1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki – porady: Mój narzeczony jest maminsynkiem

Tomasz Srebnicki – porady: Mój narzeczony jest maminsynkiem

fot. iStock
fot. iStock
Czasy się zmieniają, a my wraz z nimi. Czy można przewidzieć, kim ukochany okaże się we wspólnym życiu? Na wszystkie trudne pytania czytelników odpowiada redakcyjny ekspert magazynu SENS dr Tomasz Srebnicki

.

Z moim chłopakiem jesteśmy razem pięć lat. Postanowiliśmy, że póki studiujemy, w ramach oszczędności, każde z nas będzie mieszkać z rodzicami. Choć jak na nasz młody wiek jesteśmy dojrzałą parą, to obawiam się wspólnej przyszłości. Niepokoi mnie zażyłość, jaka łączy mojego chłopaka z jego matką. Bardzo ją lubię, ale boję się, by później nadmiernie nie ingerowała w nasze życie. Mój chłopak ma 24 lata, a na wakacje jeździ z matką. To mama kupuje mu, pierze i prasuje ubrania, sprząta jego pokój, a nawet rozlicza z godzin wyjść i powrotów do domu. Gdy jestem u nich w domu, co chwilę bez pukania wchodzi do pokoju. Rozumiem, że go bardzo kocha, ale to dorosły mężczyzna. Czy ta nieodcięta pępowina nie przeniesie się na nasze wspólne życie pod jednym dachem?                Zrozpaczona.

Odcięcie pępowiny może być bardzo długim i powolnym procesem. Ze względu na wasz – jak na obecne czasy – młody wiek, sytuację lokalową, a także status relacji, postawa matki twojego partnera może mieć uzasadnienie. Zachowania, które opisujesz, zdają się budzić konsternację i niepokoić nie tyle o postawę teściowej, co o postawę syna wobec matki, który, jak rozumiem, dąży do utrzymania swojego „dziecięcego” statusu. Będzie musiał się zmierzyć z niełatwym wyzwaniem stania się „dorosłym, żonatym synem”. Jaka w tym twoja rola? Szczerze mówiąc, znikoma. Najważniejsze wydaje się pogłębianie relacji z partnerem, której miarą sukcesu nie powinna być mniejsza ilość czasu spędzana z mamą czy niekupowanie przez nią ubrań dla syna. Rywalizacja w takich sytuacjach zazwyczaj kończy się porażką dla wszystkich. Na koniec pozwolę sobie dodać, że na etapie tworzenia relacji i budowania rodziny, nawet jeśli trwa to już wiele lat, mieszkanie z rodzicami nie jest dobre. Może względy emocjonalne i zadania, jakie przed wami stoją, powinny wziąć górę nad względami ekonomicznymi?

Dr n. med. Tomasz Srebnicki: certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wyszłam na studia, zaraz wracam

Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami. (Fot. iStock)
Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami. (Fot. iStock)
Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami, bo taniej, bo bezpieczniej... Miało być na chwilę, ale trwa już ponad pół roku i końca nie widać. Jakie dawne problemy ożywia ten niespodziewany powrót do domu?

Monika zadzwoniła, żeby zapisać się na Terapię Jednego Spotkania. Zapytałam, czy ma jakieś pytania, a może chce powiedzieć kilka słów o swoim problemie. – Nie będę teraz o tym mówić – jej głos nie brzmiał zbyt sympatycznie. Poczułam się jak matka ofuknięta przez nastolatkę. Jak zwykle pierwszych kilka minut kontaktu, nawet jedynie przez telefon, to młyn na wodę dla mojej intuicji. Od jakiegoś czasu zapisuję te swoje „domysły” i bardzo mi to pomaga w spotkaniu z pacjentem, w końcu mamy jedynie 60 minut, żeby rozwikłać problem albo przynajmniej rozpoznać, co człowiekowi w duszy gra.

Krok 1. Szybko orientuję się, na czym polega problem

Kiedy połączyłyśmy się na Skype, widok pokoju, w którym znajdowała się Monika, wcale mnie nie zaskoczył: regał z książkami, a pomiędzy nimi kilka maskotek, pojedynczy tapczanik, no i ten kolor – jasna fuksja, czyli typowy pokój nastolatki.

– Skąd pomysł na taki kolor? – zaczęłam. – Podoba ci się? Pomalowałam go sama, właściwie razem z moim chłopakiem, na swoje 17. urodziny. Powiedziałam rodzicom, że to mój prezent dla mnie samej. Dzięki temu nie zrobili mi awantury. – To chyba było już jakiś czas temu? Ile masz lat? – zapytałam o to całkiem świadomie. – 21, a co, nie wyglądam? – Monika nie kryła zaskoczenia. Nie zdążyłam odpowiedzieć na to pytanie, bo w tym momencie ktoś zapukał do drzwi jej pokoju: „Monisiu, tu mama, mogę wejść?” – usłyszałam. „Nie przeszkadzaj mi” – odpowiedziała. „Tylko przyniosłam ci śniadanie”. „Idź stąd” – wiek w tym momencie nie miał znaczenia. Właściwie od momentu, kiedy do mnie zadzwoniła, młoda kobieta zachowywała się jak rozwydrzona nastolatka.

Była jedną z „ofiar” koronawirusa, które wylądowały w domu rodziców. Podobnie jak wiele innych dorosłych osób, które straciły pracę albo pracują czy studiują online i nie widzą sensu w wynajmowaniu mieszkania lub już na nie ich nie stać. A poza tym rodzice nalegają, bo się martwią, bo chcą się zaopiekować swoim „biednym” dzieckiem, które wyfrunęło z gniazda, a teraz jest okazja, by je przywołać na rodzicielskie łono i zagłaskać na śmierć… Mają do tego prawo, bo to dzieci, zwłaszcza te dorosłe, muszą dać sygnał do separacji, a nie odwrotnie. Nikt nie przypuszczał, że pandemia potrwa tak długo, a „zasiedzenie” w domu rodzinnym często sprawia, że wypracowana samodzielność i dorosłość rozpływają się jak we mgle…

Monika jest na trzecim roku psychologii na prywatnej uczelni, od stycznia tego roku zaczęła pracować. Zatrudniła się w prywatnym gabinecie psychoterapii jako recepcjonistka i nie musiała już prosić rodziców o dodatkowe pieniądze na tzw. drobne wydatki. Płacili za mieszkanie i studia.

– Kiedy wybuchła pandemia, straciłam pracę – opowiada. – Właścicielka gabinetu obiecała mi, że gdy tylko wrócą do pracy w realu, natychmiast się do mnie odezwie. – Wróciłaś do domu z powodu straty pracy? – Nawet nie, rodzice byli gotowi dalej płacić za mieszkanie, ale… mój chłopak też wrócił do siebie, więc nie chciałam zostać sama zamknięta w mieszkaniu, no i tu, w małym miasteczku, jest chyba bezpieczniej – wyjaśnia, choć nie brzmi przekonująco. – Czy jako osoba dorosła mogłaś poradzić sobie jakoś inaczej?

Monika nie zrozumiała pytania, a ja wiedziałam już, na czym polega problem. Wiedziałam również, że rozwiązanie, jakie mogłam zaproponować, wcale nie będzie jej się podobało, przynajmniej nie od razu.

