1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego dałaś się ponieść emocjom?

Dlaczego dałaś się ponieść emocjom?

fot.123rf
fot.123rf
Czyli co najczęściej nas wyprowadza z równowagi:

„Jej ton doprowadza mnie do szewskiej pasji”

Jeżeli poczułaś się urażona stylem komunikacji drugiej osoby, to miej świadomość, że są to twoje emocje i ty za nie odpowiadasz. Faktem jednak jest, że ktoś ci je włączył. Informacja dla ciebie jest więc następująca: mam do czynienia z osobą, która wie, gdzie jest mój emocjonalny przycisk. Jak już się trochę uspokoisz, postaraj się wrócić do sprawy, ale w komfortowych, również dla drugiej strony, warunkach. Przywołaj fragment z dyskusji, który cię zirytował, na zasadzie: „W tamtej sytuacji zwróciłaś się do mnie w taki i taki sposób i ja odebrałam to tak i tak…”. Zweryfikuj z drugą osobą, czy dobrze odebrałaś jej ton.

Może być tak, że przyjmujesz pewne rzeczy bardziej intensywnie niż powinnaś. Jeśli upewnisz się u swojego rozmówcy, że miał dobre intencje, wyznacz granice na przyszłość – pokaż chęć dalszej współpracy, daj znać, że go lubisz i szanujesz, ale jednocześnie zasygnalizuj, na jakie zachowania się nie zgadzasz.

„Po prostu go nie trawię”

Czasami bywa tak, że ktoś denerwuje nas całą swoją osobą – i nie musi nawet za dużo mówić czy robić, a my na sam jego widok czujemy irytację. Co wtedy robić? Po pierwsze, przeprowadź rozmowę z samą sobą. Zastanów się, skąd w tobie takie odczucia. Może ta osoba wskazuje ci jakiś twój deficyt lub piętę achillesową i spotkałaś ją po to, żeby się czegoś od niej dowiedzieć o sobie? A może po prostu masz dosyć ludzi o podobnej konstrukcji psychicznej, bo w swoim życiu przerobiłaś już kilka podobnych przypadków i kosztowało cię to wiele nerwów? Kluczowa jest odpowiedź na pytanie, czy jesteś gotowa przepracować ten problem ze sobą, czy też bardziej sensowne będzie dla ciebie wycofanie się z sytuacji.

„Za każdym razem doprowadza mnie do furii”

Znajdź własny sposób na rozładowywanie emocji. Raz w tygodniu (przed weekendem) lub raz dziennie (przed wyjściem z pracy) zrób sobie rytuał oczyszczania. Pójdź np. do łazienki i napisz na kartce wszystko to, co o myślisz o danej osobie, a nie możesz jej powiedzieć, a następnie spuść to z wodą. Możesz też rozładowywać swój pakiet emocjonalny poprzez aktywność sportową – np. kick boxing, bieganie, rower. Grunt, żebyś znalazła własny sposób na pozbycie się napięcia. Staniesz się wtedy mniej responsywna na emocje innych osób, a przez to szukający zaczepki rozmówca straci zwrot z inwestycji.

Iwona Firmanty: trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. Założycielka firmy szkoleniowej Human Skills oraz twórczyni projektów Sensualna Kobieta Biznesu i Kobieta Alfa, www.humanskills.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zwolnienie z pracy – i co dalej?

Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Strata pracy zawsze łączy się z lękiem przed nieznanym. Co zrobić, by z optymizmem spojrzeć w przyszłość? Trzymać się zasady siedmiu kroków, opracowanej przez coach Małgorzatę Kniaź.

Krok pierwszy: odżałowanie straconej pracy

Utrata pracy kojarzy mi się z żałobą – mówi Małgorzata Kniaź, trener biznesu i coach. – Coś miałam i tego nie mam. Straciłam poczucie bezpieczeństwa, które dawała mi praca. Straciłam też kontakt z ludźmi, z którymi już się nie będę tak często spotykać. Może straciłam też insygnia władzy. Jeżeli praca budowała moją pewność siebie, poczucie wartości, to również zostało zachwiane. Jest to na pewno duża strata, którą trzeba się zająć.

Dlatego w momencie utraty pracy najpierw trzeba zaakceptować lęk i pozwolić sobie na przeżycie żałoby. Dać sobie prawo do smutku, obaw, żalu, nie walczyć z nimi. Konieczna jest akceptacja tego, co się właśnie stało poprzez kontakt z bolesnymi uczuciami. Potrzebny jest czas, żeby pożegnać się z jakimś etapem, który wiązał się z tą pracą. Zgodzić się, że życie się zmienia, i to jest dobre. Lepiej też porzucić pretensje do byłego szefa, firmy, losu czy sytuacji gospodarczej, bo to blokuje naszą energię. Żeby myśleć o tym, co jest tu i teraz oraz o przyszłości, trzeba odciąć się od tego, co było. Dopóki będziesz tkwić w przeszłości, nie znajdziesz w sobie siły, żeby efektywnie zająć się szukaniem nowej pracy.

