1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Analityczne myślenie prowadzi do sukcesu

Analityczne myślenie prowadzi do sukcesu

123 RF
123 RF
Ludzie, którzy myślą analitycznie i wykazują się zdolnością do koncentracji, mają poczucie siły. Właśnie umiejętność logicznego myślenia jest potrzebna do osiągania życiowych celów.

Co nas prowadzi do sukcesu? Myślenie elastyczne, bardziej holistyczne czy zaprogramowane na cel? - zastanawiali się badacze z Queen University.

- Najlepiej, gdy jesteśmy w stanie dostroić nasz styl myślenia do potrzeb sytuacji - powiedział dr Li-Jun Ji, psycholog społeczny. - Czy i jak to robimy zależy od naszego dziedzictwa kulturowego. W Ameryce Północnej wewnętrzna moc jest definiowana jako zdolność wpływania na innych. Przekonanie, że ją posiadamy sprawia, że osiągamy cele, ale są one niezależne od szerszego kontekstu społecznego. To jest myślenie analityczne, które polega na skupieniu się na „własnej bramce”, koncentrujemy się na określonym wycinku rzeczywistości bez szerszego tła.

Naukowcy odkryli, że im wyższy status socjoekonomiczny, tym ludzie częściej używają analitycznego myślenia. Ci uczestnicy badania mieli najwyższe poczucie władzy i myśleli o sobie, że potrafią wpływać na innych. Osoby, które myślały bardziej całościowo, mając na uwadze szerszy kontekst, mieli znacznie mniej sukcesów finansowych a prestiż społeczny nie był w ich życiu priorytetowy.

Źródło: Queen University

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Asertywne, a nie uległe – jak mądrze pokierować dzieckiem?

Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Człowiek nie rodzi się asertywny. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Lekcji w szkole nie ma, ale są rodzice.

Mama czternastoletniej Asi: Moja córka ma problem z odmawianiem i wyrażaniem swojego zdania. Zgadza się na wszystkie propozycje koleżanek, nawet wbrew sobie. Jeżeli już mówi „nie”, to zazwyczaj ucieka się do jakichś wykrętów czy wręcz kłamstwa. Ostatnio pożyczyła swoją cenną książkę przyjaciółce, a ta, bez jej zgody, dała ją koledze i – już po fakcie – wysłała Asi SMS: „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?”. Asia była wściekła. Zapytałam, dlaczego z nią nie porozmawia. Odpowiedziała: „I cóż by to teraz dało?”. A gdy się spotkały, słyszałam, jak zapewniała przyjaciółkę: „Nic się nie stało”. Bardzo mnie to niepokoi. Jak nauczyć ją asertywności?

Dobry przykład

Umiejętność mówienia „nie”, zwana asertywnością, nie jest cechą, z którą człowiek przychodzi na świat. Wszystkie nasze interakcje z innymi, także relacje rodzinne, są dla dziecka wskazówką, jak postępować. Jeśli my zgadzamy się, by ludzie wchodzili nam na głowę, pomagali nawet wtedy, gdy tego nie chcemy, to ono bierze z nas przykład i również może pozwalać na ingerowanie innych w swoje sprawy.

Wielu rodziców, podobnie jak mama Asi, dostrzega potrzebę uczenia dziecka asertywności dopiero, gdy wkracza w wiek dorastania. Rzeczywiście, w tym okresie ta umiejętność okazuje się bardzo potrzebna, ponieważ młodzi ludzie są szczególnie podatni na wpływy grupy. Badania wykazują, że ponad połowę dnia spędzają z rówieśnikami i w ich towarzystwie czują się najszczęśliwsi. To czas, kiedy szukają odpowiedzi na pytania: „kim jestem? na co mnie stać?...”. Grupa stanowi dla nich oparcie. Pozwala nabrać przekonania, że są w porządku. Pomaga czuć się rozumianym i bardziej zrozumieć siebie. Daje poczucie przynależności. Dzięki grupie młody człowiek może wypróbować nowe role. Wpływ koleżanek i kolegów jest najsilniejszy w takich kwestiach jak sposób ubierania, szkoła, ale także alkohol i narkotyki. Może być siłą konstruktywną lub destrukcyjną.

Nic więc dziwnego, że rodzice szukają sposobu na przekonanie dziecka, że warto, a czasem wręcz trzeba, przeciwstawić się grupie. Często robią to jednak zbyt późno. Nie zauważają, że w kształtowaniu mocnego charakteru dziecka ważniejsza jest nie jakaś magiczna metoda, ale przede wszystkim własny przykład.

Chcąc pokazywać dziecku, jak nie ulegać wpływom innych, musimy sami umieć się przed nimi obronić. A nie ulega innym ten, kto umie wyrażać swoje uczucia, myśli i życzenia, nie deprecjonując ich u drugiej osoby. Kto czuje, że ma prawo do wyznaczania swoich granic, ten zna swoją wartość. To podstawa. Asertywność kształtuje się przez wzmacnianie dobrych stron dziecka, pochwały, obdarzanie zaufaniem. Zabija – przez nieustanną krytykę, wyśmiewanie, porównywanie z innymi, umniejszanie osiągnięć. Co zatem znaczy „być asertywnym”? Człowiek asertywny bezpośrednio przekazuje swoje myśli, uczucia i życzenia. Mówi otwarcie i wprost to, co myśli. Powie na przykład: „Chcę pójść na pizzę”. Nieasertywny zaś będzie podpytywać innych: „Dokąd pójdziemy coś zjeść?”, ubiegać: „Na pewno, jak zawsze, masz ochotę na sushi”, albo badać: „Dlaczego nie lubisz pizzy, przecież każdy lubi?”.

