1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaki wniosę dziś wkład? - gra polecana przez coacha Sylwię Kalinowską

Jaki wniosę dziś wkład? - gra polecana przez coacha Sylwię Kalinowską

123rf.com
123rf.com
Niemalże od urodzenia mamy świadomość, że są przed nami zadania do wykonania. Życie często wygląda jak bieg z przeszkodami. Aby osiągnąć największe sukcesy, poświęcamy niemało czasu na zastanawianie się, co stoi nam na drodze. Rzadko jednak zastanawiamy się nad tym, że życie może być miejscem, gdzie można wnosić swój wkład, a MY sami możemy być tymi, którzy ten wkład wnoszą.

Mężczyzna szedł plażą, zastanawiając się nad swoim życiem. Zawsze chciał coś zmienić w świecie, ale choćby najbardziej się starał, kończyło się to poczuciem daremności. Nagle usłyszał głośny chrzęst i spojrzał pod nogi. Dokładnie tam, gdzie stał, i tak daleko, jak mógł sięgnąć wzrokiem w obie strony, leżały setki tysięcy maleńkich rozgwiazd wyrzuconych na brzeg przez fale oceanu. Mężczyzna szedł dalej, rozmyślając o widocznym okrucieństwie oceanu. W końcu te rozgwiazdy nie zrobiły nic złego! A jednak przed końcem dnia będą martwe, bo leżą wyrzucone na brzeg i czekają na śmierć. Po jakimś czasie mężczyzna natknął się na staruszkę, która stała na brzegu i wrzucała do wody wyrzucone przez fale rozgwiazdy. Kiedy zapytał ją, co robi, powiedziała, że zawsze chciała coś zmienić w świecie i uznała ten właśnie dzień za dobry moment, by zacząć. Mężczyzna przeniósł wzrok na tysiące rozgwiazd, które umierały na wybrzeżu, i powiedział: „Na każdą rozgwiazdę, którą wrzuca pani do morza, przypadają trzy wyrzucone na brzeg! Jakim sposobem ma to coś zmienić?” Kobieta przez chwilę patrzyła z namysłem, po czym podniosła kolejną rozgwiazdę i cisnęła ją do wody. „Dla tej jednej coś zmienia” - odparła i uśmiechnęła się najpiękniejszym uśmiechem, jaki mężczyzna kiedykolwiek widział.

Przedstawiam wam ciekawą GRĘ, którą opisują w książce „Sztuka możliwości” Rosamund i Benjamin Zander. Rosamund prowadzi warsztaty poświęcone sztuce możliwości, zajmuje się terapią rodziny oraz maluje pejzaże. Benjamin jest dyrygentem Bostońskiej Orkiestry Symfonicznej oraz profesorem Konserwatorium Nowej Anglii. Wygłasza wykłady dla menadżerów i szefów firm na całym świecie.

Benjamin Zander wychował się w tradycyjnym żydowskim domu, ciepłym i pełnym miłości, w którym było założenie, że wszystkie dzieci „odniosą sukces”. Każdego wieczoru, przy stole zastawionym do obiadu, zasiadali rodzice i czwórka rodzeństwa. Ojciec zwracał się do najstarszego brata z pytaniem „Co dziś zrobiłeś?”. A brat opisywał wszystko, co osiągnął. I tak ojciec pytał każde z rodzeństwa po kolei. Ale zanim ojciec doszedł do Benjamina, ten już był kłębkiem nerwów, ponieważ zazwyczaj nie wydawało mu się, aby coś, co zrobił w danym dniu, było szczególnie znaczące. Oprócz tego wydawało mu się, że ojciec nie pyta w rzeczywistości „Co zrobiłeś?” lecz „Co dziś osiągnąłeś?”. A Benjaminowi wydawało się, że nie osiągnął zbyt wiele w porównaniu z rodzeństwem, które uważał za bardzo zdolne. Jak pisze Benjamin Zander, pragnienie sukcesu i obawa przed porażką są ze sobą nieodłączne jak orzeł i reszka. Nieustannie pobudzały go do niezwykłych wysiłków i przynosiły mu też niemało cierpienia. A jego coraz wiesze sukcesy nie zmniejszały tego napięcia, które w nim rosło wraz nimi. Aż w końcu, kiedy odeszła od niego jego druga żona, zdał sobie sprawę, że gra w sukces było tylko iluzją, czymś wymyślonym. I wtedy zdał sobie sprawę, że może wymyślić inną grę....

Wymyślił grę, którą nazwał „WNIEŚĆ WKŁAD”. W odróżnieniu od sukcesu i porażki WKŁAD nie ma odwrotnej strony. Nie jest to coś, co osiąga się tylko w sensie porównawczym. Okazało się, że trudne pytanie „Czy jestem kochany za to, kim jestem, czy za to, co osiągnąłem?” można zastąpić radosnym pytaniem „Jaki wniosę dziś wkład?”. Dzięki temu pytaniu można wyeliminować grę w sukces i porażkę, bo z jej perspektywy nic nigdy nie było dość dobre. Gra „Jaki wniosę dziś wkład?” eliminuje grę w konkurencję i pozwala budzić się rano z rozkoszną myślą, że jest się darem dla innych. W tej nowej grze nie znikają pytania o to, jakie zajmuje się stanowisko, jakie się ma znaczenie czy ile ma się nadzieję zarobić. Po prostu przez chwilę sprawy te są zapakowane do innej skrzyni, gdzie życie płynie wedle innego zbioru zasad.

Na czym polega gra „Jaki wniosę dziś wkład? Na wynajdywaniu samego siebie - jak również innych ludzi - jako kogoś, kto WNOSI WKŁAD. Chodzi w niej o to, żeby:

1. Zadeklarować, że wnosisz wkład.

2. Rzucić się w życie jako ktoś, kto odciska na świecie swoje piętno, godząc się zarazem z tym, że możesz nie wiedzieć, jak czy dlaczego to się dzieje.

Gra ma cudowną moc przekształcania konfliktów w dobroczynne doświadczenia, więc zapraszam do zabawy. A jeśli chcesz dowiedzieć się więcej zachęcam do lektury - Sztuka możliwości, Rosamund Stone Zander, Benjamin Zander, Warszawa 2000

Sylwia Aneta Kalinowska () zaprasza na warsztaty coachingowe „Zorganizuj się i żyj w harmonii pomiędzy byciem a działaniem”, Kazimierz Dolny nad Wisłą, 17-16 lutego 2012

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak być szczęśliwą, dojrzałą kobietą?

- Poczucie bezpieczeństwa to kryterium, według którego można odróżnić kobietą dojrzałą od niedojrzałej - mówi Piotr Pałagin. (Fot. iStock)
- Poczucie bezpieczeństwa to kryterium, według którego można odróżnić kobietą dojrzałą od niedojrzałej - mówi Piotr Pałagin. (Fot. iStock)
We współczesnym świecie kobieta chce być niezależna od mężczyzny. Jednocześnie jednak pragnie, by mężczyzna zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa. - To właśnie jest kryterium, według którego można odróżnić kobietą dojrzałą od niedojrzałej - mówi Piotr Pałagin, psychoterapeuta. 