Krok drugi: uwolnienie lęku

Nie jesteś w stanie skutecznie działać, jeśli znajdujesz się pod wpływem paraliżującego lęku, którego możesz doświadczać przy stracie pracy. – Często w takich sytuacjach w procesie coachingu pozwalam klientowi przejść przez czarny scenariusz – mówi Małgorzata Kniaź. – Wspólnie zastanawiamy się, co się stanie, jeśli nie znajdzie on nowej pracy przez dłuższy czas. Odpowiadamy na pytania, kto mu może pomóc, z czego może teraz zrezygnować, jaki ma plan B. Czy na przykład jest możliwa renegocjacja spłaty kredytu z bankiem. Gdy dotkniemy dna, łatwiej wtedy skoncentrować się na szukaniu nowych rozwiązań. Warto jest taki scenariusz przepracować, bo uwalnia on nas od stałego blokującego myślenia: „Boże, co będzie, jeśli nie znajdę pracy?!”. Jeśli już to wiesz, nie musisz się tym więcej zajmować.

Krok trzeci: przywitanie zmiany

Możesz konstruktywnie zastanowić się, co dalej, i pokusić się o głębszą refleksję. Po co tak naprawdę straciłam pracę? Jaka zmiana ma zajść w moim życiu? Jest ona przecież jedynym jego stałym elementem i jeśli tak zdecydujesz, może być powodem do radości. – Ze straty pracy może naprawdę wyniknąć coś dobrego – uważa Małgorzata Kniaź. – Na co dzień zwykle brakuje nam czasu, żeby zastanowić się, czy idziemy w tym kierunku, w którym chcielibyśmy iść.

Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. Bo może straconą pracę wykonywałaś trochę siłą rozpędu, ale od dawna nie byłaś już w niej sercem. Być może w skrytości marzysz, żeby zrobić jakiś kurs, spróbować sił w nowej sferze. Może potrzebujesz zadbać o siebie na głębszym poziomie. – W procesie coachingu jedno z trudniejszych pytań brzmi: „Co chciałabyś robić?” – mówi Małgorzata Kniaź. – Jeśli nie masz o tym pojęcia, warto zadać sobie pytania pomocnicze: „Co robiłabym, gdybym nie miała obowiązków, gdybym nie musiała od razu zarabiać pieniędzy, gdyby wszystko było możliwe?”. Wtedy łatwiej jest dotrzeć do pasji, która może być drogowskazem, w jakim kierunku dalej rozwijać karierę. Idealnie jest łączyć pracę z pasją. Dobrze, kiedy nie jest jedynie trudem zarabiania na chleb, tylko nadaje sens życiu i byciu. Zazwyczaj, kiedy władzę nad nami ma lęk, w panice szukamy zajęcia, które szybko przyniesie nam określoną sumę na koncie. Tymczasem można sięgnąć po pasję, która też przyniesie nam pieniądze.

Krok czwarty: inwentaryzacja zasobów

Głębsze refleksje na temat tego, co chciałabyś w życiu robić, powinny być równoległe z bardziej przyziemnymi zabiegami. Lęku o przetrwanie nie pozbędziesz się tak zupełnie, materia rządzi się swoimi prawami. Dlatego w momencie straty pracy zadbaj o zawartość konta, zastanów się, na jaką pomoc możesz liczyć. Może będziesz musiała na jakiś czas zrezygnować z dotychczasowego standardu życia, zredukować wydatki, zmienić przyzwyczajenia. Zamiast chodzić do kina, oglądać telewizję? Zamiast jeść na mieście, stołować się w domu? Kiedy dokładnie zaplanujesz sobie swoje finanse, uzyskasz wewnętrzny spokój, który da ci siłę, żeby działać.

Krok piąty: poinformowanie świata o szukaniu pracy

Działanie to podstawa – mówi Małgorzata Kniaź. –  Wiadomością o tym, że szukasz pracy, podziel się ze wszystkimi możliwymi znajomymi i poproś, żeby oni przekazali ją dalej. Siej ziarna. Nie wiadomo, które z nich upadnie na żyzną glebę. Pracodawcy poszukiwanie pracownika najczęściej zaczynają od rozpytywania wśród znajomych, czy ktoś może polecić zaufaną, sprawdzoną osobę. Najchętniej przyjmowani do pracy są ludzie właśnie z polecenia. Dlatego sieć kontaktów jest tak cenna w momencie utraty pracy. Ta droga może nam przynieść zupełnie niespodziewane propozycje. A jest dość mała szansa, że bierne odpowiadanie na ogłoszenia przyniesie oczekiwane efekty.

Krok szósty: plan B

Kiedy czas poszukiwania pracy przedłuża się, odnajdź w sobie pokłady elastyczności. – Z moich kontaktów z coachami z Australii czy zachodniej Europy wynika, że tamtejsi ludzie nie boją się tak bardzo jak my różnych kierunków działania – mówi Małgorzata Kniaź. – Tam inżynier czy finansista, jeśli nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie, staje się na jakiś czas kierowcą taksówki, kurierem lub oprowadza wycieczki po zabytkach. Żadna praca nie hańbi. Każde wyjście na zewnątrz to kolejne doświadczenia i kontakty, które mogą doprowadzić nas do pracy marzeń. Warto zgodzić się na tymczasowe rozwiązanie, nie rezygnując ze swojej wizji. Gdy nie możesz znaleźć stałego zatrudnienia, pomyśl na przykład o założeniu własnej działalności. Przy pewnej dozie przedsiębiorczości i samodyscypliny możesz liczyć na sukces. W obecnych czasach jest to dobry kierunek rozwoju. Jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej usługowym i można uruchomić jakiś rodzaj usługi naprawdę za niewielkie pieniądze. Chociażby lepić pierogi i założyć firmę cateringową czy wstawiać na Allegro robione na drutach poszewki na poduszki. A może właśnie tym sposobem uda się połączyć pasję z pracą?

