1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czasem zamiast kroku do przodu warto rozejrzeć się uważnie i docenić to, co już masz

Czasem zamiast kroku do przodu warto rozejrzeć się uważnie i docenić to, co już masz

Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Gdy próbuję dokładnie zdefiniować zmianę, to, co ona dla mnie znaczy, dochodzę do wniosku, że najbliższa jest jej wizja koła. Zmiana to przecież proces, który zaczyna się w jednym punkcie, postępuje, a potem wraca do tego samego punktu.

Kiedy próbuję wyrazić definicję zmiany za pomocą spontanicznego ruchu, robię krok do przodu, potem zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Zmiana jest albo dążeniem do przodu, ku nowemu, albo pozostaniem w miejscu, w którym jestem, i uważnym rozejrzeniem się dookoła, by ocenić to, co mam. Może teraz łatwiej ci będzie zastanowić się, jakiej zmiany tak naprawdę potrzebujesz, by nie zaprzepaścić dobrej energii nowego roku. Żeby było jeszcze prościej, wybierz tylko jedną rzecz, jaką chcesz zmienić, a ja rozpiszę ci to na kolejne etapy.

Przemyśl błędy z przeszłości

Jeśli spróbujesz przeanalizować, dlaczego poprzednie listy z noworocznymi postanowieniami wylądowały na dnie szuflady, okaże się, że zwykle koncentrowałaś się na przeszłości, na swoich brakach, negatywnych stronach, np. „Muszę schudnąć” albo: „Muszę rzucić palenie”. Może właśnie dlatego twój słomiany zapał wypalał się w okolicach lutego. Tym razem skoncentruj się na „nowym” zamiast na „starym”, na przyszłości, a nie na tym, co już było i na co nie masz wielkiego wpływu. Nowe, choć może budzić lęk, pobudza również ciekawość, a ta może spowodować, że stare samo wygaśnie. Jeden z moich znajomych rzucił palenie z dnia na dzień. Kiedy wszyscy pytali, jak udało mu się to zrobić, filozoficznie stwierdzał, że papierosy pewnego dnia same od niego odeszły. Dopytałam go, co tak naprawdę się stało, i opowiedział mi o warsztatach pracy z emocjami, na których nauczył się nazywać i przeżywać emocje – efekt był taki, że papierosy, jako regulator napięcia, przestały mu już być potrzebne.

Wybierz jedną rzecz, którą chcesz zmienić

Na kartce papieru narysuj koło swoich sfer życiowych. Żeby było ci łatwiej określić te sfery, przeanalizuj swój jeden dzień i zaznacz w kole sprawy, którymi się zajmowałaś. Moje koło zawiera sfery: zawodową, finansową, relacji, pasji, rodziny, odpoczynku i przyjemności. Przeanalizuj każdą ze sfer i sprawdź, która z nich twoim zdaniem wymaga zmiany. Która pożera ci najwięcej energii, przynosząc najmniej satysfakcji. Umówmy się, że chcesz zająć się sferą finansową. Teraz dokładnie nazwij, co zamierzasz w niej zmienić, pamiętając, by koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości: „Chcę zarabiać więcej” zamiast: „Będę bardziej oszczędzać”.

Zadaj sobie pytanie: po co chcę dokonać zmiany?

To zadanie ma na celu oddzielenie pragnień od potrzeb. Bo jeśli twoje pragnienia są inne niż potrzeby, możesz wygenerować konflikt wewnętrzny, który będzie sabotował twoje działania. Wracając do naszego przykładu: potrzebujesz więcej pieniędzy, bo masz duże zobowiązania finansowe, ale chcesz mieć więcej czasu na rozwijanie swoich pasji, a nie tkwić przed komputerem. I konflikt gotowy. Sprawdź, czy i jak można pogodzić te dwie motywacje.

Nie zapominaj o marzeniach, one są doskonałym motywatorem do zmian. Możesz zrobić mapę marzeń – kolaż ze zdjęć, wycinków z gazet. Zrób z nich obraz, kierując się intuicją. Odkryj symbolikę zdjęć. Może rysunek przedstawiający kobietę siedzącą przed komputerem na tarasie z widokiem na ocean to twoja wizja nowej pracy, którą pokochasz i przyniesie ci ona tyle pieniędzy, ile potrzebujesz? Porównaj obecne marzenia z tymi z dalekiej przeszłości (to jedyny moment w procesie zmiany, kiedy możesz do niej wrócić). Co udało ci się zrealizować? Czy dawne marzenia są aktualne?

Określ swoje zasoby

Motywacja silnie łączy się z poczuciem wewnętrznej mocy. Moim zdaniem każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. Bardzo często największą przeszkodą w osiągnięciu celu są fałszywe przekonania, które odbierają nam moc. Te wszystkie: „Nie mogę”, „Nie dam rady” czy „Nie należy mi się” – poczuj związek tych przekonań ze swoją sferą finansową. Czy jesteś na sto procent przekonana, że energia, umiejętności i zaangażowanie, które wkładasz w twoją pracę, powinny być bardziej doceniane?

Czasami nasze poczucie mocy jest nadmiarowe i jednokierunkowe – bagatelizujemy swoje sukcesy albo przypisujemy je ślepemu losowi, jednocześnie obwiniając się za wszystkie porażki. To ma związek z naszymi przekonaniami. Może myślisz: „Chciałabym więcej zarabiać, ale skoro szef sam nie proponuje mi podwyżki, to znaczy, że na nią nie zasługuję”, jesteś gotowa wziąć dodatkową pracę i nawet ci do głowy nie przychodzi pomysł, że może powinnaś się bardziej cenić i negocjować kwestię podwyżki.

Nowe wymaga nie tylko zmiany w tobie, ale także w świecie zewnętrznym. Czasami to właśnie tam warto zrobić rewolucję. Nie ma w firmie pieniędzy na nowe projekty? OK. Przedstaw swój pomysł w taki sposób, by pieniądze się znalazły, a jeśli nie, odważnie powiedz, że pójdziesz z nim do konkurencji.

Wytrop zgubne nawyki

Jeśli jakiś sposób działania w dojściu do celu nie daje efektów, to znajdź nowy, zamiast naiwnie wierzyć, że w końcu je da. Chcesz więcej zarabiać? Zmień strategię działania albo poszukaj firmy, która cię doceni. Rób inaczej, efektywniej i tylko to, co się sprawdza. Eksploruj, rozwijaj swoje talenty, próbuj wszystkiego, czego jeszcze nie sprawdzałaś. Jednak pamiętaj, że nie jesteś robotem, nie możesz pracować bez końca. Daj sobie odpocząć, a światu podziałać. Nie masz obowiązku zmieniać tylko siebie, możesz również kreatywnie zmieniać świat.

Odkryj swój indywidualny rytm zmian

Zmiana jest procesem podobnym do oddychania: wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie. W procesie zmian określ własne tempo: zwyżki i zniżki energii, a także fazy zatrzymania. W pełni korzystaj ze swoich naturalnych zasobów. Jeśli np. zimą potrzebujesz więcej odpoczynku, a mniej pracy – uszanuj ten fakt. Fazy zatrzymania, analizy tego, co udało ci się już zrobić, są naturalnym i bardzo cennym momentem na niedziałanie i refleksję.

Wróć do punktu wyjścia

Jeszcze raz uważnie przyjrzyj się swojemu kołu sfer życiowych i poczuj, czy naprawdę chcesz (a nie musisz) coś zmienić. A może to tylko przymus, moda, obowiązek? Może zamiast kroku do przodu warto zatrzymać się i rozejrzeć, odnaleźć w tym, co już masz? I z całego serca to docenić. Jeśli tak, to oznacza to, że w kole sfer wracasz do punktu wyjścia, nie ruszając się z miejsca.