Mądry Jaś

Jeżeli chcemy nauczyć dziecko, jak nie ulegać wpływom innych, powinniśmy od małego pokazywać mu, jak ważne jest wyrażanie swoich myśli, sądów i oczekiwań. Najlepiej poprzez informowanie, czego sami od niego oczekujemy. Gdy chcemy, na przykład, by umyło ręce i zjadło obiad, powiedzmy to jasno, w formie polecenia. Nie dajmy mu możliwości wyboru, czy ma to zrobić, czy nie. Wybrać może jedynie sposób, w jaki wykona to polecenie.

Pomocne może okazać się zatrzymanie jego uwagi na tym, co do niego mówimy. Bywa to bardzo trudne, bo dziecko pochłonięte zabawą, zapomina o otaczającym świecie. Dlatego najlepiej zbliżyć się do niego i na przykład przykucnąć (albo wziąć na ręce), aby nasze oczy znalazły się na poziomie jego oczu. Powstrzymajmy się przy tym przed jakimkolwiek działaniem, mówieniem, dopóki na nas nie spojrzy. A kiedy popatrzy, zwróćmy się do niego po imieniu. Dobrze jest wziąć je za rękę, żeby bardziej czuło naszą fizyczną bliskość. Wtedy powiedzmy spokojnie, czego od niego chcemy. Przyswojenie sztuki spełniania cudzych oczekiwań jest jak nauka czytania. Im więcej zmysłów dziecka przy tym angażujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie biegle opanuje tę umiejętność.

Na początku dzieci będą oczywiście stawiać nam opór, odmawiać, sprzeciwiać się, a nawet reagować agresją, bo takie badanie granic jest związane z ich rozwojem. Nie możemy się ugiąć. Nie należy pytać: „Dlaczego odzywasz się w taki sposób?”.

Nie sprawdzają się też groźby w rodzaju: „Za takie zachowanie nie wyjdziesz na podwórko”. Absolutnie nie wolno odpowiadać agresją na agresję. Należy kierować jasny, prosty komunikat: „Boli mnie, kiedy mnie bijesz. Jeśli chcesz, żebym zwróciła na ciebie uwagę, powiedz: »Mamo, chcę ci coś powiedzieć«. Nie zgadzasz się ze mną? Więc powiedz: »Mamo, nie zgadzam się z tobą«. Kiedy tak powiesz, wysłucham cię. A jeśli będziesz krzyczał, wyjdę z pokoju”.

Dziecko często biegnie do nas, poskarżyć się na kogoś: „Janek mnie popchnął!”. Na ogół odpowiadamy: „nie skarż”, albo decydujemy, by samo rozwiązało konflikt. Czasem karcimy to, które naszym zdaniem jest winne. Tymczasem kiedy nasz maluch zgłasza problem naruszenia jego granic przez inne dziecko, należy najpierw spytać: „Czy to ci się podobało?”. Takie pytanie wydaje się czysto retoryczne, ale jest bardzo istotne, bo zmusza do wypowiedzenia kluczowego dla asertywności słowa „nie”. A ta właśnie umiejętność jest najbardziej potrzebną do ustalenia własnych nieprzekraczalnych granic. Dziecko, które potrafi to mówić, oprze się wpływom innych.

  1. Psychologia

Manipulacja a psychologia – jak rozpoznać manipulatora?

(Ilustracja Getty Images)
(Ilustracja Getty Images)
Zasady są proste. Rybak chce złowić rybkę po to, by ta spełniła jego trzy życzenia. Rybka łapie się na jego przynętę i trafia niekoniecznie tam, gdzie chciała. Według psycholog Ewy Klepackiej-Gryz manipulacja jest podstawą ludzkich relacji i każdy z nas bywa w życiu nie tylko rybką, ale i rybakiem.

Jak rozpoznać manipulację i jakie są jej oznaki? Miałaś wyjątkowo ciężką noc, czujesz się niewyspana i bardzo potrzebujesz poprawić sobie nastrój. Na widok męża pojawiającego się w drzwiach sypialni robisz zbolałą minę. Twój ukochany dobrze cię zna: – Kawa do łóżka? – zgaduje. – Oj tak, kochany jesteś – posyłasz mu słodki uśmiech. – Już się robi. A czy mogłabyś dziś odebrać mój garnitur z pralni? – pyta przymilnie. – Jasne – odpowiadasz, pocieszając się, że masz na to cały dzień. Jak nic, obojgu udało wam się ubić niezły interes. Jeszcze tego samego dnia – w drodze do pralni – zatrzymuje cię policja. Jak zwykle, przejechałaś na żółtym świetle. Mandat przebolejesz, ale perspektywa punktów karnych (kolejnych w tym miesiącu) nie przedstawia się optymistycznie. By uratować skórę, robisz słodkie oczy i udaje ci się zmiękczyć pana władzę. „Uff, upiekło mi się” – myślisz. Czy wiesz, że jesteś całkiem niezłą manipulantką?