Krok siódmy: skuteczne działanie

Odnośnie do działań – trzymaj się planów, najlepiej dziennych i tygodniowych. Dokładnie planuj, jakie ruchy w danym dniu wykonasz – do kogo zadzwonisz, z kim się spotkasz, gdzie złożysz swoje CV. Przeszukuj Internet, nawiąż kontakt z head hunterami – warto uruchomić wszystkie kanały dotarcia. Bywaj na konferencjach branżowych, forach networkingowych, zwróć się o pomoc do różnych stowarzyszeń czy organizacji. I nie trać kontaktu z firmą, z której zostałaś zwolniona, palenie za sobą mostów nie jest korzystne. Może teraz jest tam właśnie restrukturyzacja i cięcie kosztów, ale niewykluczone, że za jakiś czas firma będzie potrzebowała pracowników. Wtedy osoba już znana i doświadczona ma większe szanse, żeby otrzymać posadę. Koncentruj się na mniejszych krokach i trenuj uważność – to uspokaja.

– Ścisły plan szukania pracy może być bardzo przydatny dla osób, które długo pracowały w jakiejś strukturze dającej oparcie w postaci codziennej rutyny – mówi Małgorzata Kniaź. – Tę strukturę w kryzysowej sytuacji trzeba zastąpić inną. Potrzebna jest tu praca z konkretnymi celami. Niektórzy nie są przyzwyczajeni do dużej ilości wolnego czasu i odpoczynek może ich męczyć. Potrzebujemy pewnej dozy stresorów, żeby być wydajnymi. Musimy mieć bodźce, żeby wstać, zadbać o siebie i wziąć się do działania. Dużym zagrożeniem dla osób dłużej pozostających bez pracy jest apatia prowadząca do depresji.

Ekspert: Małgorzata Kniaź, certyfikowany trener biznesu i coach, specjalistka w dziedzinie zarządzania, menedżer.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z furiatami? – Sposoby na irracjonalne zachowania

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. 
Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
- Aby dotrzeć do irracjonalnych ludzi, trzeba wiedzieć, dlaczego tacy są. Trzeba też wiedzieć, dlaczego polemizowanie czy argumentowanie nie zdaje egzaminu, za to dobrze sprawdzi się wczucie w ich rozchwiane emocje – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jak poważnych? Jeden z moich pacjentów był stalkerem Britney Spears. Inny wyskoczył z balkonu na piątym piętrze, bo był przekonany, że potrafi latać. Jeszcze inny zadzwonił do mnie z więzienia na Dominikanie z informacją, że pojechał tam, by wzniecić rewolucję.

Pracowałem też z ważącymi czterdzieści kilogramów anorektykami, rozchwianymi emocjonalnie ludźmi uzależnionymi od heroiny i owładniętymi halucynacjami pacjentami ze schizofrenią. Uczyłem negocjatorów specjalizujących się w porwaniach, jak nakłonić do poddania się przestępców, którzy chcą kogoś skrzywdzić. Obecnie z kolei pokazuję prezesom i menedżerom wielkich firm, jak uporać się z pozbawionymi zahamowań osobami, które zagrażają wynikom przedsiębiorstw.

Jednym słowem, znamy się z wariactwem naprawdę dobrze. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”.

Ten moment olśnienia przydarzył się, kiedy udałem się na spotkanie dla zarządców mas spadkowych, którzy potrzebowali porady, jak pomóc rodzinom pogrążonym w kryzysie. Obawiałem się, że będzie nudno, ale ku własnemu zaskoczeniu byłem zafascynowany. Odkryłem, że – tak jak ja – ci ludzie musieli rozmawiać z furiatami każdego dnia. Niemal każdy problem, który poruszali, dotyczył klientów zachowujących się kompletnie irracjonalnie.

Ci prawnicy nie mieli żadnych kłopotów ze sporządzaniem testamentów czy tworzeniem funduszy powierniczych. Nie wiedzieli jednak, co zrobić, kiedy ich klienci zaczynają „świrować”, a bardzo potrzebowali się tego dowiedzieć.

To właśnie wtedy dotarło do mnie, że każdy – w tym ty – styka się z tym samym problemem. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat”

Wiem, że brzmi ono pejoratywnie i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy go jednak używam, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne. Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Tego słowa używam do opisania zachowania irracjonalnego.

Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią zachowywać się irracjonalnie na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się po prostu nie do wytrzymania.
W mojej książce dzielę się najlepszymi sposobami na dotarcie do osób, których irracjonalne zachowanie przejawia się w powyższych formach. Korzystałem z tych technik we wszelkich sytuacjach – od wyjaśniania biurowych wojen podjazdowych po ratowanie małżeństw. Możesz równie skutecznie wykorzystać je do radzenia sobie z irracjonalnymi ludźmi we własnym otoczeniu.

Przede wszystkim wczuj się w emocje

Wykorzystanie narzędzi, które prezentuję w tej książce, wymaga nieco odwagi. Nie uda ci się uporać z huśtawką emocji, jeżeli będziesz je ignorować albo polemizować z nimi lub się kłócić. Spróbuj się w nie po prostu wczuć. Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić nacisk szczęk. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń.

Tę samą zasadę stosuje się w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji. Oto przykład.

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne.

Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, w której jechał ogromny facet z żoną. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę.

Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił.

Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach.

Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem, jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć.

Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje.

Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy.

– Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień.

– Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan?

– Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”.

A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze.

Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza.

Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku. Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Zastąp reakcję „walka albo ucieczka” kołem racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić.

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia osobistego lub zawodowego, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu.

Zamiast tego lepiej  podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

  1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.
  2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczcie winy, wstyd, strach, frustrację czy albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.
  3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.
  4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co twój rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.
  5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj go, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.
  6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

  1. Psychologia

Jak zapanować nad emocjami wobec dziecka?

Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Metod na zapanowanie nad swoimi negatywnymi i nadmiernymi emocjami w stosunku do dziecka jest wiele, ale ani jednej idealnie pasującej do każdej mamy.

Jak zwykle w wychowaniu nie dostaniesz gotowej recepty. Sprawdź doświadczalnie, co na ciebie działa najlepiej i tę metodę systematycznie praktykuj.

Zdobądź się na refleksję

Gdy złość ci minie, pomyśl, kiedy ostatnio byłaś taka zła. W jakich okolicznościach to było? Najczęściej w negatywnych emocjach mamy jest powielony schemat: dziecko cię złości przy stole, przed snem, na zakupach, rano przed wyjściem. Określ, kiedy ono cię szczególnie irytuje, a będziesz wiedziała, że to w sytuacji jest coś, co cię męczy. Może nie zabieraj go na zakupy? Może poproś kogoś o pomoc albo sceduj ten obowiązek, który cię najbardziej drażni, na kogoś innego. Unikaj sytuacji, które zawsze prowadzą do awantury.

Zastanów się, czy dana sytuacja cię nie przerasta

Negatywne emocje wymusza zawsze sytuacja, która nas przerasta. W wychowaniu dziecka jest to najczęściej wykonywanie zbyt wielu rzeczy jednocześnie. Szykujesz się do pracy, wstawiasz zupę, sprawdzasz, czy dziecko dobrze się ubrało, sprzątasz klatkę chomika, zbierasz rzeczy dziecka na basen, prasujesz, piszesz zaległy raport, odpowiadasz na pytania w rodzaju: „Skąd się biorą małe krety”. Nic dziwnego, że odczuwasz silne emocje. Mówi się, że kobiety mają zdolność wykonywania wielu czynności jednocześnie. To prawda, ale niekiedy płaci się za to rozstrojem nerwowym. Nie warto. Jedna czynność na raz. Nie rozmawiaj przez telefon, gdy zakładasz dziecku buty w przedszkolu, i nie wieszaj prania, jednocześnie czytając mu bajkę. Każde dziecko wydaje się zachowywać skandalicznie, gdy mamy oprócz niego jeszcze cztery-pięć czynności na głowie.

Ustal sobie wytyczne

Jeśli jesteś osobowością, która potrzebuje kontroli zewnętrznej (nic w tym złego, to tylko jedna z cech osobowości) – rozgłoś, że ciebie nie da się wyprowadzić z równowagi. Taki sztandar niesiony nad swoim życiem pomoże ci zapanować na utratą kontroli nad emocjami. Wytyczysz sobie jasny, konkretny cel: Mnie nikt nie zdenerwuje. To da się zrobić.

Pomyśl: co zapamięta moje dziecko?

Inna metoda to myślenie, że dziecko tę właśnie chwilę twojej utraty kontroli zapamięta najlepiej z całego dzieciństwa. Wypracuj w sobie nawyk myślenia: „Czy chcę, żeby dziecko taką mnie zapamiętało?”. Dlatego nie w momentach złości, ale „na spokojnie” (na przykład codziennie rano przy myciu zębów, gdy nie zajmujesz się niczym innym) powtórz sobie, że ono będzie dokładnie pamiętać twoje wybuchy wściekłości.

Zadbaj o poczucie humoru w waszej relacji

Gdy masz z dzieckiem dobry kontakt – wasza relacja jest mocna, oparta na poczuciu humoru, wspólnych zabawach i różnorodnych formach spędzania wspólnie czasu – jest ci trudnej na nie krzyknąć. Śmiej się, oglądaj z dzieckiem komedie, wygłupiaj się w kuchni, graj w piłkę. Warto. Dzieci najlepiej współpracują, starają się, kontrolują swoje zachowanie nie dla tych, których się boją, ale dla tych, za którymi przepadają. A roześmianej wesołej mamy nie da się nie lubić.

Pamiętaj, że emocje powinny być adekwatne do sytuacji

Gdy tracisz panowanie nad sobą i urządzasz awanturę, kiedy dziecko przeszło w zabłoconych butach przez wysprzątane mieszkanie, pomyśl, skąd weźmiesz adekwatne emocje, gdy cię uderzy, obrazi, świadomie przekroczy normy zachowania?

Czy nigdy nie powinnaś okazywać negatywnych emocji?

Gdy czujesz złość, wściekłość, rozczarowanie, nie kłam sama przed sobą, że tego nie czujesz. Zawsze o tym mów: „Martwi mnie to, czuję się niedoceniana, boli mnie, jest mi przykro”. Wypowiedz się, sformułuj jasny komunikat. Pamiętaj jednak, że reakcja zdrowej psychicznie osoby jest adekwatna do sytuacji. Masz prawo krzyczeć i rwać włosy z głowy, ale w sytuacjach ostatecznej straty czy cierpienia, a nie, gdy dziecko umaże ci garsonkę dżemem.

