1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mapa marzeń – jak stworzyć skuteczna skuteczną droga drogę do celu?

Mapa marzeń – jak stworzyć skuteczna skuteczną droga drogę do celu?

Mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. (fot. iStock)
Mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak dziecinna zabawa, mapa marzeń jest skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. Jak działa? Aktywizując myślenie o naszych celach, otwiera umysł na dostrzeganie szans i chwytanie okazji.

Dziś obchodzimy dzień tworzenia mapy marzeń. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak dziecinna zabawa, jest ona skutecznym narzędziem wykorzystywanym przez psychologów i psychiatrów. Jak działa mapa marzeń? Kiedy robić i jak przygotować się do jej wykonania? Aktywizując myślenie o naszych celach, otwiera umysł na dostrzeganie szans i chwytanie okazji.

Kiedy kończyłam kilka lat temu szkołę trenerów prowadzoną przez psychologów, ze zdziwieniem przyjęłam instrukcję ćwiczenia, podczas którego mieliśmy przygotować mapę marzeń. Myślałam, że to raczej zadanie dla osób wierzących w czarodziejskie sztuczki zamiast siłę intelektu, a jednak… Ta z pozoru nieracjonalna czynność, z pogranicza parapsychologii i wierzeń ludowych, ma solidne podstawy naukowe – dobrze przygotowana, przemyślana mapa celów i marzeń pozwala wyodrębnić własne marzenia i potraktować je w kategorii celów. Pomaga wyciągnąć z zakamarków myśli to, co naprawdę dla nas ważne. Nazwać to i ukonkretnić. Mapy marzeń działają na zasadzie prostej techniki wizualizacyjnej. Dzięki niej programujemy mózg w taki sposób, by dostrzegać w życiu sprzyjające okoliczności. W myśl zasady: na czym się skupiasz – tego doświadczasz. Mapa marzeń to nic innego, jak sposób na aktywizowanie działań w kierunku własnych pragnień.

Potęga umysłu

Jeśli myślisz, że ci się coś uda – to masz rację. Jeśli myślisz, że się nie uda – też masz rację. Ten znany paradoks potwierdza, że to my (w dużej mierze) jesteśmy kowalami swojego losu i że prawie zawsze (poza sytuacjami losowymi) mamy wybór. To raczej dobra wiadomość, choć może nie dla tych, którzy oczekują, że okoliczności zewnętrzne – jakaś siła wyższa, Bóg czy też łut szczęścia – zadecydują za nich.

– Mapa marzeń jest niczym innym jak umową z losem – twierdzi Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego. – To zamówienie do naszej podświadomości napisane w jej języku, czyli w języku obrazów i emocji. Z kolei dla naszego umysłu racjonalnego mapa marzeń przedstawia się jako niegroźna, czasem infantylna zabawa z obrazkami. Niech i tak będzie. Grunt, że działa.

Mapa marzeń – kiedy najlepiej ją wykonać? Można to zrobić w każdym momencie życia, choć znawcy tematu twierdzą, że najlepiej kierować się fazami Księżyca, które mają wpływ na cykl przyrody, przypływy i odpływy mórz i oceanów, ale także na cykl kobiecy. Dla wszelkich początków, a więc także planowania i wyznaczania celów, najlepszy jest nów. To jest najlepszy czas, by usiąść nad kreowaniem swojego świata i wyrażeniem go w postaci mapy marzeń, bo wraz z nowiem każdego następnego dnia księżyca przybywa i wiedzie nas do pełni.

Jak zrobić mapę marzeń? Aktywizacja myślenia przede wszystkim

Mapa marzeń działa nie tylko dlatego, że uświadamiasz sobie, co jest dla ciebie w życiu ważne, na czym ci najbardziej zależy i do czego chcesz dążyć, ale też dlatego, że wieszając ją lub ustawiając w miejscu, na które często spoglądasz, uaktywniasz myślenie o tych celach. Ważne, by mapę marzeń skończyć przed powieszeniem. By niczego już potem nie doklejać, nie mieszać. To, że robi się ją w jeden wieczór, też ma znaczenie – chodzi o maksymalną koncentrację, a nie rozpraszanie uwagi.

– Patrząc na mapę marzeń, karmimy naszą podświadomość tym, czego pragniemy – mówi Beata Markowska. – Można ustawić ją jako tapetę w komputerze lub komórce. Dobrze jest zmieniać co jakiś czas miejsce położenia mapy celów, ponieważ umysł przyzwyczai się do jej obecności i po jakimś czasie zacznie ją ignorować. Po przestawieniu w inny punkt mieszkania zaczną się wyłaniać nowe informacje, mapa marzeń zacznie działać na nowe bodźce. Umysł dostanie świeżą pożywkę.