Moje tegoroczne postanowienie noworoczne brzmi: „Cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Rozsiąść się wygodnie, odetchnąć pełną piersią. Pochwalić i docenić samą siebie. Dać się podziwiać. Zbierać plony tego, co posiałam”.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
Czy imię człowieka ma znaczenie? Jak najbardziej – wiele mówi o... planie wychowawczym rodziców! Warto się temu przyjrzeć, choćby pod kątem najczęściej wybieranych imion. 

Imię, tytuł życia

Istnieje ścisły związek między tym, jakie imię wybierają dla dziecka rodzice, a jakie podejmą wobec niego działania wychowawcze. Zwrócił na to uwagę twórca psychologii transakcyjnej Eric Berne (autor kultowej książki „W co grają ludzie?”). Jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice układają w głowie scenariusz, kim ono będzie, co osiągnie, stworzy, jakie role życiowe przyjmie na siebie itp. Imię jest symbolicznym nośnikiem idei rodziców dotyczącej nie tylko tego, na co w związku z dzieckiem liczą, ale też  sposobu, planu wychowywania.

Dziś wielu młodych rodziców w Polsce szuka dla swoich dzieci imion międzynarodowych, pozbawionych polskich znaków diakrytycznych (Ewa, Anna, Iwo, Adam, Marek). Podświadomie zakładają, że ich dziecko w przyszłości być może wcale nie będzie mieszkać w Polsce, będzie pracować w międzynarodowych koncernach. Następnie konsekwentnie posyłają do międzynarodowych przedszkoli, nagradzają za naukę języków, uczą jeździć na nartach, przyzwyczajają do zdrowego stylu życia. Imię w tym przypadku staje się niejako tytułem życia dziecka.

Rodzice dający dziecku (jako drugie) imię dziadków lub nawet pradziadków świadomie lub nieświadomie decydują się na bardzo konkretne działania wychowawcze. Chcą podkreślić ciągłość i spójność rodziny i w takim duchu wychowują dziecko. Dużo czasu poświęcają na rodzinne opowieści, odwiedzają miejsca związane z rodziną, znają drzewo genealogiczne, doskonale orientują się w historii życia swoich antenatów, doszukując się w nich podobieństwa fizycznego lub psychicznego do różnych członków rodziny. Razem z imieniem dziecko otrzymuje zobowiązanie do kontynuowania tradycji rodzinnych.

Dość często jesteśmy ofiarami stereotypów dotyczących imion. Wierzymy, że imię niesie ze sobą konkretne cechy charakteru (Ewy to ciepłe kobiety, Jacek zawsze ma ścisły umysł itp.). Wówczas wychowywanie dziecka przebiega w taki sposób, żeby podsycać rozwój cech, których spodziewamy się po imieniu. Ten związek badał i opisał Philip Erwin. Rodzice oczekują, że dziecko będzie mieć konkretne cechy charakteru, i wzmacniają takie zachowania, które mają ten stereotyp potwierdzić. Następuje zjawisko samospełniającego się proroctwa. Mama, która uważa, że wszystkie Dorotki to ciekawskie osóbki, być może za kilkanaście lat ocknie się, mając wścibską córkę. Nie zauważy jednak tego, że to ona sama tę cechę u córki konsekwentnie rozwijała.

Imię – pole łamania rodzicielskiego scenariusza

Dzieci intuicyjnie czują, że imię symbolicznie reprezentuje plany i pomysły ich rodziców. Kiedy się buntują przeciw życiu, jakie im zaplanowano, zaczynają od... odrzucenia swojego imienia. Przykład z literatury: niezapomniana Gieniusia z powieści Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”. Genowefa Pombke vel Bombke vel Zompke w rzeczywistości nazywa się Aurelia Jedwabińska. Gdy czytelnik poznaje jej zimną matkę – nauczycielkę matematyki, oraz stereotypowego, nieobecnego ojca – bez wyjaśnień rozumie, jaki plan wychowawczy skrywa w sobie to wyszukane, eleganckie imię i dlaczego kilkuletnia dziewczynka się przeciw niemu zbuntowała.

Innym przykładem jest syn głównego bohatera filmu Woody’ego Allena „Koniec z Hollywood” – Tony. Na znak całkowitego zerwania z przeszłością przyjmuje pseudonim artystyczny obrażający jego samego – każe się nazywać Świnią X…

Jeśli dziecko deklaruje, że nienawidzi imienia lub brzmienia jednej z jego form („Nie mów do mnie »Kasik«, mam na imię Katarzyna!”), to jeszcze nie bunt. Prawie 50 procent dzieci okresowo nie jest zadowolonych z wyboru imienia (podczas gdy w populacji dorosłych tylko 6 proc. deklaruje niezadowolenie), chce je zmienić lub rzeczywiście zmienia. Okres dorastania to czas mierzenia się właśnie z planami, jakie wobec dziecka mają rodzice.

Mówiąc o polu walki, jakim jest wybrane przez rodziców imię, warto jeszcze przypomnieć o badaniach Charles’a Jouberta. Pokazują, że

sympatia do swojego imienia jest jednym z mierników samooceny. Kto je lubi, akceptuje, jest zadowolony ze swojego imienia – podobny stosunek ma do siebie samego.
Jeśli zatem jest taka zależność, warto, żeby człowiek lubił swoje imię. Bez względu na to, jakie imię wybraliśmy dziecku, pomóżmy mu je polubić.

 

Chęci a możliwości

Ula i Mirek, młode małżeństwo, biedne, pozbawione wsparcia rodzin. Ich wielką radością było pojawienie się córki, dali jej na imię Andżelika. Po 12 latach oboje skończyli studia, pogodzili się z rodzicami, weszli w krąg ludzi zamożnych i wykształconych. Kiedy urodziła się druga córka, nazwali ją Zofia Feliksa. Zmieniła się moda czy może gust rodziców? Nic podobnego. Zmienił się ich status. Jak pokazują badania socjologów Stanleya Liebersona i Jürgena Gerharda, wybór imienia dla dziecka odbywa się poza gustami osobistymi i ma uwarunkowania czysto społeczne. Wybieramy imiona według nasypującego klucza:
Ludzie wykształceni chętnie nadają dzieciom imiona nawiązujące do tradycji i kultury.
W polskich warunkach często także więcej niż jedno – choć używa się jednego, bo okrzyk: „Mateuszu Janie, wyłaź z piaskownicy”, brzmiałby zabawnie. Często zapoznają dziecko z wiedzą o patronie lub o rodzinnej tradycji (U nas pierwszy syn zawsze jest Paweł, Ryszard, Maciej; u nas zawsze pierwsza wnuczka nosi imię po babci ze strony ojca itp.). W następstwie takiego wyboru dziecko będzie nagradzane za poszanowanie tradycji, będzie mu wpajana duma z domu rodzinnego, nakłaniane będzie do nauki, eleganckiego stroju z okazji uroczystości. Według tych samych badań osoby słabiej wykształcone lub żyjące w biedzie znacznie częściej nazywają swoje dzieci imionami obecnych gwiazd i idoli show-biznesu. Co za tym idzie, wierzą w sukces komercyjny zbudowany bardziej na szczęściu niż na ciężkiej pracy. Prawdopodobnie będą bardziej dzieci  rozpieszczać, przygotowując je do przyszłego, wygodnego życia. Pamele i Andżeliki nie zostały przecież tak nazwane, by wdrażać je do harówki. Jeśli będą tego chciały, czeka je trud łamania scenariusza, który wymyślili dla nich rodzice.