  1. Psychologia

Syndrom wypalenia zawodowego - jakie są objawy?

Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to syndrom, który dotyka coraz więcej osób. Jest wynikiem chronicznego stresu i przepracowania. W przeszłości uważano, że dotyka głównie pielęgniarki, nauczycieli, lekarzy i osoby z branży psychologicznej. Teraz już jest jasne, że może dotknąć wszystkich. Warto mieć świadomość, że syndrom wypalenia zawodowego pojawia się niemal niezauważony.

Coraz młodsze osoby, nawet przed 30 rokiem życia, skarżą się na ogromne zmęczenie, przepracowanie, są niezadowolone z wykonywanej pracy, narzekają na brak satysfakcji. Są to często osoby zdolne, wykształcone, pracujące w tzw. korporacjach.

Trzeba być czujnym, aby w porę zauważyć pierwsze symptomy i zapobiec rozwojowi silnych i gwałtownych objawów. Pierwszymi sygnałami wypalenia zawodowego dla nas samych, dla naszych współpracowników i przełożonych, powinny być: subiektywne poczucie przepracowania, brak chęci do pracy; niechęć wychodzenia do pracy, poczucie izolacji, osamotnienia, negatywne postawy wobec współpracowników i klientów, uczucie zawodu wobec samego siebie. W sferze myślenia, pojawiają się takie oto zdania: „kiedy wreszcie będzie weekend”, „znowu to samo”, „ile godzin muszę tu jeszcze siedzieć”, „nic mi nie wychodzi”, „jestem do niczego”, „oszukuję mojego szefa i współpracowników"… Taka postawa nie jest jednak mobilizująca i nie prowadzi do zmiany.

W tym momencie mogą towarzyszyć nam głównie takie uczucia, jak: irytacja, brak cierpliwości, złość i niechęć, obojętność, poczucie winy. Może pojawić się w nas chęć izolacji, wycofania, negatywizm, częste „spoglądanie na zegarek”. Charakterystyczne jest też nieadekwatnie duże - do wykonanej pracy -  zmęczenie po wyjściu z pracy, czasem czujemy się jak po wyjściu z pracy „przy taśmie” podczas, gdy cały dzień przesiedzieliśmy np. przy biurku. Warto zaobserwować czy pojawia się w nas chęć do przekładania ważnych spotkań czy spraw na później. Możemy też stać się na tym etapie bardziej cyniczni w stosunku do współpracowników. Sygnałem alarmowym powinna być częsta nieobecność w miejscu pracy (zwolnienia, urlop „na żądanie”).

Nie można bagatelizować dolegliwości somatycznych, które mogą się pojawić lub nasilić. Są to najczęściej: zakłócenia snu, częste przeziębienia i grypy, częste bóle głowy i dolegliwości przewodu pokarmowego, napięcie i bóle mięśniowe.

Zatrzymanie procesu wypalenia zawodowego na tym etapie, jest jak najbardziej możliwe. Zazwyczaj wystarczy:

  • zmniejszenie obciążenia pracą,
  • próba odwrócenia uwagi od pracy jako głównego zajęcia w naszym życiu,
  • próba znalezienia nowego hobby czy zajęcia, które sprawia nam radość.
Być może wskazany byłby też, około dwu-, a raczej trzytygodniowy urlop, spędzony z dala od obowiązków zawodowych. Wszystko po to, aby móc zapanować nad rozwojem dolegliwości, zamiast pozwolić, żeby one zapanowały nad nami.

Ważnym, jak nie najważniejszym czynnikiem, jest świadomość występowania zjawiska i jego skutków. Może warto, jako pracownik lub manager, pomyśleć o rozwoju osobistym i szkoleniach zapobiegających wypaleniu zamiast ponosić wysokie koszty skutków tego zjawiska.

Ostatnio w literaturze pojawia się także termin „wypalenia rodzicielskiego" o podobnej symptomatyce i konsekwencjach.

  1. Psychologia

Potęga emocji: jak poradzić sobie z ich nadmiarem?

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Są często silniejsze niż rozum. Nawet wysoki poziom inteligencji może okazać się bezużyteczny, gdy dochodzą do głosu. Dają o sobie znać nie tylko w sytuacjach ekstremalnych, ale także w tych codziennych. Co bardziej zdrowe – ujawniać emocje czy je tłumić?

Marta, lat 18, wraca ze szkoły i już od drzwi słyszy krzyk matki: „Dlaczego tak późno, co ty sobie wyobrażasz, nie odbierasz telefonu, a ja odchodzę od zmysłów”. Marta nie pozostaje jej dłużna: „Przecież wiesz, że mam korki z matmy, a telefon wyłączam, kiedy chcę, to moja sprawa”. Matka: „Od dzisiaj masz szlaban na wyjścia”. Marta: „Jestem dorosła, mogę robić, co chcę”. Lecą wyzwiska, trzaskają drzwi, kończy się rozmowa. I tak codziennie. Tego dnia matka chce jednak zakomunikować córce coś ważnego. Krzyczy więc jeszcze głośniej: „Uspokój się, posłuchaj mnie”. Nic z tego. Marta, przyzwyczajona do stałego scenariusza rozmów, nie daje się przekrzyczeć. Więc matka, niewiele myśląc, chwyta za coś, co akurat ma pod ręką, czyli cukiernicę, i ciska nią przed siebie. Dźwięk tłuczonego szkła, konsternacja. „Zwariowałaś?” – pyta oniemiała córka. „Wysłuchaj mnie wreszcie” – mówi równie przerażona matka.

