Anna Dankowska - Jak dobrze znasz samą siebie? Psycholożka: karty i fotografie pomogą ci odpowiedzieć na to pytanie
00:00
12:26
Chodzi o to, żeby pozwolić, by obrazy, fotografie, ilustracje – te nasze małe wewnętrzne lustra – pokazały, co w nas jest poruszone, żywe, gotowe do zmiany. Bo wszystko, czego potrzebujemy, już tam jest: w obrazie, w spojrzeniu, w czuciu. Trzeba tylko się zatrzymać – o swojej metodzie pracy z kartami opowiada psychoterapeutka Marcelina Tatarynowicz.
- Marcelina Tatarynowicz, psycholożka i psychoterapeutka, opowiada o projekcie warsztatowym „Wernisaż wewnętrzny”.
- To projekt, w którym obrazy i wspomnienia stają się narzędziem refleksji. Uczestnicy pracują z kartami, fotografiami.
- „Wernisaż to dla mnie coś więcej niż wystawa – to pewnego rodzaju święto i moment uhonorowania siebie” – mówi psychoterapeutka.
- Ważnym elementem warsztatu jest również spacer po lesie, który uświadamia, jak ważne jest patrzenie w różnych kierunkach.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 01/26.
Anna Dankowska: Twój projekt warsztatowy nosi tytuł „Wernisaż wewnętrzny”. Co było jego inspiracją?
Marcelina Tatarynowicz: W domu mam coś, co nazywam ścianą mocy, na której wiszą: zdjęcia, obrazki, pamiątki z podróży, symbole – wszystko, co przypomina mi o ważnych momentach i ludziach. Kiedy szukałam tytułu dla warsztatu o pracy z kartami, pomyślałam, że to przecież taka galeria obrazów – zbiór wspomnień, które pokazują, co mamy, czego doświadczyliśmy, dokąd dotarliśmy.
A wernisaż to dla mnie coś więcej niż wystawa – to pewnego rodzaju święto i moment uhonorowania siebie. Jest podsumowaniem, ale też zaproszeniem innych do tego, by zajrzeli w nasz świat, a może i w nas samych.
Na wielu wernisażach, na których byłam, stał stół – karmiący, pełen bliskości, zaciekawienia, rozmów. Chciałam, żebyśmy na tym warsztatowym spotkaniu też metaforycznie nakarmili się życzliwą obecnością, wspólnym byciem i reagowaniem.
W jaki sposób, według ciebie, karty mogą wzmacniać?
Myślę, że obrazy mają ogromną moc, bo przecież zatrzymujemy na nich wzrok, pozwalamy im nas poruszyć. Niektóre mają w sobie coś na tyle magnetycznego, że przestajemy dostrzegać inne.
Dlatego lubię moment, kiedy podczas warsztatów rozkładamy fotografie, ilustracje, karty, bo wtedy możemy zobaczyć, że świat nie kończy się na jednym obrazie. Są też inne: pełne światła, nadziei, możliwości.
I wtedy można zapytać: „A jak by to było, gdybym spojrzała na to inaczej?”, „Czego potrzebuję więcej, a czego mniej?”. Siła obrazu tkwi w zaproszeniu, by zobaczyć coś nowego, coś pomocnego.
Na warsztatach wykorzystałaś fotografie drzwi.
Są dla mnie ważnym symbolem, mogą być doświadczeniem, spotkaniem, emocją. Czasem to jest inny człowiek, przewodnik, który zaprasza nas dalej. A czasem wystarczy samo zaciekawienie, lekkie poruszenie.
Drzwi dają poczucie sprawczości. To my decydujemy, czy je otworzymy, zostawimy uchylone, zamkniemy za sobą, czy może miniemy. Nie wszystkie muszą być otwarte.
Kiedyś w rozmowie z psychoterapeutką i nauczycielką psychoterapii Violettą Ambroziak-Krzysztofowicz dotknęłyśmy właśnie tego tematu, to mnie zatrzymało. Rozwój nie zawsze polega na otwieraniu kolejnych drzwi. Czasem warto pozwolić niektórym pozostać zamkniętymi. Może kiedyś się otworzą, a może nigdy, i to też jest okej.
