1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Wśród respondentów naszych badań jednym z najpowszechniejszych tematów rozpamiętywania były relacje prywatne – z partnerami, małżonkami czy sympatiami. To, że związki tego rodzaju są często obiektem zmartwień, jest logiczne. Relacje prywatne leżą w samym centrum naszego poczucia tożsamości. Patrzymy na siebie przynajmniej w części oczami naszych partnerów, a oni świadczą o nas. Można więc zrozumieć, dlaczego martwimy się, co o nas myślą, w jakiej kondycji jest nasz związek, dokąd zmierza, dlaczego nasi partnerzy zachowują się tak, jak się zachowują, jak ich uszczęśliwić i co inni o tym wszystkim myślą.

Analizowanie relacji prywatnych to dobry pomysł, jeżeli prowadzi do identyfikacji problemów i podejmowania działań naprawczych albo jeżeli po prostu cieszysz się świadomością, że w twoim związku dzieje się fantastycznie. Rozpamiętywanie może jednak sabotować związek na każdym kroku – kiedy próbujemy wybrać partnera, chodzimy na randki, składamy sobie obietnice, kiedy mamy dzieci. Trendy historyczne, które doprowadziły do epidemii rozpamiętywania u obecnych pokoleń, sprawiają, że jest ono szczególnie niebezpieczne w kontekście związków.

Jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy ani jakie są nasze fundamentalne przekonania, wybór dobrego partnera życiowego utrudniamy sobie już na początku. W powiedzeniu „przeciwieństwa się przyciągają” jest wprawdzie ziarno prawdy, w większości związków długoterminowych dwójka ludzi ma podobne przekonania i zainteresowania. Daje im to podstawę do podejmowania ważnych decyzji, na przykład na co wydawać pieniądze czy jak wychowywać dzieci. Dzięki temu mają też zrozumienie i szacunek dla swoich wzajemnych opinii i zainteresowań, a to ważne źródło zaufania i przyjaźni oraz podstawa dla wspólnych aktywności.

Kiedy jednak żyjemy w próżni wartości, zbyt łatwo dajemy się czasem przekonać opiniom innych (i mediów), jak poznać dobrego kandydata na partnera. Jeżeli poczucie uprzywilejowania wzięło nad nami górę – „Zasługuję na mnóstwo pieniędzy, przystojnego partnera i na to, by robić to, na co mam ochotę” – ograniczamy się do oceny potencjalnych partnerów na podstawie powierzchownych kryteriów, jak na przykład status społeczny, dochody, atrakcyjność albo to, jak bardzo irytuje naszych rodziców. Bez ustanku rozpamiętujemy, czy ta osoba spełnia nasze oczekiwania albo czy – jeżeli będziemy kontynuować związek – dostaniemy od życia to, czego chcemy.

Kiedy już wybierzemy partnera, możemy odkryć, że społeczna obsesja wywyższania się i doraźnych rozwiązań głębokich problemów emocjonalnych utrudnia budowę związku. W razie problemów łykamy antydepresanty, pijemy albo zaczynamy szybko rozważać separację czy rozwód. Jeżeli czujemy się w związku jak w pułapce albo seks nie do końca przynosi nam satysfakcję, zdrada wydaje się łatwym rozwiązaniem pragnienia zaspokojenia emocjonalnego i fizycznego. Jeżeli mamy za sobą rozpad kilku związków, przechodzimy z romansu w romans albo bezustannie kłócimy się z partnerem, to zaczynamy rozpamiętywać, co jest z nami nie tak, że nie udaje nam się utrzymać związku.

Nawet gdy nie mamy konfliktu z partnerem czy mężem, kultura zapatrzenia w siebie zachęca nas do nieustannego analizowania związku, weryfikowania jego stanu, rozważania zmian i odchyłów od normy i martwienia się o „spadek temperatury”. Kolorowe magazyny to źródło niekończących się quizów, które diagnozują stan naszych relacji, i nigdy jakoś nie udaje nam się w nich dostać najwyższej liczby punktów. Wyznacza się nam nieosiągalne standardy w każdej dziedzinie, począwszy od ilości i jakości uprawianego seksu po głębię relacji duchowej. Jeżeli brak nam silnych wartości, które pomogą w zrozumieniu relacji i docenieniu ich, jesteśmy szczególnie podatne na presję zewnętrzną i rozpamiętywanie, które jest jej skutkiem.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni rozpamiętują relacje prywatne

