1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w sieć toksycznej relacji?

Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w sieć toksycznej relacji?

- Od toksycznego człowieka nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
- Od toksycznego człowieka nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
Fałszywy przyjaciel, krytykujący partner, wymagający, a nie wspierający rodzic albo kolega rzucający seksistowskie żarty – potrafią popsuć nam nastrój jedną uwagą, spojrzeniem czy gestem. Dlaczego tak na nas działają? Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w ich sieć? Jak ich odróżnić od ludzi, którzy są trudni we współżyciu, ale nietoksyczni? Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Fałszywy przyjaciel, krytykujący partner, wymagający, a nie wspierający rodzic albo kolega rzucający seksistowskie żarty – potrafią popsuć nam nastrój jedną uwagą, spojrzeniem czy gestem. Dlaczego tak na nas działają? Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w ich sieć? Jak ich odróżnić od ludzi, którzy są trudni we współżyciu, ale nietoksyczni? Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Co to znaczy, kiedy mówimy, że ktoś jest toksyczny? Że nas truje. Że przy nim jesteśmy w gorszym stanie niż bez niego. Że psuje nam nastrój, zabiera poczucie pewności siebie. Wypija z nas energię, chce rzeczy, które są niemożliwe do dania, ale mimo to my się bardzo staramy, by go zadowolić. I tracimy drogowskaz, czego tak naprawdę sami chcemy. Temu wszystkiemu jest bardzo blisko do określenia „zła energia”, które zwykle stosuje się, gdy w wyniku czyjegoś działania czy obecności czujemy się fizycznie i psychicznie wyczerpani. Na pewno kontakt z kimś takim nie rozwija, nie przynosi rozwiązań problemów ani zadowolenia, że coś zostało ustalone, zrobione albo przeżyte.

Jest też chyba ważny szczegół – to działanie nie wprost, nieoczywiste. Jeżeli ktoś na nas wrzeszczy i mówi, że nas nie lubi – to go unikamy albo z nim walczymy. Ale jest to jasna sprawa. Podobnie jak wtedy, gdy ktoś nas o coś prosi, a my tego nie możemy czy nie chcemy dać, to go o tym informujemy (jeśli umiemy odmawiać), i też po sprawie. Natomiast w tym wypadku ktoś czegoś od nas chce, ale nie prosi o to, tylko manipuluje. Często osoby toksyczne mówią wręcz, że robią to dla naszego dobra, z miłości i troski. W ten sposób jesteśmy wciągani w pułapkę, no bo gdybyśmy od początku wiedzieli, o co chodzi – a chodzi o to, by to temu komuś było dobrze, nie nam – to nie bylibyśmy tam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tę pułapkę zostaliśmy złapani o wiele wcześniej.

To znaczy? Jeżeli rodzice czy opiekunowie dziecka są toksyczni, to ono od początku jest wciągnięte w jakiś rodzaj gry czy udawania, i to dla niego jest codzienność. Niektórzy zapewniają: „Moja rodzina była wspaniała, w domu zawsze było spokojnie, wszyscy wiedzieli, co mają robić, zgadzali się ze sobą, nikt się nie kłócił”. No ale to, że nikt się nie kłócił, wynikało prawdopodobnie z tego, że nawet nie można było powiedzieć, co się myśli. Zamykane były wszystkie nurty naturalności, które są przecież różne. Nie można być zawsze jednakowym. Człowiek zdrowy jest raz w takim nastroju, a raz w innym, co nie znaczy, że skacze od jednego do drugiego, tylko po prostu nie ustala sobie: „Będę zawsze uprzejma”, bo się nie da. Dziecko w ogóle nie jest uprzejme, dziecko jest prawdziwe. Dopiero gdy uczy się je uprzejmości, to przestaje być sobą.

Nie wyczuwamy toksyny, bo od dziecka jest nam sączona w małych dawkach? W kryminałach podtruwa się kogoś odrobiną cyjanku, by uodpornił się na jego działanie. To dobra metafora. Dlatego nie umiemy tego od razu wychwycić, nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi. Co tu mi nie pasuje? Co tu nie gra? Jeśli szef nas nie chwali, tylko nam dogryza, to jest jasne, czemu źle się czujemy. A tu intuicyjnie wiemy, że coś nie gra, ale nie umiemy tego nazwać, bo z jednej strony czujemy brak życzliwości i bliskości, a z drugiej ta sama osoba jest naszym przyjacielem czy chłopakiem. Jeśli jeszcze manipuluje nami w podobny sposób jak to robiła nasza mama lub jak to robił tata – to jest to ogromnie trudne do wykrycia. Przynajmniej na początku. Niektórzy jednak stopniowo się orientują. Sądzę, że ma to związek z poziomem inteligencji emocjonalnej i może jeśli jest mniej toksyny, to więcej jest szansy na to, by się rozwinęła.