Eric Greenleaf, amerykański psychoterapeuta ericksonowski, mówi, że w terapii chodzi o to, by coś mogło się wydarzyć tu i teraz: najpierw coś robimy, a dopiero potem odczuwamy skutki tego działania.
Myślę, że właśnie tak to działa. Kiedy bierzemy kartę do ręki, przyglądamy się jej, reagujemy na nią, wchodzimy w proces. Nie tylko myślimy, ale dotykamy, wybieramy, zestawiamy, tasujemy. Często takie pomoce jak karty, obrazy czy gry kojarzone są z pracą z dziećmi lub rodzinami, a przecież ich potencjał jest szerszy. Pozwalają obejść racjonalny umysł i dotknąć czegoś, co trudno wyrazić słowami. Obraz staje się pomostem między myślą a uczuciem, między tym, co zewnętrzne, a tym, co wewnętrzne.
Podczas warsztatów często pojawiało się słowo „rozpoznanie”. Pewnie nie bez powodu.
Bywa, że odwiedzamy jakieś miejsce wiele razy, aż w końcu odkrywamy: „Ojej, jaki piękny obraz!”. A ktoś odpowiada: „Ale on tu zawsze wisiał”. Dopiero w odpowiednim momencie byliśmy gotowi go zobaczyć. To rozpoznanie dotyczy nie tylko świata zewnętrznego, lecz także nas samych. Ten sam obraz w zależności od dnia, światła, nastroju może pokazać nam coś innego.
Kiedyś sama pracowałam z fotografią, na której zobaczyłam łzę. A później okazało się, że to wcale nie była łza, tylko… owad. Wcześniej jednak potrzebowałam tej łzy, więc ją dostrzegłam, a to, do jakiej refleksji zaprowadziła mnie ta łza, było mi potrzebne i rozwojowe.
I to jest właśnie najważniejsze: nie to, co widzimy, ale co w nas się dzieje, kiedy patrzymy.
Częścią warsztatu jest wyjście do lasu.
Tak, spacer ma pokazać, że obrazów wokół nas jest naprawdę mnóstwo i że nie wszystkie muszą być stworzone pędzlem czy obiektywem aparatu. Obrazy są obecne w przestrzeni, w naturze, w nas. Wystarczy się zatrzymać, by je dostrzec.
Niezwykłe jest obserwowanie, jak ludzie odkrywają w sobie artyzm i odwagę do tworzenia, jak swobodnie używają metafor. Każdy ma niepowtarzalny sposób opowiadania świata, a najpiękniejsze jest to, gdy pozwala sobie to wyrazić. Ważna jest też przestrzeń, w której można to robić bez wstydu, bez ocen, w poczuciu bezpieczeństwa, bo dopiero w takich warunkach można naprawdę się otworzyć.
Krzysztof Klajs, psychoterapeuta i nauczyciel psychoterapii, na jednym ze szkoleń w taki sposób zdefiniował metaforę: „Ma ona taką właściwość, że opowiadając o jednej rzeczy, opowiada też o przeróżnych innych rzeczach”. Widzę to tak, że proces twórczy i metafora nawzajem się dopingują.
Praca z obrazem, kartami i fotografiami to też nic innego, jak poruszanie się w świecie metafor – wielowymiarowym, przenikającym się.
Czasem mniej znaczy więcej i jednym obrazem wywołamy więcej uczuć, refleksji niż złożoną wielozdaniową wypowiedzią.
Zdarza się też, że w pracy terapeutycznej korzystamy z prawdziwych fotografii.
Tak, przecież zdjęcia towarzyszą nam dziś na każdym kroku. Czasem umawiamy się, że każdy członek grupy zrobi zdjęcie na określony temat i przyniesie je na warsztaty. Innym razem to spontaniczne poszukiwanie, ktoś przegląda telefon i nagle mówi: „O, to zdjęcie… nawet nie wiem, czemu je zrobiłem, ale dobrze opowiada o tym, o czym dziś mówię”. To osobiste momenty, kiedy ktoś pokazuje fragment swojej historii.
Sama fotografia to przecież zatrzymanie chwili, kadru z jednej sekundy, która już minęła i nigdy się nie powtórzy. Było coś przed nią i będzie coś po niej, ale ten moment, ten błysk, jest niepowtarzalny. I właśnie dlatego warto mu się przyjrzeć. Zatrzymanie pozwala zobaczyć, że to, co jest teraz, jest tylko fragmentem czegoś większego.