Manipulacja psychologiczna - zarzucanie sieci

Oburzasz się na myśl, że manipulujesz innymi? Nic dziwnego, według słownika manipulacja to podstępne wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie, przeinaczanie faktów w celu kierowania kimś bez jego wiedzy, wpływanie na cudze sprawy, zachowania i nastroje dla osiągnięcia własnych korzyści… Brzmi jak poważne wykroczenie. Jak rozpoznać manipulatora, kierując się tą definicją? Teoretycy manipulacji, grzebiący w owym zjawisku niczym kompulsywny badacz kijem w mrowisku, oprócz klasycznej manipulacji rozróżniają w tym temacie także wywieranie wpływu, perswazję i hipnotyczną sprzedaż. Ich zdaniem manipulacja występuje wtedy, kiedy manipulowany nie ma poczucia kontroli i może coś stracić. W przypadku wywierania wpływu i perswazji – masz poczucie kontroli, ale nadal możesz coś stracić. Z kolei kiedy ktoś swoim zachowaniem stara się, zabiega o twoją uwagę – nie masz poczucia kontroli, ale możesz coś zyskać… Oj, można się w tym pogubić.

Moda na diagnozowanie oznak manipulacji i analizowanie zachowań manipulacyjnych przypomina mi modę na dysleksję, DDA i ADHD, z tą różnicą że, moim zdaniem, manipulujemy wszyscy – bez wyjątku. Jeśli skoncentrujemy się na fakcie, że manipulacja pochodzi od łacińskiego manipulatio, czyli podstęp, fortel, a to prawdopodobnie od wyrażenia manus pello (trzymać kogoś w ręku), wychodzi na to, że owo karygodne zachowanie to jakby sztuczka cyrkowa polegająca na zręcznym (dzięki niedostrzegalnemu przez oko ruchowi ręki) wytworzeniu iluzji rzeczywistości. Niewinna zabawa, na którą nabieramy się jak rybka na przynętę. Przy czym wędkarz albo rybak, czyli manipulator, jawi nam się jako przebiegły, cyniczny zbir, który chce nas złowić dla własnych korzyści. Na przykład namolny telemarketer, który najpierw proponuje ci niezwykle korzystną ofertę (zwracając się do ciebie po imieniu, jak dobry znajomy), przygotowaną specjalnie dla ciebie, a kiedy odmawiasz, zniecierpliwionym głosem dopytuje, jaki jest powód twojej odmowy. Biorąc pod uwagę, że manipulacja psychologiczna od wywierania wpływu różni się intencją (z góry wiadomo, że zyski z owej procedury będzie miał głównie manipulant), stajesz się ofiarą. Z drugiej strony ten zły i przebiegły telemarketer wykonuje jedynie swoją pracę, a od tego, ile rybek uda mu się złowić, zależy jego prowizja. Jeśli pracujesz w usługach, prawdopodobnie to ty jesteś rybakiem, a inny nieszczęśnik bezbronną rybką, tyle tylko, że zwykle tak tego nie widzisz. Wolisz określać to strategią marketingową. Podobnie jak nie nazwiesz manipulacją robienia słodkich oczu do ukochanego. Co innego, gdy to on – podstępem – cię do czegoś namówi. A to manipulant!

Manipulacja - własna korzyść

Mój przyjaciel seksuolog twierdzi, że życie to jedna wielka gra o szczęście. Według Freuda każdy z nas kierowany jest dwoma podstawowymi popędami: dążeniem do przyjemności oraz unikania bólu i cierpienia, nie ma więc nic dziwnego w tym, że w życiu liczy się przede wszystkim własna korzyść. Wszyscy wywieramy wpływ na innych ludzi. Najczęściej robimy to nieświadomie. Jak rozpoznać manipulację w codziennych zachowaniach? Przykładowo, kiedy namawiasz przyjaciółkę na pójście do kina, bo zawsze lepiej mieć towarzystwo, nie dopuszczasz do siebie myśli, że ona może nie mieć na to ochoty. Czasami wystarczy propozycja, innym razem uciekasz się do prośby, podkoloryzowania recenzji filmu tak, by przyjaciółka dała się przekonać. A jeśli to nie pomoże, nie zaszkodzi drobny szantażyk w stylu: „Pamiętasz, jak prosiłaś mnie, żebym poszła z tobą na koncert, choć wiesz, że nie przepadam za zatłoczonymi klubami?”.

Oprócz podstawowego powodu stosowania manipulacji (chęć zaspokojenia własnej potrzeby, przyjemności czy ubicia interesu), uciekamy się do niej także z lęku przed autentyczną relacją, przed ujawnieniem swoich słabych stron czy czułych miejsc. Wtedy manipulujemy swoim wizerunkiem, przedstawiamy siebie w innym świetle, ukrywamy „niewygodne” fakty ze swojego życia – wszystko po to, by ktoś nas polubił, zaakceptował, nie odtrącił. Większość manipulatorów ma naprawdę dobre intencje, nie chce nikogo skrzywdzić, a że myśli przede wszystkim o sobie – to wydaje się naturalne.

Moim zdaniem każda relacja, nawet najbliższa, jak miłosna czy przyjacielska, jest pewnego rodzaju manipulacją. Jeśli to słowo nadal cię oburza, wyobraź sobie, że relacja to gra w tenisa. Kiedy rozgrywasz mecz z życiowym partnerem, obydwoje chcecie wygrać – to naturalne, rywalizacja, która nie ma intencji świadomego ranienia, jest dla relacji jak pikantna przyprawa do wyszukanego dania.

Jak rozpoznać manipulatora we własnych zachowaniach?