Imiona dwupłciowe

Justyna (prawnik): „Chciałam córki i nie wstydzę się tego. Wymyśliłam sobie, że to będzie Kamilka. Gdy urodziłam syna, przez jakiś czas nawet nazywałam go Kamilką”. Kamil jest tegorocznym maturzystą. Wybiera się na projektowanie odzieży. Jest uśmiechnięty, tryska erudycją i poczuciem humoru, z obojgiem rodziców jest w serdecznej komitywie. Justyna wychowała dziecko, tak jak planowała. Płeć niczego tu nie zmieniła. Ale to, że ma na imię Kamil, nie pozostało bez znaczenia – imię zdeterminowało zachowania rodziców. Brzmi nieprawdopodobnie, bo czy to możliwe, że w zależności od tego, jak dziecko ma na imię, będziemy je inaczej traktować, przydzielimy inne obowiązki, narzucimy różny styl kontaktów? Okazuje się, że tak! Badania (analiza wspomnień dorosłych kobiet) Ewy Stanisławiak, Dominiki Modzelewskiej i Krystyny Doroszewicz potwierdzają przykład mamy Kamila. Badaczki pokazały, że ojcowie dziewczynek, którzy oczekiwali chłopca, a urodzonym dziewczynkom dali imiona zapożyczone od imion męskich (Karolina, Kamila, Dominika, Stanisława, Kazimiera, Henryka), stosowali odmienny styl wychowania i weszli w głębszą i serdeczniejszą komitywę z córkami niż ojcowie dziewczynek o imionach klasycznie kobiecych.

Innym przykładem tego, w jak bardzo bezpośredni sposób imiona determinują styl wychowania, jest wypowiedź Karoliny (dziś 33 lata, dermatolog): „Gdy urodził się młodszy ode mnie o dwa lata Karol, staliśmy się nierozłączni i byliśmy wychowywani bez różnicowania płci. Mama często mówiła: »Niech przyjdzie któreś z was i pomoże mi nakryć do stołu«. Tata robił tam samo: »Idę umyć samochód, które mi pomoże?«. Dziś oboje umiemy wszystko. Karol, tak jak ja, też jest dermatologiem”.

Jak twoje dziecko mówi do ciebie?

Nasze dzieci też mają wizję kontaktów z rodzicami. Ich również dotyczy teoria Erica Berne’a. Już jako kilkulatki mają pomysł, jaka będzie jakość kontaktów międzypokoleniowych, i ten pomysł odzwierciedla sposób zwracania się dziecka do ciebie. Jeśli dzieci mówią do ciebie: „mamuś”, „maminko”, albo żartują: „Matko ty moja, dorób mi kanapek”, lub jeśli słyszysz: „Jesteś zdecydowanie moją ulubioną matką”, masz prawo do satysfakcji. To twój sukces. Udało się wychować szczęśliwego, akceptującego siebie człowieka.

Aby dziecko polubiło swoje imię

  • Opowiedz mu, jak je wybieraliście. Zdradź motywy. To jeden z elementów budowania tożsamości.
  • Zachęć, żeby wysłuchało innych członków rodziny. Okaże się, że prawie każdy pamięta to inaczej (najczęściej sobie przypisując autorstwo imienia).
  • Powiedz szczerze, co ci się w nim podoba. Brzmienie? Pochodzenie? Skojarzenie z kimś konkretnym?
  • Opowiedz, jakie imiona rozważałeś, jakie odrzuciłeś (ale nie używaj stereotypów w rodzaju: wszystkie Magdy, które znałam, zawsze były próżne”).
  • Niech dziecko wie, że wybór imienia był dla rodziców poważnym zadaniem.
  • Zwracaj się do dziecka różnie, w zależności od sytuacji. Niech jego imię przechodzi różne fazy. Dzieci, które pamiętają, że rodzice nazywali je ślimaczkami, promyczkami, żuczkami, bez trudu odczytują informację, że były chciane i oczekiwane.
  • Wyposaż dziecko w jak najwięcej rozmaitych historii związanych z jego narodzinami (Całą ciążę się męczyłam, jakby cię tu nazwać, i nic. A gdy wzięłam cię na ręce, od razu wiedziałam, że ty jesteś właśnie Bartosz!).
  • Jeśli wybór imienia jest przed tobą, zadbaj o to, żeby nim nie obciążyć dziecka (O, ty przecież masz na imię Napoleon...).

Jakie imiona były najbardziej popularne w 2020?

Od kilku lat na liście najczęściej wybieranych imion prym wiodą te same imiona - zmieniają się tylko ich pozycje. W 2020 roku, na liście imion żeńskich, Zuzia np. spadła z pierwszego miejsca na drugie. Jeśli chodzi o chłopców, to pierwsze miejsce nadal utrzymuje Antoni.

Top 10 imion dla dziewczynek:

  1. Julia – 3649
  2. Zuzanna – 3639
  3. Zofia – 3588
  4. Hanna – 3364
  5. Maja – 3244
  6. Lena – 2633
  7. Alicja – 2564
  8. Oliwia – 2395
  9. Maria – 2372
  10. Laura - 2049
Imiona najchętniej wybierane dla chłopców:
  1. Antoni – 4037
  2. Jan –  3823
  3. Jakub –  3614
  4. Aleksander – 3541
  5. Franciszek - 3499
  6. Szymon – 3107
  7. Filip  - 2744
  8. Mikołaj – 2587
  9. Stanisław – 2522
  10. Wojciech – 2416
Rebeka, Lotta i Soraja – to dziewczęce imiona, które pojawiają się najrzadziej. Natomiast wśród chłopców możemy spotkać m. in. Zbyszka, Tymura, czy Platona.

Źródło: dane Ministerstwa Cyfryzacji z września 2020 r.

  1. Psychologia

Zachwiana samoocena. Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wysoki status społeczny, eksponowane stanowisko, wiedza, udane życie towarzyskie i rodzinne. Na zewnątrz - godny naśladowania ideał, darzony szacunkiem, czasem budzący zazdrość. A w środku? Poczucie dyskomfortu i nieustanny lęk przed tym, że wyjdą na jaw wszystkie wady, słabości, czy brak kompetencji. Co powiedzą pracownicy, przyjaciele i rodzina, kiedy okaże się, że nie jest tak idealnie?

Coraz więcej osób, które - obiektywnie patrząc - wiele osiągnęły w życiu, trafia na terapię w poczuciu wiecznego oszukiwania otoczenia. Wydaje im się, że kantują wszystkich niczym filmowy Dyzma i czują się nie na swoim miejscu.

Mamy tu zwykle do czynienia z zachwianą samooceną czyli... z subiektywnym spojrzeniem na własną osobowość. I chodzi tu nie tyle o zbyt niską samoocenę, ile niepewną. Ma ona w dużej mierze swoje korzenie w dzieciństwie danej osoby, kiedy rodzice traktowali ją trochę jak niewidzialną. Owszem, spełniali jej potrzeby fizjologiczne, dając jeść, pić i dach nad głową, ale już niewiele lub zgoła nic poza tym. Takie dziecko nie otrzymuje przekazu, że jest godne miłości, że zasługuje na szacunek i uwagę przez sam fakt swojego istnienia. Skutek jest taki, że dziecko czuje się przeźroczyste. Nie wie, w czym jest dobre, nie wie, czy jest ok.

By być „jakimś”

Tego rodzaju stan zawieszenia utrzymuje się często w dorosłym wieku. Niepewność zaszczepiona w dzieciństwie nie poprawia się przy pomocy obiektywnych kryteriów, typu: poziom wiedzy, pozycja zawodowa, wysokość dochodów czy wygląd zewnętrzny.