Czy kryzysowi męskości towarzyszy kryzys kobiecości?
Tak, te zjawiska są równoległe, a wynikają z dążenia do równouprawnienia mężczyzny i kobiety. Pytam: „O co chodzi? Że mamy być tacy sami, równi? Czy płeć jest wymysłem? Czy potrzebna jest może trzecia płeć?”. W tym zamieszaniu kobiecość jest dyskryminowana, nie tylko przez państwa, mężczyzn, ale i przez same kobiety. Kobieta nie ma na przykład prawa do spokojnego urodzenia i wychowania dziecka. Mało dzieci się rodzi, bo pracodawca, który ma do wyboru kobietę, która potencjalnie urodzi i taką, która tego nie zrobi, wybierze tę drugą. I kobiety, które mają ambicje, odkładają urodzenie dziecka. I potem przychodzą do mnie po 35 roku życia i mówią, że nie mogą zajść w ciążę. Są ciekawe, co ja o tym sądzę. A ja pytam: „Gdzie pani wcześniej była?”. A one odpowiadają: „Doktorat robiłam. Nie mogłam znaleźć godnego siebie mężczyzny. Szukałam kandydata na ojca mojego dziecka”. Wiem, że jest to skutek cierpienia, przez które ta kobieta przeszła. A teraz próbuje się ratować. Facet ma spełniać jej oczekiwania. Jeśli on deklaruje, że jest z nią, a ona jest sporo po trzydziestce, on musi wiedzieć, że ona chce mieć rodzinę, dziecko i że jest cały zestaw rzeczy, którym teraz należy się zajmować. Jak tego nie wie, jest nieodpowiedzialny. Taka kobieta mnie pyta: „Jak znaleźć mężczyznę, który zapewni mi poczucie bezpieczeństwa?”. I tu dochodzimy do tematu poczucia bezpieczeństwa. Moim zdaniem jest to kryterium, według którego można odróżnić kobietą dojrzałą od niedojrzałej.

Dlaczego?
Kiedy przyjechałem do Polski w 1996 roku i zacząłem przyjmować ludzi, nie mówiłem wtedy jeszcze po polsku, miałem tłumaczkę. Przychodzi kobieta i w pewnym momencie mówi „poczucie bezpieczeństwa”. Pytam tłumaczkę: „Co to jest?”. Skojarzyło mi się to ze służbami specjalnymi, z KGB. A ona odpowiada, że nie, że tu chodzi o to, żeby się nie bać. „Czego?”, pytam. A ona na to: „Życia”. Czegoś tutaj nie rozumiem. Przychodzi następna kobieta i mówi „poczucie bezpieczeństwa”. Następna tak samo i następna. Wszystkie piękne, nic im nie brakuje, ja już jestem zakochany, a one mówią „poczucie bezpieczeństwa”. Myślę sobie: „W zacofanej Rosji żyję i nie wiem, o co chodzi”. Wreszcie podczas tych rozmów, dotarło do mnie, że poczucie bezpieczeństwa to w Polsce takie hasło kobiet. A chodzi w nim o to, żeby rachunki były płacone, a z drugiej ta sama kobieta krzyczy, że chce być niezależna. „Od kogo?”, pytam. „Od mężczyzny”, słyszę. Czyli ona chce być niezależna od mężczyzny, ale to on ma jej zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Jakieś dziwne. Z jednej strony ona musi sobie radzić, a z drugiej ona sobie nie radzi.

Ona sobie tak na zewnątrz radzi, ale kosztuje ją to mnóstwo wewnętrznego napięcia.
Dokładnie. I to jest właśnie ten temat. Jak mówię, że koniec świata powstał wtedy, gdy kobieta poszła do pracy, słyszę: „Pan jest męskim szowinistą, kobiety pan chce wysłać do garów!”. A mnie chodzi o to, że to mężczyzna ma przez naturę zakodowane, że ma walczyć (proszę bardzo, jak ktoś chce, można założyć, że on to ma wmówione). A kobieta ma walczyć?

Nie.
Kobieta jest tą, która pracuje na to, żeby było fajnie, miło, przytulnie. Ma tworzyć miejsce, do którego chce się przychodzić. A dusza mężczyzny ma z tego powodu śpiewać.

Skąd się wziął ten konflikt wewnętrzny polskich kobiet, którego skutkiem jest brak poczucia bezpieczeństwa?
Też się nad tym zastanawiałem. Polska ma trudną historię, przychodzili do was Rosjanie, Niemcy i zabierali ziemię. Mężczyźni nie byli w stanie siebie i was obronić, między sobą też nie mogli się dogadać (niewiele dobrego wam wyszło z tej demokracji, wcześniej Polska była przecież od morza do morza). A trzymały to wszystko kobiety w domu, tę całą polskość. Kto polskość zachował? Mężczyźni? Nie. Kobiety. Wasze poczucie bezpieczeństwa, a raczej jego brak, związany jest z wrogami, którzy chcieli zabrać ziemię. To zawiera się w archetypie. Przyszła rewolucja seksualna, obyczajowa, a przekaz w środku pozostał - musimy się trzymać ziemi, domu. A jednocześnie w nowych czasach słyszycie: „Do przodu, z szablą!”.

Ogromna sprzeczność.
No tak, straszny konflikt się zrobił. Kiedy cię ostatnio facet w rękę pocałował?

Nie pamiętam.
No właśnie. Ja też nie pamiętam, kiedy to robiłem. A popatrz na stare filmy polskie, nawet z lat 50., cały czas „cmok, cmok”. Kiedyś w Polsce to była kurtuazja na porządku dziennym.

I myślisz, że my pragniemy być po rękach całowane?
A pragniecie?

Nie chodzi konkretnie o całowanie w rękę, ale fajnie by było, żeby doświadczać od mężczyzn tej jakości.
Chodzi o okazywanie kobiecie zachwytu. Kiedy kobiety do mnie przychodzą, mówię im: „Boże, jaka pani piękna”. To uszanowanie. Starsze kobiety są podejrzliwe, nie wiedzą, czego ja chcę, może je podrywam. A młodsze rumienią się i nie wiedzą, jak się zachować. Pytam wtedy: „Nikt cię nie chwalił?". A one, że nikt. „Nikt ci nie mówił, że jesteś piękna?. Mówili pewnie, że masz być dumna, dzielna, silna, mądra, myśleć o przyszłości, nie dać się facetowi. O tym mówili. A że jesteś piękna nikt nie mówił.” I teraz, jaki przekaz ma kobieta, kiedy wchodzi w życie?

Że musi sobie radzić.
Masz nie ustępować, masz być niezależna. To nie te czasy. Masz skończyć studia wyższe i to niejedne i z wyróżnieniem.

My to robimy z powodu braku wewnętrznego bezpieczeństwa?
Tak. To jest program. Poczucie bezpieczeństwa związane jest z koniecznością utrzymania rodziny. Nie ma miejsca na miłość, nie ma miejsca na kobiecość. Przychodzi do mnie kobieta, główna menadżerka wielkiej firmy, samochodem takim jeździ, że ja takiego nigdy nie będę miał. Ma męża, ale go nie kocha. Kocha Ormianina i on też ją kocha, ale ma żonę, a Ormianie się nie rozwodzą. Mówię do niej: „Dawaj mi swoją mamusię”. Przychodzi mamusia. Uh, to taka kobieta, która sobie poradziła w życiu. „Ma pani męża?”, pytam. „Jakiegoś tam mam”. „A jest pani szczęśliwa?”. A ona próbuje być inteligentna: „Ja to słowo wykreśliłam ze swojego leksykonu. Dopytuję dalej: „Jak to? Pani nie jest szczęśliwa?”. Odpowiada: „Bo rodzina to jest odpowiedzialność, to jest walka”. „A miłość?”, nie ustępuję. „Miłość i rodzina to są różne rzeczy. Miłość to w kinie, a rodzina to twarde zasady”, mówi. To ja na to: „Córka panią posłuchała. Kocha tego pana, ale to nie jest rodzina. Rodzinę ma, ale nie ma miłości, ona jest grzeczna. Dokładnie wypełniła program, który pani mi tu teraz sprzedała”. Była zszokowana, nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać, bić mnie czy uciekać. Powiedziałem jej, że ma zmienić swoje przekonania. A ona krzyczy: „Ma pan wyprostować moją córkę, ona ma być normalna!”. „Pani ma być normalna, ma pani jej powiedzieć – w rodzinie ma być miłość.”, mówię jej i słyszę: „Nie, to nieprawda!”. Dziewczyna mi jednak powiedziała, że już rozumie, dlaczego tkwi w tej sytuacji bez wyjścia i nie może zrobić kroku ani w prawo, ani w lewo. To niedojrzałość emocjonalna, którą przejęła od matki. Można być niedojrzałą, niezależna od tego, ile ma się pieniędzy na koncie.

