1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Kobiece archetypy – wchodząc z nimi w dialog, pomagasz im tworzyć, uzdrawiać i transformować

Kiedy archetyp znajduje się w cieniu, oznacza to jego przerost lub niedomiar. Podobnie jak nadmiar, niebezpieczny jest jego brak. (Fot. iStock)
Kiedy archetyp znajduje się w cieniu, oznacza to jego przerost lub niedomiar. Podobnie jak nadmiar, niebezpieczny jest jego brak. (Fot. iStock)
Wchodząc w dialog z archetypami, możemy świadomie pomóc im tworzyć, uzdrawiać i transformować. Staną się dla nas lepszymi przewodnikami i mniej będą wystawiać nas na próby – mówi Karolina Ewa Barwicz, filolożka, certyfikowana facylitatorka metody SoulCollage.

Stały się ostatnio bardzo modne, choćby w marketingu, podczas budowania wizerunku marki. Twoje zainteresowanie nimi sięga jednak wiele lat wstecz, kiedy innym kojarzyły się głównie z psychoanalizą. Czym właściwie są archetypy osobowości?
Zdefiniować archetyp to jak próbować przyszpilić motyla. Jego natura archetypu jest bowiem tak ulotna, że z definicji… definicji się wymyka. Carl Gustaw Jung twierdził, że archetypy osobowości to królestwo pośrednie między światem materialnym a Źródłem, które nie ma formy, płci, z którego wszystko powstało. Można je też porównać do platońskich idei. Ludzie zawsze obserwowali występowanie pewnych uniwersalnych wzorów, stanowiących nici tkające strukturę świata i przejawiających się w nas – w jednostkach, ale także społecznościach, narodach. Niczym bogowie, dostępne są dla nas tylko poprzez czucie, wyobraźnię i obrazy, a nie przez język dyskursywny. Nasza nieświadomość, co widać zwłaszcza w snach, mówi do nas obrazami. O archetypy osobowości ociera się każda praca psychoterapeutyczna. Jeśli pociąga nas szeroko rozumiana duchowość, również nie możemy się nimi nie zainteresować.

Jak więc myśleć o archetypach? Co z nich brać?
Przede wszystkim potrzebujemy je rozpoznać i zaakceptować ich wpływ na nas. Odszukać te, które są aktywne na danym etapie naszego życia. Świadomość obecności konkretnych energii archetypowych pomaga pełniej realizować samych siebie. Dzięki niej możemy odpowiadać na potrzeby archetypów i współpracować z nimi. Powiedzmy, że archetypy osobowości to nasi sprzymierzeńcy, taka „wewnętrzna rada mędrców”, która prowadzi nas, ale i stawia nam wyzwania. Są aktywne zarówno w nas, jak i w zbiorowej świadomości planety.

Istnieje bardzo wiele archetypów, ale tylko kilka szczególnych jest wplecionych w naszą osobistą życiową podróż. Gdzie ich szukać? Jak już wpomniałam, komunikują się one z nami za pośrednictwem wyobraźni, obrazów i symboli, czyli poprzez intuicyjną, prawą półkulę naszego mózgu. Odnajdziemy je zatem w marzeniach sennych, w czym z pewnością pomoże nam zapisywanie snów tuż po przebudzeniu i prowadzenie dziennika, by rozpoznać wśród nich te archetypowe. Ale nie tylko. Najłatwiej odnaleźć swoją „radę mędrcó” wśród postaci z legend, mitologii, światowych religii, epiki, literatury i kina. Nasza własna intuicja i wyobraźnia pomogą rozpoznać postaci istotne dla nas.

Ty pracujesz z archetypami na warsztatach.
W głęboko terapeutycznej metodzie rozwoju osobistego SoulCollage, którą pracuję, w procesie podobnym do tego, jaki odbywa się w naszych snach, szukamy archetypów poprzez obrazy i nadajemy im twarz. Gdy zauważamy intrygujący nas obraz w przeglądanym czasopiśmie, wycinamy go, a potem łączymy z innymi, tworząc kolaż. Będzie on posiadał znaczenie głęboko symboliczne – podobnie jak nasze sny, postaci na kartach Tarota, mandale... Obrazy przemawiają do nas w niesamowity sposób, kontaktują nas z głębinami w nas samych, których istnienia na co dzień nie jesteśmy świadomi.

Następnie, wchodząc w dialog z postacią na naszej karcie-kolażu, rozmawiamy z archetypem: pytamy, czego od nas chce, kim jest, dokąd zmierza, stopniowo odkrywając jego radosne i pełne mocy obszary, lecz także zalegający w nim cień. W SoulCollage tworzymy obrazy archetypów i naklejamy na karty o wysokości ok. 20 cm. Nawet budzący największe lęki „potwór” zamknięty w takiej ramie przestaje przerażać!

Wchodząc w dialog z archetypami, możemy świadomie pomóc im tworzyć, kochać, uzdrawiać i transformować. Staną się dla nas lepszymi przewodnikami i mniej będą wystawiać nas na próby. Pomogą również zrozumieć naszą rolę w świecie i zobaczyć, jak nasza własna historia – nazywana przez Junga „historią lokalną” – wplata się w większą historię świata, która poprzez wkład, jaki w niej czynimy, łączy nas z całą ludzkością.

