Dwa cukierki ukradkiem schowane do kieszeni, jedna cytryna, którą udało nam się wrzucić do torby przed zważeniem albo napój skonsumowany zanim za niego zapłaciliśmy. Kto nigdy nie pozwolił sobie na mikrokradzież, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ale czy na pewno jest to takie nieszkodliwe zjawisko? I czy da się je usprawiedliwić? Niektórzy eksperci od etyki i filozofii twierdzą, że tak.
Przez media w Stanach Zjednoczonych przetacza się dyskusja na temat „microlootingu” – zjawiska oznaczającego drobne kradzieże pojedynczych produktów ze sklepu. Chodzi na przykład o sytuację, w której „cichaczem” pakujemy do siatki w sklepie dodatkową cytrynę bez płacenia za nią, bo wychodzimy z założenia, że to zupełnie nieszkodliwy czyn.
Dyskusja wokół mikrolootingu zaczęła się po publikacji odcinka podcastu New York Times’a „The Opinions”, w którym omówiono fenomen tego „trendu” (bo niektórzy tak właśnie mówią o microlootingu) popularnego zwłaszcza w dużych miastach. Amerykańska opinia publiczna podzieliła się w tej sprawie bardzo wyraźnie. Jedni jednoznacznie potępiają mikrokradzieże, uznając ich akceptację za cios wymierzony w fundamenty społeczeństwa opartego na prawie. Ale są też tacy, którzy potrafią dojrzeć w tym zjawisku coś więcej niż szkodliwy impuls. Zdaniem niektórych komentatorów, microlooting może być cichym aktem buntu przeciwko coraz bardziej niesprawiedliwemu podziałowi dóbr w społeczeństwie.
Takie spojrzenie na microlooting to pokłosie pogłębiających się różnic klasowych w USA, ale nie tylko tam. Praktycznie wszędzie na świecie notuje się wzrost nierówności społecznych, a dziejąca się na naszych oczach rewolucja technologiczna tylko pogarsza całą sytuację. Jesteśmy świadkami tego, jak gigantyczne korporacje, wykorzystując swoją przewagę w zakresie AI i innych nowych technologii, urządzają nasz świat na nowo zyskując kontrolę nad milionami ludzi. Wielkie koncerny budują monopole, które wchłaniają mniejsze firmy, przez co jeszcze bardziej się wzbogacają. A wszystko to dzieje się w sposób mało przejrzysty i często na granicy prawa, o ile w ogóle jakiekolwiek granice istnieją – bo systemy prawne państw nie nadążają za tworzeniem przepisów w realiach błyskawicznie zmieniającej się rzeczywistości.
W obliczu tych wszystkich zmian wiele osób nie postrzega microlootingu jako klasycznej formy kradzieży. Dla niektórych kradzież batonika z sieciówki typu Whole Foods (odpowiednik naszej Biedronki czy Lidla) jest symbolicznym aktem społecznego nieposłuszeństwa. Rodzajem protestu przeciwko pogarszającej się sytuacji gospodarczej zwykłych ludzi spowodowanej chciwością korporacji oraz ich właścicieli-miliarderów. Ludzi, którzy tak myślą, do mikrokradzieży skłaniają zwykle trzy powody:
1. Poczucie, że przywracają sprawiedliwość
Wielkim firmom przypisuje się wiele negatywnych cech – zawyżanie cen, wykorzystywanie niewolniczej pracy ludzi, oszustwa podatkowe, lobbing, niszczenie środowiska. W świetle takiej narracji zabranie ze sklepu produktu o niewielkiej wartości wydaje się przywróceniem sprawiedliwości, a nie kradzieżą. Pojawia się też argument, że korporacje tak samo naginają, a nawet łamią prawo dla zysków, tyle tylko że stać je na najlepszych prawników, by uniknąć konsekwencji. Dla zwolenników microlootingu akt ten jest więc wyrównaniem rachunków.
2. Chęć kontestacji niesprawiedliwego systemu
Drobna kradzież może w oczach niektórych nabierać znaczenia symbolicznego – staje się aktem obywatelskiego sprzeciwu wobec nierówności ekonomicznych, agresywnego kapitalizmu, chciwości korporacji, wyzysku pracowników i pokrywania z naszych kieszeni społecznych kosztów działalności wielkich korporacji (np. naprawa z publicznej kasy szkód związanych z zatruciem środowiska, niedoborami wody czy skutkami globalnego ocieplenia). W tym sensie microlooting ma wyższy sens moralny i jest przez to usprawiedliwiony.
3. Niska szkodliwość moralna czynu
I wreszcie microlooting, zdaniem niektórych, może być usprawiedliwiony, bo nie naraża na wielkie straty firm, które i tak notują miliardowe zyski. „Oni i tak bogacą się naszym kosztem”, „Nawet tego nie odczują” – myśli ktoś, kto nie ma problemu z mikrokradzieżą. Stąd na celowniku osób praktykujących microlooting są zwykle duże sklepy sieciowe, a nie małe rodzinne biznesy, które są postrzegane jako bardziej etyczne.
Jest też druga strona medalu. Niezależnie od idei, jaka przyświeca nam gdy chowamy do kieszeni produkt ze sklepowej półki, akt ten może mieć swoje konsekwencje – także dla tych, których postrzega się jako ofiary korporacyjnego wyzysku.
Zdaniem krytyków microlootingu własność nie przestaje być własnością tylko dlatego, że należy do dużej korporacji. Według nich tworzenie wyjątków od podstawowych norm moralnych prowadzi do ich stopniowego osłabienia. W końcu jeśli uznamy, że kradzież jest dopuszczalna wobec „bogatych” lub „nielubianych”, to granica staje się płynna i coraz łatwiej znaleźć kolejne uzasadnienia dla coraz szkodliwszych aktów bezprawia. Dziennikarz Charles Fain Lehman w swoim tekście dla „The Washington Post” przekonuje, że problemem nie jest kilka cytryn wyniesionych ze sklepu, lecz akceptacja dla postawy, zgodnie z którą podstawowe normy społeczne obowiązują tylko wtedy, gdy uznajemy je za wygodne. Jego zdaniem społeczeństwo funkcjonuje dzięki zaufaniu, że większość ludzi przestrzega elementarnych zasad, nawet jeśli mogłaby je bezkarnie złamać. Osłabianie tej normy prowadzi do większej nieufności i kosztów ponoszonych przez wszystkich.
Ponoszenie kosztów przez ludzi niezamożnych to zresztą jeden z kolejnych argumentów przeciwko microlootingowi. Krytycy tego zjawiska podkreślają, że korporacje nie godzą się tak łatwo ze stratami. Koszty kradzieży są zwykle rekompensowane poprzez podnoszenie cen, ograniczanie liczby pracowników, inwestowanie w droższe systemy zabezpieczeń czy zamykanie nierentownych sklepów. To z kolei uderza przede wszystkim w osoby o niższych dochodach i w samych pracowników korporacji, którzy na skutek problemów finansowych firmy tracą pracę albo otrzymują gorsze warunki zatrudnienia.
Jedyny problem, jaki można mieć z takim tłumaczeniem to fakt, że godząc się na nadużycia korporacji i bojąc się uderzać w ich interesy (np. poprzez microlooting), de facto stajemy się ich zakładnikami. Jesteśmy trochę w potrzasku, bo zachowanie pełnej uczciwości z naszej strony równa się akceptowaniu nieuczciwości ze strony korporacji, natomiast „karanie” jej poprzez drobne akty kradzieży skutkuje „karaniem” przez korporację całego społeczeństwa podwyżkami cen czy zwolnieniami. W obu przypadkach zwykli ludzie są na przegranej pozycji. W naszym interesie leży więc wymyślenie takiej formy sprzeciwu, która jest skuteczna, a zarazem nie pozwala nieuczciwym podmiotom na obarczanie kosztami naszych działań klientów i pracowników. Mikrokradzież niekoniecznie do nich należy.