Radzenie sobie z pieniędzmi niekoniecznie oznacza radzenie sobie z uczuciami.
Dobrze jest, jak kobieta nie myśli o pieniądzach. Kiedy kobieta to robi, traci swoją kobiecość. I w tym momencie nie chodzi o to, że ona ma leżeć w buduarze i nic nie robić. (Chociaż niektóre kobiety tak lubią i nie ma w tym niczego złego). Kobieta ma wybierać, wtedy jest wolna. Ale wtedy niedojrzały facet mówi: „A ja co? Mam zasuwać od rana do nocy?”. „A co ci daje poczucie bezpieczeństwa?”, pytam. Odpowiada: „A ja tak sobie marzę, żeby wygrać milion w Toto Lotka a potem siedzieć i nie nie robić”.

Niektóre kobiety też tak marzą.
W przypadku kobiety to nic złego. Taka kobieta ma przyciągnąć sobie mężczyznę, który będzie tak szczęśliwy, że z nią jest, że co ona będzie chciała, to on zrobi i jej zapewni. To lepsza wersja niż Toto Lotek?

Lepsza.
Zastanawiam się często, co ja mam mówić kobietom, żeby to zadziałało w tym kierunku. Żeby kobiety były kobietami, ale żeby nie były zależne od mężczyzn. Bo nie o to chodzi, czy ona pieniądze zarabia, czy nie, czy spełnia się zawodowo, czy nie, czy jest głównym menadżerem firmy, czy pracuje na zmywaku. Po co jej doktorat, jak ona sama siebie nie lubi i tak naprawdę jest małą dziewczynką?

No właśnie, i co mówisz kobietom?
Kiedyś zaproszono mnie na warsztaty dla kobiet prowadzone przez Kasię Miller. „Piotrek, zrób nam superwizję”, powiedziała. „Jaki temat?”, pytam. „Kobiecość”, słyszę. „Matko, co ja tam będę robił!”, wystraszyłem się. Była burza w tym Kazimierzu, światło zgasło, dookoła same piękne kobiety, zapach perfum. No i zaczęły mówić o poczuciu bezpieczeństwa i pokrzyczały sobie o niezależności. W końcu zwracają się do mnie z pytaniem: „Jesteś mężczyzną. Powiedz nam, co sprawia, że chcesz być z kobietą? Po czym poznajesz, że kobieta jest dojrzała”. Zapadła cisza, a ja na to: „Dobrze, powiem wam teraz wielką prawdę. Wyrażenie „poczucie bezpieczeństwa” trzeba zastąpić wyrażeniem „wewnętrzny spokój”. Jak jest ten spokój, nie ma frustracji. Nie ma konfliktu między brakiem poczucia bezpieczeństwa a potrzebą niezależności, nie ma tego lęku. Jest za to pewność swojej kobiecej energii, swojej siły, swojej czakry podstawy. Facet wszystkie skarby odda, żeby z taką kobietą być. Ona wtedy może pracować albo nie pracować, może być królową, a może być nikim, może setkę dzieci urodzić, a może żadnego. Jak ona to w sobie ma, mężczyzna wie, że nikt go nie wykorzystuje. On interesuje kobietę jako on, liczy się jego osobista wartość. Bo ona jest energetycznie samowystarczalna. Może nie mieć kasy, a mieć to poczucie. A może mieć miliony, a nie mieć tego poczucia. Tu chodzi o stan dolnego czakramu, tego poczucia sensu życia na ziemi. Kobieta jest Matką Ziemią, tą żywicielką, ona ma energię, którą może dać mężczyźnie, a on idzie za nią, walczy o nią, macha szablą i zdobywa. Dla niej".

Mężczyźni nie zdobywają dla siebie?
Jeśli to robią, postępują tak ze strachu. Albo ktoś ich zmusza do zdobywania. I potem siedzą i myślą o Toto Lotku.

Mówisz - wewnętrzny spokój. Jak go osiągnąć?
Kiedy rozmawiam z kobietami i mówię, że chodzi o spokój wewnętrzny, one są tak zdezorientowane jak ja, kiedy słyszę o poczuciu bezpieczeństwa. Tłumaczę wtedy: „Dotykasz ziemi i jest fajnie”. „A co w tym fajnego?”, pytają. „Życie, taki dar niesamowity, ty jesteś wybranką, bo żyjesz”.

A one pewnie na to, że życie to walka. A walka wyklucza spokój.
Tak. Walczyć mają mężczyźni.

Czyli nie kochamy życia.
Spokój to akceptacja tego, co jest. „Przyjmujesz to, co masz?”, pytam kobiety. „Co pan gada, ja nic nie mam”, odpowiadają.

Wewnętrznego spokoju mamy szukać w sobie.
Siedzieć na pupie i głęboko oddychać. To jest bardzo dobra metoda uzyskania wewnętrznego spokoju. Można się modlić, medytować, ćwiczyć jogę. Zatrzymać się. Na jednych z moich zajęć robię ćwiczenie według Gurdżijewa. Ludzie sobie tańczą, gra muzyka, wirują, są w siódmym niebie, a w pewnym momencie słyszą STOP. I trzeba się zatrzymać. Jeśli ktoś może sobie tak stać w spokoju ile tylko chce, to oznacza, że jego myśli, emocje, intencje znajdują się w harmonii. Nic mu nie trzeba, a drugiego ręka boli, noga, nie wytrzymuje, wykrzykuje: „Co ja tu robię na tych głupich zajęciach!”. W tym momencie trzeba na siebie spojrzeć, poobserwować swoje uczucia, odnaleźć drogę do źródła swojego niepokoju. Czasem potrzeba iść z tym do terapeuty.

Czyli praca wewnętrzna.
Spojrzenie w siebie, poczucie swojego ciała. W ciele odbijają wszystkie tendencje duszy. Zadaj sobie pytania: „Co ja tu robię? Na czym polega bycie sobą? Czym się różnię od swojej sąsiadki albo mojej matki? Co ja niosę? Co ja mogę przekazać swoim dzieciom?”. Jest cała masa bardzo prostych pytań. Jak je zadaję ludziom, oni mówią, że są trudne. Tak naprawdę trudno to jest przed nimi uciekać. Odpowiedzi na nie to podstawa, żeby odzyskać spokój, siebie samego. Żeby się nie zdradzać i potem nie mówić, że ja tego nie chciałam, zostałam zmanipulowana, dałam się nabrać. Tak się stało, bo nie masz siebie, nie masz własnego rozumu, serca, zmysłów. Słuchasz tego, co jest mrzonką. Biegniesz za kimś, za czymś, bo nie masz w sobie spokoju, oparcia w sobie.

Reasumując - mamy siedzieć na pupach?
Badajcie siebie całościowo. Siedząc na pupie, dotykając czakramu ziemi, doświadczcie swojej fizyczności, wrażliwości kobiecej, poczujcie wszystkie swoje uczucia. Bądźcie w tym autentycznie, wtedy zniknie strach i powstanie podstawa zdrowego związku z mężczyzną. To nie sztuka, żeby spotkało się dwóch inwalidów, jeden bez jednej nogi, drugi bez drugiej. Razem wydaje im się, że jakoś stoją, ale daleko nie zajdą. Co to za związek? To jest współuzależnienie, sadomasochizm, wykorzystywanie się, nasilanie frustracji. Jak kobieta ma dwie nogi i mężczyzna dwie, bo oboje są dojrzali, to kiedy się spotkają, sto nóg im urośnie i pójdą dokąd chcą. Energia się pomnoży.

Piotr Pałagin lekarz homeopata, psychoterapeuta, astrolog, seksuolog, doradca biznesu, coach, trener sukcesu. Od 1991 roku pracuje jako terapeuta. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu opracować zintegrowaną metodę terapeutyczną, która oddziałuje na cztery aspekty człowieka: fizyczny, eteryczny (energetyczny), astralny (podświadomy) i mentalny (świadomy). 

