1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Terapia ACT: Zmierz się ze swoimi lękami!

Terapia ACT: Zmierz się ze swoimi lękami!

fot. iStock
fot. iStock
Profesor psychologii Kelly G. Wilson mówi, że nasze lęki nie są racjonalne, dlatego w zwalczaniu ich logika niewiele pomoże. Przyda się za to osadzenie w chwili obecnej, akceptacja i zaangażowanie w to, co dla nas istotne. Na tym w skrócie polega jego metoda – terapia ACT.

Moja znajoma jakiś czas temu nagle zemdlała w tramwaju. Ponieważ tak bardzo bała się, że incydent się powtórzy, przestała w ogóle korzystać z komunikacji miejskiej i wszędzie jeździ rowerem. Zaczęła nawet dostawać ataków paniki na samą myśl, że może znowu zemdleć, choć sytuacja nigdy się nie powtórzyła. To trochę irracjonalne, nie sądzi pan?

Racjonalność dość późno wyewoluowała jako nasza cecha. Ludzkie zachowanie rzadko jest logiczne, dlatego należy patrzeć na psychologiczne, a nie logiczne aspekty pewnych wydarzeń. Proszę sobie wyobrazić, że mam długopis, który razi prądem. I rażę nim panią co jakiś czas. Jednak zanim to zrobię, odtwarzam pewien dźwięk. Potem na pani oczach niszczę długopis – widzi pani, że już pani nie grozi. Ale gdy po chwili znów odtworzę tamten dźwięk, to gwarantuję, że zareaguje pani tak, jakbym miał panią za chwilę porazić. To nie logika, a psychika. Ona leży u podstaw naszych lęków.

Ludzie, którzy noszą w sobie silne lęki i niepokoje, przez większość czasu zdają sobie sprawę, że ich przyczyna jest irracjonalna. Na przykład ktoś niepokoi się zanieczyszczeniem powietrza, czyli wzrostem dwutlenku węgla w atmosferze. Gdy znajomy mu powie, że prognozy, które przedstawia, są przesadzone, może nawet – rozważywszy jego argumenty – się zgodzi, ale za chwilę pomyśli: „A co, jeśli nie?”. W momencie powstania niepokoju bardzo trudno jest zobaczyć rzeczywistość taką, jaka jest. I ludzie są często zakłopotani, bo ich lęki im samym także wydają się irracjonalne. Widzą, że tylko oni się boją, a wszyscy inni świetnie sobie radzą. Tak jak pani znajoma, ludzie potrafią obsesyjnie koncentrować się wokół rzeczy, które wydarzyły się raz i potem nigdy już się nie powtórzyły.

Skąd to się bierze? Żyjemy w dość spokojnych czasach i względnym dobrobycie – mówię tu oczywiście o mieszkańcach tzw. Zachodu – a jednak coraz częściej wpadamy w depresję.

Cieszę się, że pani podkreśla, w jak dobrym świecie żyjemy. Nigdy wcześniej w historii naszej cywilizacji nie było tak długiego okresu względnego spokoju, kiedy wszyscy mamy realną szansę na długie życie i na opiekę zdrowotną. Jednocześnie depresja jest drugą najczęstszą chorobą na świecie (po schorzeniach układu krwionośnego – przyp. red.), a ona zawsze występuje w powiązaniu z lękami czy niepokojem.

Czemu tak jest, że zamiast czuć się lepiej, czujemy się gorzej? Na pewno trzeba zwrócić uwagę na to, że rzeczy, które uczyniły ten świat lepszym, mają też swoje nieprzyjemne konsekwencje, bo uderzają w nasze podstawowe potrzeby.

Na przykład?

W naszą potrzebę socjalizacji. Znany XX-wieczny psycholog Harry Harlow powiedział, że samotna małpa to martwa małpa. Chodziło mu o to, że wspólnota jest ważna, a nawet podstawowa, więc wykluczenie z niej grozi śmiercią. I tak było przez pierwsze kilka milionów lat rozwoju naszej cywilizacji. Jednak dziś, jeśli mamy pieniądze, możemy wybrać sobie ustronne i wyposażone we wszelkie udogodnienia miejsce do życia, załatwić dostawcę, żeby przywoził nam pod drzwi jedzenie i rzeczy, które szybko się kończą, i tak się urządzamy, żeby nie widzieć drugiego człowieka do końca swoich dni. Tyle że ta dobrowolna izolacja może przyczynić się do niepokoju i depresji. To jedno.

Druga sprawa, która leży u podstaw terapii ACT, czyli terapii akceptacji i zaangażowania (ang. acceptance and commitment therapy – przyp. red.), to uświadomienie sobie, że nie żyjemy po prostu w świecie, tylko w opowiadanej przez siebie wersji tego świata.

To znaczy?

W procesie ewolucji nabyliśmy umiejętność adaptacji, ale też abstrakcyjnego myślenia i symbolicznego konstruowania świata, w czym pomógł nam rozwój języka. Dzięki temu nauczyliśmy się odróżniać to, co było, od tego, co będzie. Zaprowadziło nas to do umiejętności przewidywania, a dalej – przestrzegania innych przed niebezpieczeństwami. Oto przykład: skoro wczoraj widziałem tygrysa nad rzeką, to trzeba uważać i tam nie chodzić, bo on tam nadal może być. Umiejętność adaptacji, przewidywania, opowiadania sobie życia daje także możliwość tworzenia dowolnego rodzaju przyszłości i to jest przyczyną naszych problemów.