Emocje zawsze czemuś służą

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk. Ale po jakimś czasie i on nie robi na nikim wrażenia. Krzyczymy zatem jeszcze bardziej. W rodzinach komunikujących się w ten sposób, żeby zyskać czyjąś uwagę, trzeba złościć się coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu sięga się po cukiernicę, nóż, broń. Bo niekontrolowane emocje mogą eskalować do nieprzewidywalnych rozmiarów. Ale z drugiej strony – gdy są zanadto kontrolowane, też może skończyć się podobnie.

Psycholog Aleksandra Fila-Jankowska z sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej: – Kontrola emocji jest kluczowa, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie w rodzinie, społeczeństwie. Ale ważne jest też to, żeby nie była za sztywna. Bo jeżeli mocno się kontrolujemy, jeżeli nie pozwalamy emocjom wybrzmieć, one i tak dojdą kiedyś do głosu, na ogół ze zwiększoną siłą. Dlatego nie proponuję kontrolowania emocji za wszelką cenę, tylko przyjrzenie się temu, co je wywołuje. I jak powtarzalne są te sytuacje. Pobieżne oszacowanie przyczyny może być jednak mylące. Na przykład żona ledwie napomyka przy śniadaniu, że zepsuł się kran w łazience, a mąż odpowiada tonem człowieka atakowanego: „Co ty mi wyjeżdżasz od samego rana z jakimś kranem, wiecznie tylko masz pretensje, że czegoś nie zrobiłem”. Czy żona ma sądzić, że jej niewinna informacja o zepsutym kranie spowodowała tak mocną, w dodatku nieadekwatną do sytuacji reakcję? Nic podobnego. Prawdziwa przyczyna leży głębiej, a słowa żony jedynie ją przywołały. Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, żeby uruchomić pamięć podobnych doświadczeń (w psychologii zwaną pamięcią emocjonalną zbliżonych treściowo epizodów). Ów mąż zareagował złością na słowa żony, bo jako dziecko był obwiniany przez ojca alkoholika za całe zło tego świata. Odniósł się nie do tego, co powiedziała żona, tylko do zapisów pamięciowych podobnych, choć bardziej raniących sytuacji, kiedy ojciec karał go za coś, czego nie zrobił. Emocje same w sobie nie stanowią problemu dla ludzi. Tak naprawdę każda emocja jest zdrowa, bo powstaje jako reakcja na określoną sytuację i czemuś ważnemu służy. Emocje nie dzielą się na dobre i złe. Określenie „pozytywne i negatywne” odnosi się do kierunku zachowania, który one wywołują: dążenia bądź unikania.

Mianem „pozytywne” określa się emocje, które pojawiają się w momencie, gdy człowiek zbliża się do czegoś, co ocenia jako ważne. Należą do nich: radość, szczęście, miłość oraz wszystkie pochodne tych uczuć. Natomiast emocja negatywna rodzi się w momencie, kiedy stykamy się z czymś zagrażającym, niebezpiecznym, nieprzyjemnym. Cały nasz system psychofizyczny wchodzi wtedy w stan gotowości do obrony. No i co robimy? Uciekamy, wycofujemy się, co jest najzupełniej zdrowe. Bezpiecznie jest się oddalić, gdy na przykład atakuje nas dzikie zwierzę czy rozjuszony człowiek. Jedyna „negatywna” emocja, która prowokuje do dążenia, a nie unikania, to złość, tu reakcja polega bowiem na obronie naszych granic czy wartości przed kimś (czymś), kto (co) w naszej ocenie zagraża tym wartościom. W złości z reguły nie uciekamy, tylko dążymy do konfrontacji.

Jak wyjaśnia Fila-Jankowska, nietypową emocją zaliczaną do negatywnych jest też smutek. Stanom smutku towarzyszy najczęściej wycofanie z danej sytuacji, choć nie pojawia się tu intensywna reakcja unikania. Smutek służy najczęściej temu, żeby człowiek się z czymś pożegnał, coś przestrukturyzował, coś uporządkował. Emocje negatywne doświadczane są jako nieprzyjemne, ale ich funkcją jest zmiana niekomfortowego dla nas stanu na komfortowy, czyli przyjemny.

– Wszystkie emocje są potrzebne, funkcjonalne, mają istotny cel – mówi psycholożka. – Nasz problem z emocjami polega jedynie na tym, że nie umiemy prawidłowo ich wyrazić, bezpiecznie ich doświadczyć, w pełni wykorzystać ich potencjału. To znaczy, że albo wyrażamy je nadmiernie, albo je tłumimy.

Emocje przygotowują do akcji

W powszechnym mniemaniu nadmierna emocjonalność to nic dobrego. Natomiast panowanie nad tym, co czujemy, traktowane jest jak cnota, świadczy bowiem o opanowaniu, racjonalności, zdrowym rozsądku, a nawet mądrości. W tym duchu wielu rodziców wychowuje swoje dzieci, podobnie do ujawniania emocji uczniów podchodzi szkoła. Tymczasem trzymane na uwięzi, wypierane, skrywane nie znikają, ale wprost przeciwnie – tylko czekają na to, żeby eksplodować.