Czasami można „uruchomić” fotografię – wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby coś w niej zaczęło się poruszać. Kto mógłby wejść w kadr, co mogłoby się wydarzyć, czego potrzebujemy, by obraz stał się bardziej wspierający. Lubię też zadawać pytanie: „Czego nie widzisz?”. Wraca do mnie w wielu momentach i prowadzi daleko, zarówno w pracy z obrazem, jak i z własnym doświadczeniem. Ważne są też pytania zmysłowe: o fakturę, zapach, dźwięk, o to, jak ciało reaguje, gdy patrzymy na zdjęcie.
Bo to właśnie zmysły przywracają nas do życia, do ciała, do czucia. Pamiętam pacjenta, który na ilustracji od razu rozpoznał dynamikę swojego związku – dwoje ludzi w zatrzymaniu. Zatrzymanie i ten obraz pozwoliły mu to nazwać.
Bo obraz też jest językiem. Czasem przychodzi z pomocą, gdy brakuje słów.
Pomyśl o książeczkach dla najmłodszych, nie ma tam tekstu, tylko obrazki. A mimo to dzieje się coś ważnego: relacja, komunikacja, emocja. Dziecko patrzy na nie wielokrotnie, z ciekawością.
Tak samo jest z kartami. Nawet jeśli nie mamy specjalnej talii, możemy sięgnąć po ilustrowaną książkę. Każda strona może być jak karta. Można zapytać: „Która ilustracja mówi dziś o mnie?”. Najpierw spojrzeć na obraz, a dopiero potem przeczytać tekst, który mu towarzyszy, i zobaczyć, które słowo najbardziej nas poruszy. To często prowadzi do zaskakujących odkryć – żeby jednak do nich doszło, trzeba się zatrzymać i rozejrzeć.
Podczas warsztatów mówiłaś o kierunkach patrzenia. Wprowadzałaś grupę do lasu, mówiąc, że uczestnicy mogą iść, patrząc pod nogi, w niebo, przed siebie.
Tak. Bo w życiu, jak w lesie, wszystkie kierunki są potrzebne. Pamiętam historię jednej z pacjentek, która mówiła, że przez lata chodziła, patrząc tylko pod nogi, żeby się nie potknąć. A przecież w tych potknięciach często kryją się najważniejsze doświadczenia. Nie da się iść cały czas z głową w dół, tak jak nie da się patrzeć tylko w niebo. Czasem trzeba spojrzeć na to, co znajduje się obok, a czasem podnieść głowę i zobaczyć światło między koronami drzew. Wszystkie te spojrzenia są ważne, tak jak wszystkie emocje są potrzebne.
Gdyby traktować emocje jak kierunki patrzenia, można by zauważyć, jak wiele dają możliwości. Szczególnie gdy patrzymy na nie bez oceny.
Myślę, że ten warsztat jest właśnie takim zaproszeniem do doświadczenia, które pozwala być ze sobą, jak w galerii na wernisażu, gdzie jest cisza, skupienie i refleksja.
Pamiętasz, że w czasie naszych zajęć uczestniczki rozeszły się po lesie tylko na 15 minut, a miały wrażenie, że trwało to znacznie dłużej? Bo kiedy jesteśmy obecni, czas się inaczej układa.
Bo to w tym zatrzymaniu tworzy się przestrzeń – nie w kalendarzu, ale w doświadczeniu.
Planowanie wernisażu zaczyna się od szukania przestrzeni i tak samo każdy nasz wewnętrzny wernisaż potrzebuje swojego miejsca i swojego czasu. I za każdym razem może wyglądać inaczej, bo to jest mój wernisaż. Ja decyduję, co pokazuję, komu i w jakim świetle.
Marcelina Tatarynowicz, psycholożka, psychoterapeutka, członkini Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. W Gdańsku i Sopocie prowadzi „Manufakturę Psychologiczną”, w której udziela pomocy psychologicznej i psychoterapeutycznej w kryzysach indywidualnych i rodzinnych oraz organizuje warsztaty rozwojowe. Wspiera w żałobie w ramach „Tumbo pomaga” w Fundacji Hospicyjnej w Gdańsku