Ciężko jest przyznać przed samą sobą, że masz tendencję, a nawet naturalny dar do manipulowania innymi, co dopiero, kiedy zauważysz w swoim zachowaniu oznaki manipulacji i uzmysłowisz sobie kolejną prawdę – bardzo często manipulujesz również samą sobą. Pomyśl, ile rzeczy na swój temat potrafisz sobie wmówić, oczywiście w dobrej intencji. Jak rozpoznać manipulatora w naszej głowie? Manipulujesz własnymi przekonaniami, potrafisz zobaczyć coś, czego nie ma, i święcie wierzyć w swoje racje (cyrkowa sztuczka tworzenia iluzji rzeczywistości). Z łatwością przekonujesz siebie, że uszczęśliwić cię może jedynie konkretna osoba (iluzja miłości), albo trzymasz się kurczowo wspomnień o jakiejś nieprzyjemnej sytuacji z przeszłości, przeżywasz ją, uzupełniasz jej scenariusz i odgrywasz ciągle na nowo („popatrzcie, jaka ja biedna”). Wyjątkową wprawę mamy zwłaszcza w manipulowaniu własnymi emocjami. Bywa, że całkowicie odcinamy się od swoich uczuć albo w całości się z nimi utożsamiamy i pozwalamy im przejąć kontrolę nad swoim życiem. Potrafimy znaleźć tysiące sposobów, by usprawiedliwić swoje zachowanie. No cóż, najłatwiej jest oszukać samą siebie, nie zauważając żadnych oznak manipulacji. W tym wypadku manipulatorem jest nasza głowa, która podporządkowuje sobie ciało, dla własnych korzyści.

Mimikra, czyli występujące w świecie zwierząt zjawisko, gdy jeden gatunek wykorzystuje automatyczne wzorce zachowania innego, w doskonały sposób opisuje mechanizm działania manipulacji. Automatyczne wzorce reakcji, inaczej nawyki, czynią nas miękkimi jak wosk w rękach manipulatorów (w tym nas samych). Jak handlowiec, który próbuje nas złowić w swoją sieć, bazując na wierze w autorytety i podsuwając badania, z których wynika, że jego towar to rzecz ci niezbędna. Dlatego, oprócz znajomości technik manipulacyjnych, warto stawiać w relacjach na uważność i świadomość.

Manipulacja a psychologia wpływu społecznego

W psychologii naukowej rozróżnia się te dwa pojęcia. Każda manipulacja jest wpływem społecznym, ale nie każdy wpływ jest manipulacją – w tym ostatnim przypadku mówimy o działaniu świadomym z intencją uzyskania przez manipulatora jakichś korzyści własnych, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy i ponosi straty. Warto wiedzieć, jak rozpoznać manipulację od wpływu społecznego. Możemy wpływać na innych lub na otoczenie nawet bez użycia słów, poprzez mowę ciała, przedmioty, aranżację otoczenia. Stosowanie wpływu społecznego nie jest naganne, o ile nie ma to charakteru manipulacji.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Czy sukces rewiduje znajomości?

Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Jeśli z niepewnej siebie osoby przeobrazisz się w śmiałą i ambitną, to licz się z tym, że część twoich przyjaciół się wykruszy. Ale ci prawdziwi zostaną. O tym, jak sukces rewiduje nasze znajomości, opowiada coach Karolina Cwalina.

Czas zmiany, budowania swojego sukcesu – to moment próby dla naszych przyjaźni?
Nie dla każdej. Sama mam przy sobie ludzi, których bardzo cieszy moje szczęście czy powodzenie w sprawach zawodowych. Kibicowali mi od samego początku, przez wiele lat, i trwali przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierali w gorszych momentach i popychali do przodu. Tacy przyjaciele są ze mną do dziś i wiem, że będą zawsze. Natomiast prawda jest taka, że każda relacja ma swoją dynamikę – coś wnosimy my, coś innego wnosi druga osoba. Duża zmiana w życiu jednej ze stron zaburza to status quo. Siłą rzeczy zmienia się też relacja.

To znaczy?
Jesteśmy przyzwyczajeni, że nasz przyjaciel jest „jakiś”. Ma swoje wady oraz zalety, ale właśnie to w nim lubimy. Jeśli poznałyśmy przyjaciółkę jako niepewną siebie dziewczynkę, trudno nam nagle zmienić perspektywę i zobaczyć w niej silną kobietę sukcesu. Może okazać się, że dobrze nam było w sytuacji, kiedy była mniej przebojowa. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

Schudłam kilkadziesiąt kilogramów, spełniłam swoje marzenia o byciu coachem, założyłam firmę „Sexy zaczyna się w głowie”. Wygląd, jak się okazało, był tylko małą cząstką mojej pracy nad sobą. Zmieniłam się głównie wewnętrznie. Uwierzyłam, że w końcu mogę działać i cieszyć się czasem, który już umiałam dobrze rozplanować. Wiedziałam, jak się motywować, aby sprostać wyzwaniom, które się przede mną pojawiały. Stawałam przed lustrem i potrafiłam się do siebie uśmiechnąć, nabrałam pewności, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie boi się zmian i potrafi walczyć każdego dnia. Mogę więc śmiało powiedzieć, że doświadczałam różnych reakcji ludzi. Kilka osób było przyzwyczajonych do tamtej Karoliny – niepewnej siebie, która brak poczucia wartości pokrywała wiecznym uśmiechem, robieniem wszystkiego, żeby inni ją lubili. Byłam „siostrą z wyboru”. Kiedyś więcej mi wybaczano. „No bo ona taka biedna, chora”. Gdy wyszłam z ciężkiej choroby, a potem wzięłam się za siebie – niektórzy nie za bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Prawdziwi przyjaciele cieszyli się razem ze mną i byli bardzo dumni. Inni, których uważałam za bliskie osoby, potrafili powiedzieć, że mam po prostu szczęście w życiu i mogę sobie robić, co chcę… Bolało, ale też nauczyłam się stawiać temu czoła. Robię dalej swoje, wspieram kogo mogę, i widzę, jak dobro wraca. Grunt to się nie poddać, nieżyczliwi ludzie są wszędzie.