Takie osoby są nieśmiałe i skryte z jednej strony, z drugiej – silnie nastawione na cele i dążące do sukcesu. Podświadomie chcą bowiem przekonać się, że są „JACYŚ”. Pod względem zadaniowym trudno o lepszego pracownika, więc docelowo ów wymarzony sukces często udaje im się osiągnąć. Szkopuł w tym, że pojawia się wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony ma się poczucie: „no tak, generalnie jest fajnie”, a z drugiej - wszelkie osiągnięcia i pozytywne aspekty życia nie mają na tyle dużej wagi w oczach osoby z niepewną samooceną, by były w stanie ją skorygować.

Przykładem może być Krzysztof, 39-letni dyrektor korporacji. Kreatywny, ceniony i lubiany przez podwładnych i współpracowników, szybko awansujący. Pracownik idealny: nie choruje, nie bierze zwolnień, nie zawala terminów. Dba o to, by podwładni pracowali nie więcej niż 8 godzin, podczas gdy on sam zostaje po godzinach zawsze, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Pomaga współpracownikom, kiedy mają kłopoty osobiste, jest gotów wstawić się za nich u przełożonych. Ma rodzinę i szerokie grono znajomych, uprawia sporty, jest aktywny i ciekawy życia. Na zewnątrz postrzegany jest jako zaradny człowiek sukcesu.

Jednak on sam czuje się skrzywdzony, niezauważany i niedoceniany. Czuje, że ludzie go wykorzystują i mają coraz większe oczekiwania, nic w zamian nie dając.

Podziwiany czy niezauważany?

Nie uświadamia sobie, że sam przyczynił się do tego stanu rzeczy. W relacjach zawodowych - biorąc wiecznie czyjeś zadania na siebie, nie stawiając granic i nie egzekwując odpowiedzialności. W relacjach osobistych – przedkładając potrzeby innych nad własne, zgadując owe potrzeby, zanim jeszcze je ktokolwiek zasygnalizuje.

Wszedł w rolę tzw. bohatera rodzinnego, na którego barkach spoczywa ciężar uszczęśliwiania wszystkich wokół. Sam wyostrzył apetyt bliskich na stałą gotowość do niesienia pomocy i wyświadczania przysług. To sprawia, że od lat ponosi ogromne koszty energetyczne, a kiedy w końcu zdobywa się na nieśmiałe: „nie mogę”, „nie teraz”, „nie dziś”, zderza się z murem pod tytułem „rozczarowanie”.

I wtedy właśnie pojawia się lękowe myślenie: „ O matko, zaraz się wyda, że nie jestem jednak taki fajny chłop”. Każdy komunikat otrzymany od rozmówcy, który zawiera w sobie element niezadowolenia, rozczarowania czy żalu jest przefiltrowywany przez jego niepewne JA.

Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Idealna sytuacja jest wtedy, gdy taka osoba trafia na partnera, który w żaden sposób nie nadużywa jej granic, daje pełną akceptację. To się jednak w praktyce rzadko zdarza.

Dlatego w takim przypadku bardzo pomocna okazuje się psychoterapia. Między psychoterapeutą a pacjentem rodzi się relacja, która ma charakter przeniesienia relacji rodzic–dziecko. Przy czym psychoterapeuta pełni rolę rodzica przekazującego akceptację i uczącego zaufania do realnego obrazu siebie. Ważnym zadaniem dla pacjenta jest przyglądanie się faktom. Musi zrozumieć, że nawet jeśli jeszcze nie do końca wierzy w swoje kompetencje (jako szefa, męża, ojca, przyjaciela), to stara się je filtrować przez rzeczywiste wydarzenia, osiągnięcia, dane.

To trochę tak jak z opinią na temat obejrzanego filmu. Można oceniać aktorstwo, fabułę, dialogi, efekty specjalne, zdjęcia, muzykę etc. Na tej samej zasadzie można oceniać samego siebie - pojawia się całe spektrum kryteriów, od wyników gry w tenisa po liczbę bliskich przyjaciół. Wtedy łatwiej jest sobie uzmysłowić, że nie jesteśmy jednak „beznadziejni”, „niegodni sukcesu”, „nijacy”.

Praca z pacjentem z niepewną samooceną to wspólne szukanie dowodów, że jest on na swoim miejscu, że jest wystarczający, że wszystko z nim w porządku. Pamiętać przy tym należy, że definitywnie wyłączamy w tych poszukiwaniach opinie ludzi. Pacjent musi się nauczyć uniezależniać ocenę siebie i poczucie bezpieczeństwa od ocen otoczenia. Docelowo ma porzucić schemat dopasowywania swoich zachowań do scenariusza innych z obawy przed odrzuceniem.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Moda i uroda

Nowy rok - nowa pielęgnacja. Nietypowe kosmetyki, które warto mieć w swojej kosmetyczce

W nowym roku zmieńmy coś w naszej pielęgnacyjnej rutynie! (Fot. iStock)
W nowym roku zmieńmy coś w naszej pielęgnacyjnej rutynie! (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nowy rok zawsze zwiastuje zmiany. Nie tylko te przełomowe, odmieniające nasze podejście do życia, ale również mniejsze, takie, które dadzą nam chwilę przyjemności. My proponujemy coś prostego - zmiany w codziennej pielęgnacji. Przedstawiamy kosmetyki, które nie zawsze są oczywistym wyborem, a mogą okazać się niezwykle pomocne naszej skórze. 

Jak wygląda rutyna pielęgnacyjna większości z nas? Rano to najczęściej szybkie mycie twarzy, wklepanie kremu i delikatny makijaż. Potem cały dzień biegu, by wieczorem znaleźć chwilę czasu dla siebie i zadbać o nasze ciało. Wtedy przychodzi pora na demakijaż, oczyszczanie, nawilżanie, czasem nawet złuszczanie lub olejowanie. Podstawowe wyposażenie kosmetyczki większości z nas to więc: krem - ten sam od lat, bo najlepiej się sprawdza, coś do demakijażu i oczyszczania - tonik albo płyn micelarny, peeling oraz balsam do ciała. W zależności od pory roku znajdzie się w niej także: zimą - pomadka ochronna i krem do rąk, latem - krem z filtrem i... tyle. A przecież rynek kosmetyczny oferuje setki kosmetyków, którymi mogłybyśmy urozmaicić pielęgnacyjne rytuały tak, by stały się one przyjemniejsze, a przede wszystkim skuteczniejsze i pomagające naszej skórze utrzymać zdrowy wygląd. Nowy rok to więc doskonały czas na przetestowanie kosmetyków, których do tej pory nie używałyśmy. Takich, których, pod wieloma przeróżnymi pretekstami i obawami, bałyśmy się spróbować.

Nie chcemy jednak zachęcać do kompulsywnego kupowania coraz to nowszych kosmetyków, które z czasem okazują się zupełnie niepotrzebne. Wręcz przeciwnie, w nowym roku starajmy się pozbywać złych nawyków, a w zamian wprowadźmy tylko te korzystne. Oto kilka produktów, które w nowym roku urozmaicą rutynę pielęgnacyjną, a jednocześnie przyniosą naszej skórze samą dobroć.