Wróćmy do pani znajomej. Zemdlała, a potem pomyślała, że to się może powtórzyć. A wtedy, kto wie, może zwymiotuje, może się zmoczy, i co wtedy ludzie pomyślą? Czy ktoś jej pomoże? Jej psychika pewnie podpowiada jej: „Możesz uratować się sama, po prostu nie wchodź już do tramwaju lub w ogóle nie wychodź z domu!”. Wiele ludzkich problemów zaczyna się i kończy właśnie tak. Zaniechanie czynności, która budzi w nas dyskomfort, przynosi natychmiastową ulgę. Moi pacjenci mogą jednym SMS-em odwołać ze mną wizytę pod byle pretekstem, bo rozmowa o ich lękach budzi w nich dyskomfort. Jeden SMS i już, co za ulga! Ale w ten sam sposób ludzie rezygnują ze swojego życia. Jak widać, umiejętność, która pozwala zwerbalizować przyszłość i która wiele nam dała ewolucyjnie, może być jednocześnie katastrofalna w skutkach. A gdyby ktoś zapytał pani znajomą: „Wyjdziesz z domu, wsiądziesz do tramwaju i może to się powtórzy, no i co z tego?”.

No właśnie!

Tylko że na dnie naszych lęków jest coś więcej. To społeczny osąd, możliwość wykluczenia. Pamiętajmy, samotna małpa to martwa małpa, a wszystko, co narusza nasze powiązanie z grupą, zwłaszcza z grupą, na której nam zależy, może być postrzegane symbolicznie jako śmierć. Ludzie są gotowi zmienić drastycznie swoje życie, nawet doprowadzając do tragedii, byle tylko nie zostać odtrąconym przez grupę.

To paradoks, że z jednej strony dominuje teraz kult indywidualizmu, a z drugiej tak bardzo zależy nam na przynależności do grupy.

To prawda, a jednak czy to izolacja, czy też potrzeba socjalizacji – jedno i drugie podszyte jest jakimiś lękami.

Skąd one się biorą? Przecież rodzimy się ciekawi świata. Dzieci testują na sobie rzeczywistość, eksperymentują. Kiedy to się zmienia, że wyrastamy na pełnego lęków dorosłego?

Wbrew pozorom – bardzo szybko. Strach jest jedną z podstawowych emocji człowieka, wszyscy go odczuwamy. Każdy z nas ma więc w sobie jakiś zestaw lęków i pewne okoliczności te lęki i niepokoje wydobywają, aż w końcu, w niektórych przypadkach, urastają one do rozmiarów klinicznych. A zaczyna się na przykład od świadomości, że ktoś mnie nie lubi, choć nie wiem dlaczego.

Pamiętam rozmowę z moją córką, gdy miała sześć lat i chodziła do pierwszej klasy. Raz po powrocie do domu przeglądaliśmy z żoną jej plecak i znaleźliśmy w nim szkolną bluzę. Zawołaliśmy ją i pytamy: „Kochanie, czy ta bluza powinna tu być?”. Ona na to: „Taaaaak...” „A czy twój nauczyciel pozwolił ci na to?”. „Nieeeee, ale tak bardzo chciałam wziąć ją do domu”. Kocham to dziecko tak, że położyłbym się dla niej przed pędzącym pociągiem, a jednak widzę, że ona decyduje się świadomie przede mną skłamać. Dlaczego? Bo źle o niej pomyślę, skoro coś złego zrobiła. Od początku staramy się tworzyć siebie jako takich, którzy gdzieś pasują, wpisują się w ten czy inny kontekst, są na swoim miejscu. To ziarno zwątpienia – czy aby nie odstaję – jest w nas zasiane kulturowo, religijnie, społecznie. I po prostu uczymy się, jak sobie z tym radzić. Jedni są piękni, inni mądrzy, a pozostali siedzą cicho albo nie wychodzą z domu. Mamy różne strategie i wszyscy z nich korzystamy, bo boimy się, że jakby nas ktoś zobaczył takimi, jacy jesteśmy naprawdę, to wtedy…

Co z tym fantem czy ziarnem zrobić?

Jak już wiemy, logika nam w tym nie pomoże. Ludzie wiedzą, że ich zachowanie nie jest logiczne, ale nie potrafią tego zmienić. To, czego na pewno nie uda nam się zrobić, to całkowicie usunąć to ziarno wątpliwości. Czasem udaje się to za pomocą narkotyków albo farmaceutyków, ale na krótką metę. Za to możemy zaproponować swego rodzaju praktykę akceptacji i zaangażowania, czyli pewien proces pracy nad sobą.

Akceptacja? To bardzo trudne.

Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, bo noszę w sobie to samo ziarno wątpliwości i znam swój schemat działania. I wiem, że moja wątpliwość mówi mi, że gdyby mnie pani znała tak dobrze, jak ja znam siebie, odeszłaby pani, przerwała tę rozmowę. Zawsze kiedy ta wątpliwość albo niepewność się pojawia, na przykład podczas wykładu publicznego, staję się bardzo pewny siebie, zaczynam posługiwać się wyszukanym i trudnym akademickim językiem, którego przeciętny człowiek nie zrozumie. To żenujące, mam tego świadomość, ale przynajmniej wiem, że tak jest i staram się to przezwyciężyć. Próbuję się wyciszyć i zaangażować właśnie w tę chwilę, gdy to wszystko się dzieje. Ludzie są tak zajęci tym, co może się stać, że zupełnie zapominają o doświadczeniu obecnej chwili, a to najważniejsza rzecz. Lęk, by zdobyć nad tobą władzę, musi czerpać albo z przyszłości, albo z przeszłości.

Czyli lekiem jest mindfulness?

Osadzenie w „tu i teraz” to łączenie się ze światem wokół nas. Wtedy mam szansę zauważyć, co się ze mną dzieje, widzę, że znowu wpadam w znany schemat. I wtedy mogę to zapauzować. To tak jak w prostej medytacji oddechu. Myśl co chwila nam ucieka, ale gdy to zauważamy, wracamy znowu do koncentracji na oddechu. I tak samo z lękiem – widzimy, że on wraca i wtedy robimy stop.