Kobiety są podatne na rozpamiętywanie wszelkiego rodzaju relacji, w tym relacji z rodzicami i innymi członkami rodziny oraz związku z dziećmi.
Relacje z mężami i partnerami są szczególnie powszechnym powodem zamartwiania się, bo kobiety są często zależne od nich zarówno pod względem finansowym, jak i psychologicznym.
Wprawdzie jako grupa kobiety są dziś w znacznie większym stopniu niezależne finansowo od partnerów niż parędziesiąt lat temu, byt wielu kobiet i ich dzieci w dalszym ciągu uzależniony jest od dochodu mężczyzny. Tego rodzaju zależność motywuje kobiety, by akceptować wiele negatywnych elementów związku – od zdystansowania emocjonalnego po przemoc fizyczną czy seksualną. Kobieta tkwi w takim związku jak w pułapce, ale chce chronić siebie i dzieci, jest więc hiperwyczulona na oznaki niezadowolenia partnera – czy to z niej, czy w sensie ogólnym. Nie może sobie pozwolić na porzucenie go, a chce uniknąć przemocy, miarkuje więc każde słowo i kontroluje własne zachowanie z nadzieją, że go zadowoli, a przynajmniej uspokoi. Między interakcjami z partnerem próbuje wymyśleć sposoby, jak go ugłaskać – a może i jak go porzucić. Jeżeli jednak brak jej wykształcenia, umiejętności zawodowych i wsparcia otoczenia, a szczególnie gdy boi się reakcji partnera na próbę odejścia, będzie trwać przy nim, trzęsąc się ze strachu w jego obecności i rozpamiętując pod jego nieobecność.

Nawet gdy kobieta nie jest finansowo uzależniona od partnera, może być uzależniona psychologicznie. Być może potrzebuje jego akceptacji lub trwałości związku, by mieć o sobie dobre zdanie. Być może nie wie, jak określić własną tożsamość poza związkiem. Takie uzależnienie sprawia, że kobieta monitoruje każdy aspekt relacji – dlaczego on był dziś rano taki zły? Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jest szczęśliwy w tym małżeństwie? Jak mogę sprawić, by był bardziej szczęśliwy? Naturalnie warto co pewien czas przyjrzeć się własnemu związkowi, ale gorączkowa analiza i chroniczne napady rozpamiętywania przynoszą więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim mogą partnera zniechęcić.

Psycholodzy Thomas Joiner z Uniwersytetu Stanowego Florydy i James Coyne z Uniwersytetu Pensylwanii opisali negatywne cykle interakcji, do których dochodzi, gdy jedno z partnerów nieustannie domaga się otuchy od drugiego. Niepewna siebie partnerka ciągle prosi o zapewnienia, że partner ją kocha i rozumie. Jej partner stara się dodać jej otuchy, ale to jej nie wystarcza, co może być dla niego źródłem frustracji i irytacji, a to z kolei napędza jej niepokój, więc w efekcie znowu pyta go w kółko, czy on ją na pewno kocha. On zaczyna się nad tym zastanawiać, ale może czuć się winny i przysięga, że ją kocha. Ona dostrzega jego irytację i ewentualne poczucie winy, martwi się jeszcze bardziej i wytyka mu, że jej zdaniem on jej jednak nie kocha. On irytuje się jeszcze bardziej i albo się wycofuje, albo wybucha. Cała rozmowa to dla niej doskonała pożywka do rozpamiętywania.

Nawet jeżeli zależność psychologiczna nie prowadzi do tak destrukcyjnych relacji z partnerem, może sprawić, że kobieta zacznie podejmować złe decyzje w sprawie związku. Podczas napadów rozpamiętywania może dostrzegać w relacji tylko problemy, a nie jasne strony, a przez to stracić motywację do pracy nad nią. To z kolei może sprawić, że zrezygnuje ze związku, który da się i warto ratować.

Rozpamiętywanie czasem też wiąże się z obwinianiem się i pogardą dla siebie samej. Kobieta może dojść do wniosku, że nie jest godna miłości albo niezdolna do stworzenia dobrego związku, a to prowadzi do różnorodnych zachowań autodestrukcyjnych, jak kompulsywne jedzenie, nadużywanie alkoholu, myśli samobójcze czy pozostawanie w złym dla niej związku, ponieważ jest przekonana, że nie stać jej na nic lepszego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

  1. Psychologia

Życie w iluzji - kim jest kobieta współuzależniona?