W tym momencie znowu rozległo się pukanie do drzwi, a chwilę potem kobiecy głos: „Monisiu, zostawiłam ci śniadanie pod drzwiami, zjedz, bo kawa wystygnie”. Monika walnęła pięściami w biurko:

„Potrzebuję spokoju, odejdź stąd”.

– Jak ja mam tu wytrzymać?! – to było do mnie. – Czy ona nie rozumie, że ja nie jestem już dzieckiem? – Jesteś pewna?

Krok 2. Upewniam się, że proces separacji od rodziców wciąż trwa

Dziecko rodzi się połączone pępowiną z ciałem matki. Moment przecięcia jej przez lekarza jest symbolicznym pierwszym krokiem na drodze separacji.

Przez pierwszych kilka miesięcy jesteśmy w pełni zależni od rodziców, a kiedy nabywamy umiejętność raczkowania, a potem chodzenia – zaczynamy powoli, na coraz dłużej oddalać się od nich. W okresie nastoletnim bunt przeciwko autorytetom daje moc, by walczyć o prawo do coraz większej samodzielności i niezależności. Ale konsekwencją tego prawa jest odpowiedzialność za swoje życie. Niestety, często o tym nie pamiętamy. Bo i po co, skoro rodzice najczęściej z otwartymi ramionami przyjmują dzieci z powrotem. Właściwie możemy wracać w rodzinne pielesze nieskończoną ilość razy, co potwierdziła masowa fala powrotów ludzi w różnym wieku, którzy z powodu pandemii przeszli na pracę czy naukę online.

Dla wielu młodych ludzi ważnym momentem w procesie separacji jest wyjazd na studia albo do pracy. Z dala od rodziców łatwo utrzymać własną niezależność, choć czasami jest ona jedynie pozorna, na przykład Monika radziła sobie z nadopiekuńczością matki, nie odbierając jej telefonów.

– Czy wiesz, że ona potrafiła zadzwonić o siódmej rano i przypomnieć, żebym zjadła śniadanie przed wyjściem? – dopytuje zdziwiona. – Czy wracając do domu, nie zdawałaś sobie sprawy, że matka się nie zmieni? – To co miałam zrobić? – Dlaczego wróciłaś do domu? – Bałam się. – Czego? – Wirusa, tego, że nie poradzę sobie sama, że zamkną granice miasta…

Dopóki pierwszą reakcją na zagrożenie jest ucieczka do domu rodzinnego, dopóty proces separacji jest w toku. Nie ma w tym niczego dziwnego, że dla rodziców powrót dziecka, bez względu na wiek, zwykle jest sygnałem do obudzenia instynktu gniazda, które nagle przestaje być puste.

– Znowu przestałam jeść – słyszę i w pierwszej chwili jestem zaskoczona zmianą tematu, ale okazało się, że w rodzinie Moniki rytuał karmienia zawsze miał ogromne znaczenie. Często karała rodziców odmową jedzenia – potrafiła głodzić się przez kilka dni tylko po to, żeby coś na nich wymusić. Raz utrwalony scenariusz lubi wracać. Przez ostatnie trzy lata młoda kobieta budowała swoje życie w mieście, ale proces separacji od rodziców nie został zakończony. Nieodbieranie telefonów czy drobne kłamstewka nie popchnęły relacji na bardziej dojrzałe tory. W rodzinach, w których po wyprowadzce dzieci dziecięce pokoiki natychmiast zostają zagospodarowane, nawet jeśli dzieje się to z powodu choćby małego metrażu mieszkania, łatwiej jest o ułożenie relacji pomiędzy rodzicami i dorosłymi dziećmi na partnerskich zasadach. Pokoik Moniki wyglądał jak relikt przeszłości.

– Czy chciałabyś tu coś zmienić? – Po co, przecież ta cała pandemia kiedyś się skończy? – Ale na razie trwa. Czy zrobiłaś coś w sprawie zadbania o swoje dorosłe życie? – Ale co? Przecież mówisz, że rodzice się nie zmienią. – Bo to nie oni mają się zmienić.

Krok 3. Próbujemy przywołać dorosłą rolę Moniki

Dojrzewanie to proces, którego ważnym elementem jest balansowanie pomiędzy okresami bliskości i dystansu w relacjach z ważnymi dla nas osobami. Najlepiej widać ten proces w  relacjach z rodzicami. To córka czy syn musi postawić granicę, powiedzieć: „Mamo, tato, jestem już dorosła albo dorosły. Kocham was i dziękuję wam za wszystko, ale potrafię zadbać o siebie”.

Proces separacji wymaga symbolicznego porzucenia rodziców, ze świadomością, że są oni w bezpiecznej odległości, i odejścia do swojego życia. Monika, podobnie jak większość 20-, 30-latków wypadła z domu na chwilę, pobawić się w dorosłe życie, a kiedy wróciła, ma pretensję do rodziców, że nie zauważyli zmiany. Nie zauważyli, bo ona nadal jest małą dziewczynką, która chętnie pozwoli się utrzymywać rodzicom, a kiedy zmęczy ją nadopiekuńczość matki, po prostu na nią warknie.

– Czy mogłaś poradzić sobie sama? – Nie rozumiem, o co pytasz? – i chyba faktycznie nie rozumie.... – Co mogłabyś zrobić zamiast przyjeżdżać do domu? – Pewnie mogłam zostać w mieście, siedzieć sama w pustym mieszkaniu, ale rodzice namawiali mnie do powrotu. – Wróciłaś dla nich czy dla siebie? – I dla nich, i dla siebie. – Co robisz dla nich? – Oni są jeszcze w pełni sprawni, ale w razie czego mogę im pomóc. – Pomagasz mamie w kuchni przy przyrządzaniu posiłków? – Chciałam, ale ona zrywa się o świcie, a potem budzi mnie na śniadanie. Lubię sobie pospać, zajęcia online zaczynam o 10, a oni od świtu łażą po domu. – To ich dom. Zdecydowałaś się wrócić, więc musisz przyjąć ich warunki. – Wiem. Tak w ogóle to oni mają świra na punkcie tego wirusa, od pół roku nie wychodzą z domu, a kiedy ja chcę spotkać się ze znajomymi, robią mi awanturę. – To ich dom i mają prawo ustalać swoje zasady. – No jasne, mają prawo mnie traktować jak małe dziecko. To ja przestanę jeść. – No właśnie, jak małe dziecko...

W dzieciństwie nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami, ale w dorosłym życiu jak najbardziej. Niestety, w relacjach z rodzicami bardzo często ożywa stary skrypt relacyjny: oni traktują nas jak maluchy, a my dokładnie tak się zachowujemy. Znane z dzieciństwa zachowania matki czy ojca ożywiają emocje z przeszłości. Czasami jest ich tak wiele i są tak silne, że dosłownie nas zalewają, odcinając od dorosłych zasobów. Monika w domu rodzinnym poczuła się, jakby znowu miała 15 lat. Dziecinne emocje plus złość dorosłej kobiety mogły nieźle poranić jej rodziców, ale również ją samą.