Peeling do rąk

Peeling do rąk Touch Orphica, cena: 59zł/100ml. (Fot. materiały partnera) Peeling do rąk Touch Orphica, cena: 59zł/100ml. (Fot. materiały partnera)

Zimą krem do rąk to podstawa - wie o tym niemal każdy. Mróz, wiatr i zimne powietrze wysuszają i podrażniają dłonie, dlatego bardzo ważne jest ich regularne nawilżenie. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że krem to nie wszystko, bo dopiero w połączeniu z peelingiem przyniesie skórze dłoni ukojenie i ochronę. Nawilżanie bowiem zawsze powinno być poprzedzone dokładnym złuszczeniem naskórka, również w kwestii skóry dłoni. Świetnie sprawdzi się do tego peeling do rąk Touch Orphica na bazie nasion żurawiny, który pomaga pozbyć się martwego naskórka, odżywia oraz działa uelastyczniająco na suchą, podrażnioną skórę dłoni, nadając jej uczucie gładkości. Jego skład to same naturalne składniki i ekstrakty: lanolina, która nawilża i zmiękcza dłonie, masło shea - kondycjonuje je i wygładza, olej ze słodkich migdałów - zmiękcza i wzmacnia barierę lipidową, a także witamina E i alantoina. To wyjątkowy produkt, który sprawdzi się u każdego, komu kondycja skóry dłoni nie jest obojętna.

Samoopalająca pianka do ciała

Samoopalająca pianka do ciała Body Tones, cena: 119zł/155ml. (Fot. materiały partnera) Samoopalająca pianka do ciała Body Tones, cena: 119zł/155ml. (Fot. materiały partnera)

Wraz ze starym rokiem niech odejdą w niepamięć nasze obawy dotyczące używania samoopalaczy. Bo przecież to najlepszy sposób na utrzymanie naturalnie wyglądającej opalenizny przez cały rok. Z pianką Body Tones jest to dodatkowo dziecinnie proste, bo jej aplikacja jest bardzo łatwa dzięki szybkoschnącej konsystencji. Pianka zapewnia równomierne krycie, nie pozostawia zacieków ani śladów na ubraniach i subtelnie dopasowuje się również do ciemniejszych karnacji. Co więcej, produkt ten nie tylko nadaje skórze delikatny koloryt, ale też pielęgnuje ciało - nawilża, regeneruje i odżywia oraz działa przeciwstarzeniowo. W przeciwieństwie do naturalnych kąpieli słonecznych, nie przyspiesza procesu starzenia się skóry. Dodatkowo zawiera odżywcze ekstrakty roślinne, kwasy tłuszczowe i dobroczynne oleje.

Olejek do włosów

Olejek do włosów Oiltense Halier, cena: 89zł/50ml. (Fot. materiały partnera) Olejek do włosów Oiltense Halier, cena: 89zł/50ml. (Fot. materiały partnera)

W nowym roku podstawową pielęgnację włosów, czyli szampon i odżywkę, warto uzupełnić olejkiem. Dlaczego? Dobroczynne właściwości płynące z olejowania włosów znane są już od setek lat. To właśnie regularne stosowanie olejków wpływa na utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia włosów i ich zdrowej kondycji. Olejek do włosów Oiltense marki Halier to zdecydowany krok w kuracji włosów słabych, matowych i wypadających, których końcówki są skłonne do rozdwajania. Jest to wyjątkowa kompozycja dziesięciu wyselekcjonowanych olejów kosmetycznych, które nawilżają, odżywiają i wygładzają włosy, wspierając jednocześnie kondycję skóry głowy oraz regulując wydzielanie sebum. Olejek ma piękny zapach, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, dlatego nie wpływa na nadmierne przetłuszczanie się włosów. Po umyciu pasma łatwo się rozczesują, są bardziej błyszczące i aksamitnie gładkie.

Pianka do mycia ciała

Pianka do mycia ciała Oh!Tomi, cena: 42,90/250ml. (Fot. materiały partnera) Pianka do mycia ciała Oh!Tomi, cena: 42,90/250ml. (Fot. materiały partnera)

Pianka do mycia ciała zamiast zwykłego żelu pod prysznic? Dlaczego nie! Pianka Oh!Tomi zmienia codzienną pielęgnację w zabawę pełną kolorów i egzotycznych aromatów. Dostępna jest w 6 wersjach o przepięknych zapachach: grejpfrut, truskawka, słońce, tęcza, melon oraz wanilia z pomarańczą. Produkt ten pod wpływem wody tworzy odżywczy mus, który łatwo rozprowadza się po całym ciele. Pianka skutecznie oczyści oraz delikatnie wzmocni i nawilży skórę, a jej wyjątkowe zapachy dodatkowo odprężają, wyciszają, a jednocześnie dodają energii do działania.

Krem pod oczy dla mężczyzn

Krem pod oczy dla mężczyzn Monolit, cena: 59/30ml. (Fot. materiały partnera) Krem pod oczy dla mężczyzn Monolit, cena: 59/30ml. (Fot. materiały partnera)

W nowym roku dbajmy jednak nie tylko o siebie, ale też o naszych mężczyzn. Czas w końcu zmienić nastawienie mężczyzn do kosmetyków i uświadomić im, że jeden produkt z przeznaczeniem "do wszystkiego" to zdecydowanie za mało. Krem pod oczy dla mężczyzn Monolit przynosi dokładnie to, czego potrzebuje skóra mężczyzn - odżywienie i regenerację. W jego składzie znajdziemy olej arganowy, znany ze swoich dobroczynnych właściwości, olej ze słodkich migdałów, przywracający skórze blask i łagodzący podrażnienia, nawilżający i działający przeciwstarzeniowo, a także pantenol (prowitamina B5), który wpływa na zmniejszenie utraty wody przez naskórek oraz sprawia, że skóra jest elastyczna i miękka. Co więcej, krem ma w sobie wyciąg z nasion pigwy, który ma działanie tonizujące, odświeżające i przeciwzmarszczkowe oraz witaminę C, wzmacniającą naskórek.

Peeling antycellulitowy

Peeling antycellulitowy Scratch-coffee-scratch Celloo, cena: 49zł/100ml. (Fot. materiały partnera) Peeling antycellulitowy Scratch-coffee-scratch Celloo, cena: 49zł/100ml. (Fot. materiały partnera)

Peeling do ciała złuszcza martwy naskórek, pobudza i oczyszcza skórę, świetnie przygotowuje do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych, a dodatkowo ma genialne działanie antycellulitowe. Dlaczego więc nie wprowadzić go do rutyny pielęgnacyjnej? Peeling kawowy Scratch-coffee-scratch marki Celloo będzie wyborem idealnym. Jego działanie skupia się przede wszystkim na tym, by zmniejszyć widoczność skórki pomarańczowej przy okazji miłego zabiegu, który można wykonać samemu, w zaciszu swojego domu. Już po pierwszym użyciu skóra jest wyczuwalnie gładsza, bardziej sprężysta. W recepturze peelingu mieszają się różne naturalne składniki, wśród których znalazły się: ekstrakt z kawy, cukier, olej z pestek winogron, masło z nasion kakaowca, olej z orzechów makadamii, witamina E czy olej arganowy. Tak skomponowana formuła doskonale wygładza, nawilża i redukuje cellulit.

  1. Psychologia

Chcesz dokonać trwałych zmian? Poznaj psychiczne mechanizmy, które tobą kierują

Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Marzą nam się zmiany na lepsze, planujemy kolejne przedsięwzięcia, wyrobienie sobie nowych, zdrowszych nawyków. Tymczasem, gdy naszych postanowień nie umiemy skutecznie realizować, fundujemy sobie poważny spadek nastroju. Od czego zależy nasza motywacja i powodzenie? Co warto wiedzieć o swoich mechanizmach psychologicznych, zanim zdecydujemy się na wprowadzanie zmian w życie? – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS, psycholożka społeczna i trenerka biznesu.

Czy zależy nam na zmianie, która przyjdzie z zewnątrz, czy na tym, żeby zmienić siebie? Jak podkreśla dr Ewa Jarczewska-Gerc: „Chcę się zmienić”, a „chcę zmiany” to dwa różne stwierdzenia. Okazuje się, że najczęściej zależy nam na odmianie życia, ale bez ponoszenia kosztów i wysiłku związanego z tym procesem.

