1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym partnerem i otworzyć się na nową miłość?

Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym partnerem i otworzyć się na nową miłość?

Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Łatwo powiedzieć: „To już koniec”, ale rozstanie to nie tylko deklaracje. Nasze emocje za nimi nie nadążają. Dodatkowa trudność to niewyrażone żale i zapatrzenie w przeszłość. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym czy byłą i otworzyć się na nową miłość – wyjaśnia psycholożka doktor Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

"Jeśli chcesz z córką spędzić wakacje, musisz jechać z nami, sama z tobą nie pojedzie” – usłyszał pewien świeżo rozwiedziony mężczyzna. Pewnie zasłużył sobie na złość byłej żony, bo albo zdradził, albo odszedł do innej, a może roztrwonił ich pieniądze na dom? Ale po co takiego trzymać na smyczy? Przecież nie po to, by znów z nim być?
Czasem powodem jest pielęgnowanie złudzenia, że jeszcze będziemy razem. Częściej jednak kieruje nami chęć zachowania poczucia własnej wartości, czyli udowadnianie sobie, że nadal steruję tym mężczyzną. Robię więc różne rzeczy, by się o tym przekonać, np. dzwonię ze skargą, że auto nie zapaliło. No to on przyjeżdża, patrzy: niezatankowane. I biegnie z kanistrem na stację benzynową. Albo informuję go, że czeka mnie operacja lub jestem bardzo chora. Powodem takiego wikłania bywa też chęć zemsty. Staram się o to, by były partner znów za mną zatęsknił, a ja wtedy powiem mu: „Figa z makiem!”. Kolejny motyw trzymania na smyczy byłego męża to ambicja: „Jeśli nie ja, to żadna inna nie będzie go miała”. Ale jakakolwiek jest motywacja, prawdziwą przyczyną są zawsze dawne żale. I to z obu stron. Bo takie gry są możliwe tylko z mężczyznami, którzy chcą w nie grać. A więc z tymi, którym to pochlebia, którzy myślą: „Wciąż mam nad nią władzę. Niech zobaczy, jaki jestem wspaniały, i za mną zatęskni”. Ale to jak przechowywanie w domu śmieci z zeszłego roku, niedobry pomysł.

Jak zamknąć za sobą drzwi, wybaczyć, uwierzyć na nowo w siebie, zwłaszcza gdy mamy z byłym/byłą dzieci?
Dotyka pani szalenie ważnej sprawy, która czasem uniemożliwia otworzenie się na nową relację, a mianowicie – akceptacji rzeczywistości. Jeśli jej nie akceptuję, to nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy. A wtedy – chociaż tamtego człowieka nie ma fizycznie, tak na co dzień, koło mnie – on jest cały czas w mojej głowie, taki nieobecny obecny. Sama go stwarzam, jeśli wciąż zastanawiam się, przypominam sobie, roztrząsam to, co było i co mogłoby być, gdybym postąpiła inaczej. Stwarzam nieobecnego obecnego, gdy wierzę, że tamta relacja mogłaby się nie skończyć. Łudzę się, że tamta miłość powróci, jeśli tylko... Takie myślenie to kotwica, która trzyma w miejscu, w przeszłości.

Czasem ludzie mówią: „Ale my mieliśmy taki seks i takie poczucie jedności jak z nikim innym”. Albo: „To był mężczyzna/kobieta mojego życia, tylko byłam za głupia/za głupi…”.
Właśnie – „byłam/byłem”. Póki wciąż jestem w tym, co minęło, nie mogę iść do przodu: nie mogę tak szczerze i w pełni wejść w nowy związek, a więc przeżyć w nim seks „po nowemu” i poczuć nową bliskość. Jestem z kimś nowym na pół gwizdka i dlatego na pół gwizdka doświadczam.

