasną stronę życia.

Można się tego nauczyć?
Być może są tacy ludzie, którzy rodzą się optymistami. Natomiast ja wierzę, że to jest nie tylko kwestia osobistych wrodzonych predyspozycji, ale również rozwijania określonych kompetencji osobistych. Jako nauczycielka mindfulness chcę podkreślić, że trening umysłu wpływa na nasze postrzeganie świata, zarządzenie uwagą i emocjami oraz świadome wyrażanie siebie. W każdej sytuacji możemy dostrzec coś okropnego albo coś dobrego. Im bardziej człowiek jest świadomy siebie samego, swoich uczuć, tym bardziej dostrzega, że ma wpływ na rzeczywistość, że tak naprawdę sam dokonuje wyboru, gdzie skieruje uwagę: czy na to, co niefajne, czy na to, co fajne.

Ktoś może zapytać: a dlaczego mam nie kierować uwagi na to, co niefajne?
Dlatego, że uwaga jest rodzajem energii życiowej, która wzmacnia to, na czym się skupiamy. Jeżeli kieruję uwagę na przykre aspekty sytuacji, to tym samym niejako automatycznie je wzmacniam. I odwrotnie – jeżeli zaakcentuję swoją uwagą radość, przyjemność, wyjątkowość, to z kolei wzmacniam te aspekty życia. Zawsze potęguję to, na czym się skupiam. Życzenia, komplementy, wyrażanie dobrych uczuć – to nie są tylko czcze, dekoracyjne słowa, one mają moc. Wyrażając je, inwestujemy swoją życiową energię w coś dobrego.

W pozytywnej energii wszyscy poczujemy się lepiej i może choć trochę ten świat stanie się lepszy.
Jeśli potrafimy wyobrazić sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że tworzymy łańcuch współzależności, to można bardzo łatwo sobie wyobrazić, że kiedy pani A nakrzyczy na niżej postawioną w hierarchii panią B, to pani B będzie w pracy niemiła dla podwładnych...

To klasyczna „kolejność dziobania”.
Ale tak samo działa kolejność uśmiechania się! Jeżeli pani A uśmiechnie się serdecznie do pani B, to ona będzie miła w pracy i na koniec dnia sto osób będzie zadowolonych. Ktoś jednak musi zacząć.

Małgorzata Jakubczak trenerka rozwoju osobistego, pierwsza w Polsce nauczycielka MBSR (Mindfulness Based Stress Reduction), programu opracowanego przez zespół pod kierunkiem profesora Jona Kabata-Zinna. Prowadzi Polski Instytut Mindfulness.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Jak spełniać marzenia? Metoda: Radykalna Manifestacja Marzeń – co to za sposób i jak go poprawnie praktykować?

Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz czegoś bardzo. Przywołujesz, wizualizujesz – bo wierzysz w prawo przyciągania. I nic… Może w twojej podświadomości tkwi jakiś sabotujący program? Spróbuj Radykalnej Manifestacji Marzeń. Jak to robić, by przyniosło upragnione efekty?

Autorem metody Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. Wybaczenie to ważny krok, żeby oczyścić się z trudnych emocji: złości, żalu, poczucia krzywdy, winy, wstydu. Uwalniając się od świadomości bycia ofiarą, otwieramy się na nowe doświadczenia, na przyjmowanie „darów losu”.

Więc załóżmy, że wybaczyłaś, a dawne urazy nie blokują już twojej manifestacji. Twoje świadome intencje są jasne – wiesz, czego chcesz. Przeszłość została odkreślona grubą kreską, wszystko gotowe na stworzenie wymarzonej przyszłości. A mimo to twoja twórcza moc wydaje się mało skuteczna... Frustrujące, prawda?

Rzecz w tym, że jest jeszcze podświadomość, wypełniona różnymi informacjami na temat otaczającego świata i nas samych. Jeśli tkwią w niej takie przekonania jak: „nie zasługuję”, „nie jestem w tym dobra”, „nie starczy dla innych”, to sprawy znacznie się skomplikują, utrudniając manifestację. Co zrobić? Możesz zacząć nurkować w głąb, odkrywać kolejne sabotujące przekonania i zamieniać je na bardziej wspierające. Ale możesz też ominąć podświadomość i pójść dalej! Wcześniej jednak poznaj teorię dwóch światów. Sprawdź, w który bardziej wierzysz...