Poza tym jako dzieci nie mamy jeszcze własnej struktury doświadczenia – no bo skąd mielibyśmy ją mieć – nie mamy też potrzebnego słownictwa, matrycy wzorów, do której możemy coś przyłożyć i porównać. Wszystko, co znamy z domu, jest pierwsze, jedyne i ostateczne. Uratować nas może to, że z czasem wchodzimy w inne środowiska i odkrywamy, że jedni tak robią, a inni tak nie robią. Nie muszą się obrażać czy intrygować…

I jest tak łatwo się z nimi dogadać… Tylko to, że z kimś jest ci trudniej, nie oznacza, że on jest toksyczny. Pamiętam, że dość długo sądziłam, że skoro nie wiem, co ludzie myślą, to znaczy, że mnie nie lubią. Bo na przykład nie mówią: „Och, jaka ty jesteś fajna”, tylko patrzą się na mnie. I czekają, co będę robić. Potem do mnie dotarło, że to jest inny typ odbierania rzeczywistości niż mój – czyli introwertyzm – i że ja, nie wiedząc, projektuję na tę osobę moje obawy. Jeśli ktoś jest inny, to trzeba się nad nim napracować, a nie zawsze się chce. Bo nie jest to zwieńczone tym, że idzie nam potem jak z płatka. Co nie znaczy – znów to powiem – że ten ktoś jest toksyczny. Jest mi z nim trudniej, ale nie jest mi z nim źle. Może dzięki niemu zobaczę coś z innej perspektywy i się wzbogacę?

Po czym poznać, kiedy trudno oznacza jednak źle? Od toksycznego nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś.

A jednak trudno się z takich relacji wykaraskać. Dlaczego? Ponieważ wszyscy doświadczyliśmy jakichś aspektów toksyczności ze strony rodziców, którzy też mieli te toksyczności fundowane od dzieciństwa ze strony swoich rodziców, a potem często też byli źle instruowani w kwestii tego, jak być dobrym rodzicem. Na przykład te słynne rady, by nie iść do dziecka, gdy płacze, tylko pozwolić mu się wypłakać. Matki chciały dobrze, radziły się autorytetów i robiły swoim dzieciom krzywdę. Zresztą sobie też, bo się pozbawiały możliwości kierowania intuicją. A berbeć, który się nauczył tego, że on płacze i to niewiele daje, traci niewiarygodną ilość wiary w siebie i wiary w komunikację. Bo jego komunikacja, czyli płacz, została całkowicie olana. I potem gdy ktoś mu mówi: „lubię cię”, to on jest gotów zrobić dla tej osoby wszystko. W „Instrukcji obsługi faceta” pisałam, że jak łajdak i oszust chce cię omamić, to on dokładnie wie, co do ciebie mówić. Jeśli jesteś spragniona, a kobiety są spragnione ciepłych słów, to pójdziesz za nim do piekła. I dopiero tam się zorientujesz, że jest ci źle. „Ale przecież on mnie kocha. Dlaczego ktoś, kto mnie kocha, robi mi niedobrze?”.

No to jest jedna z największych zagadek ludzkości. A dlaczego rodzice, którzy mieli się mną opiekować i mnie rozumieć, są dla mnie niedobrzy? To nie jest wcale taka wielka zagadka. Są niedobrzy, bo sami nie poznali dobra, bo nie mają z czego dać, bo sami są straumatyzowani. I teraz tak, jak mówimy o traumach dzieciństwa, to mamy poczucie, że dotykamy prawd podstawowych, archetypowych, a jak mówimy o toksycznych ludziach naokoło, to myślimy: wredna sąsiadka, co nie toleruje, kiedy ktoś się dobrze bawi; głupi szef, który żałuje ludziom pochwały; chamski mąż, który kiedyś był dla mnie czuły, a teraz mówi „a co ty taka kretynka jesteś?”. Nie zdajemy sobie sprawy, że toksyczność tych wszystkich osób to jest tamta toksyczność, która ciągnie się za nami od dzieciństwa. Jeżeli rodzice zawsze wiedzieli lepiej i nie mogliśmy przetestować i posprawdzać, co jest dla nas dobre, to jesteśmy takimi ofiarami, które z chęci zyskania aprobaty innych, robią mnóstwo rzeczy przeciwko sobie. Czyli zaczynają być toksyczni dla siebie.

Kiedy ktoś traktuje nas dobrze, to wtedy potrafimy rozpoznać, że ktoś inny traktuje nas źle? Oczywiście. Dlatego dla wielu osób pierwszym krokiem do wyzwolenia się z tej wszechobecnej toksyczności jest poznanie ludzi i środowisk, w których dobrze się czują. Idziesz do domu przyjaciółki i myślisz: „Ach, jak tu jest mi fajnie, nie chcę w ogóle stąd wychodzić”. Tam jest wesoło, spokojnie, każdy robi coś innego, a jednocześnie wszyscy są wspólnotą. Tymczasem u ciebie wieczne napięcie: „zostaw to, odłóż na miejsce, nie tym tonem”. No ale przecież nie możesz zostać u przyjaciółki, musisz wrócić, bo to twój dom. Dziecko nie może wziąć torebki i wyjść. I uczy się swojej niemocy wobec toksyczności. Dlatego potem nas tak bardzo dużo ludzi może nabrać i oszukać. Ostatnio słyszałam ogromną ilość opowieści o oszustwach między przyjaciółmi. Przecież to koszmar! Zakładają spółkę i jeden przyjaciel okrada drugiego.