Złość na byłego czy byłą też może być przeszkodą? Pewien mężczyzna opowiadał nowej partnerce, jak skrzywdziła go była żona, więc ta myślała, że już tamtej nie kocha. Jednak skupienie jego uwagi – nawet tej złej – na eks było tak duże, że zaczęło niszczyć nowy związek.
Złość nie zawsze mija razem z miłością. Może trwać mimo jej braku. Ale może być też sygnałem, że nie rozstaliśmy się do końca. Dlatego w takiej sytuacji warto powiedzieć partnerowi: „Kochany, załatw tę sprawę, bo nie możemy przez nią być szczęśliwi. Idź do psychologa (lub do kumpla, do barmana) i zrób coś z tym! Ale mnie już tymi wspomnieniami nie dręcz”. Nowy związek to nie miejsce na roztrząsanie starych uczuć. Mówimy, oczywiście, co się z nami dzieje, ale nie „szczególimy”. Nie wywalamy tego, co mamy nazbierane na wątrobie, w nowej sypialni. Nowy związek jest po to, byśmy zaplanowali nowe życie: dom czy mieszkanie? A dzieci? Czy będziemy je mieć? A jak je wychowamy? To nierealne, kiedy wciąż wspominamy, czujemy złość albo smutek, a nawet planujemy zemstę... Nie możemy wtedy mieć dobrego nowego związku ani nauczyć się żyć samotnie, a być może tak wolelibyśmy i też tak byłoby uczciwiej wobec ewentualnych partnerów czy partnerek. Roztrząsając przeszłość, mamy tylko iluzję miłości i rojenia o szczęściu.

Bywa, że do życia w iluzjach jesteśmy zmuszani. Tak jak mężczyzna, który szantażowany przez byłą żonę, że rozstanie zabije ich córkę, udawał, że z nimi nadal mieszka. Wynajął mieszkanie obok i przychodził o świcie przed pracą, żeby oszukać dziecko. Inny przekonał synka, że mieszka z dziadkami, bo oni potrzebują opieki.
Kobieta wikłająca byłego w przeszłość sama jest w nią uwikłana. Jeśli trafi do mnie, to ja jej bardzo współczuję. Najwidoczniej czuje się nadal boleśnie zraniona, z czego nie zdaje sobie sprawy. I pogrywa dziećmi, nawet nie myśląc o tym, że używa ich do zemsty i kontroli nad byłym. Często jest nawet przekonana, że kieruje nią dobro dziecka. Nie pogodziła się więc z rozstaniem i, co gorsza, nie daje szansy pogodzić się z nim swojemu dziecku, a nawet byłemu partnerowi. Trauma ich rozstania trwa przez to nadal. Kiedy tak zagubiona i zraniona kobieta trafi do mnie, pytam ją: „Czy chcesz nauczyć się żyć i postępować inaczej? Zmienić swój los? Żyjąc w taki sposób, nie dajesz sobie szansy na nową miłość, bo cały czas tkwisz jedną nogą w przeszłości. Czy chcesz uwolnić się od tego cierpienia? Dorosnąć?”.

Dorosnąć?
Tak, bo brak akceptacji dla rzeczywistości, czyli w tym wypadku dla rozstania, świadczy o braku dojrzałości. Ten problem dotyka tego, co mnie najbardziej zajmuje jako psycholożkę. Podtrzymywanie iluzji to dowód niedojrzałości. Bo jej miarą jest właśnie zdolność i umiejętność akceptacji faktów. Jak w tej modlitwie: „Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

No tak, ale jak odróżnić to, na co mam wpływ, od tego, na co wpływu nie mam?
Jeśli jestem dojrzałym człowiekiem i nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy, tego, że jestem sama – wciąż liczę na to, że ta miłość powróci – sprawdzam, czy to możliwe. Jeśli nie mam pomysłu, jak się o tym przekonać, proszę o radę fachowca i dostaję wskazówki. Zapewne poradzi mi, bym z tą osobą porozmawiała, napisała do niej list, pojechała i wyciągnęła rękę. Mówimy: „Słuchaj, przebaczam ci wszystko”, jeśli to on mnie zdradził, oszukał itp. Albo jeśli to ja zawiniłam, przyczyniłam się do naszego rozstania: „Przebacz mi, proszę, wszystko i zacznijmy od nowa”. A potem czekam na odpowiedź. Jeśli jednak usłyszę: „Dziękuję, nie”, to wracam do pierwszego punktu – jeśli nie mogę zmienić, to muszę zaakceptować. Dać za wygraną. To proste i na tym można zakończyć ten wątek.