Nie sądzisz, że obecna popularność archetypów jakoś je spłyca?
Niekoniecznie. Wszędzie tam, gdzie czujemy pasję, motywację do działania, stoi za nią energia archetypowa. Analogicznie, jeśli zmagamy się w życiu z pewną trudnością, to często oznacza, że się jakiemuś archetypowi opieramy. Można by rzec, że my – ludzie – jesteśmy jak ręce i nogi archetypów. Bez nas nie mogą one niczego w świecie materialnym dokonać, ale i my bez nich.

Oczywiście jak wszystko, co staje się hasłem komercyjnym, także archetypy osobowości są dziś poddawane pewnym uproszczeniom, jednak dzięki wprowadzeniu do mainstreamu przestały budzić lęk i nieufność. To trochę jak z jogą, która kiedyś wydawała się podejrzaną praktyką, dziś natomiast dla wielu jest ważnym punktem odniesienia. To, ile z niej wyniesiemy, zależy już od stopnia osobistej świadomości.

Przestały budzić negatywne skojarzenia, ale same w sobie mogą mieć negatywny charakter.

Otóż nie! Archetyp w wersji zrównoważonej jest neutralny. Weźmy za przykład wojownika – broniącego tego, co wymaga ochrony. Żołnierze Korpusu Pokoju czy aktywiści Greenpeace realizują właśnie archetyp wojownika. Jeśli jednak pewna równowaga zostaje zaburzona, wówczas mówimy, że archetyp rozwija swój cień. W tym wypadku będzie to nadużycie fizycznej siły, pojawienie się przemocy, agresji.

Według Junga oraz bliskiej mi metody SoulCollage, stworzonej przez jungowską psychoterapeutkę Seenę B. Frost, kiedy archetyp znajduje się w cieniu, oznacza to jego przerost lub niedomiar. Podobnie jak nadmiar – niebezpieczny jest jego brak, zwłaszcza kiedy jest potrzebny.

Żyjemy w czasach, w których mówi się o palącej konieczności zmian społecznych; mam tu na myśli np. pożegnanie z patriarchatem. Czy temu systemowi winne są męskie archetypy?
Winne są nie tyle same archetypy, co wspomniany już ich cień, wynikający z braku równowagi. Trzeba przy tym pamiętać, że potencjał rozwinięcia cienia ma każdy archetyp. Powinnyśmy mieć świadomość do czego ten cień może prowadzić. Jak mówił Jung: „Dopóki nie uświadomisz sobie tego, co nieświadome, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty nazwiesz to losem”. Przerost bądź niedomiar często pojawiają się wówczas, gdy dany archetyp jest przez nas wypierany.

Wracając zaś do podziału na archetypy osobowości męskie i kobiece – podkreślam, że wszystkie bez wyjątku są neutralne. Winy za patriarchat nie ponoszą więc męskie archetypy, tylko cień, jaki rozwinęły ze względu na brak równowagi. To kolosalna różnica. Zamiast wojownika, który broni i chroni, pojawia się nam wojownik, który nadużywa siły, dominuje i jest agresywny. Podobnie może stać się z dowolnym archetypem, także kobiecym. Weźmy choćby archetyp wielkiej matki. W kulturze hinduskiej widać na przykład, że bogini Kali, która go uosabia, daje życie, podtrzymuje je, ale też jednym ruchem może to życie zabrać. Nie bez powodu w ikonografii pokazywana jest często z wieloma obciętymi głowami. Matka ma przecież ogromny potencjał destrukcyjny – może zniszczyć lub psychicznie pochłonąć dziecko, które od niej zależy.

Ważne jest też, byśmy podkreśliły, że archetypy osobowości nie są zależne od ludzkiej płci. I tak na przykład: jeśli mężczyzna opiekuje się maleństwem albo prowadzi schronisko dla zwierząt – z powodzeniem realizuje archetyp matki.

Co to więc znaczy: rozmawiać o kobiecych archetypach?
W moim mniemaniu to przede wszystkim nawoływanie do równowagi. Przyzwyczailiśmy się, by o wielu archetypach myśleć na sposób męski: weźmy chociażby Boga Stwórcę czy postać księdza kapłana. W mojej powieści „Stopy Aniołów. Opowieść o świcie kobiecej mocy” przywołuję prastary mit bogini stwórczyni Creatrix. Przypominam też archetyp kapłanki oraz szamanki czarownicy. Mam nadzieję, że powieść ta stanie się nośnikiem dawnych mitów przywracających kobiecie centralną rolę w społeczeństwie.