Nie wspierali cię?
Zaczęłabym w ogóle od tego, że chyba łatwiej wspierać osoby słabsze od nas, potrzebujące pomocy. Po pierwsze, czujemy się wtedy naprawdę ważni i potrzebni. Po drugie, taki ktoś nie jest dla nas konkurencją, a dzisiejszy świat powoduje, że często konkurujemy nawet z najbliższymi. To my w tej pozycji jesteśmy silniejsi. Ja mam stałego partnera, ona nie ma, ja mam dobrą pracę, ona nie. Porównujemy się z innymi, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Jeśli porównanie wypada na naszą korzyć – możemy odetchnąć z ulgą i dawać komuś wsparcie. Zaspokajamy w ten sposób dwie istotne potrzeby – bycia ważnym i poczucia, że jesteśmy wyjątkowi. A nie jest łatwo być wyjątkowym na tle kogoś zaradnego, prawda? Oczywiście, nie zawsze pomagamy komuś z pozycji wyższości, ale bardzo często dopiero, gdy ktoś odnosi sukces, widzimy, co nas z nim naprawdę łączy. I czy to „wspieranie” to była reakcja na jakieś jego przejściowe kłopoty, czy raczej nieuświadomiony sposób na wzmacnianie swojego ego.

Zazdrość u swoich źródeł wiąże się z poczuciem wartości. Kiedy myślałam, że czegoś nie zrobię, nie umiem, nie nadaję się do tego, patrzyłam z zazdrością na innych, którzy potrafili, i zastanawiałam się, jak to robią, zamiast sama ruszyć do działania. Dziś, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą, robię to, co kocham, i mam poczucie, że moje działania mają sens – jest zupełnie inaczej. Kibicuję innym, cieszę się, gdy spełniają swoje marzenia. Bo wiem, ile to ich kosztuje, jaką drogę muszą pokonać. Gdy patrzymy z boku, wszystko wydaje nam się takie łatwe. Lubię zawołanie: „Wstań, zrób to sam”. Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych.

Co jest dla nas trudne w sukcesie innych?
Sukces to pojęcie bardzo względne. Ale na ogół jako ludzi spełnionych postrzegamy tych, którzy osiągają swoje cele. To może nas złościć, szczególnie gdy my sami zamiast działać, wolimy narzekać, znajdować setki powodów, żeby nie realizować planów. Możemy wtedy zacząć unikać tej osoby albo dewaluować jej osiągnięcia.

Czyli?
Czyli jeśli z niepewnej siebie osoby staniesz się kobietą sukcesu, która spełnia marzenia, jest ambitna – pewnie część twoich przyjaciół się wykruszy. Widzisz, bo to trochę jest tak, że im więcej my sami ze sobą zrobimy, tym mamy głębsze poczucie, że się da. Że to jest właśnie kwestia planu, pokonania swoich ograniczających przekonań, w końcu – ciężkiej pracy. Ale większość rzeczy, jeśli tylko zdrowie nam dopisuje, jest w zasięgu ręki. Tyle że takie myślenie nie pasuje do naszej polskiej mentalności. Jeśli taka się stajesz – możesz być zagrożeniem dla ludzi, którzy kurczowo trzymają się przekonań: „Zmiany są niemożliwe”, „Tego się nie da, tamtego też”, „To nie dla mnie” , „Ty możesz, ja nie, bo mam to i to na głowie”.

Mówiłaś o dewaluowaniu osiągnięć.
Prawdziwy przyjaciel będzie cię wspierał, a gdy ci się uda osiągnąć cel, powie: „Super! Podziwiam. Cieszę się”, „Trzymaj tak dalej” – i będziesz czuć, że to jest autentyczne i szczere. Dewaluowanie to komunikaty wprost albo naokoło, ale chodzi w nich o pomniejszenie tego sukcesu. Ja słyszałam: „Coaching? To się nie sprzeda, bo za drogie”, „Jesteś za młoda, kto będzie do ciebie przychodził”, „Sexy zaczyna się w głowie? Co za infantylne hasło!”. Rzeczy totalnie niewspierające.

Czasem ktoś ci mówi je wprost, a czasem obgadując w gronie znajomych. Warto pamiętać, że osoby, które nas krytykują, najczęściej robią to z poczucia niespełnienia. Albo zazdroszczą, albo nie mają dość siły i samozaparcia, żeby realizować swoje cele. Część tych emocji jest naturalna – większość z nas je odczuwa. Ważne jednak, co z nimi robimy.

Jakimi ludźmi warto się otaczać, kiedy chcemy się zmienić? Albo gdy już to robimy?
Takimi, którzy inspirują, dodają energii, są szczerzy, ale którzy potrafią też nas zastopować. Czasem, gdy nagle odkrywamy jakąś pasję czy drogę, stajemy się egocentryczni. Prawdziwa przyjaciółka powie wtedy bez owijania w bawełnę: „Opamiętaj się!”, ale jednocześnie nigdy nie podetnie ci skrzydeł. Da ci pewność, że cokolwiek zrobisz dla siebie, ona będzie ci w tym kibicować, chyba że zaczniesz sama sobie szkodzić.

No właśnie, jak rozpoznać, czy nie uderzyła nam woda sodowa do głowy?
Do momentu, kiedy traktujesz innych z szacunkiem – wszystko jest w porządku. My też mamy prawo na chwilę zająć się sobą, mieć inne priorytety. Ktoś, kto na przykład rozwija swoją firmę – nie ma już tyle czasu dla znajomych. Czasem wystarczy jeden SMS na miesiąc i wiemy, że ktoś o nas myśli. Warunek, oczywiście, żeby to nie zamieniło się w stan permanentny, choć pewnie im bardziej jesteśmy spełnieni, tym grono tych najbliższych jest węższe – nie musimy się już karmić innymi, żeby mieć poczucie wartości, sami dla siebie jesteśmy wsparciem.

Ja całe życie walczyłam o ludzi. Chciałam, żeby mnie każdy lubił, bo sama siebie nie akceptowałam. Dziś już nie mam poczucia, że musi mnie kochać cały świat, siłą rzeczy odpuściłam pewne relacje, gdy stałam się bardziej zabiegana. Transformacja to naprawdę ważny moment, dobry na odpowiedzenie sobie na pytanie: „Jakich przyjaciół wybierałam do tej pory?”, „Jakie związki z nimi budowałam?”, „Jakie ich potrzeby zaspokajałam, a jakie oni moje?”. Ważne też, żeby zobaczyć, kogo teraz przyciągamy. Może nagle zainteresowały się nami osoby do tej pory niedostępne, które kiedyś na nas patrzyły z góry? I warto też odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy naprawdę chcemy je mieć w gronie swoich bliskich?”.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”. 

  1. Psychologia

Jacy ludzie uzależniają się od władzy?

Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebny jest wtedy serwis dla emocji, bo bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Są tacy, którzy z racji zalet charakteru i wrodzonej umiejętności wpływania na ludzi zwanej charyzmą są do władzy predestynowani i często wypychani. Władza nie jest podstawowym źródłem ich życiowej satysfakcji, raczej kompetencją zawodową. To ludzie tzw. dobrej roboty, którzy nie pchają się do władzy, bo nie muszą dzięki niej potwierdzać swojej wartości i znają ciężar odpowiedzialności z nią związany. Gdy ich mandat wygasa, odczuwają ulgę i z radością wracają do swoich pasji. Wyróżnia ich to, że ocenę własnej wartości mają zakorzenioną w egzystencjalnym poczuciu bycia w porządku. Takim ludziom nie grozi uzależnienie od władzy. Komu więc grozi? – dyskutują psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, coach Iwona Firmanty i doktor psychologii Tomasz Srebnicki.

Władza mi smakuje!

Wojciech Eichelberger: Uzależnienie grozi tym, którzy władzę samą w sobie uznają za coś atrakcyjnego. Gdy ją zdobędą, sycą się bez umiaru poczuciem wyniesienia, wpływu, byciem na świeczniku; mają parcie na szkło. Jedna z typologii psychologicznych dzieli ludzi na dwa rodzaje: task-oriented albo ego-oriented, czyli zorientowanych na zadanie albo na siebie. O tych pierwszych mówiliśmy wcześniej. Dla tych drugich władza jest wartością samą w sobie, bo leczy ich niedowartościowane ego. Jest jedynym celem i sensem ich życia. Na ogół bywają samotnikami, bo inni są dla nich ważni jedynie jako instrumenty zdobywania i utrzymywania władzy.

Iwona Firmanty: Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. Władza jest zbroją chroniącą ich niekiedy niższe poczucie wartości i dającą im odczuć, że jednak coś na tym świecie znaczą. Inaczej trudno im ten sens odczuć, gdyż kierują nimi egoistyczne: „ja”, „moje”.

Tomasz Srebnicki: Jako zwierzęta naczelne mamy potrzebę hierarchii. I wielu z nas instynktownie podporządkowuje się władzy. Nieliczni czują potrzebę jej sprawowania. Stworzenie hierarchii daje skuteczniejszą ochronę i ułatwia zdobywanie dóbr wszelakich: od jedzenia po przepisy prawa. Te jednostki, które w naturalny sposób przejmują władzę, pracują zazwyczaj dla dobra ogółu. Od władzy się nie uzależniają. Uzależnienie grozi tym, dla których jest ona sposobem na poradzenie sobie z wewnętrznym chaosem, często z lękiem. Władzę tego rodzaju można sprawować i w dużej organizacji, jak korporacja, i małej, jak małżeństwo. Zawsze jednak jej przejawem jest likwidowanie wszelkich przejawów demokracji, gaszenie każdej niesubordynacji.