Może. A da się tego nie zaakceptować?
A masz wybór? Nie masz. W każdym z nas jest dziecko, które chce, żeby było tak, jak ono myśli. Ale ponieważ to jest dziecko, to raz chce, a raz nie. No więc masz go co prawda dość, ale myślisz: „A może on się zmieni?!”. Albo: „Koleżanka ma gorzej”. Albo: „Mama mi mówi, że ona to dopiero miała życie! W porównaniu z moim było koszmarem”. Czyli mogę raz chcieć, a raz nie chcieć. A to przeszkadza zobaczyć rzeczywistość. Trzeba nazwać problem, by go rozwiązać, bez tego będę walić głową w mur, aż ją sobie rozbiję. A mur? Jak stał, tak stoi. No i wtedy dopiero – cała pokiereszowana, zrezygnowana – pogodzę się z faktami: już nie jesteśmy razem.

Akceptacja dotyczy w tym wypadku nie tylko rozstania, lecz także tego, co to znaczy „się rozstać”.
Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym, co to znaczy, a więc że nie jest już na każde moje zawołanie. Tylko to, co dotyczy naszego dziecka, dotyczy i jego. Nic poza tym. Choroby, długi, praca matki tego dziecka – już nie. Dbamy razem tylko o dobrostan dziecka, ale już nie o drugiego rodzica.

Jak uwolnić się od tych iluzji, od poczucia krzywdy albo winy, żalu? Jak nie dać się szantażować?
Użyć rozumu, pomyśleć: „Czy mi to służy, czy szkodzi?”. Jeśli on zniszczył moją samoocenę, to znaczy, że jestem współuzależniona. Bo wtedy moje poczucie własnej wartości zależy od tego, co robi ktoś inny. Nie ma jednej, dobrej dla wszystkich metody wybaczenia. Jedni mają większą duchową siłę, inni mniejszą, a zdolność do wybaczenia zależy właśnie od niej. Od zdolności do zaakceptowania rzeczy, których nie pochwalam lub które mnie bolą. Mogę to zrobić, jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że ja też nie jestem doskonała. A więc wybaczenie wymaga też cnoty pokory. Kiedy wiem, że sama nie zawsze postępuję właściwie, mam większą wyrozumiałość dla innych. Ludzie zdradzają, piją, kłamią, kradną. Nie idealizuję innych ani siebie. W wybaczeniu może pomóc przestawienie się z myślenia negatywnego (roztrząsanie jego wszystkich wad i win) na pozytywne (przypomnienie sobie o zaletach i dobrych uczynkach). Tak dla równowagi.

Jak to zrobić?
Pomyśleć: „Może był złym mężem, ale jest cudownym ojcem”. I łatwiej będzie pozwolić mu odejść, założyć nową rodzinę, być szczęśliwym. Pożegnać się z nim albo pozwolić mu wrócić i zacząć od nowa.

A jeśli nie wracamy do byłych, to co zrobić w sytuacji, kiedy jesteśmy wikłani, i to poprzez dzieci?
Iść do sądu, nie bać się; znam wielu wspaniałych sędziów rodzinnych. Są tam też mediatorzy. Wroga postawa i zaprzeczanie rzeczywistości są szkodliwe dla dzieci. Bo dzieci żyjące w kłamstwie i iluzji nie mogą prawidłowo się rozwijać, nie wierzą temu, co czują i co widzą.

Nowa partnerka co może zrobić?
Zadzwonić do byłej. Ja bym tak zrobiła i powiedziała: „Jestem jego kobietą i chciałabym uczestniczyć w każdej ważnej części jego życia. Nie wiem, jak pani patrzy na całą sprawę, ale ja też nie wiem, jak na nią patrzeć. Porozmawiajmy, zastanówmy się razem”. Nierozmawianie o tej sprawie ze wszystkimi uczestnikami jest niedobre. Tamta kobieta mogłaby powiedzieć: „Czekam, aż dziecko będzie miało 12 lat”, a wtedy ja: „Ale dla mnie to oznacza bycie w bardzo niekorzystnej roli przez kolejne lata”. W moim interesie leży, żeby mieć jasność.