Coraz więcej odkryć archeologicznych dowodzi, że patriarchat ma zaledwie kilka tysięcy lat, a w praindoeuropejskich społecznościach Starej Europy, o których wciąż wiemy niestety zbyt mało, prym wiodły właśnie kobiety. Najbardziej pierwotne postrzeganie boskości przez człowieka odwoływało się do postaci kobiecej – to przecież kobieta rodzi, daje życie, karmi. Dawniej czczono wnętrze Ziemi, a jaskinie traktowano jako świątynie. Tam też chowano zmarłych, umożliwiając im symboliczny powrót do łona matki.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzeba nam harmonii pomiędzy męską i żeńską energią, która w zdrowym i empatycznym połączeniu pozwoli światu na dalszy rozwój i pełne wykorzystanie potencjału naszej duchowości. Powrót wartości właściwych energii kobiecej – inkluzywnych, empatycznych i relacyjnych – stanowi odpowiedź na problemy, z którymi coraz intensywniej zmaga się świat. Przytoczę tu słowa Dalajlamy: „Świat zostanie uratowany przez zachodnie kobiety”. Ponowne połączenie z Matką, a co za tym idzie – z Ziemią, to najskuteczniejsza recepta na uzdrowienie planety, zagrożonej katastrofą klimatyczną. Konieczne jest nie tyle zastąpienie jednego porządku drugim, a ich integracja. Można powiedzieć, że jako ludzkość, analogicznie do psychologicznego życiorysu każdego człowieka, przeszliśmy z fazy matki (bycia z nią jednym ciałem) do fazy ojca (indywidualizmu). Teraz mamy szansę stać się dorosłym, który musi w tym celu zintegrować i ojca, i matkę.

Jak tego dokonać?
Na pewno nie stojąc nad mężczyznami z pejczem i wylewając na nich wszystkie pomyje! W ten sposób nie stworzymy niczego nowego, co byłoby oparte na równowadze. Świat będzie zawsze na obraz i podobieństwo środków, jakich użyjemy, by go stworzyć. Jeśli pragniemy świata funkcjonującego w harmonii, miłości i tolerancji, to właśnie po takie środki musimy sięgać. Konieczna jest jednak faza przejściowa: jeśli wahadło było dotąd bardzo wychylone w jedną stronę, to – zanim wróci na środek – odchyli się w stronę przeciwną. Nie ma innego sposobu. Wszyscy powinniśmy mieć tego świadomość, że przeniesienie akcentu na kobiecość jest teraz konieczne i nie należy się go bać.

A więc matriarchat zamiast patriarchatu?
Skoro mówimy o równowadze, to ponad rzeczownik „matriarchat” – kojarzący się z patriarchatem – zdecydowanie powinniśmy przedkładać przymiotnik „matrylinearny”, ukuty przez przodowniczkę archeologii kobiecej, badaczkę religii i kultur neolitycznych oraz epoki brązu Starej Europy, litewską prof. Mariję Gimbutas. Jej teorie o egalitarnej strukturze społecznej w Europie epoki neolitu oraz centralnej pozycji kobiet (zarówno materialnej, jak i duchowej) są dziś coraz częściej uważane za obowiązujące. Kiedy podczas wykopalisk archeologowie znajdowali pozostałości wiosek wzniesionych na planie koła, interpretacje oparte na patriarchacie sugerowały, że w ich centrum znajdowała się siedziba wodza, potem jego świty, zaś na obrzeżach mieszkała biedota i najmniej wpływowa część społeczności. Gimbutas wykazała, że było dokładnie na odwrót: to ci ostatni mieszkali w centrum, w sercu wioski. Matka chroni przecież najbiedniejszych i najsłabszych!

Społeczności matrylinearne są łączące i wspólnotowe, rozwijają się po schemacie koła, natomiast męskie mają charakter hierarchiczny, tworzą drabinę. Trzeba jednak podkreślić, że i te kobiece mogą rozwinąć swój archetypowy cień – pójść w stronę chaosu, braku struktury, intrygi, podobnie jak męskie – w stronę dominacji, segregacji i agresji fizycznej.

W swojej książce zabierasz czytelnika w podróż do włoskiej Apulii. Skąd wybór tego akurat miejsca?
Apulijska ostroga włoskiego buta, tak w książce, jak i w moim własnym życiu – a jestem z wykształcenia italianistką – ma wymiar głęboko symboliczny. Półwysep Gargano, położony w południowo-wschodniej części Włoch, jeszcze do lat 50. ubiegłego wieku był pozbawiony dróg. Odseparowany lasami i górami znacznie dłużej niż inne regiony Europy utrzymał dawne rytuały i kulty przyrody; nadal pozostaje ziemią magiczną, mistyczną z natury, pierwotną. Podróż do niej – zarówno w przypadku Ines, bohaterki mojej powieści, jak i każdej z nas – jest powrotem do korzeni, do duchowości związanej z ciałem. Ciałem kobiety i Matki Ziemi. Podróż do Apulii nie jest przy tym warunkiem koniecznym. Jest nim za to wyprawa w głąb siebie, i uświadomienie sobie twórczej, uzdrawiającej mocy, jaka drzemie w kobiecości. Musimy się jednak spieszyć – Ziemia nie może już na nas dłużej czekać.

Karolina Ewa Barwicz, filolożka, badaczka sacrum w poezji włoskiej. Autorka powieści „Stopy Aniołów. Opowieść o świcie kobiecej mocy”, prowadząca warsztaty rozwoju osobistego intuicyjną metodą SoulCollage.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze