1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje?
Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym?
Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny.
Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo?
Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło?
Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“.
Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze?
Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią?
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem?
Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą.
(Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zakochanie - doświadczenie rozwojowe

Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. (Fot. iStock)
Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto z nas nigdy nie był zakochany? Nie czuł motyli w brzuchu? Miłosne uniesienia przeżywamy od najmłodszych lat, już w przedszkolu mamy pierwszych partnerów a nawet bierzemy z nimi "śluby". Większość z nas chce się zakochać, doświadczyć tego niezwykłego stanu. Ale nie zawsze proces ten przebiega gładko. Jak go badać?

Wydaje nam się, że jeśli tylko ta druga osoba odwzajemni nasze uczucia to może być już tylko dobrze. Bajki przeważnie kończą się właśnie w momencie, kiedy po wielu perypetiach para wreszcie się schodzi i rozpoczyna długie i szczęśliwe życie. Rzeczywistość bywa jednak inna. Często okazuje się, że kiedy mija euforia, związek z wymarzoną osobą nie daje nam szczęścia. Bywa też tak, że nie mamy nawet szansy wejść w związek, ponieważ nasze uczucia nie są odwzajemniane. W takich momentach wydaje nam się, że nasz świat legł w gruzach i już nigdy nie będziemy szczęśliwi. Jednak mija jakiś czas i na horyzoncie pojawia się nowa osoba, która przyprawia nas o szybsze bicie serca, a świat znów wydaje się piękny. Mimo, że podobne cykle przeżywamy wiele razy nadal nie wiemy, ani co się z nami dzieje ani jak poradzić sobie z „huśtawką emocjonalną”, która często towarzyszy zakochaniu. Zakochanie postrzegane jest również jako stan, w którym nie mamy wpływu na to, co się z nami dzieje. Czy musi tak być? Co możemy zrobić, gdy trafi nas strzała Amora?

Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. Arnold Mindell, twórca tego nurtu psychoterapii uważa, że wszystko, czego doświadczamy niesie nam ważną informację o nas samych. Silne emocje, które towarzyszą pewnym zdarzeniom lub osobom pojawiającym się w naszym życiu, są sygnałem, który dopomina się o uwagę. Jeśli go zignorujemy, przybierze na sile. Jak więc możemy badać doświadczenie zakochania? Przyjrzyjmy się na przykład samemu stanowi. Jest on na tyle odmienny od naszego zwyczajnego sposobu postrzegania rzeczywistości, że bywa nawet porównywany do choroby. Robimy rzeczy, których byśmy się po sobie nie spodziewali. Możemy nie spać, nie jeść, mamy w sobie tyle energii, że cały świat stoi przed nami otworem, czasem też mamy poczucie bycia w innej rzeczywistości. W czasie zakochania mamy bardzo wiele różnorakich doświadczeń, każde z nich jest warte zauważenia i objęcia świadomością.

Kolejnego obszaru do refleksji mogą nam dostarczyć osoby, które nas pociągają. Być może zawsze zakochuję się w określonym typie mężczyzn czy kobiet. Jakich cech u nich szukam? Wokół tego tematu istnieje wiele mitów na przykład, że kobiety wolą niegrzecznych chłopców, mężczyźni wolą blondynki itp. Choć często mamy wyobrażenie o tym jakie osoby nas pociągają, to rzadko zastanawiamy się nad tym, co dokładnie przyciąga nas do tego typu osób, czego w nich szukamy, co ma nam dać ta relacja. Scenariuszy może być wiele, każdy z nas poszukuje czegoś innego. Niektóre kobiety w związkach z tzw. „niegrzecznymi chłopcami” mają potrzebę doświadczenia swojej siły „ja sobie z nim poradzę, ja go zmienię”, inne potrzebują ryzyka i balansowania na granicy. Można by podać wiele przykładów, ale najważniejsze jest to, aby uświadomić sobie swój własny sposób funkcjonowania. Kiedy odkryjemy jakie osoby nas przyciągają, warto jest przyjrzeć się naszemu arsenałowi środków uwodzenia. Zanim pójdziemy na randkę spędzamy wiele czasu na przygotowaniach, radzimy się przyjaciół w co się ubrać, stresujemy się czy dobrze wypadniemy. Chcemy pokazać się od jak najlepszej strony, w końcu pierwsze wrażenie to podstawa. W tym celu stosujemy różne „sztuczki”, chcemy zaprezentować się w konkretny sposób, w jaki? Czy chcę zabłysnąć inteligencją, seksapilem, pozycją? Jak chce być odebrana/y przez drugą osobę?

Kolejnym ważnym obszarem do refleksji są nasze marzenia i nadzieje, które wiążemy ze związkiem z daną osobą. Jakie najgłębsze pragnienia miałyby się w nim spełnić? Jaka wizja wprawia mnie w stan euforii, a jaka w stan przygnębienia - czego się najbardziej boję? Ten obszar jest istotny na każdym etapie relacji. W psychologii procesu nazywamy to jasnymi i ciemnymi snami relacyjnymi. Każdy z nas ma takie sny, jednak warto jest zdawać sobie sprawę, czego tak naprawdę chcemy, oczekujemy od relacji, a z czego możemy zrezygnować. Taka świadomość daje nam możliwość pełniejszego i bardziej świadomego nawiązywania i tworzenia relacji. To tylko kilka przykładowych tematów łączących się z hasłem „zakochanie”, które można badać metodami psychologii zorientowanej na proces.

Po co to robić? Czy nie odbierze to zakochaniu jego magii i nie pozbawi nas całej frajdy? Rzeczywiście istnieje ryzyko, że poznawszy siebie bardziej, możemy zakochiwać się rzadziej i mniej intensywnie. Jednak radość i przyjemność jaką daje nam zakochanie może na stałe zagościć w naszym codziennym życiu. Nawet, gdy nie mamy do kogo wzdychać. Nawet, gdy obiekt naszych westchnień nie jest nami zainteresowany. Istnieje też ryzyko, że zamiast czekać, aż trafi nas strzała Amora uważniej i bardziej świadomie będziemy lokowali swoje uczucia i wchodzili w związki. Co więcej może się nawet okazać, że koniec związku to nie koniec świata, ale to już trochę inna historia.

Joanna Barlińska, psychoterapeutka, psycholog, seksuolog. Członkini zespołu Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces. Prowadzi terapię indywidualną (osoby dorosłe i nastolatki), terapie par oraz warsztaty rozwojowe.

Aleksandra Raczyńska, psychoterapeutka, tłumaczka. Prowadzi terapię indywidualną oraz terapię par, również w języku francuskim.

  1. Psychologia

Małżeństwo na próbę

Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Jak wybrać partnera, partnerkę? Czy iść za starymi rytuałami jak zaręczyny i ślub? A może skorzystać z nowinek? Jedną z nich jest tzw. małżeństwo na próbę. Chciano je ustawowo wprowadzić w Meksyku i Bawarii. Nie wyszło. Szkoda? Ale czy mamy szanse na trwałość, gdy już wchodzimy w związek, asekurując się? Jak zacząć kochać, by kochać długo i szczęśliwie – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Za pierwszym razem zakochałam się i wyszłam za mąż, bo on miał takie piękne oczy... Nie jest to jednak najważniejsze kryterium wyboru męża. A ty? Gdybyś dziś miał wybierać partnerkę, czym byś się kierował? Tym samym co wówczas, gdy byłeś młodym człowiekiem?
Oprócz naturalnych, koniecznych i istotnych informacji płynących z serca i podbrzusza zwróciłbym szczególną uwagę na emocjonalną, intelektualną i życiową zdolność tej kobiety do partnerstwa. Ale to na ogół idzie w parze z wiekiem, doświadczeniem i samoświadomością. W młodym wieku trudno więc znaleźć taką partnerkę, bo samemu się do tego nie dorasta. Pewnie więc popełniłbym te same błędy co kiedyś. Błędy młodości są nieuniknione i nie zawsze udaje się je wszystkie w dalszym wspólnym życiu ogarnąć i przekroczyć. Wśród nich bywają takie, które jak ukryta bomba zegarowa nagle eksplodują z potworną siłą i rozsadzają z pozoru dobry i trwały związek. Długo trzeba żyć i wiele się nauczyć, przemyśleć dawne porażki, by urealnić swoje oczekiwania co do związku. Wiedzieć, jak się ma to, czego byśmy chcieli, do tego, co możliwe. Warto wiedzieć o sobie nawzajem jak najwięcej, zanim zdecydujemy się na poważny związek.

Z moim obecnym mężem, a oboje byliśmy już po rozwodach, przed ślubem porozmawialiśmy o tym, jak byśmy chcieli razem żyć, że na przykład obojgu nam zależy na wyłączności i szczerości.
Dobra rozmowa. Znamionuje dojrzałość. Jeśli spotkamy osobę, która nam odpowiada ciałem i duchem, jeśli podobnie myślimy o tym, na czym polega związek, i o innych najważniejszych sprawach, jeśli rozumiemy, że partnerstwo zakłada psychiczną, społeczną i materialną autonomię, i umawiamy się, że będziemy razem do tego dążyć, aby nie musieć ze sobą być, lecz chcieć być – to mamy duże szanse na sukces. Trzeba jednak pamiętać, że nieustannie oboje się zmieniamy, dojrzewamy, poznajemy siebie. Określamy i akceptujemy silne i słabe strony swoje i partnera. Powinniśmy też rozumieć i zwykle z czasem rozumiemy, że zmianę w związku możemy spowodować tylko, zmieniając siebie.

Partnera zmienić nie sposób, jeśli on sam tego nie zechce. Od tego, czy to uznajemy i akceptujemy, w ogromnej mierze zależeć będzie trwałość związku, w czasach gdy brak  zewnętrznych ram dla bycia razem.

Właśnie, ważne dla trwałości związków zawsze były rytuały: zaręczyny, ślub. Nadal statystyki mówią, że częściej rozpadają się konkubinaty. Może więc warto korzystać z tych rytuałów?
Mamy do czynienia ze schyłkiem kobiecych rytuałów przejścia, takich jak: pierwsza miesiączka, narzeczeństwo, małżeństwo, noc poślubna, macierzyństwo. I mam nadzieję, że to se ne vrati. Wszystkie te rytuały są bowiem nierozerwalnie związane z prokreacyjną rolą kobiety – a zarazem sugerują, że istnienie kobiety na tej ziemi musi być legitymizowane przez służący prokreacji związek z mężczyzną. Feminizm słusznie dostrzegł w nich niesprawiedliwą i nieuzasadnioną dewaluację potencjału intelektualnego, twórczego i przywódczego kobiet. Dlatego te rytuały znikają z naszej obyczajowości i wątpię, żeby młode kobiety za nimi tęskniły. Potrzeba rytuałów jest jednak głęboko ludzka. Wyraża naszą tęsknotę za choćby symbolicznym uczestniczeniem w mistycznym, czyli ponadmaterialnym, ponadosobowym, ponadtransakcyjnym, a nawet ponadrelacyjnym wymiarem życia. Dlatego nadal będą rytuały, ale nowe, obrazujące stan dzisiejszej świadomości. Już teraz pojawiają się próby eliminowania z rytuałów udziału urzędów cywilnych i religijnych funkcjonariuszy. Bo też urzędy i funkcjonariusze nie nadążają za ewolucją świadomości obywateli. Historia uczy, że zmiany w ludzkiej świadomości najpierw przejawiają się w elitarnej, a potem powszechnej obyczajowości. Wtedy nowa obyczajowość zostaje skodyfikowana i staje się urzędową normą.

Nowe odpowiadające współczesnej świadomości rytuały miłosne to na przykład „zaślubiny”, jakie współcześni zakochani organizują sobie w jakimś pięknym przyrodniczo miejscu?
Właśnie. Widocznie przeczuwają, że sacrum przejawia się tam najpełniej i najdostojniej. Coraz częściej też te zaślubiny odbywają się wyłącznie w towarzystwie przyjaciół albo najbliższych krewnych. Pewnie bierze się to z przekonania, że z przyjaciółmi tworzyć będą najważniejszą i najpewniejszą przestrzeń dla swego społecznego i duchowego istnienia. A więc na ich ręce składają małżeńską przysięgę. Te czysto symboliczne rytuały mają również taką zaletę, że nie pociągają za sobą formalnych i prawnych zobowiązań, jakie nakłada cywilny czy religijny akt małżeństwa. Młodzi chcą być wolni i jednocześnie być razem. Przyszłość pokaże, czy symboliczne, wolne od formalnych zobowiązań śluby łączą „małżonków w sercu” tylko na dobre, czy również na złe.

Ale politycy też mają swoje pomysły. W Bawarii i Meksyku pojawił się m.in. projekt małżeństwa na próbę. Miałoby ono trwać siedem lat, a po tym czasie być rozwiązane bez żadnych konsekwencji prawnych i ekonomicznych lub przepoczwarzyć się w małżeństwo na zawsze.
Czy to nie jest tylko rozpaczliwa próba sformalizowania starego jak świat związku na kocią łapę, który poprzedza już dziś prawie każdy związek małżeński? Zapewne powodem są obyczajowo-religijne naciski, by zlikwidować bezcenną instytucję kociej łapy. W mediach krajów, które miały taki pomysł, pojawiły się nawet rysunki satyryczne, które tę tezę ilustrują. Przedstawiają ni mniej, ni więcej tylko świątynie udzielające ślubów na próbę. A więc myślę, że to zabieg mający nowoczesny styl życia pomieścić w tradycyjnym schemacie wartości obyczajowych i religijnych. Łatwiej przecież powiedzieć księdzu lub konserwatywnej rodzinie, że żyje się w małżeństwie na próbę, niż przyznać się do konkubinatu. Zwłaszcza jeśli już są dzieci. Myślę, że to tylko próba oswojenia zjawiska związków nieformalnych, których nie akceptuje żadna z religii, i nadania im pozoru obyczajowej i doktrynalnej poprawności.

Czy właśnie dlatego, że jest to próba adaptacji starego do nowego, małżeństwo na próbę może nam pomóc zbudować trwałą i udaną relację?
Trwały związek możemy budować tylko na dojrzałej miłości i na partnerstwie. Zakochać się każdy potrafi. Mnóstwo ludzi nie ma szansy na sensowny związek, bo nie doszli do ładu z samymi sobą. Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. Może więc pomysł małżeństw na próbę byłby sensowny, o ile odwlekałby ostateczną decyzję do czasu dojrzałości partnerów.

Jak rozpoznać dojrzałość? To, że już jesteśmy gotowi, by choćby spróbować być z kimś na dłużej?
Trzeba wiedzieć, kto decyduje o naszych emocjach i o naszym poczuciu szczęśliwości. Jeśli wiemy, że to my sami o tym decydujemy, jesteśmy gotowi, by komuś innemu powiedzieć: „Kocham cię, chcę z tobą dzielić życie”. Tak długo jednak jak uważamy, że to inni decydują o tym, jak my się czujemy (bo są mili albo niemili, bo dają nam to, czego chcemy lub nie dają), to na dobrą sprawę nie powinniśmy poczciwym ludziom zawracać głowy tym, co czujemy. Bo też wtedy zmienia się nam to z chwili na chwilę i niczego sensownego na tym nie zbudujemy. Dojrzali ludzie nie obciążają innych odpowiedzialnością za swoje emocje ani za swoje trwałe poczucie szczęścia. Nie patrzą na drugą osobę z nadzieją: „Nareszcie spotkałem kogoś, kto uczyni mnie szczęśliwym”. Dobrze przynajmniej przeczuwać, że nasze prawdziwe szczęście od innych nie zależy, nim pomyślimy o byciu w związku.

Do tej pory myślałam, że to tylko kobiety oczekują od mężczyzn, że ci je uszczęśliwią. Mężczyźni też tak mają, też myślą: „Ta kobieta uczyni mnie szczęśliwym”.
Oczywiście, że tak. Też chcemy, żeby kobiety nas uszczęśliwiały. Zapominamy, że warto przynajmniej nie być nieszczęśliwym, zanim kupimy pierścionek zaręczynowy. Ale na to, by zacząć choćby przeczuwać istnienie wewnętrznego spokoju, zachwytu i radości – niezależnych od wszelkich zewnętrznych uwarunkowań – potrzebny jest czas, doświadczenie i wiele okazji do głębokiej medytacji. W przeciwnym razie będziemy wchodzić w niedojrzałe związki zawiązane na konfliktowej zasadzie: „Och! Wreszcie będzie komu usiąść na kolanach!”. Ale wtedy szybko się okazuje, że ta druga osoba dokładnie do tego samego zmierza. Czeka nas więc wtedy niekończąca się kłótnia o to, kto komu ma siedzieć na kolanach. W niektórych związkach taka sytuacja trwa latami, wszyscy są sfrustrowani i nikt nie wie, o co chodzi.

Kto komu siedzi na kolanach w dobrym związku?
Najlepiej w ogóle nie liczyć na to, że usiądziemy. Poza nadzwyczajnymi sytuacjami, takimi jak choroba, żałoba, utrata pracy itp. Jeśli bycie rozpieszczanym jest możliwe w innych sytuacjach życiowych, należy to traktować jako odświętny prezent. Gdy zdarza się za często i prawie zawsze to jedna strona bierze tę drugą na kolana, grozi to uzależnieniem i zdziecinnieniem. Bezpieczniej jest, gdy w związku dwojga ludzi nie jest raz na zawsze ustalone, kto się kim opiekuje, kto komu ustępuje, kto dostaje i kto bierze. Partnerstwo polega na symetrii i ekwiwalentnej wymianie.

Doświadczenie i dojrzałość to też rozstania, które się przydarzyły. Jak ich uniknąć, bo rany czasem goją się latami? Ile można mieć takich rozstań, „małżeństw na próbę”, żeby mieć szansę na związek na stałe?
Rany nie są same w sobie złe, pod warunkiem wszakże, że próbujemy zrozumieć, czemu znowu nam się nie udało, na czym polega nasza odpowiedzialność za to, że znowu zostaliśmy zranieni. Ten rodzaj refleksji nad rozstaniami jest niezbędny, jeśli chcemy, by następny związek miał większe szanse – a może nawet by był tym wymarzonym i ostatnim.

Wszystko wolno mieć na próbę – oprócz dzieci. Nawet w wypadku małżeństwa na próbę powinno nam wystarczyć dojrzałości i odpowiedzialności, aby nie powoływać niechcianych dzieci na świat. Ponieważ dziś – sądząc z liczby szybkich rozwodów pierwszych małżeństw – małżeństwami na próbę są w istocie te pierwsze formalnie zawierane, to odpowiedzialne i dojrzałe zachowanie próbnych małżonków polegać winno na tym, że nie decydowaliby się na dzieci. Przynajmniej do czasu, gdy przejdą razem i zwycięsko dwa, trzy poważne kryzysy. W przeciwnym razie za duże będzie ryzyko zafundowania dzieciom przedwczesnej i bolesnej lekcji o nietrwałości związków.

A więc dzieci dopiero, kiedy wiemy na pewno, że to ten mężczyzna, ta kobieta, na dobre i na złe?
Sęk w tym, że obecnie decyzji o posiadaniu dzieci nie musimy podejmować tylko wtedy, kiedy czujemy, że znaleźliśmy partnera, partnerkę na całe życie, kogoś, na kogo możemy liczyć, gdy przyjdzie zmierzyć się z trudnościami i wyrokami losu. Kobiety mogą decydować się na dziecko z danym mężczyzną, zakładając ryzyko, że związek albo choćby mieszkanie pod jednym dachem nie potrwa długo. Same z pomocą państwa i agend pozarządowych zdołają dziecko wychować. Stworzenie takiego poczucia bezpieczeństwa dla matek jest obowiązkiem każdego współczesnego państwa i prawem każdej matki, ale w indywidualnych przypadkach może sprzyjać nieodpowiedzialnemu rodzicielstwu. Niekorzystne jest też z góry przyjmowane przez kobiety – zwłaszcza tych w dzieciństwie opuszczonych przez własnych ojców – założenie, że również ojciec ich dzieci nie wytrwa w związku. Takie przekonanie staje się napędem podświadomego mechanizmu powodującego wybieranie przez te kobiety niedojrzałych, słabo rokujących mężczyzn. Z podażą partnerów dojrzałych do rodzicielstwa jest trudno również z tego powodu, że coraz więcej kobiet przezornie decyduje się na macierzyństwo dopiero wtedy, gdy osiągną niezależność i bezpieczeństwo finansowe – a więc pod koniec trzeciej dekady życia. Do tego czasu potencjalni dojrzali partnerzy z ich pokolenia, których jak wiadomo na dodatek ubywa, zostali już dawno zaangażowani w związki z mniej dojrzałymi lub bardziej skłonnymi do podjęcia ryzyka kobietami.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Rywalizacja kobiet. Co zrobić z zazdrością?

Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego kobiety mają obsesję na punkcie wyglądu i dlaczego rzadko się do tego przyznają? O co i dlaczego tak naprawdę rywalizujemy? Co najbardziej rozbija relacje między siostrami? Czyli co zrobić z zazdrością – podpowiada terapeutka i australijska pieśniarka i kompozytorka Peuquois.

Jest pani piękną kobietą o niezwykłym głosie, podróżuje po świecie, daje koncerty, prowadzi warsztaty, stać panią na spełnianie marzeń. Można powiedzieć – tylko pozazdrościć. Często spotyka się pani z zazdrością?
Ostatnio rzadziej, choć od dzieciństwa ten motyw mi towarzyszy. Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa. A niemal wszędzie, gdzie jeżdżę, kobiety skarżą się, że brak im wsparcia innych kobiet, nie mają do nich zaufania, czują się samotne i pozbawione czegoś ważnego. To prawda – żaden związek z mężczyzną nie jest w stanie zastąpić siostrzanej więzi. Skoro więc chcemy kobiecą wspólnotę odbudować, musimy coś zrobić z naszą zazdrością.

Czyli co konkretnie?
Jeśli się pojawia, trzeba przez nią przejść. Bo zazdrość jest bramą do wspólnoty. Jeśli ją ignorujemy, spychamy pod dywan – każdy związek, każda wspólnota prędzej czy później się rozpada.

Skąd w ogóle bierze się zazdrość?
Z braku miłości. Jeśli w dzieciństwie nie czuliśmy się kochani albo wystarczająco kochani, w jakimś stopniu nasze serce jest zamknięte. W związku z tym nie jesteśmy w pełni zdolni do kochania innych i siebie. Jesteśmy więc odcięci od źródła miłości w sobie. Zwykle tego nie widzimy, czujemy jedynie jakiś brak, niespełnienie, choć nie wiemy, czego nam brakuje. Zaczynamy się więc rozglądać wokół, szukając podpowiedzi. Przyglądamy się innym, porównujemy się z nimi. Może oni mają to coś, czego nam brak? To pierwszy krok do zazdrości. W świecie kobiet porównywanie się przeważnie dotyczy wyglądu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo zarówno nasza natura, jak i rola, jaką odgrywamy w społeczeństwie, są nastawione na piękno i oparte na pięknie.

To nie stereotyp czasem?
I tak, i nie. Nasza fascynacja pięknem, chociaż dziś wywindowana niebotycznie i spaczona przez kulturę, jest jak najbardziej naturalna. Kobiety symbolicznie to dla ludzkości wyrażają. Podobnie jak mężczyźni wyrażają dla ludzkości waleczność. Choć oczywiście na głębokim poziomie i jedni, i drudzy są waleczni i piękni. Problem powstaje, gdy wmiesza się w to umysł ze swoimi przepisami i pomysłami, czym jest piękno, a czym nie jest. I ze swoimi próbami używania tego piękna w jakimś celu, manipulowania za jego pomocą. Jeśli zamienimy je na walutę, która ma coś nam dać, kupić czy coś dla nas zdobyć, sprowadzamy je do powierzchowności. I piękno traci swoją naturalną jakość, którą jest emanacja miłości. Staje się zewnętrzną urodą, która przecież przemija i którą zawsze da się porównać, ocenić.

Piękno ma w sobie każdy, urodę – już niekoniecznie. Kobieta, nawet najpiękniejsza, zdegradowana do roli pięknej powierzchowności zaczyna czuć strach. Ocenia siebie i inne kobiety, porównuje się z nimi i próbuje odwrócić to przemijanie zewnętrznej urody – w sensie kanonu, który dziś jest szczególnie bolesny, bo oznacza wieczną młodość. Mamy być jak lalki. Bez zmarszczki, śladu zmęczenia, zbędnego włoska. Dlatego kobiety mają dziś niemal obsesję porównywania się. I jednocześnie mało która się do tego przyzna. To temat tabu. Zauważyła pani?

Bo to wstyd. Przyznanie się jest uznaniem faktu, że biorę udział w tym upokarzającym konkursie piękności…
W którym nie ma wygranych. Są same przegrane, oddzielone od siebie kobiety. Wiem, w jaki sposób zazdrość się rodzi, bo doświadczyłam tego w dzieciństwie. Mam siostrę, niedużo starszą, która od najmłodszych lat wyzwalała w ludziach agresję. Wyglądało tak, jakby już się z nią urodziła. Ja z kolei byłam powszechnie lubiana. Dla dziecka, które przecież chce być kochane, a spotyka się z odrzuceniem, to bardzo trudne doświadczenie. Za trudne, by mogło sobie z tym samo poradzić. A więc siostra strasznie zazdrościła mi tego, że wszyscy mnie kochają, a jej nie – jak uważała. Doświadczała niezwykle silnych uczuć. Całe nasze dzieciństwo było przepełnione jej zazdrością.

Jak sobie pani z tym radziła?
Nie było mi łatwo, bo byłam świadomym dzieckiem. Miałam w sobie dużo miłości i współczucia dla siostry. Nie rozumiałam, dlaczego mnie nie cierpi, dlaczego wszystko, co robię, wyzwala w niej takie uczucia. Starałam się ją jakoś rozbroić, przypodobać się jej. Ale to nic nie dawało. Przyznaję z bólem, że zazdrość całkowicie nas rozdzieliła. Kiedy miałam 17 lat i obie wyzwoliłyśmy się spod wpływu mamy, straciłyśmy ze sobą kontakt. Nasz przykład pokazuje, że nieuzdrowiona zazdrość potrafi doprowadzić do rozpadu najważniejszych związków. Próbowałam wiele razy wyciągać do niej rękę, jakoś zasypać tę przepaść między nami, ale mi się nie udało. Czuję wielki smutek.

Mam podobne doświadczenie z dzieciństwa, tyle że to ja byłam tą siostrą, która doświadczała zazdrości. Wejście w to miejsce i spotkanie się ze sobą w nim było jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.
Bo to niezwykle silne uczucie. Zazdrość ma energię bliską opętania, szaleństwa. Z zazdrości można stracić kontakt ze sobą, z rzeczywistością, nawet zabić. Gratuluję, że miała pani odwagę się z tym zmierzyć. Pamięta pani mój filmik na YouTube? Mówiłam tam o tym, że jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę działają w przypadku zazdrości i rozbrajania jej skutków, jest przyjrzenie się jej z otwartością i szczerością. Trzeba otworzyć to zaciśnięte miejsce i pozwolić uczuciom, które tam zostały schowane, się wyrazić, przepłynąć przez ciało. W zasadzie to jedyna rzecz, która pomaga ją uzdrowić.

Ale to jest właśnie najtrudniejsze…
Bo zazdrość jest jedną z emocji, których najbardziej się wstydzimy. Nie chcemy się przyznać, nawet przed sobą, że ją odczuwamy. Ja? Zazdrosna? Skąd. To upokarzający, poniżający stan, kojarzący się z porażką. Dlatego przyznanie się: „Jestem zazdrosna, czuję się gorsza”, jest tak trudne, a jednocześnie to pierwszy krok w stronę uzdrowienia. To po prostu jeden z normalnych ludzkich stanów. Każdy człowiek ją zna. Kiedy czuje pani zazdrość, w którym miejscu ciała i w jaki sposób pani ją odczuwa?

Czuję zacisk wokół serca, jakby zapadanie się w klatce piersiowej.
No właśnie. Kiedy serce się zamyka, zaciska, trudno je otworzyć i pokazać komuś innemu, bo to dokładnie odwrotna energia. Dlatego zazdrość tak nas od siebie oddziela. Próbujemy schować swoje uczucia, więc przestajemy być w pełni sobą. Nie jesteśmy w stanie się otworzyć i wnieść do relacji istotnej części nas. A przecież na bardzo głębokim poziomie my, wszystkie kobiety, jesteśmy połączone ze sobą i z uniwersalną kobiecością, archetypem. A więc nie tylko doświadczamy tych samych uczuć, ale również doskonale wiemy, kiedy któraś siostra w naszej obecności odczuwa zazdrość. Zazdrość ma specyficzny rezonans, który czujemy i już. Zazdrość przemawia i patrzy w specyficzny sposób – nawet jeśli próbujemy to ukryć. Nie da się. Powoduje, że robimy się krytyczne, sarkastyczne albo chłodne, zamknięte, sztuczne. Chodzi więc o to, byśmy zaczęły być wobec siebie szczere. Pierwszy krok to przyznać się przed sobą, drugi – przyznać się tej siostrze, której czegoś zazdrościmy.

Pani tak robi?
Nauczyłam się tego. Miałam naprawdę dużo doświadczeń tego typu i one pomogły mi oswoić zazdrość swoją i innych kobiet. W tym tę chyba najtrudniejszą, bo o mężczyznę. Przez jakiś czas byłam w związku z mężczyzną, który miał kilka kobiet.

Jednocześnie?
Tak. Był indiańskim uzdrowicielem. Razem ze mną miał siedem żon w różnym wieku. Dlatego uważam, że mogę mówić o zazdrości – przeszłam bardzo świadomie przez jej ogień. Chciałam być z tym mężczyzną, bardzo go kochałam. Mogłam ten fakt zaakceptować i próbować to doświadczenie jakoś zmieścić w sobie, rozszerzyć świadomość albo odejść. Zostałam. I poradziłam sobie z tym dokładnie tak, jak to opisałam. Czułam zazdrość, ten ścisk serca, oddzielenie, które budziło we mnie nienawiść, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. W końcu ból stał się nie do zniesienia i musiałam coś z tym zrobić. Więc poszłam i powiedziałam im o tym wprost. Dzięki temu te uczucia mogły przeze mnie przepłynąć. Potem już za każdym razem o tym rozmawiałyśmy. To bardzo nas zbliżyło. I zazdrość zaczęła się rozpuszczać.

Dla większości kobiet takich jak ja – wychowanych w zachodnim świecie – taka sytuacja jest trudna do wyobrażenia.
Bo obnaża fundamentalny strach kobiety – że jakaś inna zabierze jej mężczyznę, jakby można było go sobie wziąć jak przedmiot. Warto sobie zdawać sprawę z tego, że nasza rywalizacja o mężczyzn w dużym stopniu bierze się z tego, że mylimy miłość z chęcią posiadania i wiele naszych związków to współuzależnienie. Chcemy, żeby ktoś nas kochał bezwarunkowo, na wyłączność, bo przenosimy na niego nasze niedokochanie z dzieciństwa. Nie nauczyliśmy się kochać siebie, więc chcemy, żeby ktoś nam ten brak zapełnił. To niewiele ma wspólnego z kochaniem drugiego człowieka. Moje doświadczenie pomogło mi to zrozumieć. Nauczyłam się wiele o miłości, wolności, o tym, że związek jest wspólną podróżą, a nie czymś stałym. Ale zgadzam się – wejście na taki poziom jest trudne. I wcale nie zachęcam do takich prób kogoś, kto nie czuje się gotowy.

Czuła się pani kochana?
Tak. Miałam szczęście, bo trafiłam na mężczyznę połączonego ze źródłem miłości w sobie. Ktoś taki nie kocha tylko osobowości kobiety, jej ciała czy wyglądu. Kocha też to, co jest głębiej, rozpoznaje świadomie jej istotę, korzeń, który łączy ją z uniwersalną kobiecością. Jedni nazywają to źródłem życia, inni – boskością. To duchowy poziom miłości, bez którego kobieta podświadomie czuje się niepełna. Niewielu jest mężczyzn, którzy umieją kochać w taki sposób, a jeszcze mniej takich, którzy świadomie widzą tę różnicę. Jeśli mężczyzna kocha kobietę jedynie powierzchownie, tworzy w niej oddzielenie. Bo na poziomie duszy, istoty, ona nie czuje się kochana, czuje brak głębokiej więzi, choć nawet nie umie tego nazwać. A każda kobieta wyczuwa ten poziom i tęskni za spotkaniem w tym obszarze. Można powiedzieć, że dziś to zjawisko o globalnym zasięgu.

Jest też inny rodzaj zazdrości. Na przykład kiedy jakaś kobieta ma jakieś talenty i próbuje przejawić je w świecie, nie zawsze spotyka się ze wsparciem innych kobiet. Często próbują ściągnąć ją w dół. Pani doświadczyła czegoś takiego?
Kobiety reagują na to na dwa sposoby. Albo ściągają ją w dół, nie pozwalając się wybić, albo poniżają same siebie, przez co czują się niewartościowe, zazdroszczą jej i ją w związku z tym odrzucają ze swojego grona. Doświadczyłam tego boleśnie na początku swojej kariery muzycznej. Nie pomyślałam nawet o tym, że jako młoda i utalentowana muzyczka będę dla innych kobiet w branży konkurencją i zagrożeniem. Nie dostałam od nich zachęty, wsparcia, którego szukałam. Zamiast tego napotkałam wrogość, oschłość,odrzucenie. To bolało. Z mężczyznami udawało mi się dużo lepiej dogadywać. To oni wprowadzili mnie w świat muzyki. Mam wrażenie, że wiele z nas doświadczyło czegoś podobnego. To powoduje, że gdzieś w głębi siebie boimy się pokazać, w pełni urzeczywistnić, boimy się swoich talentów, piękna, swojej mocy. Wolimy się nie wychylać, nie pokazywać, pozostać w średniej krajowej. Bo wtedy nie jesteśmy dla nikogo zagrożeniem. Nie zagrażamy niczyjemu poczuciu wartości, nie wywołujemy zazdrości, a więc nie narażamy się na odrzucenie.

Z czego się to bierze?
Według mnie z tego samego, z braku miłości. Z poczucia, że ona jest jakoś ograniczona, więc trzeba o nią walczyć, rywalizować. Bo jeśli ktoś jeden ściąga uwagę i zainteresowanie, to dla innych już tego nie starczy. Tymczasem jeśli się otworzymy na miłość w sobie, nigdy jej nam nie zabraknie, takie jest moje doświadczenie. Moim zdaniem to poczucie braku miłości jest też uzasadnione historycznie. Wojna zabiera mężczyzn. Zostają kobiety, które zaczynają rywalizować o garstkę pozostałych przy życiu potencjalnych partnerów. Mężczyzna jest jak słońce, które oświetla kobietę. Jeśli umie spojrzeć w głąb jej duszy, to energia jego miłości otwiera kobietę na jej własną miłość. Dlatego kobiety o niczym innym nie myślą, nie mówią i nie marzą, tylko o mężczyznach i o takiej miłości. Czyli o połączeniu dusz. Więc kiedy tylu mężczyzn ginie na wojnie, zdarza się, że niemal całe pokolenie znika, pojawia się uczcie braku, głębokie przekonanie, że nie ma wystarczająco dużo mężczyzn, więc trzeba jakoś się bardziej postarać, coś aktywnie robić, żeby dla nas starczyło. I choć dziś realnie nas to nie dotyczy, to poczucie braku odziedziczyłyśmy. Wraz z mechanizmem rywalizowania. W krajach, gdzie było wiele wojen, rezultatem może być na przykład to, że kobiety robią wszystko, by wyglądać na atrakcyjne seksualnie. Albo stają się silne i przejmują męskie role, by spotkać się z mężczyznami na ich gruncie. To się zaczyna już w szkole. Ta desperacja, by zdobyć uwagę, miłość – widzimy to w dzisiejszej kulturze – zasiewa ziarno lęku i oddzielenia wśród kobiet.

Dlatego kobieta, która doświadcza zazdrości, niezależnie od tego, czy to ona zazdrości, czy jej zazdroszczą – powinna przyjrzeć się i zastanowić, w jaki sposób używa swoich talentów i darów. Czy dzieli się nimi ze światem, czy używa ich, by zdobyć uwagę i miłość i stać się lepsza od innych. Takie podejście wymaga głębokiego spotkania ze sobą i szczerości. Ale to jest właśnie jeden z pozytywnych efektów zazdrości. Zachęca do spojrzenia w głąb siebie. Uświadamia nam, że w jakimś stopniu jesteśmy odcięte od źródła miłości w sobie. I możemy to źródło odzyskać. My, kobiety, musimy się nauczyć na nowo wspierać się wzajemnie w wychodzeniu do świata, w stawaniu w swojej pełni. Jesteśmy w naturalny sposób kręgiem siostrzanym. To nasze najważniejsze, bazowe połączenie. Trzeba je odzyskać. To staram się robić, podróżując po świecie: pomagać kobietom nawiązywać na nowo relacje. Namawiam: zbierajcie się, róbcie coś w grupach, śpiewajcie razem. Oddychajcie razem, tańczcie, medytujcie, rozmawiajcie. Rozwój przebiega dużo szybciej, kiedy się wzajemnie wspieramy. Dużo szybciej, niż kiedy każda z nas jest sama.

Peruquois australijska pieśniarka i kompozytorka tak zwanej muzyki świata, nazywana Głosem Bogini. Z wykształcenia jest muzykiem jazzowym, ale przez wiele lat studiowała muzykę rdzennych ludów, m.in. w Meksyku i w Indiach. Jej koncerty są zawsze wielkimi wydarzeniami. Stworzyła również praktykę jogi głosu. Pracuje z kobietami, pomagając im odzyskać głos i dostęp do własnej mocy. Prowadzi warsztaty i spotkania dla kobiet. 

  1. Psychologia

Szukamy prawdziwej miłości. Dlaczego trafiamy na niewłaściwych partnerów?

Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Jak to jest, że ciągle znajduję nieodpowiednich partnerów? Czemu uciekam, ranię, pozwalam się ranić? Przyczyn szuka małżeństwo terapeutów i coachów Eva-Maria i Wolfram Zurhors.

Znowu w życiu mi nie wyszło... i trzeba się  pozbierać po po kolejnym nieudanym związku. Miłość? Przynosi samo cierpienie… Eva-Maria Zurhors: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy – a to można zrobić tylko sercem – nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki czy związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

Wolfram Zurhors: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić… Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E-MZ: A to oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne dziś „bycie cool” oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze w końcu uciekają, odchodzą.

Budując związek, lepiej postawić na autentyzm? E-MZ: Tak, bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. To widać nawet przy problemach. Jeśli on mnie rani – to może dlatego, że ja nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, wybrałam kogoś, kto mi to da. Na przykład: tkwisz w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy tobie nie ma, który stale cię zawodzi. A może dobrałaś sobie partnera, który pasuje do twojego nieuświadomionego strachu przed tym, by być kochaną? I nad tym trzeba popracować.

Czy ten mężczyzna też czegoś się boi? E-MZ: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili wszyscy jej czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości nosili ją na rękach, ale prędzej czy później pojawiała się przemoc fizyczna i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: „miała pecha”. A tak naprawdę to ona nie miała za grosz poczucia własnej wartości. Zawsze w związkach rezygnowała z siebie, próbowała dopasować do partnera. Gdyby zaczęła nad tym pracować, zmieniła postrzeganie siebie samej, przyciągałaby zapewne innych mężczyzn, takich którzy by ją szanowali i nie stosowali przemocy.

Czyli jednak to podobieństwa się przyciągają? E-MZ: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez internet. Klapa za klapą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie udaje się jej z żadnym z mężczyzn. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Oniemiałam. Powiedziałam do niej: „Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który się z tobą umówi, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, bo ją wymyśliłaś. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował”. Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: „Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać odpowiedniego dla siebie mężczyznę, to pokaż mu, kim naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał chipsy, a ty będziesz je udawała. Jako czekolada jesteś najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako chipsy – najgorszymi z czipsów”. To proste.

Proste... To dlaczego dla wielu skomplikowane? E-MZ: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole mamy zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnych się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że na miłość trzeba sobie zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcić. A to nieprawda.

Nie mamy od kogo uczyć się miłości? E-MZ: Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia i ukazuje się przed moimi oczami prawda. O mnie, o nim, o naszym związku. Oczywiście pod warunkiem, że sobie na tę chwilę prawdy pozwolę i przyjmę ją z wdzięcznością. Jeśli nie – mogę pogrążyć się w rozpaczy, ale nie korzystam z szansy na rozwój. A to jest właśnie ten moment, w którym mogę nareszcie nauczyć się dbać o siebie...

Co to znaczy w praktyce? E-MZ: Gdy dzieje się źle, nie uciekać od zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Ale nie poprzez słuchanie przyjaciółek, które powiedzą: „Oj, ty jesteś biedna, a on podły”, lepiej zapytać siebie: „Czego się boję? Co mu tak naprawdę zarzucam?”. Z naszego doświadczenia wynika, że jest w tym pewna prawidłowość: zwykle jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś mu zarzucam. Na przykład mówię do niego: „Chcę ratować nasz związek”, a jednocześnie myślę: „On mnie nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, czemu jest taki?”. I on czuje, że wolałabym, żeby był inny, więc mnie zostawia. Jeżeli bym akceptowła go takim, jaki jest, wtedy pewnie by nie chciał odejść. To nie znaczy, że trzeba godzić się na wszystko, żeby tylko zatrzymać partnera – w sytuacji przymusu też odejdzie. Wyczuje strach. Chodzi o szczerość. O to, by zająć się sobą, nie naginać do związku. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, zamiast przyjąć postawę wciąż oczekującej westalki – wypełnić sobie ten czas: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek zyska szansę – partner zaakceptuje to, zauważy i może uszanuje, kontakt stanie się coraz bardziej szczery, a miłość głębsza.

A jeżeli to ja kogoś porzucam? Czy to też lekcja? E-MZ: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz zawsze w takim samym punkcie. Czy to twoja wewnętrzna prawda czy ucieczka. Przykład: pewien nasz przyjaciel ucieka wtedy, gdy relacja z kobietą staje się poważna. Jego partnerki nie wiedzą, że na takie zachowanie ma wpływ drastyczna historia z dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem, jak matka chciała odebrać sobie życie, żeby odejść od ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, dziś już dorosłego mężczyzny, związek zawsze oznacza dużą dawkę strachu. I dlatego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich starych historii. Zakodowane w nich strach i tęsknotę projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy miłością.

Mówimy też: „kocham, ale nie potrafię z tobą żyć”. E-MZ: My mamy na to określenie: „zderzenie dwóch gór lodowych”. Zaraz to wytłumaczę. Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 procent. To sam wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4 procenty mówią: „kocham cię”, a cała reszta, czyli 96 procent: „ale nie mogę z tobą żyć”. Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce.

Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i – dajmy na to  – uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, że stykają się swoimi podstawami, których nie są świadome.

I bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości, niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: „muszę zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonować”. Byli trzydzieści lat po ślubie i się nie znali – bo po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w głąb lodowej góry, a czasem nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było niby w porządku. Na szczęście każde zaczęło poznawać swoje wnętrze i bezwiednie znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno – wtedy na chwilę odskakują, i znowu się do siebie zbliżają.

Dwa kroki do przodu, jeden w tył… E-MZ: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym coraz więcej bolących miejsc.

Dobry związek musi czasem boleć? E-MZ: Jak nie boli, to nic się nie zmienia, nie rozwija. To jest jak trenowanie mięśni. Mój mąż jest moim hantlem i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. Im cięższy hantel, tym większy mięsień. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa poważne kryzysy, ale dzięki nim dziś jesteśmy ze sobą bliżej.

Jak długo są państwo razem? WZ: 16 lat i wierzymy, że jeszcze wiele lat przed nami. Wiele bólu i radości. Proces poznawania, schodzenia w głąb lodowej góry nigdy się nie kończy.

E-MZ: Bo góra jest nieskończona.

O Boże, to straszne! E-MZ: Skąd! To cudowne!

WZ: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E-MZ: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko część siebie. To dopiero nuda!

WZ: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest dojrzalsze, szczęśliwsze, a część wspólna, ta poznana, uświadomiona i zaakceptowana staje się coraz większa. Ale po drodze często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy, a to nas wzmocni. I na tym polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

Wywiad z archiwalnego numeru magazynu Sens

  1. Psychologia

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie.
Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób?
Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa.
Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie.
A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba?
Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami?
Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza.
Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością.
Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji.
Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy.
Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc?
To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność.
Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje?
Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.