  1. Styl Życia

Praca z oddechem - poszukaj spokoju w sobie

Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. (Fot. iStock)
Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. (Fot. iStock)
Coaching oddechu jest rozwiązaniem dla tych, którzy nie mają predyspozycji do medytacji, a chcą pokonać trudne emocje i cieszyć się chwilą. Rozmowa z life coachem Joanną Godecką. 

Czym jest oddech?
Oddech jest jak nasze paliwo. Bez jedzenia i wody przez jakiś czas przeżyjemy. Ale bez powietrza, którym oddychamy, nie damy rady. Wydaje nam się, że oddech jest czymś całkowicie naturalnym. Natomiast nie zdajemy sobie sprawy, że jest jednocześnie czymś magicznym.

Mało uwagi poświęcamy własnemu oddechowi…
Gdybym cię spytała, czy umiesz oddychać, spojrzałabyś na mnie ze zdziwieniem i stwierdziła, że jak można nie umieć. A jednak… Malutkie dzieci oddychają w płynny, delikatny sposób. Gdybyśmy narysowali ten oddech, byłaby to lekko wznosząca się i opadająca fala. Taki oddech mają też ludzie dorośli w głębokiej fazie snu. Wówczas wdech i wydech są prawie niedostrzegalne. Natomiast na jawie, szczególnie w sytuacjach stresowych, oddech staje się szybki, urywany. Jest to jeden z naszych mechanizmów obronnych. Jeśli nie chcesz czegoś czuć, instynktownie zatrzymujesz powietrze. Nie chcesz się rozpłakać, wybuchnąć złością – wciągasz powietrze i je przytrzymujesz. Robimy tak często, bo w codziennym życiu jest wiele sytuacji, w których nie chcemy ujawnić emocji. Etykietujemy je, nazywając złymi, i tłumimy. Ale one wcale w tajemniczy sposób nie znikają. My je tylko kontrolujemy, robiąc mikropauzy między wdechem a wydechem. I żyjemy jakby z wielkim balonem w środku, wypełnionym emocjami, którym nie pozwoliliśmy zaistnieć. Żeby nie uleciał w powietrze, cały czas musimy stosować nacisk. I dlatego oddech z płynnego zmienia się w urywany i dodatkowo się spłyca. Najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Co możemy zrobić, żeby to zmienić?
Przede wszystkim trzeba wyjść od zrozumienia, że wszystkie emocje, które odczuwamy, niosą ze sobą ważną dla nas jakość. Nie dzielą się na dobre i złe. Gdybyśmy wzięli kartkę papieru i spisali to, co lubimy czuć, to pewnie pojawiłyby się na niej: miłość, wdzięczność, entuzjazm, radość. To są emocje, które dają nam fajne samopoczucie. I jest cała gama takich, od których kurczymy się w środku. To: obawa, poczucie odrzucenia, zazdrość, strach, melancholia… można by je mnożyć. Gdybyśmy się tak na spokojnie zastanowili, skąd się biorą pozytywne stany, znaleźlibyśmy dla nich wspólny mianownik – jest nim miłość. A dla trudnych emocji – lęk. Bo i niezadowolenie, i smutek, i niechęć, i poczucie osamotnienia – to wszystko gdzieś ma u podłoża lęk. Boimy się, że czegoś nie mamy, że coś stracimy, że coś nam się nie uda, że będzie jakaś negatywna interakcja między nami a światem. A z miłości biorą się w nas: radość, przyjemność, dobroć, uczucie, że jesteśmy blisko.

Jeżeli przestalibyśmy dzielić te emocje na lepsze i gorsze i zaczęlibyśmy wszystkie je przyjmować, i wszystkich ich doświadczać, okazałoby się, że każda z nich jest posłańcem. Niesie jakąś informację o stanie naszego ducha. Tylko o ile nie mamy problemu z przyjmowaniem posłańców, którzy niosą wszelkie przejawy miłości, o tyle mamy ochotę zamknąć drzwi przed nosem tym, którzy mówią, że coś wymaga naprawy i zmiany. Trudnym emocjom, które zapraszają do szukania czegoś głębiej, najczęściej stawiamy opór. Kombinujemy, jak by tu nie czuć: „może do kogoś zadzwonię, może kupię sobie szminkę, a może wyjdę na spacer lub zjem czekoladkę…”. Pojawiają się kompulsywne zachowania, których celem jest uniknięcie konfrontacji z emocjami. Na planie fizycznym zaczynamy oddychać płytko, bo tracimy kontakt ze sobą. Jakąś część siebie próbujemy zablokować. Do tego doprowadza nas lęk.

Pokonamy go, gdy spojrzymy mu prosto w oczy?
Kiedy pracuję z klientami, którzy bardzo się czegoś boją, zapraszamy lęk, wyzywamy go na ubitą ziemię. Niech przyjdzie i zrobi te straszne rzeczy, które ma zrobić. Otwieramy lękowi drzwi i okazuje się, że on jest iluzją. Lęk jest jak wyimaginowany psychopata, który nas goni, a jak się odwracamy, to się okazuje, że go nie ma. Nasz opór i lęk przed lękiem stanowią dla niego źródło zasilania. Kiedy mówimy: „OK, zjedz mnie”, wyciągamy wtyczkę z kontaktu.

Coachingowe sesje oddechowe pomagają odczuwać własne emocje?
Celem procesu, przez który przechodzimy na sesjach oddechowych, jest dopuszczenie tego wszystkiego, czego przez długi czas unikaliśmy. Trzeba się na to odważyć. To musi być świadoma decyzja, zresztą jak każda wizyta u terapeuty czy lekarza. Powinna też łączyć się z postanowieniem, że chcę się zmienić. Ale to nie tak, że nagle otworzy się puszka Pandory, uwalniając pokłady złości i nienawiści z całego życia, zmiatając nas z powierzchni ziemi.

Istotą sesji oddechowych tak naprawdę jest spotkanie ze sobą na głębokim poziomie. Dochodzimy do tego stopniowo, w zgodzie ze swoją naturą, powoli uwalniając trudne emocje, które oddzielają nas od własnego „ja”. Gdy świadomie oddychamy, można powiedzieć, że wracamy do domu, do siebie. Oddech sam w sobie niesie ożywczy zastrzyk prawdy. Następnym krokiem jest złapanie kontaktu ze sobą, skoncentrowanie się nie na głowie, a na sercu.

Zaczyna się praca nad dotarciem do własnej prawdy, do autentyczności. Na czym ona polega?
Drugi etap wcale nie jest taki prosty. Nasze ego, które cały czas jest aktywne, nie chce oddać kontroli. Leżysz sobie, oddychasz i myślisz: „muszę kupić sól, a tak w ogóle, to czy ja zamknęłam drzwi na górny zamek…?”. Robimy coś, co sprawia, że nasz cel się oddala. Trzeba po prostu cierpliwie ponawiać te próby wyjścia z umysłu. Nie tak łatwo wyłączyć ego i myślenie. Pierwsze próby mogą być zniechęcające, bo mózg cały czas „gada”. Ale, jeśli będziemy konsekwentni i jeśli naprawdę będziemy tego chcieli, to w pewnym momencie pojawi się wyciszenie i nowy rodzaj świadomości. Wtedy wchodzimy w inny sposób kontaktu ze sobą i światem – zaczynamy łapać te chwile, kiedy czujemy się inaczej niż w codziennym życiu, kiedy to ciągle myślimy, niepokoimy się czymś, działamy. Nagle czujemy, że świat nie jest wrogiem, że nie musimy ciągle ścigać się i kogoś przechytrzać, żeby coś osiągnąć. Jeśli ktoś naprawdę wierzy w to, że potrzebuje gdzieś dojść czy coś osiągnąć – tak się stanie. Na zasadzie pokojowego współistnienia i dogadania się ze światem.

Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. Stan „przepływu” to poczucie, że do prawdziwego szczęścia nie potrzebujesz wiele. Urealniasz swój stosunek do świata zewnętrznego i jego materialnych darów, chociaż nie zostajesz przecież ascetą. Przestajesz tylko pożądać, zaczynasz świadomie wybierać. Ta zmiana postrzegania już jest ogromnym krokiem na drodze do szczęścia. Bo wiele naszej energii, czasu i zaangażowania tracimy na rzeczy, które szczęścia nie przynoszą.

A czasem odkrywamy, że szczęście daje nam wcale nie to, za czym gonimy.
Jeżeli cały czas delegujemy swoje szczęście w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której będziemy mieli to i to – nigdy go nie osiągniemy. Zmiana samochodu z czerwonego na zielony i domu z dużego na jeszcze większy też nic nam nie da. Praktyka obecności Colina P. Sissona lub Eckharta Tolle’a uczy, że szczęśliwą możesz być tylko tu i teraz. Jeśli nie umiesz dzisiaj cieszyć się życiem, nie łudź się, że kiedyś się to zmieni. Sesje uczą nas być w „teraz” i już dziś odczuwać to, co zamierzamy odczuwać w przyszłości, kiedy spełnimy określone warunki. Szczęśliwą możesz być tylko jako ta osoba, którą jesteś w tej sekundzie czy minucie. Może z małą sumą pieniędzy na koncie i akurat nieumytymi włosami. To, co można odkryć w sesjach oddechowych, jest pewnego rodzaju umiejętnością odnajdywania szczęścia w nas samych. Niestety, tracimy zdolność życia chwilą. Dziecko, bawiąc się znalezionym patykiem, nie myśli, czy kiedyś w przyszłości będzie szczęśliwe. Ono już teraz odczuwa szczęście. Dla nas „dzisiaj” jest czymś, czego nie szanujemy. Nie zauważamy tego, że jesteśmy.

Coaching oddechu kieruje ludzi bardziej ku sercu?
Ku odczuwaniu tego, że jesteś. To może być bardzo odkrywcze, kiedy nagle fizycznie poczujesz swoją obecność. Wracasz do pierwotnego czucia ciała, które oddycha, a krew w nim krąży. Może się wydawać, że to banał, a jednak jest w tym zaklęty sens. Jeżeli czujesz swój oddech, swoje ciało, swoje serce – to bardziej świadomie odbierasz zapachy, kolory, smaki. Jeśli z takim nastawieniem wstaniesz rano, to podczas picia porannej kawy czy herbaty poczujesz całą zmysłową przyjemność, która się z tym łączy. Coaching oddechu jest dla każdego, kto jest ciekawy siebie, kto chciałby nadać swojemu życiu nową jakość, a zwłaszcza dla osób zestresowanych, które zaczynają popadać w uzależnienia. Robią coraz więcej, a nie cieszy ich to, co osiągają. To jest dzwonek alarmowy, żeby zatrzymać się i spotkać ze sobą. I dopiero z tego punktu wyruszyć w kolejną wędrówkę. Później można już praktykować świadomy oddech bez przewodnika, jakim jest na początku coach.

Co się dzieje podczas sesji?
Pojawiają się różne emocje, stany w ciele, obrazy, wizje. One nie są logiczne, płyną z serca. Kiedyś poczułam, że choć leżę na poduszce, to coś mnie gniecie. W wizji zobaczyłam buteleczkę perfum z haftowanymi fiołkami. Identyczną jak ta, którą dostałam od chłopaka jako 15-latka. Tak naprawdę gniotła mnie jakaś relacyjna sprawa, z jakiegoś powodu te fiołki do mnie „przyszły”. Innym razem poczułam lęk z powodu tego, że nie wiem, kim jestem i gdzie jestem, ale gdy weszłam w ten stan głębiej, miałam mistyczne doznanie spokoju płynącego z połączenia ze wszechświatem. Poczułam się bezpiecznie, gdy porzuciłam opór płynący z tego, że zawsze muszę się jakoś określać. Otwartość polega na tym, żeby zanegować to, co się wydaje najbardziej oczywiste. Tego uczy właśnie coaching oddechu.

Joanna Godecka terapeutka TSR – ukończony I i II stopień certyfikowanej szkoły terapeutycznej LETSR, członkini Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach, dyplomowany life coach – absolwentka Studiów Podyplomowych z akredytacją ICF uczelni Collegium Civitas, coach oddechu (absolwentka Nowej Szkoły Oddechu) z tytułem Diploma Master Practicioner.

  1. Psychologia

Świat jest lustrem - nauczyć się w nie patrzeć

Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. W ten sposób można nawiązać kontakt z tym, co zepchnięte w cień, poszerzyć swoje pole widzenia i rozumienia świata.

Świat jest lustrem. To jedno z tych zdań na temat rzeczywistości na tyle wyświechtanych, że nawet nie zastanawiamy się nad ich głębią. Doświadczam, jak ważnym zasobem jest ta świadomość i korzystanie z niej na co dzień. Odszukiwanie znaczeń w rzeczywistości stało się moją pasją, sposobem na nawigowanie w życiu. Wy stworzyliście metodę pracy coachingowej, która opiera się na tym założeniu. Yaron Golan:
Uświadomienie sobie tego, że w otaczającym nas świecie widzimy przede wszystkim to, co mamy w sobie, było dla nas przełomowym momentem. Oboje jesteśmy trenerami, w sposób naturalny zaczęliśmy wykorzystywać w coachingu opowiadania, zdjęcia, symbole. Zafascynowało nas, jak głęboko i skutecznie można dzięki nim pracować. A że kochamy gry, stworzyliśmy narzędzie – The Coaching Game – które wykorzystuje twórczo właśnie te elementy.

Efrat Shani:
Obraz, słowo i opowieść to trzy podstawowe składniki świata, jaki znamy. To, co nas otacza, dociera do nas głównie za pośrednictwem oczu i uszu.

A co z innymi zmysłami? E.S.:
Raczej dopełniają przekaz wizualny. W naszej kulturze najważniejszym kanałem kontaktu jest wzrok, a potem słuch.

Y.G.:
Wszystko, co widzimy i słyszymy, odbieramy na dwóch poziomach: indywidualnym oraz uniwersalnym. Obrazy, symbole i historie sięgają nie tylko do zasobów naszej pamięci jako jednostki, ale też do wspólnej „biblioteki” ludzkości, którą Jung nazywa nieświadomością zbiorową. Dlatego praca z obrazami i symbolami bywa tak głęboka. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak bardzo zmienia nas coś, co widzimy, do jakiego miejsca w nas dociera przekaz jakiejś sceny czy obrazu. W dużym stopniu żyjemy życiem nieuświadomionym, które przemawia do nas poprzez sny, obrazy, baśnie, symbole. Czasem jedyny sposób, by dotrzeć do tych zapisów, to użyć języka, w jakim się zapisały. Można powiedzieć, że ludzka pamięć jest rodzajem albumu ze zdjęciami, które przechowujemy w folderach. Niektóre z różnych powodów trafiają do folderu z napisem „zakaz dostępu”. Nie pamiętamy ich, co nie znaczy, że znikają.

E.S.:
Te schowane przed światem i sobą obrazy bywają źródłem złego samopoczucia, napięcia, trudności, stłumionych emocji. Sporo energii życiowej zużywamy, by trzymać je w zamknięciu. Dlatego im więcej obszarów siebie wyjmujemy z tego zakazanego albumu, tym łatwiej nam się żyje, mamy więcej energii do dyspozycji, mniej nas blokuje. Najbardziej ograniczają nas nasze własne zamrożone uczucia i historie, z którymi nie chcemy się spotkać.