Wspomniałem wcześniej, że każdy żyje nie w świecie, ale w opowiadanej przez siebie wersji tego świata. I ta wersja mówi nam, kim jesteśmy, co możemy zrobić, a czego nie, jak mamy reagować, by się chronić. Czasem te historie mogą nam nawet pasować, ale jednocześnie nie pomagają nam. Ja też mam swoją opowieść, która powraca, choć minęło już 60 lat. Miałem trzy lata, kiedy tata nas zostawił. I wtedy narodziła się myśl, że skoro tak się stało, to coś musiało być ze mną nie tak. Dziś mam 63 lata. Czy pani zdaniem nadal uważam, że to coś w tym małym chłopcu spowodowało, iż jego tata odszedł od niego?

Mam nadzieję, że nie.

No właśnie, przecież to głupie, śmieszne i nieracjonalne. To dlaczego teraz płaczę? Gdzie tu logika? Ta historia już dawno powinna zniknąć z mojego życia, żebym mógł lepiej uczestniczyć w świecie, ale czy ja tego chcę? A może wcale nie musi odchodzić. Może nie musimy uciekać z tych historii, nie trzeba ich usuwać, wyrzucać, może po prostu nie ma co się na nich koncentrować. Może kiedyś okaże się, że mają w sobie jakąś wartość. I nie chodzi o doszukiwanie się w nich czegoś pozytywnego, ale o fakt, że są ważną migawką naszego ludzkiego doświadczenia. Może warto nosić te historie w sobie, być dla nich życzliwym, bo za jakiś czas odkryjemy w nich to, co pomoże nam albo tym, którzy nas kochają.

W książce „W sieci natrętnych myśli” podaje pan przykład tego, jak upokorzenie, którego doznała matka, kiedy jako dziecko pomyliła słowo „mitochondrium” na lekcji biologii, pomogło jej zbliżyć się do córki i zrozumieć uczucia dziewczynki, gdy dokładnie to samo przydarzyło jej się w szkole.

Wiem, że całkowita akceptacja jest trudnym procesem, dlatego podczas terapii nawet nie używam tego słowa. W zamian proponuję, żeby zostać z tą myślą, która nas niepokoi, przyjrzeć się jej, oswoić z nią, nie unikać jej. Bo przed nami kolejny ważny etap w terapii – rozpoznanie, że nie jesteśmy tą historią, którą sobie opowiadamy.

I tu wprowadzamy trudny termin „defuzja poznawcza”.

Dokładnie tak – przeciwieństwo fuzji, czyli całkowitego zlania się z tym, co myślimy. Chodzi o to, by zrozumieć, że nie jesteśmy tylko lękiem, który w sobie nosimy – mamy w sobie znacznie więcej. Jesteśmy naczyniem, które mieści w sobie różne historie, nie musimy ze wszystkimi się utożsamiać. Jesteśmy zbyt różnorodni, by ograniczać się tylko do jednej rzeczy. Dlatego przyjmijmy inną perspektywę, spójrzmy na siebie z dystansu. Może wówczas dostrzeżemy, że ten obezwładniający lęk, widziany z boku, nie jest tak straszny. Przyjrzyjmy się sobie wtedy, gdy jesteśmy zaniepokojeni, ale życzliwie, łagodnie.

I co potem?

Potem pomyślmy, co lubimy robić. Co nas cieszy, czemu moglibyśmy się poświęcić, gdybyśmy nie zajmowali się lękiem. Bo to jest koszt życia w depresji i niepokoju. Dlatego należy pozwolić ludziom dostrzec to, że życie im ucieka, że wrastają w historie, które ich upośledzają. Kiedy to zobaczą, będą chcieli odzyskać swoje życie. Powoli zaczną się angażować w to, co kochają. Bo schematy unikania przynoszą natychmiastową ulgę, ale w dłuższej perspektywie kradną nam życie. Niby w nim jesteśmy, ale jakby nas nie było.

W oryginale tytuł pana książki „W sieci natrętnych myśli” brzmi: „Rzeczy mogą pójść bardzo, bardzo źle” (Things Might Go Terribly, Horribly Wrong) i jest bardzo wyzwalający. Bo przecież tak jest, wiemy to.

Wiemy, ale jak to świadomie znieść? W dodatku w nowoczesnym świecie czynników, których nie możemy być pewni, jest jeszcze więcej. Czyli mamy jeszcze więcej powodów do niepokoju. Dlatego ostatni etap pracy nad sobą to zaangażowanie. W życie, w siebie. Pytamy siebie, kim chcemy być – jako mężczyzna, kobieta, ojciec, matka, mąż, żona, przyjaciółka… Ten moment, kiedy pojawia się zaangażowanie, to moment, w którym dotykamy ziemi. Bo to, co możemy zrobić, jak zareagować, po jakimś czasie powoli urośnie do pozytywnego schematu zachowania, który chcielibyśmy praktykować. Te małe gesty – im mniejsze tym lepsze – ale zbudowane na wartościach, jakie wyznajemy i jakie są dla nas ważne, pozwolą nam powoli odejść od schematu unikania tego, czego się boimy – tego zostawania w domu.

Czyli dziś wyjdę z domu, na chwilę, wezmę mój niepokój na spacer. Wiem, że on tego nie chce, ale przecież tam, na zewnątrz czekają fajne rzeczy do zrobienia i ciekawi ludzie do spotkania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd się biorą nasze lęki?

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
Kiedyś ludzie obawiali się realnych zagrożeń: wojny, głodu, nieuleczalnych chorób. Dzisiaj wiele z tych niebezpieczeństw zniknęło, jednak w zamian powstały nowe lęki. Często z wyimaginowanych, absurdalnych powodów. Czy jesteśmy na nie skazani? Oswajać je czy walczyć z nimi?

Annę, 33 lata, menedżerkę w firmie farmaceutycznej, kilka razy dziennie dopada lęk, że za chwilę umrze, choć fizycznie jest całkowicie zdrowa. Joasia, 23 lata, studentka architektury, boi się wyjść z domu, ponieważ ma poczucie, że w miejscach publicznych czyha na nią niebezpieczeństwo. Jacek, 54 lata, fotograf, panicznie boi się zarazków, unika podawania ręki, a do restauracji zabiera swoje sztućce.

Psycholog Jarosław Przybylski wyjaśnia: – Lęki, które trapią tych ludzi, mają niewiele wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. W ogóle lęk jest stanem emocjonalnym nieadekwatnym do bodźców go wywołujących. Powstaje jako reakcja na przewidywane przez człowieka niebezpieczeństwo, które może nadejść z zewnątrz lub powstać w nim samym. Towarzyszą mu niepokój, napięcie, uczucie skrępowania, zagrożenia. Lęk – w przeciwieństwie do strachu, który pojawia się w odpowiedzi na realne niebezpieczeństwo, mobilizuje do działania i często ratuje życie – nie jest związany z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem. Dzisiaj często boimy się czegoś wyimaginowanego.

Obawy jak przyprawy

Na drugim biegunie są ludzie – wydawałoby się – zupełnie lęku pozbawieni. Jak Evel Knievel, okrzyknięty największym ryzykantem i najlepszym kaskaderem na świecie, który przeskakiwał na motocyklu nad 50 samochodami, nad basenem z głodnymi rekinami, nad fontannami w Las Vegas. Znalazł się w Księdze rekordów Guinnessa jako człowiek, który doznał najwięcej złamań. Albo Reinhold Messner, alpinista, który pierwszy wszedł na Mount Everest bez butli tlenowej, co zagrażało jego życiu. Albo terroryści kamikadze wysadzający się w powietrze.

Lekarz specjalista w leczeniu zaburzeń lękowych, prof. Borwin Bandelow z Kliniki Psychiatrii w Getyndze, uważa, że odważni ludzie też odczuwają lęk, tylko jest on ulokowany gdzie indziej. Kaskader nie boi się skakać na motocyklu, ale boi się braku uznania. Terroryści nie obawiają się śmierci, która jest według ich religii wybawieniem, ale wiecznego potępienia.

Lękają się także ludzie przeżywający pozytywne uczucia: miłość, potrzebę ciepła, bliskości fizycznej. Zwyczajnie boją się utracić to, co jest im bliskie i co daje tyle przyjemności. Inni (zdecydowana mniejszość) zachowują się tak, jakby kochali się bać. Sami prowokują niebezpieczne sytuacje: skaczą na bungee, serfują na kilkumetrowych falach, wspinają się bez zabezpieczenia na wysokie budynki. Dlaczego ich to kręci?

Jarosław Przybylski: – Dlatego, że przezwyciężenie strachu jest zawsze bardzo przyjemne. Nie bez powodu Winston Churchill powiedział, że nie ma piękniejszego doznania, niż być pod obstrzałem i nie zostać trafionym.

Bandelow nie przesadza zatem, uważając, że lęk jest wszechobecny, że jest częścią nas. Twierdzi nawet, że gdyby nie on, życie byłoby banalne, niesmaczne jak zupa bez przyprawy. Według tego wybitnego znawcy tematu to lęk właśnie decyduje o tym, czy staniemy się zrezygnowani, czy też odważni, bierni albo aktywni, spokojni czy szukający zwady, weseli lub przygnębieni. „Bieg naszego życia określany jest przede wszystkim przez lęk. Jeżeli ludzie stają się słynnymi sportowcami, wybitnymi artystami, naukowcami, to w dużym stopniu przyczyniły się do tego uświadomione i nieuświadomione obawy” – pisze w książce „5 prostych sposobów radzenia sobie z lękiem”.

Z wieloletniej praktyki lekarskiej Bandelowa wynika, że lęk jest nie tylko przeszkodą w naszym życiu, ale także naszą szansą. Mobilizuje do twórczego działania, ożywia naszą wyobraźnię i kreatywność, co potwierdzają historie wielu wybitnych osób, jak Darwin, Goethe, Brecht, Beckett, Kafka, którzy cierpieli na napady lęku. Także współcześni sławni artyści przyznają się do swoich fobii. Michael Jackson panicznie unikał zarazków i bakterii, dlatego zakładał maskę ochronną. Duński reżyser Lars von Trier obsesyjnie boi się latać samolotami.

Jak wynika z badań Bandelowa, to nie sława rodzi lęk. Raczej odwrotnie – ludzie lękliwi łatwiej stają się sławni. A to dlatego, że usiłują go zwalczyć poprzez tworzenie. Lęk daje im motywację do pracy nad sobą. Gdy na przykład muzyk boi się, że może zawieść fanów, ćwiczy, aż gra coraz lepiej.

Amerykańscy psychologowie Robert M. Yerkes i John D. Dodson odkryli, że średni poziom lęku może popychać do najwyższych osiągnięć. Gdy na przykład zdajemy egzaminy, wygłaszamy wykład, czyli gdy przeżywamy mały dreszczyk emocji, lęk działa stymulująco.

Różne oblicza fobii

Co innego, gdy ten dreszczyk zamienia się w paraliżujące uczucie. Ale granica między tym, co „normalne”, a stanem patologicznym pozostaje płynna. Nie jest patologią to, że ktoś krzyczy na widok pająka, poci się przed spotkaniem z dziewczyną. A raczej na pewno jest wtedy, gdy człowiek boi się wyjść z domu, traci oddech w windzie, za żadne skarby nie usiądzie w fotelu dentystycznym.

Judith Bemis i Amr Barrada w książce „Pokonać lęki i fobie” opisują pięć rodzajów zaburzeń lękowych: agorafobię (lęk przed przebywaniem w tłumie i ciasnych pomieszczeniach), lęki dotyczące funkcjonowania własnego organizmu, fobię społeczną, fobię prostą i uogólnione zaburzenia lękowe. Pierwszy rodzaj – agorafobia, zwana też lękiem przed lękiem – jest najczęstszym i najbardziej dotkliwym w skutkach zaburzeniem. Choć pierwszy atak dopada nas w określonym miejscu, kolejny może zdarzyć się wszędzie, co wywołuje paniczny lęk, że sobie nie poradzimy. I nic dziwnego, bo tym atakom towarzyszą nieprzyjemne reakcje organizmu – przyśpieszone bicie serca, zawroty głowy, duszności, bóle brzucha, drgawki, pogorszenie widzenia. Czujemy się bezradni i pozbawieni kontroli nad swoim zachowaniem. Dlatego wprowadzamy do swojego życia mnóstwo ograniczeń – zero dalekich podróży, jazdy samochodem, wyjść do kina, teatru, a nawet na spacer, bo w razie napadu bylibyśmy pozbawieni opieki. Pewną ulgę (choć nie zawsze) przynosi obecność drugiego człowieka.

Inaczej niż u chorych na fobię społeczną – oni z kolei unikają wszelkich kontaktów. Boją się, że będą oceniani, narażeni na ośmieszenie, kompromitację. Człowiek dotknięty panicznym lękiem o swoje zdrowie mawia: „Po trzydziestce nie jest się zdrowym, tylko źle przebadanym”. I odwiedza lekarza za lekarzem. Wykańczają go psychicznie jednak nie te wizyty, ale sprzeczność między uspokajającymi diagnozami lekarzy a śmiertelnym lękiem przed chorobą. W końcu naprawdę może się rozchorować, właśnie z tego powodu, że tak bardzo nie chciał.

Ludzie cierpiący na kolejny rodzaj zaburzeń, fobię prostą, boją się konkretnych sytuacji: kontaktu z określonymi zwierzętami, wysokości, zamkniętych pomieszczeń. Na stronach internetowych poświęconych tym zaburzeniom wymienia się wiele egzotycznych rodzajów fobii, jak na przykład: alliumfobia (lęk przed czosnkiem), alektorofobia (przed drobiem), paraskavedekatriafobia (przed piątkiem, trzynastego). Są to jednak rzadkie przypadłości i dość łatwo je okiełznać. Ktoś, kto nie lubi czosnku, po prostu go nie je. Ktoś, kto ma lęk wysokości, nie chodzi po górach.

O wiele trudniej jest poradzić sobie z fobią przed zarażeniem się wirusami czy bakteriami (przypadek Michaela Jacksona). Ten lęk jest częstym symptomem zagadkowego schorzenia obsesyjno-kompulsywnego. Ktoś myje ręce kilkadziesiąt razy dziennie, kilka godzin porządkuje w łazience szczoteczki do zębów, sprawdza pięć razy z rzędu, czy wyłączył światło lub żelazko.

Skąd przychodzą?

Niemiecki psychoanalityk Fritz Reimann w książce „Oblicza lęku” (1961 rok) przedstawił teorię, że lęk uwarunkowany jest głównie przez wczesne wychowanie. Podzielił ludzi na cztery typy odpowiadające czterem formom lęku: osoby depresyjne, schizoidalne (niedostępne), neurotyczne, histeryczne. Według niego z tych czterech form można wyprowadzić wszystkie nasze dobre i złe cechy. Na przykład neurotyk jest pedantyczny, nieustępliwy, skąpy, ale także porządny, konsekwentny, uczciwy. Z kolei histeryk jest nieobliczalny, niepunktualny, egoistyczny, ale także namiętny i pełen fantazji.

Dzisiaj uważa się, że zaburzenia lękowe powstają w wyniku złożonego powiązania różnorakich czynników: genetycznych, wychowania, stresu, uwarunkowań społecznych. W wyjaśnieniu zagadek lęku coraz większą rolę odgrywa neurobiologia. Ale nadal nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie: Dlaczego ludzie panicznie czegoś się boją? Więcej na temat lęku nie wiadomo, niż wiadomo. Jedno jest bezsprzeczne: u kobiet zaburzenia lękowe diagnozuje się zdecydowanie częściej niż u mężczyzn. Ale statystyki mogą nie oddawać rzeczywistej sytuacji. Jak wiadomo, mężczyźni wstydzą się przyznawać do swoich słabości, tym bardziej do tego, że się boją.

Psychiatra Borwin Bandelow przestrzega przed uproszczonymi teoriami na temat przyczyn lęków (nazywa je teoriami stempla pocztowego, bo próbują maksimum fenomenów wyjaśnić za pomocą minimum przyczyn). Jeśli na przykład lek, który podwyższa w mózgu poziom serotoniny, okazuje się skuteczny, to nie należy automatycznie zakładać, że przyczyną problemów jest zakłócenie gospodarki serotoniną, i rezygnować z szukania innych przyczyn. Gdy z kolei pomocna bywa teoria behawioralna (oparta na prawach uczenia się, na treningu), nie musi to oznaczać, że proces powstawania lęków można wyjaśnić wyłącznie na podstawie teorii uczenia się.

Czas leczy lęki? Borwin Bandelow uważa, że tak. Rozkład wiekowy jego pacjentów ma formę piramidy, a jej wierzchołek wypada w połowie trzydziestki. Po czterdziestce stan jego pacjentów się poprawia, a bardzo rzadko zgłaszają takie problemy ludzie po pięćdziesiątce. Co nie oznacza, że seniorzy nie cierpią na lęki. Wraz z wiekiem wzmagają się lęki realne – że zachoruję, ulegnę wypadkowi, stracę ukochaną osobę – podczas gdy zmniejszają się lęki urojone, nierzeczywiste, charakterystyczne dla zaburzeń lękowych.

Pływaj albo toń

Jak opanować to paraliżujące uczucie? Pewne lęki (na przykład na tle obsesyjno-kompulsywnym) wymagają leczenia u lekarza psychiatry. W przypadku innych pomaga psychoterapia, na przykład behawioralna. Psychoterapeuci behawioralni dowodzą, że można oduczyć się lęku, na przykład metodą desensytyzacji (odwrażliwiania). Człowieka cierpiącego na przykład na fobię wobec psów stopniowo oswajają z małymi, potem coraz większymi psami. Inni leczą fobie końską dawką „lekarstwa”, które chorobę wywołało. Terapia ta nazywa się floodingiem (zatapianiem), ponieważ pacjenta wystawia się na bodziec, którego panicznie się boi. I na przykład tego z psią fobią zamyka się w klatce z dobermanem, a temu z lękiem przed wężami wiesza kilka tych gadów na szyi. Niektórzy doświadczyli tej metody przy nauce pływania. „Pływaj albo toń”, krzyczał kiedyś trener, wpychając ucznia do wody. I albo człowiek uczył się pływać, albo nabawiał lęku przed wodą na całe życie.

Amr Barrada i Judith Bemis, autorzy książki „Pokonać lęki i fobie”, proponują trzyczęściowy program autoterapii. Pierwsza część polega na zaakceptowaniu choroby, przyznaniu się, że cierpimy na zaburzenia lękowe, że straciliśmy kontrolę nad swoim życiem. Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ oznacza pogodzenie się z tym, że nie istnieje żadne cudowne lekarstwo, które spowodowałoby nagłe ozdrowienie. Wmawianie sobie, że problem nas nie dotyczy albo że powinniśmy jak najszybciej przestać odczuwać lęk, powoduje tylko, że stajemy się coraz bardziej przerażeni i niepewni. Tak naprawdę musimy nauczyć się, jak zaakceptować swój lęk. Pierwszy krok w tym kierunku to właśnie przyzwolenie sobie na odczuwanie niepokoju. Bemis i Barrada radzą: Nie przeciwstawiajmy się atakom lęku, spróbujmy się nimi nie martwić. Nie opanowujmy napadów paniki, bo im mniej będziemy je kontrolować, tym łatwiej nam to przyjdzie. Zaryzykujmy i skonfrontujmy się z miejscami (i sytuacjami), które wywołują nasz niepokój. Gdy już tam (w tych sytuacjach lub miejscach) się znajdziemy, powtarzajmy sobie: „Nic nam nie grozi, potrafimy zachować się naturalnie nawet teraz, gdy czujemy się niezbyt dobrze”. Nie walczmy z katastroficznymi myślami, pozwalajmy im swobodnie przepłynąć przez głowę, jednocześnie pamiętając, że to tylko przeczucia. Postarajmy się jak najwięcej dowiedzieć o naszej chorobie. Traktujmy każdy nawrót jako naturalny i niezbędny, ale przejściowy etap na drodze do wyleczenia. Nie zakładajmy jednak żadnych ram czasowych. Przyjmijmy zasadę, że każdy ma w sobie siłę, którą może wykorzystać, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Druga część programu autoterapii autorstwa Bemis i Barrady to prowadzenie dialogu wewnętrznego. Umiejętnie stosowany stanowi przeciwwagę dla samooskarżania, jakie nieustannie funduje sobie chory, obwiniając się o wszystko i tym samym pogłębiając swoje stany lękowe. Gdy na przykład dopada nas lęk, na ogół mówimy do siebie rozkazującym tonem, który wywołuje poczucie winy: „To straszne! Przecież nie powinienem się tego bać! Musi się ze mną dziać coś okropnego! Jestem do niczego”.

Powrót do zdrowia zależy od tego, czy będziemy w stanie w inny sposób kierować swoimi myślami. Tak aby nie wywoływać w sobie wstydu, nie karcić się, nie kontrolować, nie oskarżać, tylko akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, razem ze swoimi niedoskonałościami czy przewrażliwionym stosunkiem do otoczenia. Ten nowy sposób prowadzenia wewnętrznych rozmów powoli odbuduje nasze poczucie własnej wartości, które ma fundamentalne znaczenie w leczeniu zaburzeń lękowych.

I ostatnia część programu autoterapii – analiza stylu naszego życia. Przyjrzyjmy się, jak próbujemy rozwiązywać nasze codzienne kłopoty i jak to wpływa na natężenie lęku, jaki odczuwamy. Może okazać się, że pewna dziedzina życia – może to być rodzina, praca, relacje z przyjaciółmi, religia – stała się dla nas pułapką, z której nie potrafimy się wydostać.

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Lęk przed przemijaniem

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc.

Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc. Czy na starość czeka nas coś dobrego? – Tak. Szczęście  – mówi pisarz i dziennikarz Carl Honoré.

Beata, lat 34, socjolożka, żyje na pełnych obrotach. Samodzielnie wychowuje pięcioletnią córkę, pracuje na uczelni, uczestniczy w projektach badawczych, pisze.

– Już teraz jest ciężko, a co będzie w przyszłości? Boję się o zdrowie córki, czy uda mi się zrobić doktorat, spłacić kredyt, ułożyć sobie życie. Frustruje mnie, że nie mieszczę się w spodnie, że słyszę w sklepie: „Ta kolekcja jest dla młodych dziewczyn, nie dla pani”. Starzeję się! Dożyć stu lat? Nigdy w życiu! Pamiętam, jak śmieszyły mnie starsze panie z krzywo umalowanymi ustami, rozmazanym makijażem. Boję się, że za parę lat będę wyglądać tak samo. Ale najbardziej na świecie boję się samotności, zdania na łaskę innych. Wolę umrzeć niż tego dożyć.

Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS: – Lęk młodych kobiet przed upływem czasu bierze się z antycypacji, czyli przewidywania tego, co jeszcze nie nastąpiło, ale co za ileś lat nastąpi. I na ogół mija wtedy, gdy kobieta wkracza w wiek, którego się bała. Okazuje się, że kiedy się z nim skonfrontujemy, wtedy tak naprawdę zaczynamy lubić siebie i godzimy się z upływem czasu. Skończę w tym roku 40 lat i powiem szczerze, że czuję się bardziej atrakcyjna niż kiedyś, mimo że bez wątpienia świeżość mojej urody nieco wygasła. I nie jestem w tym odosobniona.

Psycholożka wyjaśnia, że dzieje się tak dlatego, że dojrzałość osobowości stabilizuje się pomiędzy 35. a 40. rokiem życia, niezależnie od płci. 20-latkom wszystko nie pasuje: albo są za grube, albo za chude. A kobiety około czterdziestki zaczynają siebie akceptować, rozkwitają seksualnie. Zatem lęk przed przemijaniem, mówiąc językiem naukowym, koreluje z wiekiem.

Psycholożka zauważa, że kiedyś ludzie nie bali się starzenia, bo walczyli o przetrwanie. Zresztą i dzisiaj, w czasach pandemii, lęk przed starzeniem się może zejść na dalszy plan, bo mamy na głowie realne problemy zdrowotne, finansowe, logistyczne. Paradoksalnie, kiedy żyjemy bardziej komfortowo, lęki związane z przemijaniem mogą się nasilać, natomiast gdy przychodzą ciężkie czasy – ustępować… innym lękom.

Ewa Jarczewska-Gerc podkreśla różnicę między lękiem a strachem. Strach to emocja adekwatna do sytuacji, której powinniśmy się bać. Jej celem jest przewidzenie i zaradzenie niebezpiecznym zdarzeniom. To mądry mechanizm ewolucyjny. Natomiast lęki nie są do końca adaptacyjne. Wyolbrzymiają niebezpieczeństwo, są nieadekwatne do sytuacji, paraliżują, powodują, że nie zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli.

Mam ograniczony czas

Józefina, lat 39, copywriterka w agencji reklamowej, modelka, wrzuca codziennie na Facebooka fotki ze stylizacjami ubiorów na różne okazje: do pracy, na imprezę w klubie, do teatru, na fitness, jogging. Wszystkie starannie przygotowane, dobrze oświetlone i profesjonalnie sfotografowane przez jej chłopaka.

– Zabawa modą to moja pasja. Wyżywam się w tym, bo zdaję sobie sprawę, że mam ograniczony czas. Już teraz muszę korzystać z Photoshopa, a co będzie później? Strach się bać.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Ewa Jarczewska-Gerc nie lubi narracji, że kiedyś ludzie nie zwracali uwagi na wygląd, a teraz, za sprawą Instagrama i Facebooka, myślą tylko o tym. – Zwracanie uwagi na wygląd nie jest niczym nowym, to naturalne. Nawet noworodki mają wdrukowane pewne standardy piękna, uśmiechają się do ludzi ładnych, o symetrycznych twarzach i bez wyraźnych oznak zniekształcenia, a brzydkich się boją. Natomiast bez wątpienia to, że dzisiaj każdy z nas może być VIP-em, publikować swoje zdjęcia w Internecie, mieć miliony followersów, wystawia nas, na własne życzenie zresztą, na ocenę. Tak więc możliwość upowszechnienia własnego wizerunku powoduje, że staje się on jeszcze ważniejszy. A lęk przed jego nadwątleniem większy.

Jeszcze nie teraz

Gosia, 36 lat, italianistka, pracuje jako tłumaczka i pilotka wycieczek. Uwielbia podróże, ludzi i oczywiście Włochy. Ciągle na walizkach. A w nich oprócz niezbędnika turystki – witaminy, suplementy, słoiki pierzgi od zaprzyjaźnionego pszczelarza i kapsaicyna zrobiona przez mamę. Przyznaje, że jest przeczulona na punkcie zdrowia. Dlatego jak wraca (na krótko) do domu w Łodzi, chodzi po lekarzach, na zabiegi, robi badania. – Boję się, że się zestarzeję, więc dbam o siebie. Bardzo chciałabym mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Dziecko to koniec wyjazdów i początek etapu, którego na razie nie chcę zaczynać. Jakiego etapu? Drugiej połowy życia, która wiadomo do czego zmierza. Jeszcze nie jestem na to gotowa.

Takie dylematy młodych kobiet to według Ewy Jarczewskiej-Gerc znak naszych czasów: – Nasze matki i babki nie zastanawiały się, jak się nie zestarzeć, tylko rodziły dzieci, pracowały. Po wojnie był nakaz pracy, a kobiety chciały być matkami, więc nie rozkminiały, jak to godzić, tylko godziły.

Lęki przed upływem czasu są podsycane przez różne narracje społeczne. Młoda kobieta czyta, że najlepiej urodzić dziecko po dwudziestce albo że spokojnie może czekać do czterdziestki. Kiedyś była presja, żeby rodzić wcześnie, teraz – późno.

– Optymalny wiek na urodzenie dziecka, choćbyśmy nie wiem jak zaklinały rzeczywistość, to okres między 25. a 35. rokiem życia – mówi psycholożka. – Możemy dziś rodzić dzieci w wieku 45 lat, ale wiele kobiet mówi, że nie mają wtedy takiej energii życiowej, jaką miały. Mam dwoje dzieci i cieszę się, że są w wieku szkolnym, bo teraz swoją energię mogę przeznaczyć na pracę. Dziecko nie musi ograniczać. Martyna Wojciechowska urodziła córkę i po kilku miesiącach pojechała w ukochane góry. Zrobiła to, co chciała, dziecko jej w tym nie przeszkodziło. Nie patrzyła na to, że jacyś ludzie powiedzą: „Wyrodna matka”. Nie roztrząsała: mieć dziecko czy nie, tylko je ma, kocha i realizuje swoje pasje. Ale, oczywiście, każda kobieta ma prawo do własnych decyzji. Tu nie powinno być reguł narzuconych społecznie. Chodzi tylko o to, żeby kobiety nie żyły w lęku, że życie ucieka. No bo ucieka, i co z tego.

Nic już mi nie pomoże

Iwona, 35 lat. Ma własną kawiarnię na obrzeżach Warszawy, wymuskane mieszkanie i obsesyjny lęk przed starzeniem. Codziennie ogląda się w lustrze od stóp do głów, waży, mierzy. Regularnie chodzi na zabiegi upiększające, manikiur, do fryzjera. I drży, że nadejdzie taki moment, kiedy nic już jej nie pomoże.

– Czy wyobrażam sobie siebie na starość? Nawet o tym nie myślę. Bo niby po co, żeby się dołować? Sorry, ale starość kojarzy mi się z czymś bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnym. Brzydotą, zniedołężnieniem, poniżeniem. Jak będę miała dzieci, to im powiem, żeby oddały mnie do domu opieki, bo nie chcę, żeby mnie oglądały.

Może z lęku kobiet przed przemijaniem wynika jednak coś pozytywnego? Na przykład to, że bardziej dbają o siebie, nie tylko o wygląd, ale też o zdrowie, kondycję?

– Do tego samego celu prowadzi wiele dróg – odpowiada Ewa Jarczewska-Gerc. – Bo z jednej strony narracja społeczna jest taka, że trzeba dbać o siebie, a z drugiej – żeby to robić jak najmniejszym wysiłkiem. Coraz młodsze kobiety korzystają z medycyny estetycznej, decydują się na operacje bariatryczne zamiast po prostu upocić się, umęczyć i zrobić to swoim wysiłkiem. Oczywiście, dobrze, jeśli ten lęk przełoży się na konstruktywne formy dbania o siebie. Czyli na dobrą dietę, bo ludzie jedzą, ale się nie odżywiają. Na regularne ćwiczenia, fajne relacje z ludźmi, dbanie o sen, także o wysiłek intelektualny, ponieważ ćwiczenia umysłowe są równie ważne jak fizyczne. Natomiast obawy może budzić to, że coraz młodsze kobiety powiększają sobie usta, przyklejają sztuczne rzęsy, robią sobie liposukcje.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

– Co w tym złego? – pytam.

– No to, że te działania nie zmieniają myślenia ani stylu życia. Życie wymaga wysiłku, nic nie ma za darmo. Jeżeli kobiety sobie tego nie uświadomią, to zyska na tym tylko medycyna estetyczna, która jest dla ludzi, jak najbardziej, ale niekoniecznie dla 20-latki.

Uciekam, zaprzeczam

Psycholożka uspokaja: lęk przed przemijaniem i śmiercią jest naturalny. Problem w tym, że współczesna kultura robi wszystko, żeby nie mówić na ten temat. To ucieczkowy sposób radzenia sobie z tym lękiem.

– Są badania, które pokazują, że kobiety przed wizytą u fryzjera mają większy poziom lęku przed śmiercią niż po wyjściu. W ogóle istnieje hipoteza, że dbanie o siebie, te wszystkie zabiegi urodowe nie tylko mają nam poprawić wygląd, samopoczucie, ale buforują też lęk przed śmiercią. Bo jak wyglądamy ładnie, to mamy poczucie, że nie weźmie nas licho. A jak weźmie, to i tak nas lepiej zapamiętają, staniemy się nieśmiertelni w sensie kulturowym.

Ewa Jarczewska-Gerc na stażu naukowym w Stanach, w Indiana University of Pennsylvania, miała okazję uczestniczyć w kursach związanych z psychologią śmierci. Przytacza badania, które pokazują, że im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany. Tak więc nadanie przemijaniu racji bytu, zgoda na to, że wszystko ma swój początek i koniec, docenianie każdego przeżytego dnia, wdzięczność za to, co mamy, codzienna uważność – to wszystko powoduje, że możemy być szczęśliwsi. Natomiast uciekanie i zaprzeczanie są strategią na chwilę. Bo jak się przed lękami ucieka w dzień, to one będą nam się śnić w nocy.

– Żeby kobiety wyzwoliły się od tych lęków, trzeba już małe dziewczynki uczyć niezależności – uważa psycholożka. – Niezależności od opinii i oczekiwań innych, ale też wytrwałości, stawiania sobie celów, określania marzeń, a potem do nich dążenia. Dobrze byłoby sobie powtarzać: „Nie jestem nieśmiertelna, dlatego każdego dnia robię to, co mnie rozwija, co sprawia, że jestem człowiekiem”. Badania pokazują, co leczy z lęków przed przemijaniem: pasja, aktywność i pięć filarów zdrowego życia, czyli dieta, ruch, sen, dobre relacje z ludźmi, ćwiczenia intelektualne. Mamy wybór – możemy coś dobrego zrobić i dzięki temu dobrze się czuć albo narzekać, bać się starości i czuć się źle.

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.