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Twój wewnętrzny mikroskop nastawiony jest na niego: co robi, jaką ma minę, czy zjadł, czy wypił kawę, co czuje, czy załatwił sprawy, których sam powinien pilnować? Nie bawisz się na imprezie, kopiesz go pod stołem, żeby więcej nie pił. Myślisz: „Czemu siedzi z boku? Może już wypił? Gdzie schował butelkę?” Jeśli tak, to ten artykuł jest dla ciebie i o tobie.

Zawsze sobie radzisz. Jeśli on roztrwoni wszystko i nie masz na mleko dla dzieci, pożyczasz od matki emerytki, sprzedajesz biżuterię po babci, nie idziesz na dodatkowe studia, choć pomogłyby ci w karierze. Myślisz, że to ostatni raz, ostatnie twoje poświęcenie. Ale alkoholik, hazardzista, każdy uzależniony, wywoła kolejny kryzys. Będzie tak, dopóki się z nim nie rozstaniesz. Wmówił ci, że pije, ćpa, gra itd. przez ciebie. Jak będziesz milsza, gospodarna, szczuplejsza, przestanie! Chodzisz więc wokół niego na rzęsach, spełniasz nierealne wymagania, żeby tylko był zadowolony. Ulegasz jego manipulacji, bo tak jak wy teraz żyli też twoi rodzice.

No więc pilnujesz jego spraw, umawiasz do dentysty itd. Napisałaś za niego pracę dyplomową i prosiłaś tylko, żeby przeczytał. Masz czas, bo rezygnujesz z siebie: „Kiedy już go uzdrowię, zajmę się sobą”, ale to „uzdrawianie” nigdy się nie kończy i każdego dnia pochłania tyle sił, że zapominasz o swoich ambicjach. Wierzysz, że poradzisz sobie z jego nałogiem, choć jest coraz gorzej. Ty jednak tego nie widzisz, bo sama już zachorowałaś, jesteś współuzależniona, jesteś koalkoholiczką. I jeśli nawet zdarzy się cud i on przestanie, ty będziesz potrzebowała odwyku od bycia współuzależnioną.

Kiedy on przestaje, ona zaczyna

Kiedy Robert, 36-letni inżynier, przestał pić, w lodówce zaczął znajdować wino. To Ewa, jego żona, do czasu gdy pił abstynentka, zaczęła przynosić alkohol i zapraszać koleżanki.

„Nie pijcie przy mnie – prosił. – Mogę się nie powstrzymać, dla mnie to męka”. Ewa: „Jak piłeś, to byłeś porządnym człowiekiem. Teraz jesteś śmieć, lepiej, żebyś pił”, i potok pretensji: „Nie nadajesz się na męża ani na ojca, tylko do zapłodnienia, a potem wykastrować!” – z byle powodu wszczynała awantury. Robert zwykle wychodził, nie zawiązując nawet sznurówek. Ale ile można wychodzić? Ewa była jedyną kobieta, którą uderzył. Miał tak straszne poczucie winy, że mogła nim dyrygować: „Zrób to, zrób tamto…” .

– Myślałem, że gdy zrozumiem, jak ją skrzywdziłem, pijąc, zmienię się tak, że będzie nam dobrze. Poszedłem więc na AL-Alone, grupę dla współuzależnionych, tam chodzą żony alkoholików – mówi Robert. – Trudno mi było: mężczyzna alkoholik i kobiety ofiary pijaków, ale też ze zdumienia otwierałem oczy, jak bardzo krzywdziłem bliskich…

Po roku na jednym z mitingów wszystkie kobiety jak w transie zaczęły utyskiwać na mężczyzn, że to podłe ludzkie śmieci, a Robert zobaczył w nich Ewę. Żadna, jak i jego żona, nie widziała swojego współuzależnienia, tego, że nie tylko pijak był winny temu, jak wyglądało ich życie. Zaczął namawiać Ewę, żeby teraz ona poszła z nim na miting AA i poczuła jego ból. Wyśmiała go: „Ja jestem ofiarą, ty sprawcą! Ty się lecz, ja jestem zdrowa!”.

Wziął się jeszcze raz w garść i postanowił żyć jak prawdziwy mąż, razem z Ewą gospodarować, pomagać jej, dowiedzieć się, na co idzie pensja, którą jej oddawał. Awantura była straszna. Ewa odmówiła wspólnego gospodarowania i powiedziała, że nie będzie już z nim spać. „Nie zasługujesz na mnie!” – usłyszał.