– Wiesz, czuję, że gdybyś była w swojej dorosłej roli, to mama, próbująca podetknąć ci śniadanie pod nos, rozczuliłaby cię, a nie zezłościła. Spróbuj wyobrazić sobie, jak siedzisz sama w mieszkaniu: sama musiałabyś zrobić zakupy albo przygotować śniadanie. – Pewnie masz rację, ale…

Nie ma w tym niczego dziwnego, że w sytuacjach, kiedy nasze bezpieczeństwo zostaje realnie zachwiane, a tak stało się z powodu pandemii, z łatwością wskakujemy w rolę bezradnego dziecka. Chcemy wtedy schronić się pod skrzydła rodziców, a oni często na to pozwalają, w końcu jesteśmy ich dziećmi, bez względu na wiek. Ale kiedy poczujemy się choć trochę bardziej bezpieczni, natychmiast wcielamy się w buntownicze nastolatki i walczymy z nimi jak za starych dobrych czasów. Wtedy rodzice wchodzą w swoje dawne role i wojna gotowa. Tupanie nogami zamiast wzięcia odpowiedzialności za siebie na dobre zainstaluje nas w dziecięcym pokoiku.

– Czuję, że chcesz być traktowana jak dorosła, ale zachowujesz się jak roszczeniowe dziecko – powiedziałam. – To co ja mam robić? – spytała płaczliwie Monika.

Krok 4. Ćwiczymy dojrzałe zachowania

Czasami zdarzają się trudne sesje; ja wiem, na czym polega problem i jak można by było go rozwiązać, ale pacjent absolutnie nie jest na to gotowy. Monika tak bardzo weszła w rolę nastolatki walczącej z rodzicami, że delikatnych sugestii, że to ona ma się zmienić, nawet nie zauważa. Jestem pewna, że w relacjach z innymi ludźmi zachowuje się podobnie. Proponuję, żebyśmy kolejno przeanalizowały, co najbardziej przeszkadza jej w kontakcie z rodzicami, i próbowały znaleźć rozwiązanie. Jednak idzie nam ciężko, wszystko rozbija się o temat śniadań – Monika uważa, że najlepszym wyjściem jest niewpuszczanie matki do pokoju, aż wreszcie domyśli się, że córce to nie odpowiada, i zrezygnuje...

Wpadam na pomysł, żebyśmy odegrały scenkę: ja wcielam się w postać Moniki, a ona w swoją mamę, która puka do drzwi. Kiedy otwieram drzwi, serdecznie dziękuję za śniadanie i mówię: „Mamuś, jesteś kochana, ale wiesz, zwykle siedzę do późna w nocy, bo o tej porze najłatwiej jest mi się skoncentrować i tak rano nie jestem jeszcze głodna, ale obiady będę jadła z wami z przyjemnością i chętnie pomogę ci w kuchni”. – To naprawdę jest takie proste? – Monika okazuje się bardzo zaskoczona.

Wiem, że nie jest. W relacjach z rodzicami nawet najbardziej dojrzałemu człowiekowi zdarza się wpadać w rolę dziecka. Dlatego na początek ważne jest, żeby zauważać, kiedy do tego dochodzi. I dostrzegać, że sposób traktowania nas przez rodziców i innych ludzi.  jest konsekwencją tego, jak sami się zachowujemy. Jeszcze przez chwilę ćwiczymy dorosłe reakcje w różnych sytuacjach. Monika czuje się coraz pewniej.

– I wiesz co, chyba przemaluję swój pokój. Już dość mam tej fuksji. A w ogóle to  zadzwonię do szefowej i spytam, czy już wie, kiedy wracają do gabinetu – mówi.

Autoterapia dla dorosłych w roli dziecka

  • Pamiętaj, że dorosła relacja z rodzicami jest jak każda inna relacja dwojga dorosłych ludzi, w której obie strony mają takie same prawa i w której nikt nic nie musi. Naturalne jest, że pojawiają się w niej konflikty – są dowodem na to, że relacja jest żywa, zmienia się, a partnerzy to są bliżej, to znów się oddalają. Jeśli poziom emocji w twojej relacji z rodzicami sięga zenitu, sprawdź, czy nie wpadasz w rolę dziecka, które tupie nogą i krzyczy: „ja im pokażę”. Jeśli tak jest, sam musisz utulić to dziecko w sobie. Spróbuj wyciszyć emocje: usiądź, uspokój oddech, jedną dłoń połóż na klatce piersiowej, drugą na splocie słonecznym, skoncentruj uwagę na dłoniach poruszających się w rytm wdechu i wydechu. Kiedy poczujesz, że złość minęła, popatrz na to, co się wydarzyło, z roli dorosłego, a nie skrzywdzonego dziecka.
  • Jesteś już dorosły i nie ma sensu oczekiwać, że rodzice ukoją twój każdy ból. Tego, czego od nich nie dostałeś w dzieciństwie, na pewno nie dostaniesz w dorosłym życiu. Sprawdź, czy sam możesz sobie to dać – wstań, złap balans w ciele, poczuj obszary swojego dorosłego ciała: silne ramiona i biodra, mocny brzuch i uda. Poczuj, że nie jesteś już bezradnym przerażonym dzieckiem, które wyciąga ręce w stronę rodziców, oczekując pomocy. Radzisz sobie w świecie, nie spoglądają do tyłu.
  • Pomyśl, czy i jak, jako osoba dorosła, możesz pomóc swoim rodzicom. Dla nich pandemia jest realnie większym niebezpieczeństwem niż dla ciebie. Jeśli przyjęli cię pod swój dach, zatroszcz się o nich, zamiast utrudniać im życie.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Toksyczni i krzywdzący czy kochający i troskliwi? Relacje rodziców z dorosłymi dziećmi

Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. O pogmatwanych relacjach dorosłych dzieci z rodzicami oraz bazie, jaką dostajemy w rodzinnym domu – z terapeutką Zuzanną Celmer rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło". 

Dorastamy, zakładamy rodziny, rodzimy dzieci, ale nawet gdy mamy 30, 40 czy nawet 50 lat i wydarza się w naszym życiu coś trudnego, to często mamy silną potrzebę natychmiast pojechać do matki i położyć głowę na jej kolanach. W takich chwilach pragniemy jej opieki, jej troski. Na powrót stajemy się dzieckiem.
Nasz związek z matką jest silnie symbiotyczny, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, ponieważ przez dziewięć miesięcy, w trakcie życia płodowego, dziecko jest z matką związane w sposób dosłowny, pępowiną, a po urodzeniu bliskość zostaje wzmocniona przez karmienie piersią i zabiegi pielęgnacyjne. W tym czasie matka wyczuwa i rozumie dziecko lepiej niż ktokolwiek inny, nic zatem dziwnego, że ten związek jest tak mocny i daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli więź nadal jest bliska, nawet myśl o niej jest jak powrót do bezpiecznego portu… Ta pierwotna więź stanowi fundament postawy emocjonalnej dorosłego człowieka. W trudnych chwilach możemy odwołać się do kapitału zgromadzonych we wczesnym dzieciństwie dobrych doświadczeń. Inaczej mówiąc, mamy się na czym oprzeć sami w sobie. Możemy na sobie polegać. Pozwala nam to przeżyć i znieść również negatywne doświadczenia. Dobre doświadczenia wyposażają nas w poczucie wartościowości własnego istnienia i bazową ufność wobec samego siebie.