– Niemal każdej emocji (z wyjątkiem smutku) towarzyszy silne pobudzenie fizjologiczne, wynikające z zaangażowania centralnego i obwodowego układu nerwowego – wyjaśnia Aleksandra Fila-Jankowska. – Pojawia się ono, bo zadaniem emocji jest przygotowanie nas do akcji, którą owo pobudzenie ma wspierać. Jeżeli więc pobudzenia nie zużytkujemy, to mamy kłopot, bo organizm posiada napęd do akcji, a my ją blokujemy. Ludzie nauczeni, że emocji się nie okazuje, przeżywają spore cierpienie z powodu chociażby tego zahamowanego pobudzenia. Mogą zapanować nad tym, co czują po raz trzeci bądź dziesiąty, ale nie może to się udawać w nieskończoność, ponieważ panowanie nad emocjami wymaga nieustającej kontroli, a ta kontrola musi być odpowiednio silna i opiera się z reguły na jakiejś innej emocji, na przykład strachu. To, że nie mówimy wykorzystującemu nas szefowi, co o nim myślimy, może być powodowane lękiem przed utratą pracy, co nie znaczy, że nie rośnie wtedy w nas złość na przełożonego. Rośnie, czasem tym bardziej, im bardziej ją tłumimy. Ta złość pewnie kiedyś się ujawni, na przykład na imprezie alkoholowej, gdy stracimy kontrolę nad sobą albo kiedy zdenerwujemy się z innego powodu niż relacja z szefem.

Gdy ktoś nas rani, mówmy mu o tym wprost: „Boli mnie to, w jaki sposób się do mnie zwracasz”. Zawsze lepiej ujawniać swoje emocje w takiej formie, niż czekać, aż nabiorą siły i przybiorą groźną, wypaczoną formę. A nabierają siły właśnie dlatego, że wielokrotnie tłumiliśmy towarzyszące im pobudzenie, co utrwaliło się w pamięci na przykład pod postacią schematu „jestem źle traktowany”.

– Tak „przerośnięta” emocja nie jest już funkcjonalna, to znaczy niczemu zdrowemu już nie służy – twierdzi psycholożka. – A to dlatego, że nie została odpowiednio wcześnie wyrażona, doświadczona bez zakłóceń.

Niemal codziennie słyszymy o skutkach takich wypaczonych emocji: strzelanina na uniwersytecie w Teksasie, na norweskiej wyspie Utøya, na stacji benzynowej w Warszawie, w domu pod Łodzią. Sprawcy to na ogół mężczyźni, o których sąsiedzi mówią: spokojny, cichy, małomówny, uprzejmy. Kompletnie niepasujący do wizerunku zabójcy czy domowego agresora. Bo agresja często bywa „przeniesiona”. To znaczy – agresor odreagowuje złość „nabytą” w pracy na rodzinie albo odwrotnie – w pracy wyładowuje tę tłumioną w domu. Co charakterystyczne – zawsze odbija sobie na kimś słabszym. Ale to nie jest tak, że zawsze robi to świadomie. Najczęściej zupełnie nie zdaje sobie sprawy z przyczyny swojej złości, ale jak się okazuje – do czasu.

– Osoba uczona, że emocji się nie pokazuje, zużywa na to całą masę własnych zasobów, nie bez kozery mówi się, że kontrola emocji jest zasobochłonna – zauważa psycholożka. – Kiedy jednak kontrola słabnie, a taki moment wcześniej czy później nastąpi, chociażby z powodu osłabienia organizmu, choroby czy z nadmiaru pracy albo stresu, człowiek nie wytrzymuje i wybucha. Ból, który był przyczyną złości, wymknął się spod kontroli i eksplodował. A wszystko dlatego, że nie został zdiagnozowany i uleczony.

Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf) Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf)

Emocje sygnalizują też, że mamy problem

Gdzie leży granica wyrażania emocji? Według Aleksandry Fili-Jankowskiej barierą nieprzekraczalną jest naruszenie fizyczności. Człowiek, który nie jest w stanie powstrzymać się przed podniesieniem ręki na drugiego człowieka, powinien zgłosić się na terapię. Ale bardzo ważna jest także postawa „ofiary”. Bo często osoba poniżana, bita nie sprzeciwia się agresji, co zostaje odczytane przez agresora jako zachęta do jeszcze większej brutalności (jego zachowanie utrwala nagroda w postaci osiągniętego celu). Dlatego druga strona też powinna okazywać swoje emocje, demonstrować, że krzywdzi ją zachowanie oprawcy, szukać pomocy u innych. Często jednak ofiary to osoby nauczone, że emocje należy powstrzymywać, że nie wypada okazywać tego, co się czuje. W ten sposób też napędzają błędne koło przemocy.

– Uważam, że warto komunikować drugiej stronie nawet najmniejszy dyskomfort we wzajemnych relacjach – mówi psycholożka. – Tymczasem ludzie wstydzą się często do niego przyznać albo – co gorsza – boją, że ujawnienie uczuć spowoduje eskalację agresji. Jeżeli ktoś się tego boi, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego nie tylko w tej relacji, ale ogólnie w jego funkcjonowaniu, prawdopodobnie ta osoba ma za sobą doświadczenia traumy, nadużyć i również wymaga pomocy terapeutycznej. Bo owszem, sytuacja może być trudna, ale ucieczka w bierność jej nie rozwiąże. Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim.