Władza – studium rodzajów

Iwona Firmanty: Władzę można mieć nad przedmiotami, nad ludźmi, nad sytuacją. Władzę nad przedmiotami często sprawują ludzie o osobowości analitycznej, ale mający chaos w głowie. To ci, których nazywamy pedantami, mają zazwyczaj w głowie taki misz-masz, że kiedy zeszyt leży pod nieodpowiednim kątem, to jest dla nich zbyt wiele, a położenie go jak należy to sprawa życia i śmierci. Tygodniami będą wypominali, że pilot leżał z lewej, a ty go położyłaś z prawej strony stolika, bo gdy tracą władzę nad przedmiotami, przenoszą ją na człowieka, który zrobił bałagan.

Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebne jest otworzenie emocjonalnego śmietnika w sytuacji kontrolowanej przez specjalistę, czyli serwis dla emocji. Bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Władza nad sytuacją

Katarzyna, 40-letnia właścicielka firmy, ma taką potrzebę władzy nad sytuacją, że swojej pracownicy nie pozwoli wydrukować jednej niepotrzebnej kartki. Jest gotowa zatrudnić kogoś, kto będzie stał przy drukarce i liczył kopie. Koszty takiego działania przerosną koszty ryzy papieru roztrwanianej dziennie, co potwierdza, że to działanie irracjonalne.

Katarzyna, kiedy była dzieckiem, wciąż słyszała, że jest niewystarczająco mądra, ładna, dobra. Ojciec zawsze miał jakieś uwagi, które sprowadzały się do tego, że Kaśka musi bardziej się starać. I tak się starała, że zaszła bardzo wysoko. Odczuwa ogromną niechęć do delegowania pracy, bo kto zrobi cokolwiek tak dobrze jak ona. Jej potrzeba kontroli i władzy jeszcze się nasiliła po śmierci ojca i przejęciu przez nią jego firmy. Jedyną bolączką, do której się przyznaje, jest nadwaga. Nie do opanowania mimo żelaznego charakteru, bo słodycze to jedyne antidotum na potrzebę bliskości.

Iwona Firmanty: Analiza transakcyjna Berne’a pomaga spojrzeć na człowieka jako na niekończący się dialog, nawet spór między trzema aspektami osobowości, czyli wewnętrznym Rodzicem, Dzieckiem i Dorosłym. W wypadku osób uzależnionych od władzy aspekt dziecięcy może być całkowicie wyłączony. Kiedy więc zapytałam Katarzynę, gdzie jest jej wewnętrzne Dziecko, czyli część odpowiedzialna za zabawę i bezradność, uczona od małego, że słabość jest zła, tak silnie wstrzymywała łzy, aż krew pociekła jej z nosa. Dopiero wówczas zaczęła szlochać. Nazywanie rzeczy po imieniu pomaga ogarnąć emocje. Potem dopiero nadchodzi czas na oduczanie się potrzeby władzy i kontroli.

Władza nad ludźmi

Elżbieta, singielka po trzydziestce, kieruje działem prawniczo-finansowym pewnej korporacji i gdy któryś z pracowników nie przychodzi do niej co jakiś czas i nie opowiada, co dzieje się w firmie, wzywa go do gabinetu i pyta: „Dlaczego ze mną nie współpracujesz? Przecież wiesz, że w naszym dziale są takie zasady, że obowiązuje transparentność komunikacji”. Elżbieta była kompetentna, ale styl zarządzania doprowadził do tego, że ludzie zdrowi psychicznie odchodzili, a ci z brudami z domu rodzinnego zostawali. Ona budziła w nich dobrze znane poczucie, że muszą się bardziej wykazać. Ale ich pracą też niedługo mogła się cieszyć, gdyż wkrótce dosięgały ich wypalenie i depresja.

Iwona Firmanty: Kogoś, kto chce wszystko kontrolować, możemy podejrzewać o brak zaufania do innych. Ale to wyraz braku zaufania do siebie. Bierze się on stąd, że albo ktoś naopowiadał im na ich temat wiele brzydkich rzeczy, albo nie pozwalał nabrać wiary w siebie, np. zabraniając skakać po drzewach tak, by się nauczyć, jak nie spaść. Potrzebę władzy mają też osoby nieukochane w dzieciństwie, wiele razy zawiedzione oraz te wychowywane na grzeczne dzieci.

I tak było w przypadku Elżbiety, trafiła do mnie, zaczęłyśmy pracę nad dzieciństwem i deficytami, jakie z tego czasu wyniosła. Broniła się przed tym, by uznać, że to, co jej dolega, bierze się z nieukochania. Czuła, że gdy to sobie uświadomi, rozsypie się jak pęknięty woreczek ryżu.

Miała jednak motywację, gdyż jej nowy facet powiedział, że odejdzie, jeśli ona nie wyluzuje. Elżbieta uczy się więc odpuszczać. Rozpisała razem z coachem dekalog zasad, jak odpuścić. Facet przestał pakować walizki, a pracownicy – pisać wypowiedzenia, bo ona zaczęła używać wyrazu „proszę”. Ale żeby nie było tak słodko, matka ją krytykuje: „Co się z tobą stało? Facet i pracownicy wchodzą ci na głowę!?”.

Usprawiedliwianie krwiopijcy

Tomasz Srebnicki: Liderzy cierpiący na uzależnienie od władzy nie wiedzą, że krzywdzą ludzi. Wnioskowanie moralne mają ograniczone, gdyż w ich oczach takie postępowanie jest uzasadnione. Postrzegają bowiem innych jako zagrożenie. Idą więc po trupach do władzy, manipulują. Czasem tak jasno identyfikują wroga, że staje się nim na przykład inna rasa. Że to myślenie patologiczne, nie trzeba dodawać. Statystycznie większość ludzi jest nastawiona na rozwój i współdziałanie, a nie na niszczenie i walkę.

Uzależnieni od władzy nie są najlepszymi liderami dla żadnej organizacji. Ich celem nie jest rozwój i osiąganie celów organizacji, ale pokonanie wrogów. Do czasu sprzyja im to, że władza daje charyzmę, a ta – społeczną aprobatę. W końcu jednak szef władzoholik wzbudzi niechęć podwładnych, a nawet doprowadzi do próby obalenia go. Ludzie bowiem, gdy władza nie służy ich rozwojowi, zaczynają z nią walczyć. Dla sprawującego ją ten opór to potwierdzenie patologicznych przekonań: „Jest tak, jak myślałem! Wokół sami wrogowie!” .

Co zrobić, jeśli mamy patologicznego szefa? Najlepiej zwolnić się z pracy. Konsekwencje wynikające z walki z nim są zbyt duże. Jeśli bowiem organizacja dopuściła do zarządzania tego typu osobę, to znaczy, że cała cierpi na podobną chorobę.

Ratunek dla władzoholika

Wojciech Eichelberger: Ludzie uzależnieni od władzy nie poszukują ani terapii, ani coachingu. Zagrożone poczucie wartości maskują przekonaniem, że niczego nie potrzebują, że są doskonali. Nie podejrzewają nawet, jak ogromne obszary ważnych uczuć, potrzeb i wspomnień wyparli ze świadomości.

Ratunek? Nie istnieje, póki sami nie poczują, że go potrzebują. Tylko życiowe tragedie lub gwałtowny nawrót sumienia w gronie najbliższych mogą naruszyć fortyfikacje ich zranionego ego. Tak jak to się przydarza w serialu „House of Cards”, wstrząsającej analizie uzależnienia od władzy. Bohater nieliczący się z żadną świętością dochodzi do najwyższej władzy w kraju. Lecz gdy żona, będąca dotąd lojalną sojuszniczką, nieoczekiwanie zachowuje się w sposób zgodny z ludzkim, moralnym instynktem, świat bohatera zaczyna się chwiać.

Domowy tyran

Tomasz Srebnicki: W mniejszych organizacjach, takich jak rodzina, władza nie jest potrzebna. W dobrych związkach, choć jedno zarabia więcej, drugie mniej, nikt nie próbuje nikomu narzucić swojej woli. W związkach z władzoholikiem jest inaczej. Zazwyczaj to mężczyzna podporządkowuje sobie kobietę. Bywa to powiązane z lękiem przed zdradą, a zdominowanie partnerki ma chronić dyktatora przed skrzywdzeniem.

W pewnym momencie każdy dyktator spotka się z oporem, a wówczas ma dwie strategie: nasila środki władzy, wprowadza skrajny terror. Drugi wariant tylko pozornie jest lepszy – ustępuje z władzy przy jednoczesnym pokazywaniu drugiej stronie, ile na tym straciła. Wnosi o rozwód i zabiera dzieci tylko po to, by ona nie miała do nich dostępu.

Co więc zrobić, gdy wyszło się za mąż za uzależnionego od władzy? Warto postawić sobie pytania: Dlaczego nie stawiam mu granic? Jakie korzyści z tego czerpię? Czy postrzegam siłę mężczyzny jako potwierdzenie mojej atrakcyjności? Może jako gwarancję bezpieczeństwa? A siebie czy postrzegam jako słabą? Czy siła gwarantuje udany związek? Silny nie jest zainteresowany bliskością, bo walczy, widzi wszędzie zagrożenie i na nie reaguje. A więc czy nasza relacja to miłość, czy patologiczny układ władzy? A może znoszę to, że mąż sprawuje nade mną władzę, bo na urodziny kupił mi porsche i ja mogę pokazać je koleżankom. Czy prestiż to mój sposób na rozwiązanie problemów wewnętrznych?

Uzależnienia i sukces

Tomasz Srebnicki: Nie ma takiego rozpoznania: władzoholizm. Ale strategie radzenia sobie z problemami oparte na sprawowaniu władzy będą się stawać coraz popularniejsze, bo modelem sukcesu jest właśnie władza. Nawet artyści nie zabiegają dziś o artyzm, ale o nimb celebryckości, czyli chcą zostać kimś, kto zyskał podziw i tak sprawuje kontrolę nad ludźmi. Można wówczas więcej. A nawet trzeba, aby prowokować paparazzich.

Wojciech Eichelberger: Alkohol przenosi w krainę baśni i znieczula poczucie upokorzenia i lęku. Hazard? Daje obietnicę szybkich, łatwych rozwiązań, adrenalinę z magicznej gry z losem lub głos sumienia, który każe pozbyć się nieuczciwie zarobionych pieniędzy. Uzależnienie od Internetu to często przejaw kryzysu męskości i relacji między płciami. Każde uzależnienie jest daremną – bo objawową – próbą poradzenia sobie z jakimś wewnętrznym brakiem, konfliktem, lękiem czy kompleksem. Wzrost liczby uzależnień może wiązać się także z bezrobociem, biedą, poczuciem utraty wpływu na własne życie. To, jakie uzależnienie wybieramy, jest często sprawą przypadku: np. zranione poczucie wartości możemy reperować albo w walce o władzę, albo wcielając się we wspaniałego awatara w grze „Second Life” lub urządzając second life w alkoholowym ciągu.

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.