Często już jako dorośli mamy różne pretensje do rodziców. Ja sama też je miałam, ale to, co pozwoliło mi się od żalu uwolnić, to próba ich zrozumienia: domów, z jakich sami wyszli, czasów, w których oni byli dziećmi. Może wtedy, na tamten moment, nie byli świadomi naszych potrzeb, swoich możliwości?
Na początek oddzielmy wszelkie dramatyczne, raniące, chłodne i wykorzystujące dzieci relacje z rodzicami – bo to osobny, choć bardzo ważny temat. Mówimy o relacjach z rodzicami, których jest najwięcej: kochającymi, lecz popełniającymi błędy; troskliwymi, ale czasem bezradnymi. Nawet jeśli intencje rodziców są jak najlepsze, to w trakcie wychowania napotykają szereg problemów, na które nie byli przygotowani i dlatego zdarza im się niewłaściwie reagować. W tym długim procesie uczą się dopiero swojego rodzicielstwa, dorastając wraz z dzieckiem. To scenariusz pozytywny. Bywa jednak, że nie widzą takiej potrzeby, narzucając własne reguły i wymagania, nie starając się poznać i zrozumieć swojego dziecka. To boli.

Boli, często przez całe dorosłe życie… Oczekiwania i pretensje do rodziców często przenosimy na życiowych partnerów. Może dobrze by było pozwolić zarówno rodzicom, jak i partnerom na bycie niedoskonałym…
Jak wskazuje szereg badań, rodzaj więzi, jaką mieliśmy z rodzicami, ma znaczący wpływ na rodzaj naszych uczuciowych relacji w dorosłym życiu. I tak pacjentka zgłaszająca trudne relacje z matką, a jednocześnie mająca w sobie zasoby serdeczności dla własnych dzieci i życzliwości wobec innych, musiała w początkach swojego życia dostać je od własnej matki, czasem babci lub innej osoby. Natomiast później, jeśli więź uległa osłabieniu lub zerwaniu, w życiu jej matki musiało się coś wydarzyć. Zdrada, rozwód, poważna choroba lub śmierć jej rodziców, zmiany hormonalne, utrata pracy, depresja… Doświadcza, jak każdy, różnych kolei losu, wyzwań i zawirowań, co odbija się na jej samopoczuciu, generując określone zachowania.

Nie podważając prawa dorosłych ludzi do ich wspomnień i ocen, w jaki sposób byli traktowani przez swoich rodziców, warto przyjrzeć się uważniej swoim zapisom w magazynie pamięci. Może utkwiły tam określone, przykre sytuacje, przesłaniając inne, fajne rzeczy. Przypomnieniem mogą być zdjęcia z dzieciństwa: tak się dzieje, kiedy analizujemy je podczas terapii. Oczywiście nie przekreśla to naprawdę złych rzeczy doznanych w rodzinnym domu. Chodzi tylko o to, aby ocena rodziców była wyważona.

Matka jest centralną postacią w naszym dzieciństwie i dorastaniu, w okresie buntu często „spada z piedestału”, ale jest to rozwojowo konieczne, by się od rodziców oddzielić. Te relacje nie zawsze potem są łatwe, i często gdy same stajemy się matkami, albo gdy jesteśmy już dojrzałe, umiemy spojrzeć na matkę inaczej – z większym zrozumieniem.
Matka zostaje strącona z piedestału nie tylko dlatego, że córka zaczyna myśleć w nowy sposób, ale także dlatego, że jest kobietą, a córka już dziewczyną. Oczywiście konflikty tego okresu mogą mieć łagodniejszy przebieg, niemniej zawsze pojawia się jakieś tąpnięcie we wzajemnych układach, przejściowe oddalenie czy poczucie rozmijania się. Jeśli matka rozumie, że to, co się aktualnie dzieje, jest co prawda męczącym, ale tylko kolejnym etapem dorastania, łatwiej będzie jej przyjąć, że córce zależy na przekształceniu ich wzajemnej relacji, a nie – jak mogłoby się wydawać – na jej zniszczeniu. Pomocna może tu być świadomość, że bez względu na jakość wzajemnych kontaktów jest – i będzie zawsze – znaczącą postacią w jej życiu, a bunt córki stanowi tylko część procesu prowadzącego do jej usamodzielnienia się. Przy takim nastawieniu z wielu kłopotów udaje się wybrnąć. Z badań wynika, że szybciej dochodzi do porozumienia, jeśli matka nie ustawia się na pozycji osoby wszechwiedzącej i rygorystycznej, ale stara się ufać i wierzyć córce, okazując jej miłość i – bez oceniania – zrozumieć jej świat.

Jak kochać matkę, która, pomimo że jesteśmy dorosłe, wciąż nas ocenia, krytykuje, nie ufa nam, narzuca swoją wolę…
Trauma powstała w wyniku takich doświadczeń stanowi częsty temat w terapii, a uporanie się z nią wcale nie jest łatwe. Dużą część pracy zmierzającej do uporządkowania swojego życia poświęcamy właśnie na analizę stosunków, jakie nie tyle łączą, co dzielą dorosłe już córki z ich rodzicielkami. Czy postępowałyby tak, wiedząc, jak mocno ich zachowania i słowa raniły w przeszłości wrażliwą psychikę córki i jak znacząco odbiły się na jej dalszych losach?

Z postacią matki łączy się bezinteresowną miłość, zawsze gotową do wsparcia i pomocy, nawet kosztem siebie. Taka jest utrwalona w stereotypie treść jej roli i kierowane do niej – nawet, jeśli w nieco zmodyfikowanej formie – społeczne oczekiwania. Dlatego niechęć ze strony prawdziwej matki, jej chłód uczuciowy, złe traktowanie, ośmieszanie i odrzucenie jest trudne do pojęcia. Z czasem musi budzić sprzeciw, złość, ale wcześniej doznaje się cierpienia i bólu.

Można się z odrzuceniem matki uporać?
Aby uwolnić się od tej traumy, dorosła kobieta może przy pomocy terapeuty zanalizować sytuację z przeszłości, przepracować doznane urazy i odbudować swoje poczucie własnej wartości. Często pomocny w tym procesie staje się kochający życiowy partner. Może też rozgraniczyć dwie „części” swojej matki: zachować szacunek dla tej, która dała jej życie, i odciąć się od jej złego wpływu. Nie pozwalać więcej się sprowokować i wykorzystać swoje bolesne doświadczenia dla tym lepszej relacji z własnymi dziećmi. Na szczęście większość kontaktów między matkami i córkami układa się inaczej. Po burzach i utarczkach udaje im się nie tylko znaleźć wspólny język, ale naprawdę do siebie zbliżyć. Warto pamiętać, że mądre wspieranie córki na jej drodze do dorosłości procentuje z czasem przyjaźnią dwóch kobiet połączonych szczególną i niepowtarzalną więzią.

Co same, jako matki, możemy zrobić dla naszych dzieci, by zachować bliską, ale nie za bliską relację?
Przede wszystkim zadbać o siebie. Jeśli matka czuje, że jej życie ma sens, jeśli czuje się kochana, jest w serdecznej, życzliwej relacji z przyjaciółmi i światem, otwarta na uczenie się swojego macierzyństwa – będzie wystarczająco dobrą matką. Miłość jest oczywiście ważna, ale istotne jest także, aby lubić swoje dziecko jako odrębnego człowieka. Lubić z nim przebywać, wspólnie się bawić, słuchać go, poznawać i mądrze wspierać. Przy dwojgu czy więcej dzieciach nie wyróżniać jednego kosztem pozostałych. Nie startować z pozycji wszechwiedzącej, nie starać się być idealną. Jeśli dziecko czuje się kochane, wybacza nam nieuniknione potknięcia. W jakimś sensie wspólnie dorastamy i wspólnie się siebie uczymy. Jeżeli mamy jakąś trudność w kontakcie z dzieckiem, zastanówmy się, z czego w nas wynika ta trudność. Dom powinien być zarówno dla młodego, jak i dorosłego dziecka przyjaznym, bezpiecznym miejscem, bo w nim – jak ujął to pedagog Stefan Szuman – bierze początek rzeka naszego życia.

Zuzanna Celmer (zm. 6 marca 2020 r.) była licencjonowanym terapeutą i jedną z pionierek psychoterapii w Polsce. Była autorką książek o tematyce małżeńskiej, społecznej i rodzinnej. Prowadziła terapię par oraz indywidualną, świadcząc pomoc w różnorodnych problemach życiowych.

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. 

- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, wyjaśniając, gdzie mogą leżeć przyczyny trudnej relacji matki z dorosłą córką.

Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że relacja matka – córka generuje same problemy.
Bo tak właśnie jest. Oczywiście, nie można uogólniać, ale zdecydowanie więcej jest problemów emocjonalnych i relacyjnych między dziećmi a matkami niż między dziećmi a ojcami. Ojciec zawsze albo prawie zawsze zachowuje większy dystans wobec dzieci, ciężar jego zaangażowania jest przeniesiony na świat zewnętrzny. Natomiast matki, z wyjątkiem tych, które weszły w role biznesowe, są skupione przede wszystkim na rodzinie i dzieciach. Z tego powodu są z nimi w bliższych relacjach i siłą rzeczy częściej występują na tej linii nabrzmiałe i nierozwiązane konflikty. Przy czym ze względu na specyficzny rodzaj  relacji miedzy synem a matką, nawet matką nadopiekuńczą, konflikty między nimi nigdy nie osiągają takich rozmiarów jak w przypadku nadopiekuńczych matek i córek. Co ciekawe, ujawniają się zwykle wtedy, gdy syn zakłada rodzinę. I wtedy nie tyle on ma problemy z matką, co jego żona źle to zaczyna znosić.

Ta sama płeć w relacji jest w takim razie plusem czy minusem?
Ze względu na płeć w relacji matka – córka występuje utożsamienie. Dla normalnego rozwoju osobowości musi jednocześnie dojść do czegoś, co jest określane jako separacja czy indywiduacja. W potocznym rozumieniu córka najpierw „zlewa się” z matką, a potem ustawia do niej w kontrze, żeby ustalić, kim sama jest. Ponieważ to niezwykle silny związek, tożsamość córki jest zaplątana w wizerunek matki. Ze względu na utożsamienie płci często dochodzi też do podświadomej rywalizacji. Córka rywalizuje z matką, a matka z córką, i nie ma to charakteru sportowego: nie chodzi o to, która wygra, tylko o to, która psychologicznie zdominuje rywalkę.

Córkę i matkę wprawdzie łączy płeć, ale dzieli różnica pokoleń, co powoduje, że światopogląd i doświadczenia matki są zabarwione przeszłością, a córki – teraźniejszością. Chociażby to może powodować między nimi konflikty. Że podam taki banalny przykład: nasze babcie prały ręcznie, nasze matki – we Frani, a my już w automatycznym Boschu. Zasada prania co prawda się nie zmieniła, ale sposób – już tak. Najbardziej nabrzmiałe problemy nie rodzą się jednak w sferze posługiwania się sprzętami, lecz w sferze uczuć.

Co jest tego źródłem?
Najczęściej niedojrzałość matki. Bo że córka jest niedojrzała – to oczywiste i normalne. Dzieci zawsze będą młodsze od swoich matek. To, co czyni nas ludźmi dojrzałymi, zdolnymi do podejmowania przemyślanych decyzji, do kształtowania swojego zdania w oparciu o doświadczenie, to umiejętność nabywana przez całe życie. Z książek, które czytamy, z filmów, jakie oglądamy, i z tego, co mówią nam inni. Dojrzałość jest sumą praktycznych umiejętności życiowych. Samo życie nie wystarczy jednak, żeby osiągnąć tak rozumianą dojrzałość. Niekiedy człowiek wręcz blokuje się na drodze do dojrzałości wskutek traum, krzywd, uzależnień, niewłaściwych wzorów. Można mieć według metryki 48 lat, a dojrzałość na poziomie nastolatka. Dotyczy to oczywiście także niektórych matek...

Czy dlatego bywają nadopiekuńcze?
Po pierwsze, mogą tak pojmować rolę matki – kurczowo trzymając swoje dziecko pod kontrolą, niezależnie od jego wieku. A po drugie, są nadopiekuńcze, ponieważ nie mają innego życia osobistego i uczuciowego poza realizowaniem swego macierzyństwa. Takie matki, nawet jeśli żyją w małżeństwie, nie śpią ze swymi mężami, nie planują wspólnych wieczorów czy wakacji. Mąż jest meblem, wygodnym fotelem, na którym się czasem przycupnie, który wypełnia jakiś kąt w pokoju, ale to nie jest żadna relacja. Co więcej, małżonkowie mogą tak żyć latami, bogobojnie i wiernie.

A przecież człowiek jest istotą uczuciową, potrzebuje bliskości jak powietrza. Kochać kogoś, być dla kogoś – to nasza największa potrzeba. Więc jak związek z partnerem nie zaspokaja tej potrzeby, to całe swoje życie emocjonalne kobieta lokuje w dzieciach. A ponieważ synowie rzadziej dają się zawładnąć, pada na córki, a te są w rękach matek jak plastelina. Na dodatek są przez nie wpędzane w poczucie winy – oczywiście to wszystko dzieje się podświadomie. Żadna matka przecież nie obmyśla: „Zrobię ci numer, dostanę apopleksji”. Ona dostaje apopleksji na samą myśl o tym, że córka chce spędzić święta w górach, a nie w domu. Takie uzależnienie przypomina alkoholizm, narkomanię, kompulsywny hazard. Osoba uzależniona nie może się sama z tego wydostać, a gdy jej ktoś mówi: „Mamo, nie rób tak”, to się oburza: „Jak możesz tak do mnie mówić?!”. Tak samo reaguje alkoholik. Tylko że w tym wypadku mamy do czynienia z uzależnieniem od drugiej osoby. Od swojej bezradności życiowej, od tyranizującej więzi, która staje się pułapką dla obydwu stron.