Ostatnie dwa lata Robert był z nią tylko ze względu na syna, ale gdy Piotruś wykrzyczał mu w twarz: „Wypier….. z domu”, zrozumiał, że chłopak rośnie w atmosferze wrogości i pogardy. Spakował się z poczuciem, że jeśli jeszcze choćby jeden dzień zostanie w domu, to zacznie pić. Do sądu Ewa przyszła w sukience, na szpilkach, z makijażem, piękna. Chciała, żeby widział, co traci. Poczuł się jak śmieć. Ale nie poszedł się napić, zadzwonił do sponsora z AA…

Współuzależnienie to adaptacja do złej sytuacji

Zofia Ignatowicz, terapeutka z warszawskiej Poradni Odwykowej „Petra”: – Żona alkoholika marzy, żeby mąż przestał pić, ale jeśli zdarza się ten cud, nie potrafi odnaleźć się w normalnej relacji. Zdrowiejący alkoholik chce sam o sobie decydować, kontrolować siebie. A do tej pory to ona musiała radzić sobie ze wszystkim i z tego czerpała poczucie wartości. Jeśli pozwoli mu być partnerem i prawdziwym mężem, straci to poczucie. Co dostanie w zamian? Wreszcie będzie mogła zająć się sobą, swoimi marzeniami, karierą, urodą, tym, co jej tylko przyjdzie do głowy. Ale ona zawsze żyła sprawami partnera: czemu pije, jak to zrobić, by przestał? I kiedy teraz niczego nie musi i może odpocząć, wpada w panikę: dopada ją poczucie pustki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. A to tak jakby jej samej nie było... Z łatwością odganiała od siebie to przerażające poczucie, kiedy żyła na baczność, skupiona na pokonywaniu kolejnych kryzysów. Łatwo pozbywała się rozpaczy z powodu tracenia samej siebie, strachu przed tym, który ją krzywdził i złościł, bo miał kochać, a zdradza z butelką. Uciec przed tymi emocjami umie tylko w jeden sposób, dalej chce partnera kontrolować. Przeżyła z nim straszne chwile, pragnie zadośćuczynienia, a jeśli tego nie dostaje, prowokuje męża, aby się napił.

Mój tata pił jak mój mąż

Zofia Ignatowicz: – Istotą współuzależnienia jest adaptacja do życia w złych warunkach, w nieprawidłowej relacji z najbliższą osobą. Ta adaptacja zazwyczaj zaczyna się w dzieciństwie, bo osoby współuzależnione pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których jedno z rodziców piło, ćpało, stosowało przemoc lub chorowało psychicznie. Już więc w dzieciństwie nauczyły się uważać na każde słowo, bo byle co mogło spowodować wybuch. Nauczyły się nie liczyć na troskę bliskich, a raczej spodziewać złego traktowania. Ponieważ dobrych relacji nie poznały, kiedy dorosną, nie uciekają przed tym, kto się awanturuje, jest niegodny zaufania.

Kobiety wychowane w zdrowych rodzinach po dwóch, trzech latach, jeśli pijak nie zaczyna terapii, odchodzą. Nieważne, czy mają z nim dzieci, wspólne biznesy, czy nie. Wiedzą, że skrzywdziłyby dzieci, wychowując je w takim domu, i ile ryzykują, prowadząc interesy z kimś, kto nie panuje nad sobą, bo jest uzależniony.

– Mój tata pił, kiedy byłam mała – mówi Ewa. – Pamiętam, jak szarpie się z mamą na schodach, bo mama nie chce go puścić do kumpli. Albo jak wsiadał na motocykl, a mama na rowerze goniła go przez całe miasteczko… Mama była skupiona na ojcu, wszystko kręciło się wokół niego. Mówiła, że tatuś źle się czuje i dlatego krzyczał, że zgubił nasze pieniążki, bo jest chory. Zawsze go usprawiedliwiała. Miałam 20 lat, kiedy tato pijany wracał do domu i zginął w wypadku. Kiedy poznałam Roberta, nie przeszkadzało mi, że pił, bo pił jak wszyscy. Po ślubie, kiedy urodził się Piotr, chciałam, żeby więcej pomagał i wtedy zaczęły się awantury. Nie wierzę w żadne „współuzależnienie” – kręci głową Ewa. – To wymysły alkoholików, kolejne alibi. Faceci po prostu tacy są. Dlatego po rozwodzie nie szukałam kolejnego męża. Zajęłam się wychowaniem syna, żeby nie był jak jego ojciec, pijakiem, śmieciem.