Na jakim świecie żyjesz?

Zdaniem Colina Tippinga żyjemy obecnie pomiędzy dwoma modelami świata. Przejmujemy stopniowo niektóre idee nowego modelu, ale stary wciąż mocno się trzyma... Więc odczuwamy euforię, nadzieję, zaczynamy wszystko od nowa, po czym coś ściąga nas w dół. O co chodzi z tymi modelami?

Colin Tipping twierdzi, że większość ludzi próbuje wykorzystać prawo przyciągania do zdobycia tego, czego im brakuje, a to jest właśnie myślenie przynależne staremu modelowi. Opiera się on na świadomości niedostatku. Zdaniem autora Radykalnej Manifestacji Marzeń poczucie braku tworzone jest celowo – żeby podnieść wartość różnych rzeczy. Tak działa system gospodarczy. Dlatego tak trudno nam przyjąć inną perspektywę, uwierzyć w nieograniczoną obfitość wszechświata, o której zapewniają nauczyciele duchowi (przejście do nowego modelu zwykli oni nazywać „przebudzeniem”).

Stary model każe walczyć, nowy zachęca, by ufać. Stary oparty jest na podziałach, dualizmach, na obwinianiu, lęku, konfliktach. Nowy – na jedności, miłości, na przekonaniu, że wszechświat działa w sposób doskonały. Że nie ma czego wybaczać, bo świat zewnętrzny jest jedynie projekcją naszego świata wewnętrznego. Że wszystko dzieje się po coś – wciąż zmierzamy do podniesienia jakości życia, do uzdrowienia. I choć fizyka kwantowa dostarcza dowodów na poparcie nowego modelu, stosujemy go w dość ograniczonym zakresie – w około 10 proc. sytuacji, jak uważa Tipping, propagując praktykę manifestacji marzeń. Ale nie ma powodu przeskakiwać do niego na siłę czy wyrzucać sobie, że zostajemy z tyłu. Paradoksalnie, możliwe jest funkcjonowanie w obu modelach i korzystanie – w zależności od okoliczności – z tego, co proponują. Jeśli więc czujesz zew walki i wiesz, że to jedyny sposób, żeby dopiąć swego – walcz! A potem medytuj, proś i dziękuj. Jedno nie wyklucza drugiego. Ważna jest świadomość, jakiego wyboru dokonujesz w danym momencie.

Manifestacja marzeń: to dzieje się teraz

A wracając do marzeń i przekonań blokujących ich realizację... – Jeśli chcesz wiedzieć, jakie są te ostatnie, co tkwi w twojej podświadomości, po prostu przyjrzyj się uważniej swojemu życiu, temu, co ci się przydarza – podpowiada Tipping, instruując, jak działa manifestacja marzeń. Za najbardziej szkodliwe (i absurdalne) uważa przekonania dotyczące niezasługiwania.

Wszechświat jest całkowicie neutralny, nie ocenia, nie przesądza, czy jesteśmy czegoś warci.

To jedno z podstawowych założeń Radykalnej Manifestacji Marzeń. Co to oznacza w praktyce? Przestajesz zajmować się osądami, kolekcjonować urazy i zasługi. Rezygnujesz z usprawiedliwiania się i krytykowania innych. I wciąż dbasz o podnoszenie poziomu wibracji: o to, by odczuwać akceptację, miłość, radość, spokój...

Nowy model rzeczywistości ma w dużej mierze charakter metafizyczny i zakłada istnienie inteligencji duchowej. I to jest właśnie sposób na poradzenie sobie z zapisanymi w podświadomości programami. Świadomy umysł z najszlachetniejszymi intencjami zwykle okazuje się za słaby. To dlatego często skarżymy się, że afirmacje nie działają... Podświadomość odrzuca zapewnienia w rodzaju „kocham siebie”, „jestem bogata” i realizuje stary program. W starciu dwóch umysłów – świadomego i podświadomego – musimy liczyć się z tym, że wygra ten drugi. Chyba że włączymy do procesu, niezależnie od rodzaju manifestacji, inne jakości – serce, ducha...

Jak wygląda manifestacja marzeń wygląda w praktyce?

  • Przede wszystkim uświadom sobie potrzebę. Czego chcesz i dlaczego to dla ciebie takie ważne? Co ma z tego wyniknąć w skutek manifestacji? Co to wniesie do twojego życia? Na ile to pragnienie jest prawdziwe, czy nie jest tylko chwilową zachcianką?
  • Kiedy już wybrałaś to, co chcesz zamanifestować, nadaj swojemu pragnieniu formę. Po prostu nazwij rzecz po imieniu – niezależnie od tego, czy ma to być rower, ogródek, nowa praca czy partner. Napisz na kartce, zadbaj o niezbędne szczegóły. Nie pisz: „chcę”, tylko np.: „mam”. Używaj czasu teraźniejszego – jakby manifestacja marzeń już nastąpiła – a jednocześnie wyznacz limit czasowy. Może gramatyka na tym ucierpi, ale zdanie „cieszę się ze znalezienia idealnej dla mnie pracy do końca roku” da się chyba zaakceptować...
  • A teraz wypowiedz swoje pragnienie na głos. Tak, to ważne w każdym rodzaju manifestacji marzeń – w ten sposób nadajesz moc pragnieniu. Może też zechcesz przeczytać te słowa komuś życzliwemu – to dobry sposób na podniesienie energii życzenia. Dobrze, jeśli temu „odpalaniu rakiety” towarzyszą emocje. Zaufaj im, to dobry nośnik...
  • I jeszcze obraz, czyli wizualizacja. Wprowadź do niej elementy, które już są w twoim życiu – niech twoja wizja mówi: „to dzieje się teraz”. Poczuj radość, wdzięczność, zachwyt...
  • A teraz krok, który przez wielu jest pomijany – przejście na poziom wiary, nowego modelu, duchowej inteligencji. Co robisz? Dziękujesz za wsparcie podświadomości i przekazujesz sprawę odpowiednio „wyżej”. Ufasz, odpuszczasz kontrolowanie procesu. Oczywiście, pozostajesz współodpowiedzialna za tworzenie twojego życia, ale bez wymuszania, oczekiwania. Zgodnie z założeniami manifestacji marzeń nie przywiązujesz się do rezultatu.

Ruch i otwartość – klucz do sukcesu manifestacji marzeń

Najważniejsze więc to wyruszyć w podróż, a deklarując światu potrzebę zmiany, właśnie w tę podróż wyruszyłaś. Tipping przywołuje na tę okoliczność termin „precesja”, ukuty przez amerykańskiego konstruktora i filozofa Buckminstera Fullera. Chodzi o to, że – kiedy do poruszającego się obiektu przyłożymy siłę – powstaną inne ruchy, być może również niespodziewane. Wyruszamy więc z punktu A do B, a po drodze przydarza nam się C. I być może to właśnie C, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę, o którego istnieniu być może nie wiedzieliśmy, jest prawdziwym celem naszej podróży... Żeby go jednak odkryć, trzeba być w ruchu. Trzeba czegoś chcieć!

W Manifestowaniu Marzeń Tipping zaleca taktykę małych kroków. Na początku możesz nie wierzyć, że to działa – po prostu udajesz. Tak długo, aż stanie się prawdą. Może zechcesz codziennie rano postawić sobie za cel zamanifestowanie czegoś – niekoniecznie zaraz wielkiego marzenia, ale czegoś, co sprawi ci przyjemność. Niektórzy potrafią „wyczarowywać” sobie w ten sposób miejsca parkingowe, inni – ludzką życzliwość. Oczywiście, liczy się też realistyczne podejście do manifestacji. Co to oznacza? Przykładowo: jeśli jeździsz do pracy metrem, raczej mało prawdopodobne jest, że spotkasz po drodze wiewiórkę...

Uważaj, żebyś sama nie zaczęła sabotować swoich manifestacji. Jak to jest możliwe? Np. zniecierpliwieniem i sprawdzaniem, tworzeniem czarnych scenariuszy, rozmową z nieodpowiednimi (sceptycznie nastawionymi) ludźmi czy tłumaczeniem własnych sukcesów jako zwykłego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, żeby utrzymać wysokie wibracje. Otwartość i pogodę ducha. Nikt, kto praktykuje manifestację marzeń, nie twierdzi, że jest to łatwe. Ale na pewno jesteś jedną z tych osób, które przekonały się już, że to możliwe.