Jak postępować z „uzależnioną” matką?
Dokładnie tak jak z alkoholikiem. Córka musi przestać kierować się lękiem, współuzależnieniem, poczuciem winy, tylko przejąć kontrolę nad własnym życiem. Uzyskawszy wsparcie od męża, przyjaciółki czy koleżanki z pracy, którzy powiedzą: „Nie możesz swojego życia podporządkowywać matce kosztem własnych potrzeb. Ona jest dorosła, poradzi sobie. Możesz jej pomóc, ale powinnaś być konsekwentna”. Jeśli za przykład podamy kwestię świąt, córka może zakomunikować mamie, że przyjedzie do niej dzień przed Wigilią, pobędą razem, ale na święta wyjeżdża. Czyli: asertywność, stanowczość i nieponoszenie konsekwencji cudzych słabości czy uzależnień. Choć przykład ze świętami może być dwuznaczny. Ktoś powie: „Ale cóż pani doktor wygaduje?! Przecież święta to Tradycja, Katolicyzm, Rodzina…”. Odpowiadam: „Ależ tak, pod warunkiem że z tego wynika coś dobrego”. Jeżeli przy okazji świąt mama zawsze wypomina, a tata zawsze się upija – to jest wykorzystanie, skądinąd pięknego symbolu i tradycji, do podtrzymania patologii. I to nie jest dobre. Wtedy człowiek nie ma innego sposobu, jak się uniezależnić, czyli odseparować, oddalić, zacząć funkcjonować zgodnie ze swoim systemem wartości, a nie podtrzymywać tradycję rodzinnych niesnasek.

Można w dorosłym życiu ułożyć sobie na nowo relacje z matką? Czy trudne relacje matki z dorosłą córką mogą uleć poprawie?
Oczywiście. Relacje to jest coś, na co mamy wpływ, czemu możemy nadawać nowe tory, sterować tym jak podczas nawigacji.

A jeśli matka odmawia współpracy?
Czasami pytają mnie ludzie, co robić z matką, która nie chce się zmienić mimo próśb i tłumaczenia. Odpowiadam: „Wyobraź sobie, że mama ma alzheimera. I że cokolwiek byś nie mówiła, to ona jest za szklaną szybą”. Oczywiście, ona przeważnie nie ma żadnego alzheimera, ale jej mózg już zastygł. Bo co to znaczy: przekonać kogoś, by czegoś nie robił? To znaczy poprosić, by się czegoś nauczył. Bo oduczyć się, to też się nauczyć. Niestety, niektórzy ludzie są już do tego niezdolni.

Ja mam psa i zawsze po nim sprzątam, ale czasem spotykam ludzi, którzy po swoich psach nie sprzątają. Wtedy daję woreczek i mówię: „Może pan skorzystać z mojego, mam zapasowy”. „Ja nie sprzątam po psie!” – słyszę często w odpowiedzi. Ale ktoś inny mówi za to: „Dziękuję, skorzystam”, po czym zaczynamy się umawiać na wspólne spacery z psami. Tak samo jest z matkami. Jeśli matka mówi: „Jak ty możesz czegoś ode mnie wymagać?”, to znaczy, że ona nie rozumie swojej córki i nie chce zrozumieć. Często z wiekiem przychodzi przekonanie, z gruntu fałszywe, że wie się już wszystko i zawsze ma się monopol na rację. Tymczasem inni ludzie mają swoje racje i one bywają odmienne od naszych.

Ale taka uparta matka święcie wierzy, że chodzi jej tylko o dobro córki. Powtarza: „Nikt inny nie będzie cię kochał tak jak ja. Robię dla ciebie wszystko”.
Więc skoro jesteś w stanie zrobić dla mnie wszystko, to przestań mnie kontrolować jak małe dziecko. I co mama na to? Z drugiej strony, relacja z matką jest wyjątkowa i żadna inna jej nie zastąpi.

Nawet, gdy czujemy nienawiść do matki, trzeba ją przede wszystkim kochać i szanować?
Kochać w ogóle warto, bo to wspaniałe uczucie. Chociaż w dziesięciorgu przykazań nie widnieje: „Kochaj ojca swego i matkę swoją”, tylko „czcij”, czyli szanuj. Nie ubliżaj im, nie ograbiaj, nie krzywdź. Co nie znaczy: bywaj u nich co niedziela. Możesz ich nie widywać, ale ich szanuj. Trudno kochać kogoś, kto zatruwa nam życie, ciągle poucza i krytykuje, jest wścibski, przemądrzały, wszystko wie najlepiej. Miłość w dziecku rodzic buduje, pokazując, jak się kocha – czule, ciepło, mądrze i dojrzale.

A co znaczy: mądrze kochać?
To znaczy nie uwłaczać godności dziecka, nie pozbawić go poczucia bezpieczeństwa, czyli: nie straszyć, nie bić, nie wyśmiewać i nie grozić: „bo mamusia nie będzie cię kochać”, „jak nie wrócisz do 22.00, to ja będę chora” albo: „przez ciebie mam okropne życie”. Gdy dzieci coś takiego słyszą, przestają wierzyć w miłość rodziców i stopniowo tracą poczucie własnej wartości.

Matka uczy też dziecko miłości, pokazując, jak kocha tatusia, swoich rodziców, siostrę, brata… Dzieci się uczą nie tego, co im mówimy, tylko tego, co robimy. To główna zasada wychowania.

Czego jeszcze uczymy się od matek oprócz miłości?
Jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Oczywiście, możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba. Może mieć całkiem odmienne cechy, zainteresowania, potrzeby i cele. Jeżeli matka z temperamentem zacznie przejawiać niecierpliwość w stosunku do flegmatycznej czy marzycielskiej córki, to prawie na pewno zachwieje poczuciem wartości dziecka. Wtedy powinni wkroczyć inni dorośli, na przykład babcia, która będzie podkreślać mocne strony dziecka i okazywać uznanie dla tego, co ono umie, lubi i jak sobie radzi. Mama oczywiście doda: „ale bucików jeszcze nie umie zawiązać”, a babcia: „ale Ania zna tyle wierszyków i pięknie bawi się z dziećmi”. I Ania w ten sposób dowie się, że mama wolałaby, żeby ona była trochę inna, natomiast babcia akceptuje ją taką, jaka jest. Dziecko czerpie wiedzę o sobie nie tylko od mamy, dlatego powinno być otoczone różnymi ludźmi. To nie jest żadna nowa koncepcja, tylko pradawna idea wychowania plemiennego.

Mówimy dziś o problemach na osi matka – córka, matka – syn. Kiedyś w ogóle nie było takiego tematu. Po pierwsze, kobiety rodziły dużo dzieci. Same się nimi nie zajmowały – miały do pomocy krewnych, starsze dzieci, swoich rodziców. Dzieciństwo zresztą szybko się kończyło: dzieci zaczynały wcześnie pomagać w pracy dorosłym i szybko odchodziły z domu rodzinnego. Nawet arystokracja posyłała dzieci bardzo wcześnie w dorosłe życie.  Więc to, że dzisiaj rodzice poświęcają tyle czasu i uwagi swoim dzieciom, to wynalazek współczesności.

Dzisiaj też rodziców o wiele rzeczy się obwinia, a zwłaszcza matki.
Bo nie ma kogo innego winić. Inną nowością jest „wychowywanie” przez grupę rówieśniczą. Kiedyś czegoś takiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzieciństwo było krótkie i przebiegało wyłącznie w obrębie rodziny. To my urządziliśmy sobie świat, w którym dziecko siedzi na tronie. I albo ten tron jest na chwiejnych nóżkach, bo rodzice zapominają, że mają dziecko, albo jest piedestałem nie wiadomo jakiego wcielenia boskości i rodzice wtedy zwyczajnie bzikują.