Dzwonienie do byłej to nie jest przekraczanie granic?
Przecież chodzi o moje sprawy. Nie idę do niej i nie mówię jej, co ma robić: „Najlepiej sobie kogoś znajdź…”. Mówię tylko o sobie i dbam o swoje sprawy, a to nie jest przekraczanie granic. Ukrywanie rozwodu ma służyć dziecku? Nie służy nikomu. Przecież zdarza się, że w jego klasie co drugi uczeń nie mieszka z obojgiem rodziców, a co czwarty ma rodzeństwo z drugiego małżeństwa rodzica. Rozwód to nie jest wstydliwa choroba. To często sposób rozwiązania groźnych konfliktów i poprawy jakości życia emocjonalnego wszystkich zainteresowanych. Tak jak akceptacja rzeczywistości, a ta bez względu na to, czy dotyczy starzenia się, śmierci bliskiej osoby, czy utraty majątku, zawsze jest warunkiem pogody ducha.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska doktor psychologii, terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek, m.in. „Zaproszenia do życia”, „ Podnieś głowę” i „Sekretów kobiet”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Tylko nie ghosting – jak zakończyć związek, szanując drugą osobę?

Kończąc z kimś relację starajmy się przede wszyskim uszanować uczucia drugiej osoby. (fot. iStock)
Kończąc z kimś relację starajmy się przede wszyskim uszanować uczucia drugiej osoby. (fot. iStock)
Telefonicznie, mailem czy sms-em? Coraz częściej niestety posługujemy się komputerem lub telefonem, by zakończyć niewygodny dla nas związek. Stosujemy ghosting kończąc nawet dłuższą relację. Nie bierzemy pod uwagę, że nie tylko to, co powiemy, ale też forma, w jakiej chcemy to przekazać, może mieć ogromny wpływ na osobę, którą właśnie zamierzamy zranić.

Zarówno psycholodzy, jak i socjologowie są bezsilni wobec statystyk: coraz później zawieramy związki małżeńskie, coraz krócej one trwają, co trzecie małżeństwo w Europie kończy się rozwodem, w Stanach Zjednoczonych - co drugie. Coraz częściej wchodzimy w krótkotrwałe związki, coraz częściej zrywamy je z byle powodu. Jak w takim razie zerwać z kimś - jeśli już musimy - w taki sposób, aby jej lub jego nie zniechęcić na dobre do wchodzenia w kolejne związki?

Jak sugerują naukowcy, najlepsze zerwanie to takie, które nie czyni z drugiej osoby psychicznego wraka, które jej nie poniża, nie ujmuje wartości ani jej ani samemu związkowi. To takie zerwanie, zarówno w formie, jak i treści, które komunikuje: nasz związek miał sens, mam dla ciebie dużo szacunku.

Oto 12 reguł, którymi warto się kierować, jeśli chcemy mądrze zakończyć związek, nie niszcząc życia osobie, którą porzucamy, i pozostając z nią w pełnej szacunku relacji:

1. Weź pełną odpowiedzialność za zerwanie.

2. Zrywaj tylko „twarzą w twarz”, nie tchórz przed takim załatwieniem sprawy. Ghosting to jedna z najgorszych form zrywania.

3. Zrób to z godnością i szacunkiem, zarówno dla tej drugiej osoby, jak i dla samego siebie.

4. Bądź szczery. W tak emocjonalnej sytuacji trudno ukryć kłamstwo.

5. Unikaj banalnych stwierdzeń czy podsumowań, jak: „Zawsze będę cię kochał”, „To nie twoja wina, to ja”. Nie pomagają.

6. Unikaj chirurgicznego rozgrzebywania, co poszło nie tak w waszym związku.

7. Nie dawaj nadziei na powrót. Nie stwarzaj niejasnej sytuacji. Teraz „konsekwencja” to twoje drugie imię.

8. Powiedz koniecznie kilka słów o tym, jak szanujesz i doceniasz czas, który razem spędziliście. To też twój czas - nie możesz go przekreślać.

9. Jeśli partner mówi, że wobec tego nie chce cię nigdy oglądać - nie protestuj.

10. Nigdy nie demonizuj swojego - właśnie byłego - partnera/partnerki. Odchodząc, robisz sobie wystarczający prezent.

11. Ty też czujesz ból w związku z rozstaniem. Pozwól sobie na niego, masz do tego prawo. Nie ukrywaj tego przed partnerem.

12. Nie pozwól sobie na myślenie w chwili wahania, że popełniasz błąd. Skoro to robisz, to po coś to robisz. Koniec historii.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.