Z pokolenia na pokolenie

Piotr, syn Roberta i Ewy, ma 24 lata, nie skończył studiów, nie zagrzał dłużej miejsca w żadnej pracy. Kiedy Robert się wyprowadził, cała uwaga Ewy skupiła się na synu. Kontrolowała każdy jego krok, pomagała, krytykowała, pouczała. Piotr uciekł od matki, ożenił się z pierwszą dziewczyną, jaką poznał. Matka nadal dawała mu pieniądze, starała się o przedłużenie urlopu dziekańskiego, załatwiała prace itp. Zażegnywała kryzysy, jakie syn wywoływał, podobnie jak robiła to w przypadku jego ojca.

Niedawno, pierwszy raz od rozwodu, Ewa zadzwoniła do Roberta: „Ratuj Piotra! Ty się na tym znasz, jak to zrobić, żeby przestać pić. Ukrywałam to przed tobą, ale on pije, a teraz jego żona odeszła. Boję się o naszego syna”. Robert miał  pretensje, czemu wcześniej mu nie powiedziała. Ewa broniła się, że chyba umarłaby ze wstydu, mówiąc komukolwiek, że jej syn pije. Była pewna, że sama mu pomoże, oduczy. Ale najwidoczniej złe geny Roberta przeważyły.

Zofia Ignatowska: – Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi. Myśli za nich, radzi im, jest przekonana, że wie, co dla nich najlepsze. Dla dzieci to szczególnie szkodliwe, bo nie pozwala im się rozwijać i usamodzielniać, nie daje przestrzeni i swobody. Nawet gdy mają 30 lat, dyktuje, jaką kanapę kupić do ich mieszkania. Ta wieczna kontrola i krytyka sprzyja temu, by dzieci powieliły wzory dostarczone przez pijącego rodzica.

Uderzyłeś mnie pięścią

Marta, 28-letnia menedżerka, zorientowała się, że Patryk pije, dopiero w dniu ślubu. Spił się jak świnia, a po powrocie do domu nie poszedł z nią do sypialni, pił dalej z kuzynem. Czekała, czekała... Wyszła przez balkon, wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Płakała: „To moja noc poślubna!”. Nie mogła wrócić do rodziców, było jej wstyd. Rano wróciła do Patryka. Zrobił jej awanturę, jak mogła, przecież w domu nocuje jego rodzina i on musiał się z nimi napić! Zaczęła go przepraszać…

Uderzył ją pierwszy raz miesiąc po ślubie. Jako jedyna trzeźwa wiozła do pracy jego i kuzyna. Poprosiła, żeby byli ciszej. Chciał uderzyć ją w twarz, ale trafił w szyję. Kuzyn kazał mu wysiąść i oddał cios: „Poczuj się jak Marta!”. Dalej pojechali we dwójkę. Kiedy Marta wróciła do domu, Patryka nie było. Przestraszyła się, że sobie coś zrobi. Już wcześniej straszył ją, że jest w rozpaczy i się zabije, bo ona jest dla niego niedobra, nie dba o dom, myśli tylko o pracy. Pojechała go szukać, bo czuła, jak musi być mu smutno i źle, przecież nie chciał nic złego, był pijany…

Kiedy wieczorem Patryk wrócił, pokazał jej podbite oko i wykrzyczał: „Zobacz, co mi się przez ciebie stało!”. „Masz przestać pić!” – powiedziała mu. I przez miesiąc nie pił. – Byłam szczęśliwa, zaczęłam myśleć o dziecku i o tym, że powinnam więcej uwagi poświęcać domowi – mówi Marta. – Praca pracą, ale przecież małżeństwo jest ważniejsze. Zaczęłam gotować i nie brałam dodatkowych zleceń. Ale Patryk zawsze miał jakieś „ale” i znów zaczął pić.

Po dwóch latach małżeństwa popchnął Martę tak, że stłukła szybę w drzwiach i pokaleczyła nogę. Uciekła zakrwawiona do koleżanki, a on krzyczał za nią, że to jej wina, bo z byle piwa robi problem, że jest jak jego matka. Wróciła po dwóch dniach, bo się o niego martwiła.

Jeszcze trzy razy wyprowadzała się i wracała. – Przecież Patryk to dobry człowiek, mówiłam sobie – wspomina Marta. – Kiedyś kupił mi wielki kosz kwiatów, grał dla mnie na gitarze, nazywał swoim cudem. Przecież to niemożliwe, żeby się tak zmienił!