Mapą marzeń posługują się także psycholodzy kliniczni i psychiatrzy. Doktor Kubler-Ross opisała tę technikę w książce „Życiodajna śmierć”. Jej obserwacje, jak i wiele badań klinicznych potwierdzają nasze nieświadome projekcje, które odzwierciedlają się w każdym ludzkim tworze plastycznym, czy to będzie rysunek, pismo, wycinanka, wydzieranka, czy inne działanie, jak np. właśnie mapy marzeń. Wykonując taką pracę, piszemy swoją opowieść. Zatem wiedząc już, jak zrobić mapę marzeń, która przybliży nas do realizacji założonych celów, pora przystąpić do realizacji – do dzieła!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Psychologia

Jak spełniać marzenia? Metoda: Radykalna Manifestacja Marzeń

Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Autorem Radykalnej Manifestacji Marzeń jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz czegoś bardzo. Przywołujesz, wizualizujesz – bo wierzysz w prawo przyciągania. I nic… Może w twojej podświadomości tkwi jakiś sabotujący program? Spróbuj Radykalnej Manifestacji Marzeń.

Autorem metody jest Colin C. Tipping, znany głównie za sprawą metody Radykalnego Wybaczania. Wybaczenie to ważny krok, żeby oczyścić się z trudnych emocji: złości, żalu, poczucia krzywdy, winy, wstydu. Uwalniając się od świadomości bycia ofiarą, otwieramy się na nowe doświadczenia, na przyjmowanie „darów losu”.

Więc załóżmy, że wybaczyłaś, a dawne urazy nie blokują już twojej manifestacji. Twoje świadome intencje są jasne – wiesz, czego chcesz. Przeszłość została odkreślona grubą kreską, wszystko gotowe na stworzenie wymarzonej przyszłości. A mimo to twoja twórcza moc wydaje się mało skuteczna... Frustrujące, prawda?

Rzecz w tym, że jest jeszcze podświadomość, wypełniona różnymi informacjami na temat otaczającego świata i nas samych. Jeśli tkwią w niej takie przekonania jak: „nie zasługuję”, „nie jestem w tym dobra”, „nie starczy dla innych”, to sprawy znacznie się skomplikują. Co zrobić? Możesz zacząć nurkować w głąb, odkrywać kolejne sabotujące przekonania i zamieniać je na bardziej wspierające. Ale możesz też ominąć podświadomość i pójść dalej! Wcześniej jednak poznaj teorię dwóch światów. Sprawdź, w który bardziej wierzysz...

Na jakim świecie żyjesz?

Zdaniem Colina Tippinga żyjemy obecnie pomiędzy dwoma modelami świata. Przejmujemy stopniowo niektóre idee nowego modelu, ale stary wciąż mocno się trzyma... Więc odczuwamy euforię, nadzieję, zaczynamy wszystko od nowa, po czym coś ściąga nas w dół. O co chodzi z tymi modelami?

Colin Tipping twierdzi, że większość ludzi próbuje wykorzystać prawo przyciągania do zdobycia tego, czego im brakuje, a to jest właśnie myślenie przynależne staremu modelowi. Opiera się on na świadomości niedostatku. Zdaniem autora Radykalnej Manifestacji Marzeń poczucie braku tworzone jest celowo – żeby podnieść wartość różnych rzeczy. Tak działa system gospodarczy. Dlatego tak trudno nam przyjąć inną perspektywę, uwierzyć w nieograniczoną obfitość wszechświata, o której zapewniają nauczyciele duchowi (przejście do nowego modelu zwykli oni nazywać „przebudzeniem”).

Stary model każe walczyć, nowy zachęca, by ufać. Stary oparty jest na podziałach, dualizmach, na obwinianiu, lęku, konfliktach. Nowy – na jedności, miłości, na przekonaniu, że wszechświat działa w sposób doskonały. Że nie ma czego wybaczać, bo świat zewnętrzny jest jedynie projekcją naszego świata wewnętrznego. Że wszystko dzieje się po coś – wciąż zmierzamy do podniesienia jakości życia, do uzdrowienia. I choć fizyka kwantowa dostarcza dowodów na poparcie nowego modelu, stosujemy go w dość ograniczonym zakresie – w około 10 proc. sytuacji, jak uważa Tipping. Ale nie ma powodu przeskakiwać do niego na siłę czy wyrzucać sobie, że zostajemy z tyłu. Paradoksalnie, możliwe jest funkcjonowanie w obu modelach i korzystanie – w zależności od okoliczności – z tego, co proponują. Jeśli więc czujesz zew walki i wiesz, że to jedyny sposób, żeby dopiąć swego – walcz! A potem medytuj, proś i dziękuj. Jedno nie wyklucza drugiego. Ważna jest świadomość, jakiego wyboru dokonujesz w danym momencie.

To dzieje się teraz

A wracając do marzeń i przekonań blokujących ich realizację... – Jeśli chcesz wiedzieć, jakie są te ostatnie, co tkwi w twojej podświadomości, po prostu przyjrzyj się uważniej swojemu życiu, temu, co ci się przydarza – podpowiada Tipping. Za najbardziej szkodliwe (i absurdalne) uważa przekonania dotyczące niezasługiwania.
Wszechświat jest całkowicie neutralny, nie ocenia, nie przesądza, czy jesteśmy czegoś warci.
To jedno z podstawowych założeń Radykalnej Manifestacji Marzeń: przestajesz zajmować się osądami, kolekcjonować urazy i zasługi. Rezygnujesz z usprawiedliwiania się i krytykowania innych. I wciąż dbasz o podnoszenie poziomu wibracji: o to, by odczuwać akceptację, miłość, radość, spokój...

Nowy model rzeczywistości ma w dużej mierze charakter metafizyczny i zakłada istnienie inteligencji duchowej. I to jest właśnie sposób na poradzenie sobie z zapisanymi w podświadomości programami. Świadomy umysł z najszlachetniejszymi intencjami zwykle okazuje się za słaby. To dlatego często skarżymy się, że afirmacje nie działają... Podświadomość odrzuca zapewnienia w rodzaju „kocham siebie”, „jestem bogata” i realizuje stary program. W starciu dwóch umysłów – świadomego i podświadomego – musimy liczyć się z tym, że wygra ten drugi. Chyba że włączymy do procesu manifestacji inne jakości – serce, ducha...

Jak to wygląda w praktyce?

  • Przede wszystkim uświadom sobie potrzebę. Czego chcesz i dlaczego to dla ciebie takie ważne? Co ma z tego wyniknąć? Na ile to pragnienie jest prawdziwe, czy nie jest tylko chwilową zachcianką?
  • Kiedy już wybrałaś to, co chcesz zamanifestować, nadaj swojemu pragnieniu formę. Po prostu nazwij rzecz po imieniu – niezależnie od tego, czy ma to być rower, ogródek, nowa praca czy partner. Napisz na kartce, zadbaj o niezbędne szczegóły. Nie pisz: „chcę”, tylko np.: „mam”. Używaj czasu teraźniejszego – jakby manifestacja już nastąpiła – a jednocześnie wyznacz limit czasowy. Może gramatyka na tym ucierpi, ale zdanie „cieszę się ze znalezienia idealnej dla mnie pracy do końca roku” da się chyba zaakceptować...
  • A teraz wypowiedz swoje pragnienie na głos. Tak, to ważne – w ten sposób nadajesz mu moc. Może też zechcesz przeczytać te słowa komuś życzliwemu – to dobry sposób na podniesienie energii życzenia. Dobrze, jeśli temu „odpalaniu rakiety” towarzyszą emocje. Zaufaj im, to dobry nośnik...
  • I jeszcze obraz, czyli wizualizacja. Wprowadź do niej elementy, które już są w twoim życiu – niech twoja wizja mówi: „to dzieje się teraz”. Poczuj radość, wdzięczność, zachwyt...
  • A teraz krok, który przez wielu jest pomijany – przejście na poziom wiary, nowego modelu, duchowej inteligencji. Co robisz? Dziękujesz za wsparcie podświadomości i przekazujesz sprawę odpowiednio „wyżej”. Ufasz, odpuszczasz kontrolowanie procesu. Oczywiście, pozostajesz współodpowiedzialna za tworzenie twojego życia, ale bez wymuszania, oczekiwania. Nie przywiązujesz się do rezultatu.

Ruch i otwartość

Najważniejsze więc to wyruszyć w podróż, a deklarując światu potrzebę zmiany, właśnie w tę podróż wyruszyłaś. Tipping przywołuje na tę okoliczność termin „precesja”, ukuty przez amerykańskiego konstruktora i filozofa Buckminstera Fullera. Chodzi o to, że – kiedy do poruszającego się obiektu przyłożymy siłę – powstaną inne ruchy, być może również niespodziewane. Wyruszamy więc z punktu A do B, a po drodze przydarza nam się C. I być może to właśnie C, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę, o którego istnieniu być może nie wiedzieliśmy, jest prawdziwym celem naszej podróży... Żeby go jednak odkryć, trzeba być w ruchu. Trzeba czegoś chcieć!

W Manifestowaniu Marzeń Tipping zaleca taktykę małych kroków. Na początku możesz nie wierzyć, że to działa – po prostu udajesz. Tak długo, aż stanie się prawdą. Może zechcesz codziennie rano postawić sobie za cel zamanifestowanie czegoś – niekoniecznie zaraz wielkiego marzenia, ale czegoś, co sprawi ci przyjemność. Niektórzy potrafią „wyczarowywać” sobie w ten sposób miejsca parkingowe, inni – ludzką życzliwość. Oczywiście, liczy się też realistyczne podejście – jeśli jeździsz do pracy metrem, raczej mało prawdopodobne jest, że spotkasz po drodze wiewiórkę...

Uważaj, żebyś sama nie zaczęła sabotować swoich manifestacji, np. zniecierpliwieniem i sprawdzaniem, tworzeniem czarnych scenariuszy, rozmową z nieodpowiednimi (sceptycznie nastawionymi) ludźmi czy tłumaczeniem własnych sukcesów jako zwykłego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, żeby utrzymać wysokie wibracje. Otwartość i pogodę ducha. Nikt nie twierdzi, że jest to łatwe. Ale na pewno jesteś jedną z tych osób, które przekonały się już, że to możliwe.

  1. Psychologia

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

  1. Psychologia

Jak podświadomość reaguje na nasze słowa?

Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Nasza podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Tłumaczy je po swojemu, wyłapuje ukryte znaczenia. Nie wszystkie nam sprzyjają. O słowach programujących naszą podświadomość z Alicją Bednarską, trenerką rozwoju osobistego, rozmawia Jolanta Berent.

Pamiętam, że pierwszym słowem, na które zwróciłaś mi uwagę, odkąd zaczęłyśmy się spotykać, było „powinnam”. A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że – abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy. Nawet jeśli ktoś mówi „to nie twoja wina”, w podtekście jest przeświadczenie, że kogoś trzeba tą winą obarczyć, ukarać. To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznawaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”? Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy. Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywoływać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”? Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

 
Kwestia upodobań. Czasem stwierdzenie „muszę pójść na imieniny szefa” jest jedyną, niepodważalną prawdą o danej sytuacji. I nie ma powodu, żeby tego tak nie wyrazić, ważne, byśmy w pełni zdawali sobie sprawę z ciężaru wypowiadanych przez nas słów. Na przykład „chcę”, „pragnę” to tak zwane słowa mocy i warto odwoływać się do nich, kiedy dążymy do realizacji naszych celów. „Chciałbym zdać egzamin”, „chciałabym mieć dziecko” nigdy nie będzie miało takiej mocy jak „chcę...”. Jeśli naprawdę czegoś chcemy, nie ma się co tak asekurować.

Skoro już o asekuracji i planowaniu, przypomniało mi się, że nie lubisz słowa „spróbować”. Tu znowu oczywiście wiele zależyod sytuacji. Jeśli ktoś nigdy nie robił żadnych wypieków i mówi „spróbuję upiec ciasto”, to znaczy, że podejmuje wyzwanie i przyjmuje, że rezultat może być mało zadowalający – wyjdzie albo i nie. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie na sesję oddechową czy warsztaty, poczym stwierdza, że spróbuje coś zmienić w życiu, to jest bardzo wysokieprawdopodobieństwo, że tego nie zrobi. „Zrobię to” ma moc, „spróbuję” jest bardzo zachowawcze, nie popycha spraw do przodu. „Spróbuję się nauczyć”, „spróbuję się obudzić”, „spróbuję być na czas” – mówiąc w ten sposób, daję sobie automatycznie przyzwolenie, że tego nie zrobię, że mi się nie uda.

„Powinienem, powinnam” niesie w sobie poczucie winy. W naszej kulturze wysysamy tę winę z mlekiem matki. Mówiąc „muszę”, wrzucamy sobie na barki ogromny ciężar, odbieramy sobie prawo wyboru

Czasem mówimy tak, żeby nie składać obietnic bez pokrycia, nie rozczarować innych, zostawić sobie margines bezpieczeństwa. Gorzej, kiedy takie niezobowiązujące obietnice składamy sami sobie. Kiedy słyszę od kogoś deklarację w rodzaju „spróbuję”, mówię: „To teraz spróbuj wstać. Ale nie wstawaj, tylko spróbuj”. Słowo „spróbować” obwarowuje daną sytuację warunkami: zrobię to, ale... A „ale” – wiadomo – kwestionuje pierwszy człon wypowiedzi. To takie słowa znoszące. Kiedy podczas warsztatów dochodzimy z uczestnikami do pewnych odkryć, „ale” oznacza zwykle krok do tyłu, tworzenie przeszkód i koncentrowanie się na tych przeszkodach.

A jak jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”. On jest przy tym taki uniwersalny, obecny we wszystkich językach...

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Niedawno przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Tak jak nie ma negatywnych emocji? Owszem, nie ma. Nazywając lęk czy złość negatywnymiemocjami odrzucamy je, nie chcemy im się przyjrzeć. A to są takie same emocje jak wszystkie inne, chcą nas o czymś poinformować, zwracają nam na coś uwagę, domagają się jakiejś reakcji. Co wcale nie znaczy, że – jeśli odczuwamy złość – musimy podnieść nakogoś głos czy rękę. Zawsze mamy wybór.

Kiedy dokonujemy ważnych wyborów życiowych, często mówimy, że coś poświęciliśmy. Czy to nie jest tak, że w ten sposób robimy z siebie automatycznie cierpiętnika? O, my uwielbiamy cierpieć. To nasza narodowa specjalność.

 
„Za miliony kocham i cierpię katusze”, „cierpienie uszlachetnia”... No właśnie: z jednej strony tradycja narodowa, a z drugiej znów – katolicka. Stąd też kultywowany przez pokolenia wizerunek matki Polki. Moja mama całe życie poświęcała się dla dobra dzieci – to był jeden wielki obowiązek, ja też to potem robiłam przez wiele lat.

Potem zrozumiałam, że życie składa się z wyborów: wybieram to, co dla mnie w danym momencie najlepsze, a z innych rzeczy po prostu rezygnuję. I nie rozprawiam o poświęceniu, bo to ogromnie obciąża dziecko. Do tego te konotacje ze świętością... Tymczasem dla wielu osób „poświęcenie” jest znakomitym alibi, usprawiedliwieniem: nie robię tego, bo się poświęciłam. Ale chyba najbardziej podstępnym słowem, jakiego często używamy, jest „zasługiwać”.

Na czym polega podstęp? To słowo wprowadziła w książce „Zasługuję na miłość” Sondra Ray, zresztą u Louise Hay w afirmacjach też to się pojawia. One pisały swoje poradniki wiele lat temu, do tego nie wiadomo, w jakim stopniu można zaufać tłumaczom, w każdym razie to „zasługuję” mocno zakorzeniło się w naszej kulturze – przekonanie, że muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochano. „Pan Bóg nie będzie cię kochał, jeśli będziesz niegrzeczna”, „Mamusia nie będzie cię kochała, jak zabrudzisz sukienkę, nie zjesz, nie posprzątasz zabawek”.

Najskuteczniejsze afirmacje to te formułowane w czasie teraźniejszym, z najwyższą dbałością o szczegóły zamówienia. Uważaj, o co prosisz – naprawdę możesz to dostać.

I powstaje program: na wszystko, co dobre, trzeba zasłużyć, nie ma nic za darmo. To, co dobre, jest nam po prostu dane, a my przyczepiliśmy się – między innymi z powodu naszego poczucia winy – by postrzegać świat w kategoriach nagrody i kary. Warto uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest zasługiwanie. „Zasługuję na miłość, obfitość...”, ale jak, jakie są warunki? Co muszę zrobić, kim muszę się stać, żeby zasłużyć? Przyjmujemy, że bez zasług pewne rzeczy nam się nie należą, odrzucamy więc bezwarunkową miłość, prawo do odpoczynku, dobrego samopoczucia...

Często chcąc kogoś wesprzeć, mówimy „zasługujesz na coś lepszego” i wydaje nam się, że to jest OK, że pomagamy mu podnieść poczucie wartości. Jeśli mówimy „zasługujesz na lepsze stanowisko” komuś, kto wykazał się premiowanymi w danym miejscu pracy rezultatami, to rzeczywiście jest to OK. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość, bycie, uczucia, na nic nie trzeba zasługiwać: przychodzisz na ten świat i z samego faktu, że tu jesteś, warta jesteś miłości.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że tworzenie afirmacji to wyższa szkoła jazdy. Wiadomo, że nie mogą zawieraćnegacji, bo nasza podświadomość nie zna słowa „nie”. Odpadają więc zdania w rodzaju „żebym nie była chora”, czy „nic mi nie grozi”, ale również takie jak „jestem wolna od lęków” czy „rezygnuję z wszystkichtrosk”, bo programują naszą podświadomość na lęk i troski właśnie. Najlepsze są moim zdaniem takie afirmacje, w których formułujemyprostymi słowami – koniecznie w czasie teraźniejszym– to, czego chcemy, precyzując w szczegółach zamówienie. Na przykład: „Mój dochód rośnie z każdym dniem o co najmniej 10 złotych”. To „co najmniej” jest bardzo ważne, żeby nie wprowadzać sobie ograniczeń. Zawsze mówię ludziom, z którymi pracuję: „Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać”. Może się zdarzyć na przykład, że ktośprosi o „dużą kasę” i dostaje wielką, opancerzoną kasę pancerną. Do tego pustą.

  1. Psychologia

Uzdrawianie Theta - skuteczne usuwanie blokad

Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czasem zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Mam dość błąkania się po zawiłych ścieżkach miłości. Jestem zmęczona tym, że każda prowadzi w ślepy zaułek. Pora to zmienić! Ale jak? Zaczęłam szukać narzędzi. I znalazłam: Theta Healing, czyli alchemia duszy. Eksploracja podświadomości i uzdrawianie zapisanych w niej programów. Dzięki wprowadzeniu umysłu w odpowiedni stan można zajrzeć tam, gdzie nie sięga myśl. Zajrzeć i poszukać barier, które stoją na drodze do szczęścia. Bo coś musi się kryć w mroku mojej podświadomości. Coś, co wiąże mi ręce i nie pozwala dojść tam, gdzie bardzo bym chciała.

Jak komputer

– To prawda, w podświadomości mamy pozapisywane różnego rodzaju programy, które blokują nasze działanie – mówi Anita Putkiewicz, coach i certyfikowana terapeutka Theta Healing. – Działają one jak programy w komputerze: raz zapisane, same nie znikną. Większość z nich została wgrana w dzieciństwie, wskutek absorbowania informacji z otoczenia. Czasami te programy są proste: dyktują, że nie jesteśmy warci miłości, i tak też się czujemy. Innym razem są dualne: człowiek sądzi, że jest mądry, ale podświadomie się obawia, że jest inaczej.

To, co zostało wgrane w dzieciństwie, bywa wynikiem stosunków panujących w rodzinie, ale też wielopokoleniowego przekazu przodków. Miewa realne podstawy, ale bywa też irracjonalne. Możemy mieć wgrany program „nikt mnie nie pokocha”, ponieważ któreś z rodziców naprawdę nas opuściło. Ale czasami dziecko ze swojej perspektywy przeinacza to, co się wydarzyło.

– Pracowałam z klientką, która nie umiała wejść w bliskie relacje. Kiedy zajrzałyśmy do jej podświadomości, znalazłam program bycia odrzuconą. Ale wchodząc jeszcze głębiej, odkryłyśmy, że ten program zaczął się od tego, że ojciec nie wziął jej na ręce, gdy jako dziewczynka płakała i bardzo chciała być przytulona. Być może był wtedy czymś zajęty. Może nie zrozumiał sygnału ze strony maleńkiej córeczki. Dla niego to nie było nic wielkiego, a dla niej skaza na całe życie. A że rzeczywistość odzwierciedla nasze głębokie przekonania, jej kolejne związki niosły zawsze element odrzucenia, bo albo wybierała partnerów niegotowych na relację, albo takich, którzy mieli taki sam program bycia odrzuconym. A wtedy dwie osoby wzajemnie potwierdzają sobie swoją prawdę o świecie, czyli że nie zasługują na miłość – opowiada terapeutka. Ta opowieść sprawia, że podnoszę czujnie głowę. W końcu przychodzę z podobnym problemem. – Udało się tej dziewczynie? – pytam. – Udało – uśmiecha się Anita Putkiewicz. A więc jest dla mnie nadzieja…

Powiedz mi, ciało

Zanim zaczniemy terapię, pani Anita chce dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Nie, nie za pomocą zwykłych pytań i odpowiedzi. Takie odpytywanie skończyłoby się tylko tym, że powiedziałabym to, w co wierzę, co sądzę i co mi się wydaje – a nie to, co naprawdę noszę głęboko w sercu. Bo do tej wiedzy często ze świadomego poziomu nie mamy dojścia. Pierwszy dialog terapeutki i mojego serca odbył się za pomocą ciała. Ciało nie kłamie. Rozmowę z nim umożliwia tzw. test mięśniowy. – Gdy odpowiedź na zadawane pytanie brzmi „tak”, ciało samoistnie wychyla się do przodu. Przy odpowiedzi „nie” wychyli się do tyłu, lekko, choć wyraźnie – wyjaśnia Anita Putkiewicz.

Poinstruowana staję więc twarzą w kierunku północnym, przyjmuję rozluźnioną pozycję, oddycham głęboko, opuszczam luźno ramiona, zamykam oczy. Sprawdzimy, czy ciało jest gotowe do dialogu – pod dyktando pani Anity poprosiłam: „moje ciało, pokaż mi »tak«”. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem… poczułam, jak całe ciało, niezależnie od mojej woli, wychyla się w przód! Kolej więc na pytania. Moje ciało było pytane o to, czy siebie kocham i akceptuję, czy uważam się za kogoś mądrego, czy zasługuję na miłość i czy się jej nie boję. Wiele ważnych pytań – i wiele zaskakujących odpowiedzi. Okazało się, że na niektóre pytania moje ciało odpowiadało inaczej, niż zrobiłaby to moja głowa. Świadomość dyktowała mi, że jestem mądra, godna miłości i że jej pragnę. Ciało zaprzeczało: nie akceptuję siebie, mam wiele zastrzeżeń i boję się uczucia. Już widzę, że będzie nad czym pracować…

Umysł na czubku wszechświata

Po teście mięśniowym jeszcze przez kilka minut rozmawiamy – o moich problemach emocjonalnych, relacji z ojcem i matką, wspomnieniach z dzieciństwa. I Anita Putkiewicz już wie, gdzie szukać przyczyn mojego rozchwiania. – Zwykle ludzie mają cały wachlarz tematów, z którymi chcą pracować, na jednej sesji zwykle skupiamy się na jednej rzeczy. Ale nigdy nic nie wiadomo: czasem się okazuje, że kilka problemów ma wspólne podłoże i usunięcie przyczyn jednego automatycznie powoduje rozwiązanie pozostałych – mówi. – Nad czym pani chce dziś pracować?

Zastanawiam się. – Może nad tym, żebym przestała wybierać partnerów, którzy są z jakiegoś powodu niedostępni, czy to fizycznie, czy emocjonalnie – mówię. Pani Anita kiwa głową. Teraz mam wygodnie usiąść, zamknąć oczy, znów zrelaksować ciało i umysł. Trwa to chwilę, bo myśli biegną jak szalone, coś się przecież dzieje… Ale w końcu jestem gotowa. Pora na wejście w stan theta – w którym umysł łączy się z głębokimi emocjami, odsłania stare wzorce i swe tajemnice. Anita Putkiewicz już jest w stanie theta, dlatego łatwiej jej wprowadzić w niego klienta. Warto się tego nauczyć – nie tylko dla powodzenia obecnej sesji. Kiedy posiądę umiejętność wchodzenia w stan theta, będę to mogła robić również w domu, i przyglądać się sobie. Zaczynamy! Terapeutka mówi: – Proszę zamknąć oczy i przenieść świadomość w okolicę serca. Teraz proszę sobie wyobrazić, że z samego środka ziemi podpływa pod pani stopy energia, która łagodną strugą wlewa się w pani ciało, napełniając wszystkie komórki spokojem, poczuciem bezpieczeństwa i pewności siebie.

Wizualizuję to sobie. Trochę z wysiłkiem, bo moja wyobraźnia potrzebuje treningu, ale w końcu się udaje. Potem mam sobie wyobrazić, jak energia, której jest już bardzo dużo, wypływa przez czubek mojej głowy, tworząc wielką świetlistą kulę. Mieszczę się w niej! Wznosimy się coraz wyżej. Terapeutka opisuje kolejne poziomy świadomości, które mijam, zamknięta w swej kuli energii. Jest ich siedem. W końcu docieram do ostatniego – jest tu dobrze i bezpiecznie, a ja staję się jednością z energią. Spokój, relaks, błogość… Czuję się doskonale. Podczas gdy napawam się tym relaksem, terapeutka zaczyna ćwiczenie: wysyła do mojego Wewnętrznego Dziecka miłość i zaczyna leczenie złamanej duszy. Prosi o moją zgodę. Wyrażam ją. Czy muszę coś robić? Nie, na razie mam się tylko relaksować. Na długą chwilę zapada cisza. Niby nic się nie dzieje – ale mój stan relaksu się pogłębia, czuję się… jak w domu. Pani Anita wyjaśnia, że potrzebuję uzdrawiania z perspektywy źródła, uwolnienia od błędnych przekonań i wyobrażeń. Dodaje też, że nie może wprowadzić żadnego programu bez mojej aprobaty. Każde kolejne ćwiczenie czy wizualizację zaczyna od pytania, czy się na to zgadzam.

Emocjonalna huśtawka

Pierwsze zadanie: mam sobie wyobrazić, że znajduję idealnego partnera, takiego, jakiego bym chciała, i pytanie – co by się wtedy stało najgorszego? Dzięki temu, że umysł jest w stanie theta, mam szansę zobaczyć swój prawdziwy strach. Wizualizuję więc mężczyznę swoich marzeń. Zakochuję się w nim, on we mnie. A wtedy… Widzę oczyma duszy, że on się do mnie wprowadza, zajmuje kanapę, przejmuje pilota, oczekuje, że będę gotować i robić herbatkę. Zaczyna zagarniać moją przestrzeń i oczekiwać, że będę się krzątać wokół niego! Nie czuję wsparcia, jakie on mi daje – widzę tylko oczekiwania, żądania, roszczenia. Zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: „życie jest ciężkie, a tu trzeba jeszcze faceta za sobą ciągnąć”. Mówię o tym. – To jeden z pani programów – wyjaśnia Anita Putkiewicz. – Czy wie pani, skąd się wziął? Domyślam się. Moja mama powtarzała, że cały ciężar życia spoczywa na barkach kobiety. A mężczyzna to nie pomoc, tylko dodatkowe obciążenie. Czy ja tak uważam? Nie. A przynajmniej nie chcę tak uważać. Okazuje się jednak, że mam w tle program, który prezentuje właśnie taką wersję rzeczywistości. Terapeutka za moją zgodą wprowadza nowy program: już wiem i czuję, jak to jest mieć partnera, który jest pomocny, jest moim wsparciem, a nie obciążeniem. Drążymy dalej. – Dlaczego wybiera pani partnerów, którzy są niedostępni? – pada pytanie. Odpowiedź, jaka mi się nasuwa: „bo sobie z tym poradzę”. Terapeutka więc pyta: – A dlaczego chce sobie pani z tym radzić? Odpowiedzi mam szukać we wnętrzu. Szukam więc. I… widzę! Gdybym znalazła partnera bez wad, dojrzałego, gotowego na związek, a wraz z nim dojrzałą miłość, byłoby… za mało emocji. Bez tej huśtawki emocjonalnej byłoby nudno i rutynowo. Szukam więc ekscytacji, adrenaliny, przeżyć. Ale już mnie to męczy. Już tego nie chcę. Terapeutka jednak drąży dalej: – Gdyby znalazła pani mądrego faceta, gotowego na dojrzały związek, co by się najgorszego mogło stać z panią i pani życiem?

Ale zanim poszukam, terapeutka wprowadza mi nowy program, pozwalający znajdować ekscytację także w dojrzałym związku, w którym oboje partnerzy realizują się tak, jak pragną, i umieją wyrażać potrzeby i uczucia z zachowaniem wolnej woli i swoich praw. Czy w nowe rejony prowadzi mnie jej głos? Nie, on tylko pomaga. Prowadzi mnie moja własna, wewnętrzna wizja.

Sama na to pozwalam

Rozmawiamy dalej. W pewnym momencie Anita Putkiewicz mówi: – Czuję, że powinnyśmy popracować nad granicami i umiejętnością ich stawiania. A ja… doznaję olśnienia. To właśnie to! Korzeń i źródło mojego lęku. Potrafię zauważać i respektować granice innych, ale nie umiem szanować własnych. Widzę to bardzo wyraźnie, jak na dłoni. Związki, w które wchodziłam, kończyły się dla mnie uczuciem wykorzystania. Tak jakbym była gotowa dać dużo, ale druga strona i tak wzięła więcej, niżbym chciała. Widzę moje stare założenie: wchodząc w relację, trzeba mieć otwartość i gotowość na zmiany; gotowość, by się w życiu przesunąć i zrobić miejsce drugiej osobie. A druga osoba weźmie tyle, ile trzeba – i spotkamy się pośrodku. Zawsze ufałam, że kiedy powiem „masz i bierz” – on weźmie dokładnie tyle, ile trzeba. Mężczyźni tego jednak nie czuli. Brali więc i brali – a ja nie mówiłam „stop”. Wierzyłam wciąż, że nie wezmą więcej, niż jestem w stanie dać. Tylko skąd mieli wiedzieć, kiedy przekraczają moje granice, skoro ja tego nie sygnalizowałam? Byłam za bardzo elastyczna. Kiedy powiedziałam o tym terapeutce, wprowadziła nowy program: jak być w bliskiej i ciepłej relacji bez bycia pochłoniętą przez drugą stronę, mieć intymność, ale zachować też swoją przestrzeń i wolność – i dać to samo drugiej stronie. I znów mam wyobrazić sobie związek. Co widzę?

Fajnego faceta, który jest otwarty na nową mnie. Jest silny i ciepły. Istotny jest dla niego kontakt fizyczny, dużo i często dotykamy się na co dzień. Jestem dla niego ważna, pokazuje mi to, układając własne życie. Jest między nami to, co trzeba, nie za mało, nie za dużo. Harmonia aktywności i bierności. Potrafimy komunikować się jasno i z wdziękiem. Czuję się bezpieczna. Wyobrażam sobie nas za tydzień, po dwóch tygodniach, po miesiącu, roku, po kilku latach. – Co pani czuje? Czy pojawiają się jakieś lęki? – pyta Anita Putkiewicz. Lęki? Nie. Jestem zachwycona! Czy obawiam się, że utracę niezależność? Już nie. Czuję, że umiem kochać, ale też obronić siebie.

Niech nowe pracuje

Kończymy sesję radosną, jasną i barwną wizualizacją mojego przyszłego szczęścia. Odniosłam mały sukces: nazwałam mój problem. Być może jeden z wielu, ale od czegoś trzeba zacząć. Ania Putkiewicz mówi: – Proszę teraz obserwować swoje życie, uczucia, myśli i nastawienie do mężczyzn. Powinna pani zauważyć pierwsze zmiany. Nowe już będzie pracowało.

I rzeczywiście, pracuje: może nie znalazłam w cudowny sposób miłości w ciągu dwóch tygodni, jednak jest różnica. Inaczej myślę o relacjach – czuję i wiem, że mogę i potrafię stworzyć związek pełen bezpieczeństwa, pasji, przywiązania i ciepła. Związek dobry też dla mnie, w którym dbamy o siebie nawzajem i w którym będę się codziennie na nowo zakochiwać w moim partnerze. Wiem też, że znajdę mężczyznę, jakiego szukam. Tym bardziej że zaczęłam inaczej patrzeć na mężczyzn: znów ich lubię. Ostatnio widziałam w nich głównie najeźdźców, którzy zagarniają mnie i moją przestrzeń. Teraz znów widzę przyjaciół, którzy potrzebują miłości i partnerstwa. Tak samo jak ja.

Theta Healing, czyli „uzdrawianie theta”

Pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Kiedy umysł jest w stanie theta, odbieramy więcej informacji. Możemy kontaktować się z podświadomością, odnajdując stare, niesłużące nam wzorce i zastępując je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. Terapeuta jest tylko moderatorem procesu, pacjent pracuje sam, a wspiera go wyższa inteligencja, energia i esencja, która przepływa przez cały świat i wszystkie istnienia. Metodę tę stworzyła Vianna Stibal, amerykańska naturoterapeutka i uzdrowicielka. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u niej raka, wobec którego medycyna była bezsilna. Pamiętając, że jesteśmy tym, co myślimy, dzięki pracy z podświadomością pokonała chorobę, wprawiając w osłupienie lekarzy. Theta Healing pozwala doświadczyć pozytywnych zmian na wszystkich poziomach: fizycznym, emocjonalnym i duchowym.

Anita Putkiewicz, dyplomowany nauczyciel i terapeutka pracująca metodą Theta Healing.