Brytyjski psychiatra Donald Woods Winnicott jest autorem określenia: „wystarczająco dobry rodzic”. Nie idealny, nie najlepszy, ale wystarczająco dobry. Czyli taki, który czasem popełnia błędy, ale ma też prawo zadośćuczynić i przeprosić – jednak to wymaga dojrzałości. A jeżeli mam kompleksy wobec własnego dziecka i chcę udawać ideał, to tworzę fikcję. I krzywdzę własne dziecko, które też będzie chciało dążyć do jakiegoś nierealnego superwzorca. Rodzice, którzy sami mają poczucie wartości, na ogół wychowują dobrze. Rodzice, którzy wstydzą się w sobie jakichś rzeczy, nie chcą z czymś się pogodzić, zazwyczaj w swoich dzieciach coś „majstrują”. I to majstrowanie na ogół źle rokuje.

Akceptacja siebie przekłada się na akceptację dziecka? Czy to sposób, który np. naprawi trudne relacje matki z dorosłą córką?
Dziecko nie potrzebuje wielkiego mieszkania, dużego samochodu, lekcji angielskiego czy tenisa. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości i dobrych, prawdomównych wzorów.

Ostatnio odprowadzałam mojego malutkiego wnuczka do córki, a on w krzyk: „Babciu, ja chcę do was”. Ja na to: „Anker, nie możesz teraz do mnie iść, bo ja zaraz wychodzę”. Wtedy moja córka dyskretnie szepnęła: „Mamo, przecież tak naprawdę nigdzie nie wychodzisz”. Oczywiście, że ona ma rację! Po co wymyślać jakieś nieprawdziwe powody, prędzej czy później dziecko nauczy się tego samego… Ono ma przyjąć do wiadomości, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi sobie z chwilową frustracją poradzić. Gdy się tego nauczy w wieku dwóch lat, to przygotuje się na większe frustracje w wieku 20 czy 50 lat. W tej sprawie ja się czegoś nauczyłam od mojej córki, a nie ona ode mnie.

Prawdomówność w relacjach jest bardzo ważna, bo dziś lekko naciągnę prawdę, ale gdy za kilka lat powiem do dziecka: „nie jedź autostopem”, to ono mnie nie posłucha, bo nie będzie miało do mnie zaufania. I potem rodzice się dziwią, dlaczego. Ano dlatego, że tyle razy skłamali.

Własny rozwój to podstawa dla dobrej relacji matki i córki?
Tak, z tym że trzeba zadbać, by własny rozwój nie pozbawił wrażliwości na cudze potrzeby. Jeżeli matka jest samotna, cierpiąca, chora, to jej się co najmniej tyle należy od córki, ile ona okazywała jej troski, gdy córka tego potrzebowała. Czyli uwaga, sprowadzenie lekarza, może wynajęcie opiekunki czy umieszczenie w szpitalu czy sanatorium. Te „świadczenia” wynikają z powinności, nawet odpowiednio uregulowanych w naszym prawie. Miłość to trochę inna sprawa.

  1. Psychologia

Syndrom wiecznej córeczki - bez niezależności nie ma dorosłości

W dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
W dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcemy być niezależne i stanowiące o sobie, nie uwieszamy się na ramieniu partnera, co to, to nie! Za to na mamę i tatę zawsze możemy liczyć. Gdyby tylko przestali wtrącać się w nasze sprawy… Niestety, w dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić.

Z rodzinnymi relacjami większość z nas ma jakiś problem. Niby nic wielkiego, wszystko pod kontrolą, te same „drobiazgi” od lat. Wiadomo, że mama, choć jeszcze niedawno wspierała twoją nową dietę, przy najbliższej możliwej okazji podsunie ci talerz z kolejną potrawą: „Nie spróbujesz kaczuszki z jabłkami? To dla kogo ja tyle godzin spędziłam w kuchni?”. A ojciec rzuci mimochodem: „Jak tam w pracy?”, a ty poczujesz, że czas cofa się o jakieś 20 lat, kiedy pytał: „Jak tam w szkole?”, a potem dodawał: „Tylko czwórka, nie stać cię na więcej?”.

Ach, ci rodzice, kochasz ich, bo dali ci życie, ale czasami zastanawiasz się, czy to, co cię z nimi naprawdę łączy, to na pewno więzi? A może raczej więzy: niby niewidzialne nici, a jednak krępują cię jak kajdany, cofają w czasie, zmuszają do ustępstw, robią wodę z mózgu, hamują rozwój i zniewalają.

Czasami masz ochotę przeciąć je jednym zdecydowanym ruchem, tak jak położna przecięła pępowinę w momencie twoich urodzin.
Zaraz potem budzi się poczucie winy – przecież oni chcą dla ciebie jak najlepiej. Ciągle łudzisz się, że w końcu się zmienią, zaakceptują fakt, że nie jesteś już małą dziewczynką, pozwolą ci wreszcie dorosnąć, pobłogosławią na dorosłą drogę… Stop! Skończ z tymi iluzjami. Teraz twój ruch.

Separacja od rodziców to pierwszy i najważniejszy krok na drodze do dojrzałości. To proces, który leży wyłącznie w twoich rękach. Nie licz na to, że rodzice się zmienią, to ty musisz się zmienić. Bez względu na wiek możesz to zrobić. Najważniejsze to zadać sobie pytanie, czy jesteś gotowa wziąć w pełni odpowiedzialność za swoje życie.

To wszystko przez rodziców

Kilka dni temu miałam symboliczny sen. Byłam w moim rodzinnym domu, sama. Nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Przerażona zadzwoniłam do rodziców. – Tato, musisz mi pomóc, boję się – tłumaczyłam bliska łez. – Córeczko, jesteś już dorosła, musisz poradzić sobie sama – odpowiedział. Obudziłam się zlana potem. Nie rozumiałam, co się stało. Zawsze mogłam liczyć na rodziców, dlaczego tym razem nie chcieli mi pomóc? Dlaczego ojciec zostawił mnie samą, kiedy tak bardzo się bałam? Czy dorosłe dziecko nie może oczekiwać od rodziców pomocy?

Magda niedawno skończyła trzydziestkę i studia. Po drodze miała kilka falstartów: zmiana kierunku, zawalona sesja. Myśli o tym, żeby dalej się uczyć. Rodzice ją bardzo do tego zachęcają: „Stać nas, żeby cię utrzymywać. Ty tylko się ucz”. Sytuacja niezwykle komfortowa, ale…

– Mama ciągle grzebie w moich rzeczach, kontroluje moją komórkę, dopytuje, z kim się spotykam, każe wracać do domu przed północą – opowiada.

– Może powinnaś wyprowadzić się od rodziców i zacząć żyć na własny rachunek? – delikatnie sugeruję.

– Ale jak to? Albo studia, albo praca. Bez pomocy rodziców się nie utrzymam. Poza tym oni są szczęśliwi, że mogą mi pomóc.

No cóż, w życiu nic nie ma za darmo. Pomoc równa się oczekiwania i wymagania.