Któregoś dnia, kiedy uciekła z domu, zanocowała u przyjaciela ze studiów. Przytulił ją, bo płakała, zaczął całować. – Zachwycał się moim ciałem, był taki delikatny, a ja czułam, jak mi tego brakuje: tej delikatności. Patryk śmierdział alkoholem nawet gdy twierdził, że nie pił, i jak kładłam się z nim do łóżka, to odwracałam głowę… Ale od ślubu z nikim się nie spotykałam: tylko Patryk i Patryk. Wtedy u Jaśka coś mi w głowie przeskoczyło i chyba dzięki temu poszłam do psychoterapeutki.

Koalkoholiczka trzeźwieje

Gdyby stłuczona szyba rozcięła tętnicę udową, a nie kolano, Marta mogłaby się wykrwawić na śmierć. Patryk by jej nie pomógł. Nie martwił się o nią. To ona martwiła się o niego. Terapeutka uświadomiła Marcie, że ryzykuje nie tylko szczęście, ale i życie.

Zofia Ignatowicz: – Kobieta współuzależniona ma zaburzoną ocenę rzeczywistości i myśli, że to tyran potrzebuje pomocy, że sam sobie nie poradzi. Głaszcze go więc po głowie, wierzy, że on się poprawi. Wie, że to mężczyzna, ale traktuje go jak dziecko. Tak zdejmuje z niego odpowiedzialność i wspiera nałóg. Myśli magicznie, nie pamięta, ile razy zdemolował mieszkanie, pamięta tylko, że na pierwszej randce był szarmancki i wierzy, że znów będzie taki cudowny jak wtedy. Nie będzie. Osobowość alkoholika, jego system wartości, zdolności intelektualne i wrażliwość – wszystko ulega degradacji i on staje się manipulantem i egoistą, dla którego alkohol jest najważniejszy. Mężczyzna, z którym ona sypia, nie jest tym, z którym chodziła na randki. Miłych chwil jest coraz mniej, ale ona żyje iluzjami. Jak obudzić się z tego złego snu?

– Terapeutka poleciła mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że stoję przed Patrykiem. Co czuję? Ścisk w żołądku, lęk… Czy takie emocje budzi w nas ten, kogo kochamy? No nie – wspomina Marta. – Podczas terapii zdałam sobie sprawę, że bagatelizuję chamstwo Patryka, usprawiedliwiam go, mówiąc, że pije, bo miał zimną jak butelka wódki matkę i ojca, który nigdy go nie przytulił. Analizuję jego zachowanie po to, by znaleźć uzasadnienie: w pracy ma ciężko i dlatego tak się złości. Ukrywam przed nim siniaki i łzy, żeby mu nie było smutno.

Zofia Ignatowicz: – Pierwszy krok ku ozdrowieniu to zrozumieć, że jest się uwikłaną w destrukcyjny układ. Kolejny to zmiana przekonań z: „kluczem do dobrego życia jest to, żeby on się zmienił” w: „kluczem do dobrego życia jest to, żebym ja się zmieniła i zadbała o siebie”.

Ku wolności

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Do tego natręctwa (np. przymus sprzątania, bo pomaga rozładować napięcie i stres), uzależnienie od leków uspokajających (pomagają pokonać poczucie krzywdy i winy) i depresja, bo rezygnując z realnego wpływu na życie, żyją iluzjami, że zmienią pijaka.

Marta poznała te statystki i to też ugruntowało ją w decyzji o rozwodzie. Musi tylko uniezależnić się finansowo od Patryka. Terapeutka pomogła jej skupić się na tym, jak to osiągnąć.

Zofia Ignatowicz: – Jeśli uda się jej całą energię, jaką wkładała w ratowanie męża, skierować na siebie, szybko zdobędzie to, co zaplanuje. Współuzależnione to silne i mądre kobiety, potrzeba im tylko tego, co daje terapia: zdjęcia z nich poczucia odpowiedzialności za picie męża. I przekonanie, że jeden człowiek nie jest odpowiedzialny za uczucia i zachowania drugiego. Mamy wolną wolę.

  1. Psychologia

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć

Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.

  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje. Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko. Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”? Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych? Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne. Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn. Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny? Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie. Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić? Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie… Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać. Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia… …pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami. „Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach. Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka? Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać? Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to... To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości... Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość? Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia? Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata. „Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów? Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów. Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne? Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami? Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce? Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).