Praca z obrazem potrafi ten dostęp otworzyć? E.S.:
To, co widzimy, potrafi wywołać tamten schowany obraz na zasadzie skojarzeń. Jest jak lustro. Potrafi też dotrzeć bezpośrednio do poziomu emocjonalnego, głębokiego, omijając inne poziomy. Wiele razy widziałem podczas sesji, jak ktoś wyciąga kartę, patrzy na zdjęcie i zaczyna płakać. Nagle. Jakby ktoś odkręcił kurek. To momenty, w których rozszerza się pole widzenia. Zaczynamy widzieć coś, co próbowaliśmy ukryć sami przed sobą i przed innymi. A więc jakiś obszar się uzdrawia, napięcie opada. To wielka ulga. Podobnie jedno usłyszane zdanie lub słowo potrafi czasem podpowiedzieć rozwiązanie, którego nie chcieliśmy dopuścić do świadomości z lęku przed konsekwencjami. Uświadamiamy sobie, że coś nas ograniczało, na przykład nie pozwalało nam zrobić ważnego kroku.

Kiedy wydarza się coś trudnego, przerażającego, dziecko zasłania oczy. Nie chce patrzeć na to, co okropne. Y.G.:
Świetna metafora dla tego stanu. A więc coś w nas, jakaś część nas zamyka oczy, nie chce czegoś widzieć. I tak żyjemy. Aż pojawi się coś, co pomoże nam te oczy otworzyć.

E.S.:
Po angielsku to see oznacza jednocześnie „widzieć i rozumieć”. Język odzwierciedla to połączenie. Zobaczyć coś naprawdę, to znaczy zrozumieć, uświadomić sobie tego istotę. Siła obrazu jest wielka. W tym sensie mówimy, że świat jest dla nas lustrem. Wszystko wokół to przecież ruchome „zdjęcia”. Nie trzeba specjalnych narzędzi. Wystarczy się rozejrzeć i zobaczyć, co nas otacza. Nasza psychika dąży do zdrowia, więc wyłapuje w naszym otoczeniu obrazy, które są metaforą tego, z czym mamy trudność. W ten sposób świat podstawia nam lustro: pokazując kolejne historie, w których ta sytuacja się odbija. Niektórzy mówią, że specjalnie przyciągamy takie sytuacje, w których nasze chore mechanizmy i przekonania mają szansę się pokazać, żebyśmy mogli wreszcie zobaczyć, że tak działamy, i podjąć decyzję o zmianie. Na przykład mamy problem z granicami, nie umiemy odmawiać, więc nieświadomie będziemy się ciągle wmanewrowywać w sytuacje, czyli obrazy, w których powinniśmy odmówić, ale nie umiemy. I cierpimy z tego powodu. Tak długo, aż wreszcie dotrze do nas, że to my powinniśmy coś tu zmienić. Na tym polega uzdrowienie, że widzimy nagą prawdę tej sytuacji, naszą rolę w tym, co się dzieje. A następnie bierzemy odpowiedzialność za nasze reakcje, wybory.

Y.G.:
Gdy zaczynamy zauważać, że wszystko, co widzimy wokół, to wskazówki, zaczynamy też żyć bardziej świadomie. W jakimś sensie budzimy się. Wtedy każda rzecz, zdjęcie, film, nawet reklamowy billboard na ulicy przestają być tylko tą rzeczą samą w sobie. To potencjalna ścieżka dostępu do nas samych. Idąc nią, przestajemy obarczać odpowiedzialnością innych, być ofiarą sytuacji. Kolejny raz trafiam na kogoś, kto mnie nie szanuje? Zamiast się skarżyć, pytam się siebie: „Czy ja szanuję samego siebie? Czy ja szanuję innych?”. Pewnie odkryję, że coś w tej sprawie mam do zrobienia na własnym polu. Dlatego mi się znowu powtarza ta sytuacja! Co mogę zrobić, by się więcej nie powtarzała? Takie podejście daje poczucie siły, wpływu.

Gdy zobaczyłam waszą grę, skojarzyła mi się z... tarotem. Choć na tych kartach są współczesne zdjęcia. Ale pomysł wybierania karty, która naprowadza odpowiedź, przypomina wróżenie. E.S.:
Zgadza się. Fascynuje mnie obraz i symbol jako klucz do podświadomości. I choć współcześnie upowszechnił ją Jung, nie jest to wiedza nowa. Wykorzystywana jest w wielu kulturach i naukach ezoterycznych od tysiącleci. Zasada działania kart tarota jest podobna: obraz, który widzimy, potrafi wydobyć z podświadomości skojarzenia, do których inaczej nie mamy dostępu. To może brzmieć jak magia, ale taka jest po prostu właściwość naszego umysłu. Wspomnienia, myśli to są obrazy. I tyle.

Ja mam poczucie, że moje myśli są słowami, zdaniami... E.S.:
Bywają, to prawda. Albo inaczej: czasem do warstwy słownej mamy lepszy dostęp. Ale nawet te myśli zdania tworzą obrazy albo stany emocjonalne, które łatwo się na nie przekładają. Słowa, dźwięki, zapachy wywołują w nas wspomnienia, czyli obrazy. To, co się wydarzyło, historia– to kolejne obrazy.

Y.G.:
Słowo to język lewopółkulowy. Czyli porządek, logika, zasady, kategorie, przekonania, kontrola. Lewa półkula dominuje w naszej kulturze, a więc dla wielu ludzi łatwiejsza i bardziej naturalna jest ścieżka słów. Język jest rodzajem tłumacza rzeczywistości i prawej półkuli. Bo prawa półkula to emocje. A jej językiem są obrazy właśnie.

E.S.:
Ciekawa jest dynamika powstająca dzięki łączeniu obrazu i słów. Ponieważ obrazy przemawiają do prawej półkuli, a słowa do lewej, ich zestawienie tworzy nowe jakości. Na tym polega kreatywność. Proces twórczy to połączenie pracy obu półkul, znajdowanie nowych znaczeń. A więc świadoma zabawa z tym poziomem otwiera w nas obszar kreatywności. Niezbędny, jeśli chcemy żyć pełnią życia.

Mówicie, że historia to obrazy. Przyznaję, że opowieść to moja ulubiona forma lustra dla świata wewnętrznego. Y.G.:
Moja też. Czym innym są baśnie? Biblia jest tak napisana. Jezus nauczał przez przypowieści, w których słuchacze mogli przejrzeć się jak w lustrze. Czym innym są dzisiejsze filmy? Opowiadają wymyśloną historię, w której widz odnajduje siebie, identyfikując się z bohaterem. I przez to może coś zrozumieć, coś sobie uświadomić albo coś przeżyć.

Albo przynajmniej pozwala zadać sobie razem z bohaterem jakieś ważne pytania. Dziś pracując z wami, wylosowałam zdjęcie z narysowaną na murze dziewczynką, która skacze na skakance. Obok widać kawałek okna za kratami. Podpis: kreatywność. Pytanie, które zadaliście, było proste: Czego teraz potrzebuję w moim życiu? Ta karta natychmiast uświadomiła mi, że brakuje mi zabawy, lekkości. Oraz to, że tylko ode mnie zależy, czy moja kreatywność jest wypuszczona na wolność. Poczułam, że ostatnio raczej wciskałam sama siebie za te kraty. A moja wewnętrzna dziewczynka potrzebuje więcej wolności. Cała praca i uświadomienie sobie tego zajęło mi może z minutę...

Y.G.:
Jak to szybko działa, prawda? Mnie fascynuje też to, jak różnymi drogami idą ludzkie skojarzenia. Są osoby, które wyciągając tę samą kartę, nie zwracają uwagi na okno i kraty. Niektórzy skupiają się na tym, że mur, na którym narysowano dziewczynkę, jest obdrapany. Ale pani wewnętrzna sytuacja, poczucie samoograniczenia znalazło odbicie w tym oknie z kratami, które wybiło się na plan pierwszy.