Rodzice Iwony, 45-letniej księgowej, zajmują się jej dziećmi. Mały jest chorowity, nie nadaje się do przedszkola, córeczka jest już w pierwszej klasie i nie lubi świetlicy. Obydwoje z mężem pracują. – Rodzice są na emeryturze i uwielbiają zajmować się wnukami. Tylko za bardzo wtrącają się w nasze życie. Mój mąż ma już tego dość – mówi Iwona na kolejnej sesji. – Może powinniście znaleźć opiekunkę do dzieci? – podpowiadam. – Mąż nie zgodzi się powierzyć dzieci obcej osobie.

No cóż, ten rządzi, kto ma (lub komu dajemy) władzę. Dziadkowie zwykle wychowują wnuki według własnego pomysłu, i mają do tego prawo.

Kasia (47 lat, kosmetyczka, tuż po rozwodzie) cierpi na kompulsywne objadanie się, od lat ma nadwagę. Diety, aktywność ruchowa, ograniczanie słodyczy – pomagają na krótko. – Do wizyty mamy – mówi Kasia. – Wpada do mnie przynajmniej raz w tygodniu i zapełnia mi lodówkę. A potem sprawdza, czy wszystko zjadłam. Jak ja mam się odchudzać? – Może powiedz jej, że sama będziesz dbać o swoje posiłki? – Żartuje pani?! Jak mam odmówić mojej mamie? Przecież ona ma chore serce.

U kobiet lęk przed opuszczeniem gniazda czy emocjonalną separacją od rodziców czasami przybiera postać anoreksji bądź właśnie kompulsywnego objadania się. W ten sposób realizują podświadome pragnienie pozostania małą dziewczynką, która może się schronić pod skrzydłami opiekuńczej mamy.

Dojrzałość to umiejętność powiedzenia rodzicom: „nie” tak, by to usłyszeli. To o wiele trudniejsze niż zwalanie całej winy na rodziców, narzekanie na ich nadopiekuńczość, despotyzm, szantaż czy manipulację chorobą, ale za to o wiele skuteczniejsze.

Syndrom zagraconego gniazda

Z badań wynika, że Polacy coraz później opuszczają rodzinne gniazdo albo po latach do niego wracają, czasami sami, innym razem z partnerem i dziećmi, bo jedno z nich traci pracę, albo mają dość wynajmowania, chcą pomieszkać kątem u rodziców i odłożyć na własne M. Nawet jeśli mieszkają osobno, to chętnie korzystają z pomocy materialnej: babcia płaci za szkołę wnuka, a dziadek dorzuca się do kredytu albo nowego samochodu. Taka pomoc tworzy zależność. Babcia ma pełne prawo, by znać efekty lokowania swoich pieniędzy, dziadek może chcieć mieć swoje zdanie w sprawie urządzenia mieszkania albo wyboru marki samochodu. W końcu za to płaci. Myślisz, że to niesprawiedliwe? Że gdyby rodzice byli mniej despotyczni, mniej nadopiekuńczy czy kontrolujący – to wasze relacje byłyby świetne? Przez lata obwiniano ojców i matki za wszystkie problemy dorosłych dzieci.

Przez mój gabinet przewinęło się całe mnóstwo pacjentów DDA, dzieci zaborczych albo odrzucających rodziców, małżeństw rozpadających się z powodu zbyt ingerujących teściów… Najgorsze było to, że pokrzywdzeni oczekiwali, że zmienię ich rodziców, ukarzę, obwinię sprawców i będę współczuć ich ofiarom. Teorie psychologiczne oscylowały od drobiazgowego analizowania urazów z dzieciństwa aż po zalecenia zerwania więzi z rodzicami. Efekty? Moim zdaniem niewielkie. Zmiana kogokolwiek bez jego zgody to iluzja. W większości przypadków rodzice moich pacjentów to cudowni ludzie, kochający i chcący dla swoich dzieci wszystkiego, co najlepsze.

Zdrowe relacje z rodzicami w dorosłym życiu oznaczają pełną samodzielność i odpowiedzialność. Jeśli nadal potrzebujesz od nich pieniędzy albo jakiejkolwiek innej pomocy, to trudniej jest ci mieć własne zdanie, kwestionować opinie i decyzje rodziców. Choć metrykalnie dorosła, nadal jesteś w jakiś sposób od nich zależna. A im bardzo często to również nie jest na rękę. Gdy dziecko opuszcza dom rodzinny po to, by założyć własną rodzinę, następuje weryfikacja jego więzi z rodzicami, a jednocześnie sprawdzian skuteczności i efektów procesu wychowawczego. Bezkonfliktowa separacja od rodziny to prawdziwe błogosławieństwo dla obydwu stron. Poza nielicznymi wyjątkami, nawet najbardziej zaborcza matka, kiedy widzi, że jej córka bądź syn świetnie sobie radzi, czuje się szczęśliwa i, po okresie buntu i cierpienia z powodu „odstawienia od piersi”, zaczyna odnajdować się w roli niezależnej matki dorosłego dziecka. W świecie ptaków pisklę samo podejmuje decyzję o wyfrunięciu z gniazda. Te bardziej oporne są na siłę wypychane przez rodziców. Na szczęście w świecie ludzi „przeterminowane dzieciaki” coraz częściej piętnowane są mianem wygodnickich leserów, którym nieśpieszno do dorosłego życia, i nikt ich nie żałuje.

Przypomnij sobie, co czułaś, kiedy pojawiłaś się w domu rodzinnym pierwszy raz po wyprowadzce i okazało się, że twój dziecięcy pokoik został całkowicie przemeblowany: zniknęły pluszaki i plakaty ze ścian, a w miejsce twojego łóżka stanął stół i komputer ojca? Zabolało?

Dorosłe córki rodziców

W momencie narodzin, kiedy położna przecięła pępowinę łączącą cię z matką, stałaś się niezależną istotą. Ale nadal łączy was pępowina emocjonalna i więź rodzinnej lojalności. Jednak więź to nie więzy, czyli emocjonalne kajdany, które sprawiają, że pomimo wieku nadal masz być dzieckiem w pełni uzależnionym od rodziców. To ty musisz dać sygnał do zmiany relacji. Może pora już popatrzeć na rodziców oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego, pełnego pretensji dziecka? Zamiast koncentrować się na „tych złych” zachowaniach rodziców, pomyśl, jaki czerpiesz zysk z tego, że dajesz im przestrzeń na to, by traktowali cię jak małe dziecko.

Jeśli chcesz zmienić wasze relacje, zacznij od ograniczenia pomocy rodziców. Pokaż im – a przede wszystkim samej sobie – że potrafisz w życiu radzić sobie sama. Rozpocznij proces zamykania drzwi do dziecięcego pokoju. Rodzice dali ci życie i byli najlepszymi rodzicami, jakimi potrafili być. Dali ci to, co byli w stanie dać, chcą dla ciebie jak najlepiej, ale ich rola już się skończyła. Zaakceptuj ich takimi, jacy są, oni prawdopodobnie już się nie zmienią. Przestań obciążać ich swoimi problemami, nie angażuj ich w swoje życie. Dziel się z nimi radościami, ale smutki i kłopoty zachowaj dla siebie.

Pamiętaj, że nie jesteś dłużnikiem swoich rodziców, swój „dług” spłacisz, wychowując własne dzieci.
Proces dojrzałego odchodzenia od rodziców wymaga czasu. Jeśli rzeczywiście jesteś gotowa, by stanąć na własnych nogach, rodzice w końcu usłyszą twoje „nie”.