Psychologowie podkreślają, że nadmiarowe emocje zawsze powinny być sygnałem do uświadomienia sobie, że mamy jakiś problem. Dlaczego na przykład ciągle się złoszczę? Ron Potter Efron w książce „Życie ze złością” podpowiada możliwe tropy: bo może chcesz pokazać władzę, że ty tu rządzisz, ty jesteś od kontrolowania innych. Albo chcesz zrzucić z siebie odpowiedzialność za jakąś sytuację. A może unikasz w ten sposób okazywania uczuć, może nie umiesz w ogóle inaczej się komunikować? Lista przyczyn jest o wiele dłuższa.

Czy agresorzy nie mogą, czy nie chcą panować nad emocjami? Aleksandra Fila-Jankowska: – Wielu młodych ludzi, w tym tak zwani kibole, wyraźnie nie chce. Nauczyli się bowiem, że agresja buduje ich w oczach kolegów, no a przede wszystkim jest skuteczna, ponieważ wielokrotnie przekonali się, że dzięki niej osiągnęli to, czego chcieli. Agresywnie zachowujące się grupy stanowią problem na całym świecie. Czy te osoby rzeczywiście nie potrafią opanować „porwania emocjonalnego”? Ależ potrafią (o ile nie mówimy o przypadkach klinicznych)! Często skutecznym sposobem jest lęk przed dostatecznie dotkliwą karą. Nie znaczy to, że namawiam do kar! Przypomina mi się jednak opis amoku w jednej z książek profesora Reykowskiego: akceptowany kulturowo amok, który ogarniał czasem mieszkańców jednej z wysp na Pacyfiku, wydawał się nie do powstrzymania, a dotknięci jego wpływem ludzie potrafili spalić nawet własne domostwo. Przypadki amoku ustały jednak, gdy władze wyspy wprowadziły surowe kary pieniężne za uleganie mu. Hamulcem okazał się strach. Często bowiem, żeby zatrzymać rozpędzone emocje, potrzebna jest emocja jeszcze silniejsza. Ale to nie jest żaden sposób na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Tak jak nie rozwiązują problemu inne emocje, hamujące te niepożądane, czyli wstyd i poczucie winy. Najlepiej dotrzeć do przyczyn powtarzających się „porwań emocjonalnych”. Tu jednak nie obędzie się bez woli osoby im ulegającej.

Emocje pomagają poznać siebie i pogodzić się ze sobą

Psychologowie podkreślają, że emocje są w dużej mierze procesem automatycznym, złożoną reakcją, która zachodzi także na poziomie fizjologicznym. Żeby sobie z nimi radzić, trzeba umieć je czytać, a ściślej – umieć czytać to, co one mówią o naszym doświadczeniu. Ale to nie takie proste. Wymaga bowiem samoświadomości, która polega na obserwowaniu siebie, odkryciu, co doprowadza nas do określonych stanów, szukaniu ich przyczyn. Może powodem są nasze przekonania o świecie? (Na przykład, że świat jest ogólnie zagrażający, bądź pewne sytuacje wciąż sprzysięgają się przeciw nam?) A może przyczyną są jakieś przykre wspomnienia z dzieciństwa i to one warunkują nasze obecne zachowania?

Od wieków pokutowało przekonanie, że emocja jako taka jest bardziej prymitywna, zwierzęca, mniej godna uwagi, a nawet szkodliwa, bo wiedzie człowieka na manowce, powinna zatem podlegać rozumowi. Amerykański psycholog Daniel Goleman, od lat zajmujący się inteligencją emocjonalną, udowadnia jednak coś kompletnie innego – że emocje bywają naszym większym sprzymierzeńcem niż rozum, a ludzie wykorzystujący je w konstruktywny sposób osiągają większe sukcesy i lepiej radzą sobie w relacjach z innymi. Twierdzi on, że nasza emocjonalność to potężna, ale niedoceniana siła. Jeżeli dobrze ją wykorzystamy – przyniesie nam wiele korzyści.

– Nie bójmy się zatem okazywania emocji – apeluje psycholog Aleksandra Fila-Jankowska. – Okazywane emocje stanowią dla innych ważny sygnał tego, co naprawdę czujemy. Gdy pozbawiamy ich tej wiedzy, mogą reagować nieadekwatnie. Już chyba lepiej pozwolić sobie na upust emocji, podnieść głos, nawet pokłócić się, niż udawać, że nic się nie dzieje. Oczywiście, wchodząc w tak silną konfrontację emocjonalną, warto wziąć odpowiedzialność za przywrócenie harmonii. Po kłótni można powiedzieć: „Wczoraj ostro wymieniliśmy zdania i bardzo dobrze, bo dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś o sobie, ale dzisiaj wyciągam do ciebie rękę na zgodę”. Okazuje się, że, o dziwo, po takiej eskalacji emocji dużo łatwiej jest przywrócić prawidłową relację, niż kiedy coś tłumimy, odgrywamy, udajemy. Udając, dajemy podwójne komunikaty: ludzie uśmiechają się do siebie, ale całym ciałem sygnalizują: „Nie znoszę cię”. To sprawia duży dyskomfort także odbiorcy. Osób wysyłających takie niespójne sygnały nie lubi się, trudno z nimi wytrzymać. Dlatego jestem za tym, żeby pokazywać emocje, oczywiście, w sposób nieraniący drugiej osoby. Najlepiej byłoby najpierw uleczyć swoje rany, choć to trudny program maksimum. Może jednak warto pokusić się o jego realizację? Ile bowiem uleczymy zranień z przeszłości, tyle więcej zdrowia emocjonalnego zafundujemy sobie na przyszłość.