E.S.:
Kolejna rzecz, która przekonuje mnie do pracy z obrazami, historiami czy symbolami jako lustrem: dają dystans. Czasem emocje związane z jakimś tematem lub pytaniem są zbyt silne, nie chcemy się przyznać, że coś czujemy, z czymś sobie nie radzimy. Ale można mówić o obrazie, o bohaterze – co przeżywa, co mógłby zrobić. Mówimy o zdjęciu albo o historii, ale tak naprawdę – o sobie. Przecież wszystko pochodzi z naszego świata wewnętrznego. To są nasze poglądy, przemyślenia, emocje. Koncepcje, spostrzeżenia, skojarzenia. Wszystko, co widzimy, jest w nas. To metafora naszego wewnętrznego świata.

Tak można pracować z dziećmi. Kiedy mój syn był mały, trudno mu było mówić o swoich przeżyciach. Więc wieczorami opowiadaliśmy bajkę o chłopcu, który był jego alter ego. Mój synek opowiadał, co się temu chłopcu wydarzyło, jak mu minął dzień. Mógł mówić o sobie, ale w trzeciej osobie, niejako z dystansu. Y.G.:
Dorośli też często chowają się za cudzą historią. Tak się dzieje, kiedy uznają jakiś temat za trudny albo wstydliwy. Mówią: „Mój przyjaciel ma taki a taki problem, co robić?”. To pozwala przerobić jakiś własny próg, dostać pomoc.

E.S.:
Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Obraz to język, którym zaczęliśmy mówić świadomie dopiero niedawno. W każdym razie na tak masową skalę. Dziś to dominujący sposób komunikacji. Bombardują nas obrazy, przekazujemy sobie wiadomości poprzez zdjęcia, wysyłamy MMS-y. To język, który się teraz rozwija. Jesteśmy tego świadkami.

Y.G.:
Choćby taka prosta rzecz: zdjęcia, które umieszczamy na Facebooku jako swoje wizytówki, czyli zdjęcia profilowe. Niektórzy mają fotografie z dziećmi, inni w kostiumie kąpielowym albo chowają się za abstrakcyjnym rysunkiem. To komunikaty. Mówią, kim jesteśmy na głębszym poziomie.

Albo i nie. Na warsztatach robiliśmy kiedyś ćwiczenie: jeden z mężczyzn usiadł na krześle przed nami, a my mieliśmy napisać o nim kilka zdań. Jaki jest, kim jest, gdzie mieszka, co robi itp. Ciekawe było, że każdy miał coś do powiedzenia na jego temat, choć go nie znaliśmy. I to, że nasze wyobrażenia były zupełnie różne: od drwala, ojca gromadki dzieci, po geja w mieście, który rzeźbi w drewnie... Y.G.:
Coś z tego było prawdą?

Naprawdę rzeźbi w drewnie. Coś tam jednak prawdziwego zobaczyliśmy. Przeczytałam kiedyś ważne zdanie: To, co widzimy w kimś, może być prawdą o tej osobie. Ale nie musi. Natomiast zawsze jest prawdą o tobie. E.S.:
Nie zobaczymy w nikim tego, czego nie ma w jakimś sensie w nas samych. To, co dla nas w danym momencie jest ważne, wysuwa się na plan pierwszy i to zauważamy, na to przede wszystkim zwracamy uwagę. Nasz umysł podsuwa nam potwierdzające sygnały. Jakbyśmy mieli założony filtr, który przeczesuje rzeczywistość w poszukiwaniu pasujących obiektów. Fakt pozostaje faktem: wyraźnie przechodzimy jako ludzkość z fazy języka mówionego do fazy języka obrazowego. Dlatego warto się uczyć z niego korzystać. To wielki zasób. Myślę, że nie zdajemy sobie jeszcze w pełni sprawy z jego mocy, możliwości. Dopiero je badamy, odkrywamy. A nasz świat przez to się zmienia. Nasz umysł się zmienia. Kto wie, dokąd nas to zaprowadzi.

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.

  1. Styl Życia

Monika Płatek: "Moimi mentorkami są młode kobiety"

Monika Płatek, prawniczka, specjalistka w zakresie prawa penitencjarnego, profesorka nadzwyczajna UW, nauczycielka akademicka, feministka i działaczka społeczna. (Fot. Krzysztof Zuczkowski /Forum)
Monika Płatek, prawniczka, specjalistka w zakresie prawa penitencjarnego, profesorka nadzwyczajna UW, nauczycielka akademicka, feministka i działaczka społeczna. (Fot. Krzysztof Zuczkowski /Forum)
Młode Polki są świadome, bez kompleksów i mają szersze horyzonty niż ja w ich wieku – mówi karnistka Monika Płatek. Opowiada nam o swoich mentorkach i przekonuje, że wcale nie trzeba nas specjalnie zachęcać do aktywności publicznej – wystarczy nam w tym nie przeszkadzać. 

Słyszałam, że pani mentorkami są młode kobiety.
Tak i wymienię je chętnie z imienia i nazwiska. To Maria Pawłowska, Natalia Delen, Aga Kozak, Julia Święch – moje „coacherki”. Dużo się od nich uczę! Jestem fatalna, jeśli chodzi o zarządzanie czasem i dbanie o własne interesy, one pomagają mi to zmieniać. Uczą mnie mówić „nie” – choć nadal nie zawsze mi się udaje. Dzisiaj młode kobiety dysponują inną wiedzą i inaczej patrzą na życie; są świadome, bez kompleksów i mają szersze horyzonty niż ja w ich wieku. Po roku 1989, dzięki otwarciu granic, programowi Erasmus i licznym kontaktom zagranicznym, młode Polki mogły się skonfrontować z całym światem i na jego tle zobaczyć, jak są dobre. Nie muszą już wykonywać tej potężnej pracy nad mozolnym, nieśmiałym budowaniem poczucia własnej wartości, która stała się udziałem kobiet mojego pokolenia. Musiałyśmy przejść bolesną, ciernistą drogę, żeby uświadomić sobie, że wtłoczono nas w poczucie gorszości, a potem się z niego wyrwać.

Ale udało się?
Nie do końca. Podam przykład. Byłam na Festiwalu Conrada w Krakowie. Zależało mi, żeby na spotkaniu z Chimamandą Ngozi Adichie i z Didierem Eribone usiąść w pierwszym rzędzie. Wiedziałam, że będzie trudno, więc postanowiłam pójść i na wcześniejsze spotkanie w tej sali, z czeską pisarką Radką Denemarkovą, choć to nazwisko nic mi nie mówiło. I to spotkanie okazało się największym odkryciem, bo Denemarková jest, jak myślę, następną kandydatką do Nagrody Nobla. Jej „Przyczynek do historii radości”, „Pieniądze od Hitlera” czy „Kobold” to wspaniałe literackie dzieła. Jak mogłam ją przeoczyć? Widziałam jej książki w księgarniach i obchodziłam je bokiem. Bo? Europa Wschodnia… kobieta… Do czasu Denemarkowej nosiłam w sobie nieuświadomiony, ale dobrze przyswojony syndrom „gorszości” kobiety z tej części świata. Moje młode mentorki na szczęście tego nie mają. Wychowały się już w wolnym kraju i to naprawdę miało znaczenie.

A jakie są młode prawniczki, które pani uczy? Jest ich mniej czy więcej niż mężczyzn?
Jest ich pół na pół. Jeśli chodzi o poziom – to charakterystyczne – kobiety są częściej otwarte na działania społeczne. Na tematy, które służą wspólnemu dobru, które wymagają nie tylko wykazania się biegłością w prawie, ale i pewną wrażliwością.