Powiem ci, że mnie to najbardziej boli, bo rodzic to rodzic – taki ci się trafił, może nie tyle nie chciał, co nie potrafił być lepszy. Ale toksyczny przyjaciel? To przecież oksymoron. On obiecywał, że będzie dla ciebie dobry. On się na to z tobą umówił. Przyjacielowi ufasz i masz poczucie, że przy nim jesteś bezpieczna. Myślisz, że wreszcie znalazłaś pokrewną duszę. Od przyjaźni oczekujemy przede wszystkim zrozumienia, nawet bardziej niż w miłości. Przyzwolenia, akceptacji, bliskości.

I nagle taki ktoś cię oszukuje. Można było to jakoś przewidzieć, rozpoznać? Kochana, jakbyśmy wiedzieli, po czym to poznać, to nie bylibyśmy tacy bezradni wobec toksyczności. Jeśli ktoś cię oszukuje od początku i miał taki zamysł, to jest to taki typ, który wie, co ci mówić, żebyś mu ufała. Jesteś dla niego przedmiotem do obróbki. Pomyśl, przecież jeżeli jesteś prawdziwa i zakochujesz się w facecie, to ty mu nie powiesz: „Ooo, jak ty mi się podobasz”, bo się boisz, że to będzie może za szybko, za mocno, bo ci zależy. Jeśli natomiast w ogóle ci na nim nie zależy, to nie masz cienia skrupułów. Mówię tu akurat nie o przyjaźni, a o uwodzeniu, które jest też toksycznością. Uwodziciele od lat szabrują po świecie i mówią to, co chcemy usłyszeć. Tak cię otoczą kokonem pseudobezpieczeństwa, że gubisz się, bo to jest coś, o czym marzysz, czego pragniesz. I potem się dowiadujesz, że on uciekł z twoją kasą, których to przykładów mam ostatnio na pęczki. Oczywiście można powiedzieć: „A powinnaś się zorientować”. Ale po czym? Na pewno jeśli ktoś mówi ci dokładnie to, co chcesz usłyszeć, to się nad tym zastanów.

Czy to nie jest tak, że dopiero gdy wykaraskamy się z jakiejś toksycznej relacji, to jesteśmy w stanie rozpoznać te symptomy, objawy u innych ludzi? Dlatego napisałam, że każda kobieta powinna przejść przez łajdaka, żeby wiedzieć, jak go potem rozpoznawać. Ja też miałam takie relacje, co najmniej jedną mocną, i trochę  mniejszych. Ale na pewno taka mocniejsza da ci w kość tak, że ją na długo popamiętasz. Jest to bolesne, ale nieocenione doświadczenie.

Ja też mam takie doświadczenie i wyciągnęłam z niego kilka wniosków.  Pierwszy to taki, że toksyczny przyjaciel odcina cię od innych przyjaciół. Tak, tak. Albo intryguje, donosi, skłóca. Powie ci: „Ona o tobie źle mówiła. Ty się pilnuj”. Akurat! Ja mówię moim znajomym: „Proszę mi nie powtarzać takich rzeczy”.

No i skoro tobie się to nie podoba… …tak jest, powiedz temu komuś, że się nie zgadzasz, zaoponuj. Kiedyś mój przyjaciel czy raczej powinnam powiedzieć: mój niby-przyjaciel powiedział mi: „Wiesz co, ja nie wiem, jak mam reagować, jak przy mnie o tobie źle mówią”. Ja na to: „Naprawdę nie wiesz? To kim ty jesteś dla mnie? Rozumiem, że może ci zależeć też na tamtych osobach, ale się zastanów, co jest dla ciebie ważne”. Nie można być zaprzyjaźnionym ze wszystkimi, można mieć tylko kilka osób bardzo bliskich, nie przerabia człowiek więcej. A jeśli przerabia, to znaczy, że to jest pseudokontakt, pseudorelacja.

Z mojego doświadczenia wynika, że osoby toksyczne często mówią ci, że znają cię lepiej niż ty siebie. I chętnie ci ciebie wytłumaczą.

A kiedy próbujesz zerwać znajomość, pokazują swoje prawdziwe oblicze. Obmawiają cię, twierdzą, że to ty ich skrzywdziłaś. Co w sumie powinno cię utwierdzić w tym, że robisz dobrze, ale wtedy przychodzi myśl: „A może zbyt surowo go oceniłam?”. I to jest punkt krytyczny dla takiej relacji: czy pozwolę sobie na wyjście z toksycznego układu? Czy zaufam swojemu osądowi? Nawet jeśli inni mówią, że przesadzam? W każdym z nas jest taka obawa: czy aby na pewno mam rację? czy ja mogę sobie ufać? czy nie wybiorę źle? czy dobrze rozumiem i czuję? Człowiek siebie podważa, bo nas od dziecka podważano. I toksyczny przyjaciel czy partner to w tobie wzmagają, by łatwiej im było tobą sterować. Przecież kupę związków i małżeństw – już nie mówię o żonach alkoholików –  jest uwiązanych w takiej toksycznej relacji, że jedno mówi drugiemu same złe rzeczy, a jednak trzymają się razem, zakleszczeni. Wiele jest takich postaci w literaturze, to tacy ludzie-węże, co to się mówi o nich, że tak ugryzie, że nawet dziurki nie zostawi. A jego jad w tobie płynie.

I dlatego mamy takie złe samopoczucie po spotkaniu z toksycznymi osobami. Wychodzimy z niego z przekonaniem, że jesteśmy do niczego. Pamiętam jednego faceta, który prawił mi takie oto komplementy: „O, jaką masz ładną sukienkę. Sama szyłaś?”. Byłam młoda i było mi przykro – czułam wbitą szpilkę. Wszyscy tzw. umniejszacze to toksyczne osoby. Co z tego, że czasem  potrafią być dowcipni i inteligentni… To sarkazm, ironia, to sztylety przeciw innym. I teraz przyznaj się, że ciebie boli. Wiadomo, tego się nie robi, bo wtedy reagujesz jak dziecko. Na żartach się nie znasz? Popatrz, co się dzieje, gdy faceci zaczynają opowiadać w towarzystwie seksistowskie żart. Kobiety będą robić dobrą minę do złej gry i nie odpalą im tym samym. Godzimy się. Za chwilę od żartów dojdziemy do molestowania i wykorzystywania – to wszystko toksyna!

Można też powiedzieć: „Nie życzę sobie”. Czemu ludzie pozwalają ludziom toksycznym sobą rządzić? Na wszelki wypadek. Bo może się okazać, że to ja jestem trudna. Że na przykład powiem, że sobie nie życzę i usłyszę: „A co ty taka agresywna jesteś?”, a dziewczyna wychowana w przekonaniu, że ma być grzeczna, bo inaczej nie będą jej lubić – nie może być agresywna. Dlatego pierwszy krok to wiedzieć, że masz prawo sobie nie życzyć. A potem to powiedzieć. Mało tego, mieć ileś tam sposobów na to, by zareagować na taką sytuację. Zawsze możesz także odwrócić się na pięcie i wyjść, po prostu, nic nie tłumacząc. Dla wielu osób to jest bardzo wyzwalające.

Można też powiedzieć tak jak jedna mądra córka powiedziała swojej mamie: „Mamo, ja chcę się z tobą widywać, ale będę przychodziła do ciebie tylko wtedy, jeśli przestaniesz mnie traktować w sposób, który mnie boli”. A ponieważ matce też zależy, to powoli przestaje. To nie jest tak, że nie możemy nic zrobić. Uczmy się asertywności i budujmy krok po kroku wiarę w siebie. Rodzice nam jej nie dali, to weźmy ją od kogoś innego i od siebie. Nie dajmy się utoksyczniać. Bo jeśli się dajemy, to i dla siebie stajemy się toksyczni. Jeśli nie podejmuję decyzji, jeśli nie rozwiązuję swoich problemów, jeśli pozwalam ludziom na to, by zabrali mi moją energię i mój dobry stan, to znaczy, że jestem dla siebie toksyczna.

A można rozpoznać, kiedy stajemy się toksyczni dla innych? Można, tylko wtedy zwykle nie chcemy tego wiedzieć. Bo jak zaczynamy być wobec innych toksyczni, to znaczy, że nie szukamy pozytywnych i konstruktywnych rozwiązań w sobie, tylko zaczynamy czerpać korzyści z destrukcji, na przykład z umniejszania. Czy umniejszacz się przyzna, że to robi? A skąd, on powie, że to żart. Dlatego uważam, że gdyby ludzie częściej się przyznawali do błędów, byłoby mniej toksyny na świecie.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Moja miłość go zmieni

Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się myśleć: "Cóż, z pewnością jego charakter nie należy do łatwych, ale ma w sobie zadatki na świetnego faceta. Gdybym się trochę postarała, dała mu więcej niż inne kobiety, on z pewnością udowodni, że stać go na więcej. Moja miłość go zmieni." Jeżeli tak, ten tekst jest właśnie dla ciebie.

Używam żeńskiej formy, ponieważ taka postawa jest raczej domeną kobiet. Jeśli jednak jesteś mężczyzną i myślisz podobnie, także zapraszam do lektury!

Beczka z prochem

- Doskonale wiem, jak to jest być artystą. Na początku też wpadałam w różne dołki – przyznaje Marlena, 38-letnia projektantka. - Dlatego, kiedy spotkałam Marka, od razu zrozumiałam jego problemy. To naprawdę inteligentny, błyskotliwy facet. Ale napisanie dobrego scenariusza, to nie lada wyzwanie. Nie dziwiłam się, że odrzucał mało ambitne chałtury, nawet, gdy z jego finansami było krucho. Jeśli człowiek chce coś osiągnąć, musi się na tym skoncentrować. Szybko złapaliśmy prawdziwe porozumienie, a potem cóż... zakochałam się.

Po kilku tygodniach Marek wprowadził się do Marleny. - Postanowiłam, że pomogę mu stanąć na nogi - wspomina. - Mój biznes naprawdę dobrze się rozkręcił, więc stać mnie było na to, aby zafundować Markowi warunki do twórczej pracy. Na początku było wspaniale. Czułam, że znalazłam prawdziwy diament, który wymaga tylko podszlifowania. Marek zachowywał się wspaniale, był taki czuły i mówił o swojej pracy z ogromną pasją. Niestety, po kilku miesiącach coś zaczęło się psuć. Miewał długie chandry i napady złego humoru, pisanie mu nie szło. Chodziłam na palcach, bo wierzyłam, że impas minie, a on złapie wenę.

Marlena zaczęła żyć marzeniami. Nieustannie wyobrażała sobie, że Marek odbiera jakąś ważną nagrodę za swoje twórcze osiągnięcia, a ona jest tuż obok i czuje na sobie jego wzrok, pełen miłości. Niestety, myliła się. Teraz zdała sobie sprawę z tego, że jej wizje nigdy nie znajdą odzwierciedlenia w rzeczywistości.

- Marek, mimo mojej miłości, wsparcia i zachęt, przez dwa lata nie dokończył swojego scenariusza. Ciągle coś w nim zmienia, poprawia albo wścieka się i wykreśla całe partie - przyznaje 38-latka. - Żyje wygodnie na mój koszt, a w dodatku staje się coraz bardziej opryskliwy. Ostatnio temat scenariusza stał się beczką z prochem. Wystarczy, że spytam, jak mu się pracowało, a on zaraz wybucha. Nie wiem co robić. Czuję, że nawet nie docenia tego, co dla niego robię. Czy powinnam odejść?

Historia, którą opowiedziała Marlena, miewa także inne odsłony. Ileż razy słyszymy: on jest wspaniały, ale...

• nie umie okazywać uczuć, bo został kiedyś zraniony, • nie skończył szkoły, studiów, bo nauczyciele rzucali mu kłody pod nogi, • za dużo pije, bo jest bardzo wrażliwy, a świat taki okrutny, • nie może znaleźć pracy, bo jest zbyt skromny żeby rozpychać się łokciami itp.

Jak działa schemat?

Nie jest ważne co dokładnie jest z nim nie tak. W tym schemacie liczy się sposób myślenia: "Ja pomogę mu stanąć na nogi, przy mnie nauczy się tego, czym jest miłość".

Niestety, układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania.

Przyczyna

Być może to ty sama czujesz się niewiele warta, dlatego uważasz, że dopiero gdy wykażesz się determinacją, cierpliwością, wielkim uczuciem, wspaniałomyślnością, tolerancją, hojnością i innymi zaletami, udowodnisz, że zasługujesz na to, by cię pokochano.

Aby móc się wykazać, potrzebujesz kogoś, kto stworzy ci odpowiednią szansę. Mężczyzna, który sobie radzi w życiu, nie da ci jej. Dlatego szukasz takiego, który cię potrzebuje, a nie pragnie. Przy nim zaprezentujesz cały arsenał pozytywnych cech. Szukasz więc kogoś, kogo ocalisz, kto będzie miał wystarczający powód by z tobą być.

Dlaczego tak masz?

Prawdopodobnie wychowywano cię w taki sposób, że utożsamiłaś swoje poczucie własnej wartości z byciem "dobrą". Nauczyłaś się, że twoje samopoczucie zależy od tego, czy jesteś akceptowana, a więc dostatecznie miła, pomocna i kochająca.

Sygnały ostrzegawcze

• Na początku najbardziej wzruszające i urocze wydaje ci się to, co jest, obiektywnie patrząc, jego najmniej zachęcającą cechą (np. emocjonalne zamknięcie, nieporadność życiowa, milczkowatość). • Szybko tłumaczysz jego zachowanie tym, że nie otrzymał w życiu wystarczającego wsparcia i miłości. • Masz wrażenie, że jesteś jedyną osobą, która może go zrozumieć i mu pomóc. • Czujesz, że nie możesz go zostawić. • Usprawiedliwiasz jego zachowanie przed sobą i innymi, nawet jeśli w głębi serca jesteś nieszczęśliwa.

Te sygnały są wystarczającym powodem, abyś zastanowiła się nad tym, co robisz ze swoim życiem.

Skutki tego postępowania

Angażujesz całą swoją energię w pomaganie, ulepszanie, ratowanie kogoś innego, podczas gdy to ty potrzebujesz wsparcia i poprawy samooceny.

Gdybyś zainwestowała te wszystkie działania w siebie, byłabyś, no właśnie… śmiem twierdzić, że kim tylko chcesz! Zwykle jednak marnujesz mnóstwo możliwości dotyczących własnej osoby.

Jak to zmienić?

1. Na początek "obejrzyj" swoje dotychczasowe związki, wykorzystując technikę dysocjacji.

Usiądź wygodnie, weź kilka oddechów i wyobraź sobie, że oglądasz na dużym telebimie film ze swoim udziałem. Oczywiście mam na myśli film o historii twojego związku. Postaraj się patrzeć oczyma widza, a nie zakochanej kobiety – to ważne. Skomentuj obiektywnie to, co widzisz.

2. Sporządź listę raniących zachowań, upokarzających sytuacji i strat, które poniosłaś działając według schematu "moja miłość go zmieni".

3. Zrób listę działań i wszystkich twoich inicjatyw, które podjęłaś dla swojego mężczyzny bez rezultatu. Następnie napisz, co mogłabyś w tym czasie, korzystając ze wszystkich środków, zrobić dla siebie.

4. Ucz się doceniać ludzi, którzy sobie radzą i biorą odpowiedzialność za swoje życie. Oczywiście, nie ma niczego złego w byciu wsparciem i w pomaganiu. Miłość przecież wytwarza taką potrzebę. Jednak ważne jest to, że jest to działanie wzajemne i oboje powinniście wykazywać inicjatywę i troszczyć się o siebie nawzajem.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości? Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to… Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki? Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość? Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje? Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku. To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek? Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.

  1. Seks

Skąd biorą się problemy seksualne?

Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
W Internecie znajdziemy taki obrazek: mężczyzna pyta zgromadzony tłum: "Kto chce zmiany?" Wszyscy podnoszą ręce. "A kto chce się zmienić?” Nikt nie podnosi. Podobnie jest z życiem seksualnym. Wszyscy chcemy lepszego seksu, ale nikt nie chce zmienić siebie. Liczymy na to, że na wszystkie problemy pomoże nam tabletka – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Mężczyzna, lat 36. Trzy stosunki w życiu. Nigdy nie był w związku. Seks za każdym razem kończył się zaburzeniami erekcji. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli kochasz się kilka razy w życiu i zawsze z nowymi partnerkami, to nie masz doświadczenia jako kochanek i twój poziom lęku jest bardzo duży – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta. – Mężczyzna zastanawia się wówczas: „Co ona o mnie pomyśli? Może mam za małego? Może za dużego?”. Podobnie, kiedy nie buduje z kobietą bliskości. Wówczas wyobraża sobie, że jak gwiazdor porno musi się wykazać. No, a jeśli wgra sobie to przeświadczenie, płynie do jego ciała lęk, strach, przerażenie, a to nie są zbyt podniecające uczucia. Naturalną koleją rzeczy są w tej sytuacji zaburzenia erekcji. A kolejnym statystycznym krokiem jest zamówienie leków na potencję w Internecie, jednak one niewiele pomogą.

Bo czymś, co wyeliminuje obawy takiego mężczyzny, a więc i problem ze wzwodem, jest zbudowanie ciepłych relacji z kobietą. Ale najczęściej pacjent nie chce o tym słuchać, on chce dostać tabletkę, która załatwi sprawę. Podczas rozmowy z terapeutą przyznaje, że ma poczucie, że żadna kobieta się nim nie zainteresuje, bo jest brzydki, ma nieciekawe życie. Andrzej Gryżewski: – Mężczyzna przychodzi ze zrujnowaną samooceną. I wierzy, że farmakologia pomoże mu poczuć się pewnym siebie, umieć prowadzić dialog z kobietą, poderwać ją, a potem w łóżku się wykazać. Ale żeby tak się stało, w takiej tabletce musiałyby być geny z umiejętnościami społecznymi, które zmieniałyby osobowość. Jak go przekonać, że potrzebna jest mu psychoterapia?

– Zapytałem pacjenta, który przyznał się do niskiej samooceny, jak długo ktoś mu tę samoocenę dezawuował – opowiada Andrzej Gryżewski. – Babcia mnie wychowywała i przez lata ośmieszała w zemście za dziadka, który ją opuścił. Rodzice? Robili karierę i w ogóle się mną nie zajmowali. Nie, nie miałem żadnej dobrej relacji.

– A gdyby chciał się pan nauczyć chińskiego, to ile by to trwało?

– Ze 400 roboczogodzin.

– No właśnie. A jeśli chodzi o budowanie relacji, bycie dobrym kochankiem, to ile czasu na to trzeba?

– To co innego!

– A gdyby chciał pan popracować nad sylwetką, poszedłby pan na siłownię. Ile czasu trzeba, żeby były efekty?

– No, kilka miesięcy...

– A czy nie może być podobnie z seksem?

– No, nie...

Specjalista szuka kolejnej metafory, by wreszcie trafić do wyobraźni pacjenta i spowodować, by pomyślał, że jest inne rozwiązanie niż pigułka. Że zamiast łykać medykamenty, lepiej wzmocnić poczucie wartości, nauczyć się budowania relacji i nabyć rzetelną wiedzę dotyczącą seksualności człowieka.

– Tak właśnie pracujemy w gabinecie, w dużej mierze w najbardziej skutecznym nurcie, psychoterapii poznawczo-behawioralnej – mówi psychoterapeuta.

Złudzenie czy pomoc?

Zalewają nas reklamy cudownych środków na potencję dla mężczyzn, ale trafiają się też leki dla kobiet. Rynek konsumencki jest ogromny – aż 42 proc. mężczyzn i 46 proc. kobiet ma zaburzenia seksualne. Tylko 10 proc. z nich się leczy. A reszta?

– Suplementy reklamowane w prasie i w telewizji jako leki są dostępne w Internecie – mówi Andrzej Gryżewski. – Są popularne, gdyż co czwarty mężczyzna ma zaburzenia erekcji. Do 25. roku życia 60 proc. cierpi na przedwczesny wytrysk, a po 25. roku – 30 proc.

Tabletki na potencję reklamowane w mediach wydają się znakiem końca pruderii. Czy to znaczy, że psychoterapia seksuologiczna jest w odwrocie?

Andrzej Gryżewski: – Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przyczyna zaburzeń tkwi w psychice, skuteczną pomoc znajdziemy, zmieniając myślenie, pracując ze zniekształceniami poznawczymi i ucząc się, czym jest seksualność. Wiara we wszechmoc tabletek bierze się m.in. stąd, że do niedawna wszyscy, którzy zajmowali się seksuologią, to byli lekarze: Michalina Wisłocka, Kazimierz Imieliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Depko. A co za tym idzie, stosowali pomoc medyczną, leki. Dziś nadal wielu seksuologów to medycy. Jeśli więc przychodzi klient do seksuologa, który ma wykształcenie medyczne, to może liczyć na leki. Te zapisują też lekarze interniści, rzadko będący seksuologami.

– Gdy chodzi o zaburzenia wzwodu, które nie mają fizjologicznej przyczyny, leki mogą pomóc na chwilę, ale problem wróci, jeśli jego źródło tkwi w emocjach, mitach seksualnych, zniekształconych procesach myślowych – dodaje Gryżewski.

Ale mężczyźni upierają się przy tabletkach, bo mają poczucie, że jeśli wezmą niebieską pastylkę, to będą szaleć w łóżku przez wiele godzin. – To jeden z mitów, jakie ciągną się za lekami na potencję. Mitów, bo jak ktoś nie jest aktorem porno, a jego łóżko to nie scena, na której liczą się tylko wygibasy, nic z tego nie będzie. Dopasowanie się, uważność na to, jak dana kobieta układa się w rękach danego mężczyzny, decydują o erotycznym szaleństwie zmysłów – mówi Andrzej Gryżewski. Natomiast mężczyźni mają poczucie, że jedna pigułka rozwiąże wszystkie problemy i w seksie, i w związkach.

Czas żałoby

Matka umarła, kiedy miał 12 lat. Ojciec się psychicznie rozpadł. I on, dziecko jeszcze, musiał się zająć organizacją pogrzebu, załamanym ojcem i młodszą siostrą. Kiedy dorósł, poznał kobietę z depresją i się zakochał. A potem pojawiła się dwójka dzieci. Nie miał więc nigdy czasu na to, by przeżyć żałobę po matce. Dziś ma lat 43. Kiedy stoi na poczcie w kolejce i widzi kobietę podobną do mamy, zaczyna płakać. W radiu leci piosenka, którą ona lubiła – płacze. A w seksie... Właśnie dlatego przyszedł do seksuologa. Od wielu lat ma zaburzenia erekcji. – W czym nie ma nic dziwnego, bo jego organizm całą energię kieruje na nieprzeżywanie żałoby, odcięcie się od niej – mówi Gryżewski. – Na zwyczajne życiowe czynności zostaje mu 10 procent dziennej energii. By to zmienić, musiałby puścić te emocje, zmoknąć łzami do suchej nitki. Inaczej się nie da. Ale on tego się boi. Zaburzenia erekcji to czubek góry lodowej.

Ten mężczyzna myślał, że pomogą mu pigułki. Na szczęście dał się przekonać do pracy nad emocjami i po roku psychoterapii zaburzenia erekcji pojawiają się już tylko podczas jednej czwartej stosunków. Wcześniej zdarzały się za każdym razem.

Terapia polega na tym, że pacjent opowiada o matce, mówi, z czym ona mu się kojarzy. Odreagowuje swoje emocje. Ja mu pomagam je przeżyć w bezpieczny sposób.

Inny przypadek. 38-letni syn prawicowego polityka. W jego domu o ciele za wiele się nie mówi. To, co powyżej pasa, jest w porządku, co poniżej – zostaje przemilczane. Więc nikt z nim nie rozmawiał na temat seksu. Miał wgrane, że genitalia są nieczyste, że seks to choroby weneryczne, więc lepiej nie zajmować się tą sferą życia. Oczywiste więc było, że będzie miał problemy z erekcją. By się ratować, kupował tabletki w necie.

– Wszystkie, jakie można tam nabyć, są podobne do niebieskich tabletek, z tym że substancja czynna to koło 10 proc. składu, reszta (skrobia, cement) nie wpływa na wzwód – mówi Gryżewski.

Pacjent uzależnił się od tych leków psychicznie. Był przekonany, że tylko jak weźmie tabletkę, będzie dobrze funkcjonować w seksie i w ogóle w życiu. A jeśli nie weźmie... No właśnie! Nie dopilnował i skończył się zapas. Był pewny, że partnerka go odrzuci, a nawet jeśli nie, to seks na pewno się nie uda. To nie tylko cały dzień będzie do niczego, ale i życie. Żadnej innej kobiety już nie pozna.

– Mężczyźni, którzy mają niską samoocenę, już po dwóch razach mogą się uzależnić psychicznie od środków na potencję – mówi Andrzej Gryżewski. – Całą swoją samoocenę wyrzucają na zewnątrz i lokują w tabletce. A ten pacjent był marzeniem każdej kobiety: wysportowany, wysoki, trzy języki, a do tego miły. Przyszedł do mnie, bo przeczytał, że tabletki z netu nie są najlepsze i mają prawo nie zadziałać. A ostatnio właśnie przestały. Dlaczego? Jego przedostatnia partnerka stała się jego stalkerem. Po dwóch miesiącach bycia razem zauważył, że bierze narkotyki, i chciał się z nią rozstać. Powiedziała, że się zabije, i zaczęła wysyłać zdjęcia z inscenizacją samobójstwa: lina, tabletki, ostre narzędzia itp. Więc jednak nie zrywał z nią ostatecznie, a ona w tym czasie zaczęła wydzwaniać do jego matki. Matka interesowała się ogrodem i książkami Jane Austen. Dziewczyna zaznajomiła się więc i z ogrodnictwem, i z powieściami, by mieć o czym z nią rozmawiać. Dzwoniła do niej codziennie. Gdy więc matka się dowiedziała, że jej syn chce się z tą kobietą rozstać, zagroziła, że go wydziedziczy.

Nie poddał się, zaczął się spotykać z inną. Ale wtedy nasiliły się problemy z seksem. A tabletki przestały pomagać.

Andrzej Gryżewski: – Pacjenci często przychodzą i mówią: „To jest superskuteczne, czytałem w ulotce. Ja to brałem, ale nie pomogło, czyli to moja wina”. Mają tak zaniżoną samoocenę, że nie przyjdzie im do głowy, że ten lek może być do niczego. Przypisują więc winę wyłącznie sobie i ich poczucie wartości jeszcze dostaje dodatkowe baty. Załamują się.

Leki pomagają mężczyznom, którzy mają z seksem problemy z powodów organicznych. Na przykład cierpią na choroby kardiologiczne, w ich żyłach osadził się cholesterol, substancje smoliste itd. Viagra była początkowo podawana dzieciom chorym na serce, gdyż poprawiała jego ukrwienie. Gdy zobaczono, jak jest skuteczna, zaczęto podać ją dorosłym, a wtedy okazało się, że skutkiem ubocznym jest wzwód. Ale jeśli źródłem zaburzeń jest psychika, trzeba leczyć psychikę, leki działające na ciało nie rozwiążą problemu duszy, nie zmienią procesów myślowych. Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną.

Kobieta, która nie ma orgazmu

– Nigdy się nie masturbowała. Nie ma pozytywnych doświadczeń z mężczyznami. Dodatkowo jej rodzina nigdy pozytywnie nie mówiła o seksie. No, to ona ma prawo nie mieć orgazmów. Ale kiedy przychodzi do gabinetu, mówi: „Wie pan, słyszałam, że jak weźmie się niebieską tabletkę, to trzy noce można szaleć. Słyszałam, jak przez całą noc jęczała sąsiadka, kiedy ją zażyła. Pomyślałam więc, że jeśli ja, która mam problem z seksem, wezmę tę cudowną pastylkę, to i mnie pomoże. Wejdę wtedy w jakąś dobrą relację z mężczyzną, bo on będzie inaczej mnie traktować, jak mi lepiej pójdzie w łóżku” – relacjonuje Gryżewski. – Ale, niestety, nie tędy droga do szczęśliwego związku. Tabletka nie odmieni całego jej życia. A więc mówię do niej: – To ciekawe, ale warto zobaczyć, co też pani czuje. Zebraliśmy jej wszystkie problemy i policzyliśmy, ile czasu trzeba, by je rozwiązać. Razem wyszedł nam rok pracy. Zaleciłem jej trening masturbacyjny i lekturę książki „Monologi waginy”, która pomoże jej polubić własne genitalia.

To niezwykle ważne, bo jak kobieta chce uprawiać seks z sukcesem, to musi siebie tam też polubić. Jeśli nie ma świadomości, czym seks jest, jeśli nie ma wiedzy, jak się kochać i czemu to może nie wyjść, nie będzie miała udanego seksu.

Homoseksualni kochankowie

– W świecie homoseksualnej miłości jest większy nacisk na to, aby się wykazywać sprawnością – mówi Andrzej Gryżewski. – Gdy przychodzą do mnie geje z problemami seksualnymi, stosujemy model psychoterapii poznawczo-behawioralnej, tzw. ABC, gdzie A to sytuacja aktywizująca, B – przekonania, C – konsekwencje. Sytuacja: chcę mieć z kimś seks. Przekonanie: muszę się wykazać, bo od tego zależy, czy zbuduję relację; wszystko stawiam na jedną kartę. Konsekwencje: czuję duży lęk, niepokój.

Z takimi uczuciami obciążającymi nie zbudują niczego dobrego, bo to tak jakby nie tylko nieśli na plecach 50-kilogramowy worek, ale chcieli z nim przebiec maraton.

Psychoterapia polega na zdjęciu z nich tego obciążenia. Jak? Potrzebna jest analiza. Pytam: – Jak pan myśli, czego partner od pana oczekuje?

– Żebym przez cztery godziny miał sztywność członka.

– O! Ciekawe – odpowiadam. Myśli pan, że to realne?

– Tak!

– Owszem, coś takiego zdarza się w naturze, ale to jest choroba i nazywa się priapizm. Mówimy o niej, gdy sztywność członka utrzymuje się powyżej dwóch godzin. Wówczas trzeba jechać do szpitala, bo to grozi stałym uszkodzeniem prącia.

Mity, które rujnują życie seksualne oraz emocjonalne i hetero-, i homoseksualistów, biorą się głównie z filmów porno.

50 minut superharcowania? Ale to nagranie trwało cały dzień, było wiele przerw i stop-klatek. Osoba, która nie ma partnera na stałe, może ulec złudzeniu, że w łóżku wszystko polega na wytrzymałości i sprawności. A to idealne podłoże myślowe do poszukiwania superleku na potencję. Wówczas nie jest dostrzegane to, co ktoś inny czuje, myśli, czego pragnie. Liczy się sprawność. Jak w takiej sytuacji zbudować intymną, ciepłą i szczerą relację? No, nie da się, a gdy jej brak, problemy z seksem się nasilają, więc znów zaczynają się poszukiwania silniejszego leku.