Nie wszyscy też działamy tak samo, kiedy już zdecydujemy, że chcemy coś zmienić. Jedni z nas kochają rewolucje i przewracają całe swoje życie do góry nogami, inni wolą dochodzić do celu krok po kroku. I okazuje się, że czasem wystarczy jedna zmiana, która zadziała jak efekt domina. – Jeden dobry nawyk, jeden mały krok jest w stanie uruchomić pozytywne zmiany w innych obszarach. Z badań wynika, że osoby, które zaczynają ćwiczyć, mają lepszy nastrój, dbają o zdrowe odżywianie, rzadziej tracą nad sobą panowanie, przestają palić, krócej oglądają telewizję, lepiej śpią, poprawiają jakość relacji z bliskimi, a nawet częściej myją zęby – wymienia psycholożka.

Kiedy jest czas na zmianę? Skąd mieć pewność, że trzeba coś zmienić?

Nie zawsze mamy świadomość, że obraliśmy w życiu niewłaściwy kurs. Skąd możemy wiedzieć, że przyszedł czas na to, aby zmienić nasze cele, założenia, nasze działanie albo, że my sami powinniśmy się zmienić?

Dr Ewa Jarczewska-Gerc: To wcale nie jest takie łatwe, aczkolwiek źródeł jest kilka. Po pierwsze - nasze „wnętrze”. Nasz nastrój, nasze emocje mogą nam podpowiadać, że coś jest nie tak… Możemy czuć pewien dyskomfort, czuć, że coś nas uwiera, coś nie idzie po naszej myśli. Gdy pojawiają się negatywne emocje – one są taką sugestią, że nasze plany, założenia być może nie idą tak jak chcieliśmy, jak sobie zaplanowaliśmy. Dlatego często negatywne emocje są taką czerwoną flagą mówiącą uważaj, bo chyba nie idziesz w takim kierunku, w jakim chciałeś.

Drugie źródło to są oczywiście inni ludzie. Nasi bliscy często znają nas lepiej niż my sami siebie. Mogą nam zwrócić uwagę na pewne rzeczy (popatrz, ten kierunek, w którym zmierzasz, nie jest dobry dla ciebie; możesz mieć z tego powodu negatywne konsekwencje). Nie zawsze muszą to być bliskie osoby, czasem obcy ludzie są dla nas źródłem informacji na temat tego, że być może droga, którą obraliśmy nie jest właściwa i powinniśmy się zmienić. A czy czeka nas zmiana… to już jest zupełnie inna sprawa.

Czy chcieć znaczy móc? W jakie mity wierzymy?

Wielu ludziom towarzyszy błędne przekonanie, że samo pragnienie celu jest wystarczające do jego osiągnięcia. I choć dobrze wiedzą, że bez włożenia pracy w jego realizację nie osiągną wiele, trzymają się swojej „wiary”. –Ciekawe, że my głównie wierzymy w to, że to chęci są tym czynnikiem, który poprowadzi do zmiany – komentuje psycholożka – Mówi się nawet, że chcieć to móc. I o ile zgadzam się z tym stwierdzeniem, to nie zawsze tak się dzieje. Ludzie mówią „ale ja bardzo chcę się zmienić”, albo „ja bardzo chcę zmiany” – i tutaj właśnie wprowadzę to rozróżnienie, że my z jednej strony chcemy zmiany, ale nie chcemy się zmieniać. Chcemy, żeby zmiana przyszła sama z siebie, żeby ona na nas spadła, spłynęła z nieba niczym manna… Natomiast zmienianie siebie wymaga już wysiłku. Dlatego też często nie podejmujemy działania, albo szybko rezygnujemy, bo okazuje się, że droga do tego upragnionego celu nie jest tak przyjemna jak sam cel, sam wynik. W związku z tym nie tylko chęci są nam potrzebne, ale także pewna umiejętność samodyscyplinowania się, umiejętność panowania nad swoimi pokusami, umiejętność wytrwałego i konsekwentnego realizowania swojego działania, czyli tzw. czynnik wolicjonalny, jak go nazywamy w psychologii, który oznacza, że nie tylko chcemy się zmienić, ale mamy siłę do tego, żeby zmiany dokonać.

Zanim jednak przystąpimy do działania, w pierwszej kolejności należy skonkretyzować cel. Postanowienia w rodzaju „będę zdrowo się odżywiać”, „będę uczyć się nowego języka”, „będę ćwiczyć” – są nie tylko ogólne, ale też formułowane przyszłościowo. Dlatego dr Jarczewska-Gerc poleca stworzenie tzw. intencji implementacyjnej, która jest formułowana w postaci implikacji: jeśli wydarzy się sytuacja x to ja robię y, czyli np. „jak tylko wrócę po pracy do domu to idę biegać”. Stosując ten bardzo prosty zabieg psychologiczny, polegający na konkretyzacji celu, określamy kiedy i gdzie zamierzamy wcielać w życie to, co sobie zaplanowaliśmy. Nasz cel przestaje być „mglistym” założeniem i staje się jasny, konkretny, inaczej też działa na psychikę.

Droga do celu

To, co warto mieć na uwadze to fakt, że od samego celu ważniejsza jest droga, która do niego prowadzi – ona właśnie świadczy o naszej skuteczności. Nie warto skupiać się od razu na wymarzonym sukcesie, ale zaplanować plan realizacji, zgodny z tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Jak radzi psycholożka: - To, co może nam pomóc, to skupienie się na procesie dążenia do celu. Wyobrażanie sobie kolejnych kroków działania, które muszą być podjęte, aby uzyskać wymarzony efekt sprawia, że zaczynamy dostrzegać wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi etapami działania, formułując w ten sposób spójny plan akcji. Dostrzegamy także przeszkody, które mogą się pojawić i utrudnić nam dążenia, dzięki czemu jesteśmy w stanie przygotować „plan B”. To właśnie droga prowadząca nas do upragnionego celu jest kluczem do sukcesu, który staje się wówczas miłym „produktem ubocznym” naszej efektywności.

Dwa procesy zarządzania sobą, które zawsze powinniśmy mieć na uwadze

Mamy już jasno określony cel, który chcemy osiągnąć. Opracowaliśmy plan działania. Jednak, gdy zbliża się moment, w którym musimy włożyć trochę wysiłku, żeby realizację celu rozpocząć, albo musimy przemóc „niechcenie”, żeby go kontynuować, zaczynamy szukać wymówek… Dlaczego tak się dzieje?

– Dzieje się tak dlatego, że możemy wyróżnić dwa rodzaje procesów zarządzania sobą. Pierwszy rodzaj procesów to tak zwane procesy samoregulacyjne. Polegają one na tym, że koncentrujemy się wokół podnoszenia swojego dobrostanu, swojego samopoczucia, swojego nastroju, czyli mówiąc ogólnie: sprawiamy sobie przyjemność. Drugi rodzaj procesów zarządzania sobą to procesy samokontrolne. One polegają na tym, że gdy postawię sobie cel to ja się siebie nie pytam „czy ja mam ochotę ten cel dzisiaj wdrażać?” – tylko ja go po prostu wdrażam. Procesy samokontrolne koncentrują się wokół zdyscyplinowania się na tyle, aby pociągnąć realizację celu, czyli po prostu: tworzymy plan działania i zaczynamy go wcielać w życie. – podsumowuje dr Ewa Jarczewska-Gerc i dodaje: Ktoś mógłby powiedzieć „no dobrze, ale ja wolę się samoregulować i trzeba też mieć trochę przyjemności od życia”. Tylko problem polega na tym, że kiedy ta równowaga zostanie zachwiana w kierunku tych procesów samoregulacyjnych to na końcu tej drogi nasz nastrój ucierpi. Dlaczego? – Dlatego, że jeżeli my każdego dnia będziemy wracać do domu i nie będziemy realizować faktycznie swojego celu (jak bieganie po pracy), tylko położymy się na kanapie, zaczniemy objadać się lodami i oglądać telewizję… po godzinie przyjdzie lekki dołek. Bo znowu nie byliśmy skuteczni! Znowu nie zrobiliśmy tego, co sobie założyliśmy! Tylko leżymy i tyjemy. I tak naprawdę nasz nastrój zaczynie spadać. Rośnie nam wtedy napięcie i mamy coraz mniej energii. Ale jeśli, mimo wszystko, zmobilizujemy się i pójdziemy pobiegać, to być może na początku odczujemy pewien dyskomfort (bo to jest jednak wyjście poza strefę swojego komfortu: musimy założyć ubrania, wyjść na dwój, pada śnieg, deszcz, jest zimno itd.), ale po chwili zacznie działać fizjologia, czyli zaczną wydzielać się endorfiny, które spowodują, że odczujemy przyjemność… przede wszystkim jednak to, że dotrzymaliśmy sobie słowa, spowoduje, że będziemy dumni z siebie. Myślimy sobie wówczas „teraz to ja już mogę wszystko, dlatego, że pokonałam swoje słabości.”

Zmaganie się z celem oznacza zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie samego siebie.
Jeżeli nam uda się to zrobić - jest to bezcenne. Daje nam nie tylko doskonałe samopoczucie, ale także wysoką samoocenę, która będzie stabilna. Będziemy wiedzieć, że nawet drobne niepowodzenia nie są w stanie zachwiać naszym poczuciem wartości, ponieważ jesteśmy skuteczni: gdy sobie cel postawimy to konsekwentnie go realizujemy, dążymy do jego osiągnięcia – i to sprawia, że na końcu drogi nasz nastrój będzie bardzo dobry.

Jak utrzymać motywację na odpowiednim poziomie? Uważaj na krytyczny punkt „trzech miesięcy”

Załóżmy, że weszliśmy na drogę do celu. Udało nam się zacząć. Codziennie realizujemy kolejne postanowienia. Jednak po jakimś czasie nasz entuzjazm opada, żar się wypala i znowu dążenie do celu staje się trudne. – Dzieje się tak dlatego, że na początku , po przekroczeniu naszego psychologicznego rubikonu, gdy powiemy sobie „dobrze, kości zostały zrucone, przekraczam most, most zostaje spalony, nie mam już innego wyjścia i wchodzę w to”, siły w polu psychologicznym, które pchają nas do zmiany są bardzo mocne. My ich nie widzimy, ale to są siły psychologiczne, emocjonalne, motywacyjne, które nas pchają do tego, żeby działanie znalazło swój finał, żeby się domknęło (dążymy do domknięcia struktury). Jednak, po jakimś czasie, te siły po prostu się rozpraszają. Tej energii do działania jest nieco mniej i to jest absolutnie naturalne. Problem polega na tym, co my robimy z tym dalej. Mówi się, że trzy miesiące to jest taki okres, w którym wykształca się pewien nawyk, a więc możemy uznać, że potem zmiana będzie już trwała. – tłumaczy dr Jarczewska-Gerc.

– Warto tu jednak zwrócić uwagę na badania dotyczące zmiany diety (brały w nim udział kobiety chcące spożywać więcej warzyw i owoców w swojej diecie), które zostały przeprowadzone przez znaną badaczkę Gabriele Oettingen i Petera Gollwitzer’a (znane nazwisko w świecie badań nad motywacją). To badanie trwało 24 miesiące. I co się okazało? - Osoby, które zostały wyposażone w warsztat umiejętności, które mają podtrzymać zmianę działania, czyli zmianę stylu życia, były na końcu tej drogi, po tych 24 miesiącach, zdecydowanie bardziej skuteczne, niż ci, którzy tylko sobie postanowili, że takiej zmiany dokonają. I co ciekawe: „rozjazd” między badanymi pojawił się dopiero po trzech miesiącach.

Trzy miesiące to jest taki okres, po którym albo będziemy potrafili podtrzymać swoje działanie, albo nie widząc, że jest to dość zdradliwy moment, ulegniemy różnym pokusom. To jest czas, kiedy nam się wydaje, że już nie zejdziemy z obranego kursu, bo minęły aż trzy miesiące… Bądźmy jednak czujni – to może być właśnie ten moment, kiedy nastąpi rozproszenie sił i nie podtrzymamy swojego działania.

Kto ciężko przechodzi porażki?

Może się zdarzyć, że pomimo naszych starań i wysiłków ponosimy jednak porażkę. Jak się do niej odnieść w zdrowy sposób? Dlaczego jedni stają się po upadkach silniejsi, a inni tracą poczucie sensu?

Carol Dweck, amerykańska psycholożka, profesor Stanford University, w swojej pracy naukowej analizuje koncepcje, które mają ludzie w odniesieniu do siebie, i których używają do kształtowania siebie i kierowania swoim zachowaniem. W swoich badaniach porusza m.in. temat przyczyny, która stoi za tym, że jedni ludzie po porażkach się podnoszą, rozwijają, a drudzy załamują. Jak się okazuje, czynnikiem, który odgrywa tu znaczącą rolę jest przekonanie o zmienności lub o stałości naszej osobowości, naszych zdolności, naszej inteligencji. Niektórzy po prostu wierzą w to, że człowiek jest stały i się nie zmienia.

– Jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że już się ukonstytuowaliśmy i że jesteśmy stali w naszej osobowości, w naszych przekonaniach, naszych postawach (co oczywiście jest tylko pozorne, bo nic nie jest bardziej pewnego niż zmiana), to takie przekonanie powoduje, że porażka jest dowodem na to, że jesteśmy beznadziejni. Bo skoro ja jestem jakaś, określona, i działam, a nagle okazuje się, że droga, którą szłam nie przyniosła mi zamierzonego efektu, to znaczy, że jestem do niczego. A skoro moje postawy są stałe - to znaczy, że ja nie mogę się zmienić. To znaczy, że sytuacja jest beznadziejna i nie ma nadziei na lepsze jutro. – podsumowuje dr Jarczewska-Gerc. – W momencie, kiedy wierzymy w zmianę (co jest bliższe prawdzie), wierzymy w to, że zawsze istnieje nadzieja i szansa na to, że możemy się zmienić, wówczas, niezależnie od tego czy tak jest w istocie, czy nie (czynnik obiektywny jest mniej ważny jeżeli w to wierzymy), możemy potraktować porażkę jako okoliczność do tego, żeby tej zmiany dokonać. Traktujemy wówczas niepowodzenia jako informację zwrotną, mówiącą nam o tym, że kierunek, jaki wybraliśmy, czy być może środki - po prostu nie zostały dobrane we właściwy sposób.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. 

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora, czyli
Pokora, czyli "nie wiem" (fot. iStock)
Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pierwszym etapem Questu jest pokora.

Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener, doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pokora jest pierwszym etapem.