Wydaje się, że pani specjalność, prawo penitencjarne, to dziedzina nie dla kobiet.
Kobiety także specjalizują się w prawie karnym, jednak w świecie prawa jest jak w innych dziedzinach: nadal żyjemy w rzeczywistości mniejszych płac i większych obowiązków dla kobiet oraz wyższych wobec nich oczekiwań. Wtłaczanie w role kulturowe zaczyna się już w przedszkolu i w sklepach z zabawkami. Kiedy kupuję prezent dziecku i na pytanie, czy to dla chłopca, czy dziewczynki − mówię, że to nie ma znaczenia, sprzedawcy patrzą na mnie ze zdziwieniem. Półki na różowo i niebiesko są nie tylko denerwujące, one mają swój cel: ustawić nas w pewien szereg, wyznaczyć przestrzeń przynależną płci biologicznej. Potem jest już coraz gorzej. W przestrzeni publicznej nie brak przejawów tego, co określam jako przemoc kulturowa. Są plakaty, na których kobiety przedstawiano jako przedmiot seksu. Są politycy lekceważący konwencję antyprzemocową i prawo do doraźnej antykoncepcji. Są pomysły, że kobiety powyżej 50. roku życia powinny iść na emeryturę, bo stanowią „kapitał opiekuńczy”. Wpaja się nam, że można nas lekceważyć, traktować jak przedmiot, decydować za nas.

Wszystko jest dla kobiet! Z dobrym warsztatem można uprawiać każdą gałąź prawa. Przydaje się też inna kobieta jako wzór. Dla mnie takimi wzorami są Ewa Łętowska i dwie amerykanki: Catherine MacKinnon oraz sędzia Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg. Prawo penitencjarne wzięło mi się pośrednio z poczucia niepełnej wolności, jaka z braku praworządności obecna była w PRL-u i jaka, niestety, wraca teraz.

Jak wobec tego zachęcić kobiety do aktywności społeczno-politycznej?
Jest wiele kobiet gotowych do działania. Obecność w sejmie dwudziestu paru młodych aktywnych posłanek, które weszły z list PO i lewicy, stanowi tego dowód. Nie trzeba kobiet specjalnie zachęcać, wystarczy przestać im przeszkadzać, usuwać w cień, zajmować ich miejsce. W tej chwili już nie istnieje problem kobiet, lecz problem mężczyzn, którzy muszą dojrzeć do tego, że przyszły nowe czasy, a z nimi nowe wymagania. Teraz oni będą musieli dorównać kompetencjom kobiet od dziecka przechodzącym trening umiejętności, których mężczyznom często brak: wrażliwości, dzielenia się pracą i obowiązkami domowymi. Będą musieli pojąć, że we wzór prawdziwego mężczyzny wpisuje się też: zarabianie mniej niż kobieta, mówienie „nie wiem”, „nie daję sobie rady”, że niemęski to jest facet, który się rozwala w krześle i chwali się, że nawet herbaty nie potrafi sobie zrobić.

Ale w małych miejscowościach, gdzie bywa, że kobieta nie idzie do wyborów lub głosuje tak jak mąż, nie jest to takie jednoznaczne. Co im doradzić?
Trzeba się przełamać. Po pierwsze, nie można mówić: „ode mnie nic nie zależy”, bo każdy głos naprawdę się liczy. Po drugie, należy zadać sobie pytanie: czego chcę i dlaczego to nie ma zależeć ode mnie? Po trzecie, nie wszystko się musi udać, ale nie wyciągajmy z tego wniosku: „jestem beznadziejna”. A jeśli ktoś mi mówi, że nie nadaję się do niczego i jestem mało warta – stosuje wobec mnie przemoc psychiczną. Dobrze to nazwać po imieniu, bo to jest plaga.

W małych miejscowościach koniecznie trzeba wybierać kobiety na posłanki, obojętnie z jakiej partii. W samorządach ludzie mają wspólne problemy, które trzeba rozwiązać i te panie w pewnym momencie nie zechcą już myśleć jak mąż, zobaczą, że w połowie miesiąca nie ma pieniędzy, co wynika też z tego, że kobietom się za mało płaci. I że to się nie zmieni, jeśli one same nie zaczną działać. Nie mamy teraz szans na masę krytyczną posłanek w sejmie. Z równością kobiet i mężczyzn nasi panowie są jakieś 40 lat do tyłu za Finlandią i rozwiniętymi państwami zachodnimi. Polki mentalnie nie odstają – to nasza rzeczywistość nie nadąża.

W Finlandii kobieta jest premierką, większość ministrów to kobiety...
To, że Sanna Marin jest premierką, nie stało się przypadkiem. Ma wcześniejszy wzór w byłej prezydentce Tarji Halonen, którą spotkałam kilka miesięcy temu. Halonen była i jest jak matka narodu. Nie wynosi się ponad innych, wymaga więcej od siebie, uczestniczy w codziennym życiu Finów od konferencji po publiczną saunę i pływalnię. Mamy premierkę Finkę, wychowaną przez parę tej samej płci. W Finlandii to też nie od razu było takie łatwe do przyjęcia. Wykonano tam jednak świadomą pracę, nastawioną na równość, która pozwala zerwać z patriarchalnym wzorcem rodziny. Nierówność podtrzymuje założenie o wyższości mężczyzn nad kobietami z racji płci. Tam jasno pokazano, że bzdurą jest twierdzenie, że to kobiety mają dzieci. Ludzie mają dzieci – i te dzieci mogą się wychowywać w różnych warunkach. Tak samo kobiety, jak i mężczyźni są zdolni do nauczenia się opieki nad dzieckiem. W Polsce, w której tak bardzo boimy się, że pary tej samej płci mogą wychowywać dziecko, nie dostrzegamy, że rodziny są tak naprawdę jednopłciowe, ponieważ to jest często matka, babcia, ciotka, córka i… nieobecny tatuś. W Finlandii – równy status kobiet i mężczyzn był początkiem do tego, żeby dostrzec inne nierówności.

Finki potrafiły zawalczyć o swoją równość?
Finki zadbały o to, żeby ich działaczki ludowe, prowadzące pracę u podstaw, taką jaką znamy z książek Elizy Orzeszkowej, były znane. Potrafi pani wymienić 10 nazwisk polskich działaczek, które były aktywne od XVIII do XX wieku? Nie, i nie dlatego, że jest pani niedouczona. W trakcie edukacji nie było o nich słowa. Mam własne doświadczenie na ten temat: napisałam tekst o rozwoju ruchów kobiecych w Europie, a w nim takie zdanie: „w czasie, kiedy Angielki swoją wolność musiały wywalczyć, Polkom jak różę tę wolność podarowano”. Najgłupsze zdanie, jakie mogłam napisać, choć ładne. Ta głupota wynikała z dwóch rzeczy: z braku rozumienia, że nikt nigdy nikomu nic nie dał bez walki, a z drugiej strony z braku materiałów źródłowych. Miałam ich bardzo dużo na temat ruchów kobiecych w Anglii i bardzo niewiele w Polsce. Po 1989 roku to się zmieniło, tak jak i nauczanie historii, która dotąd była historią bez kobiet, szkolną nudą o wojnach, królach i gospodarce.

Zatem praca nad równością zaczyna się w szkole?
Szkoła to bardzo ważne miejsce – powinna niwelować różnice kulturowe, które wynosimy z domów. Powinna uczyć logicznego myślenia, nie stereotypów. Ja w trzeciej klasie szkoły podstawowej dowiedziałam się, że dziewczynki są humanistkami, a chłopcy – matematykami. A to nieprawda, nie jesteśmy biologicznie zakwalifikowani. Zdolności matematyczne nie są zarezerwowane dla chłopców. Szkoda, że szkoła tak często zamiast je rozwijać, tępi. Miałam szczęście miewać z matematyki dwóje. Dzięki temu spotkałam wspaniałego korepetytora, który uczył mnie życia. Na pierwszą lekcję zabrał mnie do restauracja „Kuźnia” w Wilanowie, postawił szampana i kawior. Nie piłam wtedy jeszcze alkoholu i nie znoszę kawioru, ale on potraktował mnie jak damę. Rozmawiał nie z tępą dziewczynką, lecz z damą. Było dla niego oczywiste, że panienka Monika sobie poradzi. Nie tylko sobie poradziłam; dostrzegłam, że matematyka co najmniej bywa wspaniała.