Czym więc jest pokora, jeśli nie uległością wobec innych?
To pokora wobec własnego doświadczenia, intuicji, wizji i marzeń pochodzących z najgłębszych, najbardziej prywatnych przestrzeni naszych serc i umysłów. Te doświadczenia podważają nawykowe, odziedziczone przekonania – również te uznane za fundamentalne. Pokora drąży nasze ograniczone „wiem”, niepokoi, każe pytać i sprawdzać, aż uwalnia nas, przenosi w przestrzeń „nie wiem” – i każe ruszać w dalszą drogę. Gdy pokora ujawni iluzoryczność jakiegoś przekonania, w tym momencie rozpoczyna się w nas cudowny, acz niełatwy, twórczy proces poszukiwania nowej prawdy. Jeśli uda się ją znaleźć, to znak, że zakończył się kolejny cykl Questu. Ale mądrzejąc po drodze, wiemy, że następny jest nieuchronny i że spoczywanie na laurach czyni z nas głupców i dogmatyków.

Jeśli więc jestem przekonana, że nie umiem zbudować domu, blokuję siebie w skutecznym działaniu.
Pokora to też zdolność do zakwestionowania ulubionych przekonań na własny temat: to mogę, a tamtego nie mogę, tego nigdy się nie nauczę, niczego już nie zmienię. Z pokorą pozbywajmy się starych przekonań, bo to nieodzowny warunek, żeby proces poznawania, kreowania rzeczywistości mógł się rozpocząć. To brak pokory – czyli pycha – nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości i odkrywać jej niepoliczalnych manifestacji. Pycha sprawia, że ignorując rzeczywistość, żyjemy w swoim filmie.

Czyli pokora to odrzucenie projekcji, nawyków, lęków.
Pokora przejawia się na wiele sposobów, ale wyrażające ją „nie wiem” jest pierwszym, koniecznym krokiem do wszelkiej wiedzy i zmiany. Jeśli uznamy, że coś wiemy raz na zawsze, to przestaniemy zadawać sobie i światu pytania, a więc zatrzymamy się w rozwoju i przestaniemy nadążać za zmianami. A przecież poznawanie rzeczywistego to proces, który nigdy się nie kończy. Nauka od niepamiętnych czasów usiłuje poznać rzeczywistość, a miliony naukowców pracujących w różnych krajach świata nadal mają co robić, ciągle zadają nowe pytania.

Czyli pokorny człowiek to ten, który wobec życia przyjmuje postawę naukowca, badacza?
W pewnym sensie tak. Moim ulubionym przykładem człowieka, który miał wielką pokorę, czyli ufał swoim zmysłom, rozumowi i intuicji, jest Giordano Bruno. Jeszcze przed Kopernikiem bez przyrządów i obliczeń zobaczył, że uświęcone przekonanie o Słońcu krążącym wokół Ziemi jest iluzją. I mimo więzienia, tortur i groźby kary śmierci bronił swojego doświadczenia do końca. Tuż przed zapaleniem stosu nakłaniano go raz jeszcze do odwołania uznanych za bluźniercze poglądów, jednak nie wyparł się ich i zginął w płomieniach.

Trudno Giordana Bruna nazwać pokornym, skoro wszyscy, w tym wielkie autorytety jego czasów, głosili coś odwrotnego niż on.
Giordano Bruno był pokorny – powtórzmy – wobec świadectwa swoich zmysłów i rozumu. Nie mógł czuć pokory wobec tych, którzy kazali mu wierzyć w coś, co się kłóciło z jego doświadczeniem. Uległość wobec dogmatyków nie ma nic wspólnego z pokorą. Jest hipokryzją lub żałosnym konformizmem. I to właśnie paradoks pokory, która z punktu widzenia zastanego porządku zdaje się zmieniać w swoje przeciwieństwo. Kiedy jednak mimo wszystko i wbrew wszystkim dochowujemy wierności sobie, to pokora rodzi autonomię, kolejną cnotę Questu.

Doszliśmy więc do tego, dlaczego św. Teresa z Ávila mówiła, że pokora jest prawdą.
Pokora polega na tym, żeby umieć przyznać się przed sobą: „nie wiem”. Jezus był uosobieniem tak rozumianej pokory. W rezultacie zobaczył rzeczywistość tak dalece inaczej niż pozostali członkowie korporacji religijnej, w której wyrósł, że najbardziej pokorny z pokornych został uznany za buntownika i zabity, choć podobnie jak wszyscy pokorni nie szukał rozgłosu, nikogo nie namawiał do zmiany poglądów – i miał zaledwie 12 uczniów i jedną uczennicę.

Jak pokora przekłada się na codzienne życie zwykłego człowieka z korporacji, dziennikarza czy nawet psychoterapeuty?
Przekonania, których pełno w naszych umysłach, przesłaniają nam cudowność tego, co rzeczywiste. Potrafią być tak ugruntowane i trwałe, że same się potwierdzają i rozmnażają. Ilustruje to dowcip o panu Brownie i sekatorze. Pan Brown był tak przekonany, że Smith nie pożyczy mu sekatora, że gdy zapukał do drzwi sąsiada, a ten otworzył mu z uśmiechem, pytając: „Witaj, Brown, co mogę dla ciebie zrobić?”, tak odpowiedział: „Mam gdzieś twój sekator, Smith!”.

W starciu z naszymi przekonaniami rzeczywistość nie ma szans. Źródłem naszych cierpień – czyli wypędzenia z mitycznego raju – są wyłącznie przekonania. Stąd zapewne konstatacja św. Teresy, że pokora – czytaj: brak przekonań – jest prawdą.

Ale przyznanie się do niewiedzy nawet przed samym sobą jest trudne, budzi lęk. Jeszcze gorzej, gdy mamy to powiedzieć innym.
Gdy za Sokratesem przyznam, że „wiem, że nic nie wiem”, to w tym samym momencie otwieram się całkowicie na to, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, przesunąć granicę poznania. Wtedy niczego z góry nie zakładam, po prostu patrzę, słucham, jestem coraz bardziej zadziwiony cudem istnienia. Tak więc pokora to uświadomiona niekompetencja i to dzięki niej my sami i nasza cywilizacja – na zasadzie dwa kroki do przodu, krok do tyłu – jakoś się rozwijamy.

Pokora to też przyznanie się do błędu, a to bywa niebezpieczne, zwłaszcza w pracy. Łatwo wtedy stać się kozłem ofiarnym.
Przyznanie się do niewiedzy często wyzwala w innych ochotę, by nas upokorzyć. Ale pokorni nie doświadczają upokorzenia, nie są przywiązani do konkretnego obrazu samych siebie, którego musieliby bronić. Gdy na życiowym zakręcie postępujemy w zgodzie z naszą wewnętrzną prawdą, to nikt nie jest w stanie nas upokorzyć.

Quest to przede wszystkim program dla biznesmenów, ale mówienie o nich jako ludziach pokornego serca, którzy walczą o prawdę, wydaje się fikcją.
Wcale nie. Szczególnie w biznesie – w tej błyskawicznie i nieustannie zmieniającej się grze – trzeba i warto wiedzieć, czego się nie wie. Tylko wtedy jesteśmy skłonni się tego dowiedzieć albo powołać zespół ekspertów czy wybrać trudną drogę przekształceń. Popatrzmy na toczący się spór klimatyczny. Jedni mówią: „Jakie ocieplenie? My nie mamy z tym nic wspólnego. To normalne fluktuacje klimatyczne”. Drudzy: „Zmiany klimatu są skutkiem nadmiaru konsumujących wszystko ludzi, rozwoju motoryzacji, przerostu miejskich aglomeracji itd.”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ci pierwsi są pokorni. Ale ich przekonanie jest podejrzanie wygodne, nie zmusza do refleksji i nie każe brać odpowiedzialności. Ci, którzy twierdzą, że to my, ludzie, jesteśmy winni ociepleniu, nie próbują zaprzeczać temu, co widać gołym okiem, choć jest to dla wszystkich niewygodne, wymagające zmian i wyrzeczeń. Pokora wybiera trudniejszą drogę i każe brać odpowiedzialność na siebie.